Bad Boys II

Pamiętacie jeszcze Mike’a i Marcusa? Nasi dwaj skontrastowani gliniarze tym razem mają trudniejszy problem: miasto zalewa ecstasy. Narkotyki rozprowadza niejaki Johnny Tapia, jednak policja jest wobec niego bezsilna. Jakby tego było mało Marcus myśli o przeniesieniu się, zaś Mike zaczyna umawiać się z siostrą kolegi. Dziewczyna niedawno przybyła do Miami i… okazuje się być tajną agentką DEA, która ma zinfiltrować grupę Tapii.

bad boys2-1

Dziwnym może być fakt, że dopiero po 8 latach postanowiono zrobić kontynuację hitu z 1995 roku. wraca Michael Bay, ale to już jest inny reżyser niż na początku swojej drogi. Dwójka trzyma się pradawnej zasady box office’u: więcej, mocniej, bardziej. Cała akcja nabiera większego rozmachu, co czuć już od samego początku. Nalot na dragi w obozie Ku Klux Klanu pokazuje Baya rozbuchanego, wręcz efekciarskiego (slow motion oraz scena bullet time’u). Oprócz policji mamy tutaj antyterrorystów, ruską mafię, kubańskiego dilera, ale to nie wszystko. Sama akcja wygląda spektakularnie jak pościg na autostradzie czy finałowa inwazja na kubańską chatę. Problem jednak w tym, że zbyt mocno drgająca kamera oraz zbyt szybki, chaotyczny montaż psują jakiekolwiek dobre wrażenie. Oglądając te rozbuchane sceny czułem się zmęczony, a zamiast ekscytacji pojawiła się obojętność. Kolory są jeszcze bardziej wyraziste (błękit w nocnym klubie), w tle przygrywa lekko hip-hopowa muza, zaś humor nie działa aż tak mocno jak w oryginale. Choć nie brakuje perełek jak Marcus pod wpływem ecstasy czy szczera rozmowa panów, która zostaje pokazana we wszystkich telewizorach sklepu RTV. Do tego całość jest zwyczajnie za długa – dwie i pół godziny to jednak przy dużo. Nie brakuje dłużyzn oraz scen zbędnych jak przyjście chłopaka córki Marcusa, których można się było zwyczajnie pozbyć.

bad boys2-2

Sytuację troszkę broni fakt, że nadal czuć chemię między Willem Smithem a Martinem Lawrence’m. Niby nie zmienili się bardzo pod względem charakteru, ale to ciągle działa i docinki między nimi to najlepsze co film ma do zaoferowania. Na drugim planie najbardziej wybija się Peter Stormare jako rosyjski gangster Aleksy. Jako jeden z niewielu gra z dużym dystansem oraz przymrużeniem oka. Tak samo nabuzowany Joe Pantoliano wracając do roli kapitana Howarda. A główny łotr jest tak przerysowany, że nie da się go traktować poważnie.

bad boys2-3

Dla mnie druga część „Złych chłopaków” to przesadnie efekciarski, zbyt chaotyczny i nie dający zbyt wiele satysfakcji. Nie jest to wielka tragedia w dorobku Baya, jest parę fajnych momentów, zaś duet Smith/Lawrence nadal działa. Niemniej czuć pewien niedosyt i jest to przykład, że większy budżet nie zawsze pomaga.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mała doboszka

Jest rok 1979. Charlie Ross to młoda, aspirująca, brytyjska aktorka z małego teatru. I jak każda chce otrzymać rolę, która da jej szansę przebicia się. Wszystko się zmienia w momencie, gdy cała trupa dostaje zaproszenie do Grecji. Tam pojawia się tajemniczy mężczyzna, który zwraca na siebie uwagę dziewczyny. Kiedy zabiera ją na nocną przejażdżkę, nawet nie wie w jaką poważną kabałę się pakuje. Bo tajemniczy mężczyzna jest agentem Mossadu, zaś dziewczyna dostaje najtrudniejszą rolę w swojej karierze.

mala doboszka1

Ostatnio często pojawiają się adaptacje szpiegowskich thrillerów Johna le Carre. Tym razem znowu siły połączyło AMC i BBC, tworząc „Małą doboszkę”, a reżyserią zajął się Chan-wook Park. Już jest dziwnie, prawda? Ale sama opowieść do łatwych też nie należy, ponieważ – jak to w szpiegowskim dreszczowcu – mamy tutaj prowadzoną grę. Anglosasi nazywają to „smoke and mirrors”, gdzie wiele rzeczy zostaje ukrytych i stopniowo zaczynamy wszystko układać w jedną całość. A nasza bohaterka krąży wokół całej hecy i musi się w tym wszystkim odnaleźć, zachowując wiarygodność swojej roli. A cóż to za rola, spytacie. Ja odpowiem krótko: dziewczyny z zachodu, która dotrze do palestyńskiej komórki terrorystycznej pod wodzą niejakiego Khalila. Infiltracji musi dokonać dziewczyna z Zachodu, bo to one są przez nich werbowane i musi mieć odpowiednie poglądy. A że są to czasy bardzo intensywnej wojny Izraela z Palestyną, więc gra toczy się o wysoką stawkę.

mala doboszka5

Reżyser jeszcze opowiada to wszystko w bardzo swoim stylu. Czyli jest tutaj zabawa montażem w scenach, kiedy wypowiedzi różnych postaci (Michela oraz podszywającego się Gadiego) zaczyna się nakładać na siebie, jest pomieszana chronologia czy jak na początku odcinka trzeciego nagle cofamy się – dosłownie – do paru chwil przed. Także przeskoki z postaci na postać są pokazane w sposób bardzo płynny, dodając dynamiki całej opowieści. Opowieści toczącej się bardzo spokojnie, bez efekciarskiej akcji, gdzie napięcie wynika z pilnowania się. Żeby nie zdradzić się przed obcymi, bo błąd może kosztować życie. Czuć to w takich scenach jak spotkanie z niemieckim duetem Helga i Anton, przesłuchaniu Salima w zamkniętym pomieszczeniu. W tych momentach napięcie jest wręcz na granicy fotela, co wydawało się trudne do osiągnięcia.

mala doboszka2

Park nawet pozornie proste sceny rozmów inscenizuje w sposób bardzo kreatywny. Albo opierając całość na szybkich zbliżeniach, albo używając długich ujęć i pokazując cała akcję z daleka (porwanie Anny Witgen z auta), przez co nie ma miejsca na nudę. Ale też jesteśmy w różnych miejscach od Niemiec przez Grecję aż do Libanu (najbardziej intensywny fragment) oraz finału w Londynie. Wizualnie wygląda to pięknie, z bardzo nasyconymi kolorami oraz ciągłym wyczekiwaniem tego, co może nadejść. Nie brakuje mocnych dialogów, cierpkiego humoru, imponującej scenografii oraz niesamowicie wyglądających kostiumów.

mala doboszka3

To wszystko jednak nie zadziałałoby, gdyby oprócz wspaniałej reżyserii nie byłoby znakomitej obsady. Wszystko na swoich barkach trzyma absolutnie genialna Florence Pugh jako Charlie. Aktorka musiała niemal non stop pokazywać różne emocje, przez które musi lawirować w zależności od okoliczności: wściekłość, gniew, smutek, siłę, spryt. Jednocześnie jest trzymana w nieświadomości, co jeszcze bardziej jej utrudnia zadanie, próbując zachować nerwy na wodzy. Łatwo było tą rolę schrzanić, ale wszystko zostało pokazane znakomicie. Równie wyborny jest Michael Shannon w roli Martina Kurtza, czyli szefa komórki wywiadowczej Mossadu. I choć wydaje się to rola nieciekawa, bo to koleś w prochowcu, znoszonym garniturze oraz dużych okularach, nie dajcie się podejść. Opanowany, skupiony, bardzo analityczny umysł godny szachisty, nie bojący się stosować manipulację czy kłamstwa. Troszkę przypominał mi George’a Smileya, a to jest dobre skojarzenie. No i trzeci wierzchołek trójkąta, czyli Alexander Skarsgard jako Gadi. Kiedy go poznajemy jest tajemniczy, czarujący, ale z czasem też próbuje się odnaleźć i jest w konflikcie. Bo z jednej strony musi być kimś w rodzaju przewodnika dla Charlie, a z drugiej zaczyna mu na niej zależeć. Nawet za bardzo, choć stara się to ukrywać, a gra jest trudniejsza. Reszta postaci także wypada bardzo dobrze, mimo nie zawsze dużego czasu.

mala doboszka4

Dla mnie „Mała doboszka” to najlepszy nie-bondowski tytuł szpiegowski ostatnich lat. Wszystkie klocki są tutaj na właściwym miejscu i nadal działają, a mimo spokojnego tempa napięcie jest bardzo intensywne, wręcz namacalne. Taki poziom osiągają tylko mistrzowie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Na noże

Witajcie w rezydencji Harlana Trombeya – bardzo poczytnego i popularnego pisarza kryminałów. Rezydencja jest tak duża, że oprócz niego mieszka dość spora rodzinka. Jego najstarsza córka z mężem zajmują się handlem nieruchomościami (i mają syna-playboya), średnia jest influencerką oraz ma sieć kosmetyków i samotnie wychowuje córkę, zaś najmłodszy syn prowadzi wydawnictwo publikujące powieści Harlana. A że nasz autor ma 85 lat, zajmuje się nim wynajęta pielęgniarka Marta. Żyją sobie w spokoju i dostatku, aż do dnia po urodzinach, kiedy patriarcha zostaje znaleziony martwy. Z poderżniętym gardłem. Policja zaczyna prowadzić śledztwo i uznaje całą sprawę za samobójstwo. Ale jest ktoś, kto ma wątpliwości i niejako zostaje włączony do sprawy – prywatny detektyw Benoit Blanc.

na noze2

Rian Johnson jest reżyserem, który ostatnimi czasy nie miał zbyt dobrych opinii. Ósma część „Gwiezdnych wojen” w jego wykonaniu bardzo mocno podzieliła wszystkich i jego kolejny film był traktowany z wątpliwościami oraz obawami. Jednak „Na noże” to jest zupełnie inna para kaloszy – bardzo precyzyjnie wykonany i poprowadzony. Punkt wyjścia brzmi jak klasyczna kryminalna opowieść pióra Agathy Christie czy Arthura Conan Doyle’a. Zamknięta przestrzeń (niemal), bardzo duży krąg podejrzanych, gdzie każdy ma motyw oraz dość ekscentryczny śledczy, próbujący dotrzeć do prawdy. Ale jakimś dziwnym cudem ta archaiczna konstrukcja nie pachnie naftaliną, bo reżyser bawi się cała konwencją, gdzie nawet ograne elementy (wykorzystane retrospekcje, tajemniczy szantaż czy finałowe rozwiązanie pełne retrospekcji) są po prostu świeże i angażujące.

Brzmi jak setka innych tego typu kryminałów? Być może, ale reżyser z jednej strony bardzo precyzyjnie prowadzi całą intrygę i parę razy mnie podpuścił. Chociażby na samym początku, gdzie poznajemy jak doszło do śmierci. A przynajmniej tak nam się wydaje i w tym momencie suspens powinien spaść na łeb, na szyję. Jednak tak się nie dzieje, bo Johnsonowi udaje się zaangażować w całą narrację, gdzie ciągle dochodziło do przerzutek, zaskoczeń i wolt. Czegoś, co wydawało mi się nieosiągalne w tym gatunku.

na noze1

Ale jednocześnie Johnson portretuje cała tą relację rodzinną. Tylko, że ta cała familia w jakimś sensie funkcjonuje dzięki Harlanowi i jego majątkowi. Nie są oni w stanie funkcjonować samodzielnie, próbując niejako wykorzystać finanse i położyć na nim swoje ręce. Niby są kochającą rodziną, gdzie każdy z członków ma różną filozofię, poglądy, ale tak są egoistycznymi pijawkami. Istotami, którzy nie osiągnęli niczego swoimi rękoma, ale uważają swój status społeczny za coś, co im się należy. Dlatego się wywyższają, uważają za ważniejszych i gardzą resztą społeczeństwa. Kontrastem dla nich jest bardzo prostoduszna, pełna empatii oraz dobra pielęgniarka. Sprawia ona wrażenie obcego ciała tak nie pasująca do reszty otoczenia i to, że udaje się zachować ten charakter, budzi mój podziw. Zaś rozwiązanie naprawdę mnie zaskoczyło i usatysfakcjonowało.

na noze3

Udało się reżyserowi zebrać imponującą, wręcz gwiazdorską obsadę, gdzie każdy dostaje swoje pięć minut. I nie ważne, czy mówimy o Jamie Lee Curtis (Linda), Donie Johnsonie (Richard) czy Michaelu Shannonie (Walter). Ale dla mnie całość skradły trzy fenomenalne kreacje: Daniela Craiga, Any de Armas oraz Chrisa Evansa. Pierwszy w roli Blanca kompletnie zaskakuje i nie chodzi tylko o akcent. Ta postać niemal żywcem przypomina troszkę klasycznych detektywów z kryminałów Agathy Christie: bardzo wycofany, ekscentryczny, a jednocześnie bardzo skupiony i uważnie przyglądający się wszystkim. Dawno nie widziałem Craiga, który bawiłby się swoją rolą i magnetyzował samą obecnością. Drugą niespodzianką jest Evans, będący czarną owcą w rodzinie, który ma wszystko i wszystkich gdzieś, oprócz siebie i odnoszący się do reszty z ironią, złośliwością, cynizmem. Mówi na głos to, co reszta po cichu. Ale cichą bohaterką jest pielęgniarka grana przez Anę de Armas, a wielkim zdziwieniem było to, że tak naprawdę to ona jest główną bohaterką. To niejako jej oczami obserwujemy niemal cała historię i jako jedyna (może oprócz Blanca) wydaje się pozytywną postacią w tym całym stadzie sępów, egoistów oraz chciwych. Nawet jeśli musi lawirować między wieloma trudnościami i ma dość specyficzną cechę, dodającą wiele uroku.

na noze4

Powiem krótko: „Na noże” to jeden z najlepszych filmów tego roku, gdzie Johnson pokazuje swój wszechstronny warsztat. Inteligentnie napisany, z wnikliwym spojrzeniem na ograne schematy, fenomenalnie zagrany oraz wręcz precyzyjnie wykonany (zwłaszcza pod względem montażu, skupienia na detalach). Nieprawdopodobne, kompletne dzieło, do którego jeszcze wrócę nie raz.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nieznajoma

Cała sytuacja wydaje się dość dziwaczna, bo spotykamy bardzo nietypową kobietę. Kobieta, która znajduje się w różnych miejscach, wygląda troszkę inaczej, choć twarz jest niebezpiecznie znajoma. Imion ma kilka, profesji też wiele: od pielęgniarki przez asystentkę iluzjonisty aż do badaczki żab. Obecnie posługuje się imieniem Alice. Pewnego wieczora trafia na przyjęcie urodzinowe niejakiego Toma – pracownika agencji rządowej. Jak się później, oboje znali się wcześniej.

nieznajoma1

Joshua Marston jest filmowcem, który wydaje się opowiadać przyziemne historie. Ale „Nieznajoma” to kino bardzo dziwaczne. Punktem wyjścia jest historia kobieta, która ciągle zmienia tożsamości, profesje, wygląd. Dlaczego to robi? Czyżby to miała być jej droga do szczęścia bez kompletnego zakotwiczenia, zapuszczania korzeni? A może chodzi o przeżywanie kilku żyć? Poczucie adrenaliny czy chęć odczuwania czegokolwiek? Pytania wydają się ciekawe, tylko wykonanie w niemal paradokumentalnej formie zwyczajnie nudzi. Sporo jest tutaj zarysowanych postaci, o których nie dowiadujemy się zbyt wiele, zaś akcja praktycznie nie istnieje. Nawet nie o to chodzi, bo można zrobić wciągający film, w którym nic się nie dzieje. Cały czas mam wrażenie, że zderzenie Toma z Alice/Jenny powinno wywołać większe emocje. W końcu jego dawna dziewczyna pojawia się po bardzo długiej przerwie. A tutaj wszystko jest strasznie nudne, nieangażujące, zaś dialogi wydają się nijakie oraz prowadzące donikąd. Nawet nie pomaga zaangażowanie do głównych ról Rachel Weisz oraz Michaela Shannona, którzy nie są w stanie ożywić tych postaci. Sprawiają wrażenie duszących się na planie, choć ich obecność wydaje się sporą zaletą.

„Nieznajoma” wydaje się być film z intrygującym pomysłem, który nie zostaje wykorzystany do końca. Chciałbym powiedzieć coś więcej, ale zdążyłem wymazać ten film z pamięci. Nawet nie musicie tego czytać.

5/10

Radosław Ostrowski

Cicha noc

Im bliżej grudnia, czym częściej ma się ochotę na filmy bożonarodzeniowe. Swoją świąteczną opowieść trzy lata temu zaprezentował Jonathan Levine, lecz do polskich kin „Cicha noc” nie trafiła. Ale sama historia nie jest skomplikowana: mamy paczkę trzech kumpli, z czego jeden z nich stracił rodziców w Święta. Ethan (niespełniony muzyk), Isaac (prawnik, mąż i ojciec) oraz Chris (popularny sportowiec) przez 13 lat spędzają wspólnie ten okres, ale te Święta mają być tymi ostatnim spędzonymi razem. a celem ma być legendarny Bal u Dziadka do Orzechów.

cicha_noc_20151

Z założenia film jest dość lekką, miejscami głupawą komedią, gdzie humor miejscami jest naprawdę po bandzie, przypominając inne komedie dla dorosłych. Bo nasi herosi chcą ostatni raz zaszaleć, zajarać dragi i może jeszcze zaliczyć jakąś laskę. Każdy z panów jest innego wyznania, co potrafi wywołać ostre żarty (scena w kościele), ale ma pewne swoje lęki i demony do pokonania: obawy przed odpowiedzialnością, utrata najbliższych, wielka sława oraz akceptacja nowych znajomych. Oraz jedna kwestia – jak powinna funkcjonować przyjaźń. Czy w ogóle jest możliwe jej utrzymanie, mimo obowiązków, znajomych i rodziny. I to pytanie pada między kolejnymi (grubymi) żartami oraz wydarzeniami. Czy to jest komedia a’la „Kac Vegas”? Nie jest aż tak szalona, choć jest kilka rozbrajających scen (wspólne śpiewanie „Christmas in Hollies”, prosty gag z zamianą telefonów czy początek czytany przez…. Tego wam nie powiem, w finale się wyjaśnia).

cicha_noc_20152

Levine zgrabnie balansuje między wątkami oraz postaciami, mimo że w pewnym momencie postacie się odłączają. Są pewne odniesienia do „Opowieści wigilijnej” (dragi przywołujące wspomnienia albo pokazujące przyszłość), niemal beztroska zabawa oraz miejscami mocno oniryczne sceny w postaci wejścia na imprezę czy finału. No i jeszcze lekkie narkotyczne schizy Isaaca, który samą obecnością potrafi rozbroić, stanowiące spore źródło humoru.

cicha_noc_20153

Udaje się też zebrać naprawdę świetną obsadę. Jest świetna chemia między triem naszych protagonistów: troszkę poważniejszy Joseph Gordon-Levitt (Ethan), ciągle zabawny Seth Roger (Isaac) oraz Anthony Mackie (Chris). Cała ta trójka świetnie wygrywa swoje postacie oraz pewne problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Wszystko jest jasno wyklarowane, więzi są silnie zarysowane i wiarygodne. Ale drugi plan kradnie tutaj Michael Shannon jako tajemniczy pan Green – niby zwykły diler, ale okazuje się kimś więcej, pełnym mądrości gościem. A jednocześnie jest bardzo powściągliwie zagrana postać. Są też niezłe panie (najbardziej wybija się Lizzy Caplan oraz Mandy Keating), będące pewną wisienkę na torcie.

„Cicha noc” to dla mnie ostatni udany film Levine’a, potrafiący rozbawić i zmusić do refleksji. Miejscami balansuje na granicy smaku (zdjęcia z penisami), przez co bywa wręcz wywrotowy, jednak to wszystko nie przekracza poczucia dobrego smaku. Czysta, miejscami szalona akcja.

7/10

Radosław Ostrowski

Loving

Kolejna opowieść dziejąca się w czasach, kiedy małżeństwa między rasowe były uważane za największą zbrodnię w historii ludzkości. Takie rzeczy mogli wymyślić tylko Amerykanie. O jednym z takich małżeństw, które stało się jednym z symboli walki o prawa obywatelskie stali się państwo Loving. On (Richard) jest białym pracownikiem budowlanym, ona (Mildred) jest czarnoskórą dziewczyną, która pracuje na plantacji. Postanowili wziąć ślub i zamieszkać razem, zwłaszcza że ona jest w ciąży. Tylko, że jest to rok 1958 i stan Wirginia, gdzie takie relacje nie są mile widziane.

loving1

Rasizm był już tyle razy mielony przez amerykańskich twórców, że postawiłem sobie jedno pytanie: czy w ogóle jest sens tworzenia takich filmów? Ale podjął się tego bardzo zdolny reżyser Jeff Nichols. Reżyser znany jest z tego, że przełamuje pewne szablony oraz schematy kina gatunkowego wszelkiej maści. Problem w tym, iż „Loving” jest kompletnym zaprzeczeniem dokonań tego twórcy. Sama historia jest bardzo szablonowa, poprowadzona wręcz od linijki. Choć muszę przyznać, że reżyser unika wielkich słów i bardzo kameralnie odnosi się do kwestii rasizmu, nietolerancji, bez korzystania z szantażu emocjonalnego. Tylko, że w tym przypadku jest to broń obosieczna, ponieważ obniża emocjonalną temperaturę filmu. Doceniam wyciszenie, spokojne tempo, ale brakowało mi wejścia głębiej w naszych bohaterów – tego, jak oni obserwują całą sytuację, jak do tego się odnoszą. Sprawiają wrażenie pionków sterowanych przez innych na szachownicy, pozbawiona charakteru, niemal godząca się na wszystko. Ale jednocześnie czuć (na początku) atmosferę zaszczucia, niepokoju, że w każdej chwili to szczęście może zostać zabrane.

loving2

Trudno mi cokolwiek złego powiedzieć o aspektach technicznych. Nie brakuje ładnych plenerów, odpowiednio budującej nastrój muzyki czy odtworzeniu (scenograficznym) realiów lat 50. oraz 60. Pod tym względem jest naprawdę solidnie, chociaż brakuje jakiegoś błysku. To samo mógłbym powiedzieć w kwestii aktorskiej. Nie jestem w stanie złego powiedzieć o Joelu Edgertonie czy Ruth Nigga, bo oboje radzą sobie dobrze i czuć chemię między nimi. On troszkę szorstki, mówiący niewyraźnie i jak cudnie gra oczami. Ona wydaje się ciekawsza i sprawia wrażenie silniejszej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Drugi plan też wydaje się porządny, choć najbardziej wybija się Marton Csokas (szeryf) oraz epizod Michaela Shannona (w końcu film Jeffa Nicholsa bez tego aktora byłby po prostu niekompletny) jako fotografa „Life”.

loving3

Niestety, „Loving” to najsłabszy film Nicholsa, który parę razy potrafił mnie zaskoczyć czy to fantastycznym „Uciekinierem” czy okraszonym elementami SF „MIdnight Special”. „Loving” to klasyczna biografia, zrobiona według wszelkich panujących reguł tego gatunku, przez co – poza tematem – nie wyróżnia się z tłumu. A szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Elvis i Nixon

20 grudzień 1970 roku miał być zwykłym dniem w Białym Domu, gdzie rządził wielki miłośnik nagrywania – prezydent Richard Nixon. Ale wszystko zmienia jeden list, z prośbą o spotkanie. Bardzo pilny list… od Elvisa Presleya, który poczuł, że kraj go potrzebuje. Bo nie podoba mu się świat pełen narkotyków, przemocy oraz seksu. Dlatego chce zadziałać jako… tajny agent FBI. Zdjęcie z tego spotkania zapadło mocno w pamięć.

elvis_nixon1

To prawdziwa historia, choć wydaje się dość nieprawdopodobna. Co gorsza, prezydent jeszcze nie nagrywał swoich rozmów w gabinecie owalnym. Reżyserka Liza Johnson pokazuje całe to wydarzenie z perspektywy Króla, ciągle rozpoznawalnego oraz cenionego artysty. Troszkę już znudzonego sławą, pieniędzy, mającego wielki fetysz na punkcie spluw, dość krytycznie odnoszącego się do rzeczywistości. Trudno jednak nie odmówić filmowi klimatu oraz stylizacji na kino z lat 70., co widać w bardzo fajnej czołówce oraz bardzo intensywnych kolorach. Sama historia opowiedziana jest kameralnie, z pewnymi wątkami pobocznymi, dodającymi pewnego smaczku związanego z pozornie drobnymi postaciami jak były asystent Elvisa, zaś obecnie scenograf czy duetu pracowników Białego Domu, próbujących przekonać Nixona do tej rozmowy. Wszystko tutaj balansuje na granicy powagi i zgrywy, zaś obecność Króla wywołuje ogromne poruszenie, dodając masę humoru.

elvis_nixon2

Reżyserka dodaje wiele lekkości do tej pokręconej historii, serwując zaledwie krótki wycinek z życia bohaterów. To jednak nie oznacza, że nie poznajemy Presleya oraz Nixona bliżej, z innej perspektywy. Bo nie brakuje pewnych poważnych wspomnień z życia Króla (śmierć brata bliźniaka przy porodzie), jak i troszkę ludzkiego oblicza Nixona, na ile można w nie uwierzyć. W tle mamy bardzo lekką muzykę, ocierającą się o stylistykę z lat 60., bardzo wiernie odtwarzając klimat epoki (świetna scenografia – zarówno dom Elvisa, jak i Biały Dom), choć czasem balans bywa zachwiany.

elvis_nixon3

Za to aktorsko jest tutaj bardzo mocno. Kevin Spacey w roli Nixona potwierdza klasę, bo takich śliskie postacie to dla niego chleb powszedni. Ale nie jest tutaj serwowany jako demoniczny, złowrogi polityk, tylko lekko konserwatywny gość, mocno trzymający się swojej rutyny. Dla mnie jednak największą niespodzianką był Michael Shannon jako Elvis. Gdy usłyszałem o tym castingu, nie byłem do niego przekonany, ale aktor wypadł naprawdę bardzo dobrze. Nie tylko z powodu charakteryzacji oraz strojów, lecz pewne gesty, ruchy stanowią jeden, spójny portret (śpiewania tylko zabrakło) faceta, któremu lekko odbiło (chęć zdobycia odznaki tajnego agenta wydaje się czymś absurdalnym). Ale jest absolutnie szczery w swoich przekonaniach, bez popadania w karykaturę, co jest cholernie trudne. Kompletnie zaskoczyli mnie na drugim planie Alex Pettyfer (Jerry Schilling) czy Johnny Knoxville (Sonny), który tutaj nie pajacuje i jest całkiem poważny, a fason trzymają Evan Peters (Dwight Chapin) z Colinem Hanksem (Egil Krogh).

Zaskakująco lekka produkcja z poważną polityką w tle, która dostarcza frajdy, choć po obejrzeniu nie zostaje zbyt wiele. Dowcipna, zgrabna, pokazująca troszkę inne oblicze wielkich tego świata z bardziej ludzkiej strony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Fahrenheit 451

Kolejne podejście do powieści Raya Bradbury’ego, tym razem dokonane przez stację HBO. Czyli świat, w którym książki w formie papierowej są zakazane (poza trzema tytułami), a strażacy wywołują pożary. Ale tym razem Guy Montag jest samotnikiem, mieszkającym w domu, pracującym 16 lat w straży (tak jak jego ojciec) kierowany przez kapitana Beatty’ego. Cały świat jest podłączony do Internetu, nazywanego tutaj Dziewiątką, który obserwuje wszystko i wszystkich, umieszczając obrazy wszędzie – na ścianach, w szybach, jednak ci poza systemem (mątwy) ukrywają się wśród ludzi, czytając książki i próbując je zachować.

fahrenheit_451_20181

Reżyser Ramin Bahrani uwspółcześnia powieść Bradbury’ego, czerpiąc garściami z innych klasyków kina oraz literatury SF. Bo nie brakuje neonowych bajerów z „Blade Runnera”, inwigilacji znanej z „Roku 1984” (kamery, drony) i tutaj bardziej czuć bezwzględne działanie systemu. Tu nie brakuje klimatu zagrożenia, momentów niepewności, ale też czegoś, co nawet mnie zaskoczyło. Pewien dość prosty podział na dobrych i złych: dobrzy to mątwy, źli to strażacy. I jeszcze jedno: reżyser zamiast dylematów na temat sztuki, pokazania antyutopijnej wizji świata, gdzie doszło do poważnej modyfikacji historii świata (po II wojnie secesyjnej), skupia się na samej akcji. Sceny palenia książek robią niesamowite wrażenie (zwłaszcza ta w domu starszej pani, która się podpala), stonowana kolorystyka dodaje poczucie niepokoju, tak samo jak oszczędna muzyka. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia pewnej płytkości tematu (książki czynią ludzi nieszczęśliwymi i by uniknąć ataków pewnych grup społecznych są niszczone), zaś finał nie dał mi zbyt wiele satysfakcji. Nawet przemiana głównego bohatera wydaje się – tak jak w wersji Truffauta – zbyt mechaniczna, nie przekonująca. Aczkolwiek wplecenie scen retrospekcji oraz sposobu „czyszczenia” pamięci za pomocą… kropel do oczu jest pewną zaletą. Jest kilka ciekawych pomysłów (świetna czołówka z płonącymi książkami czy sceny szkoleń), ale miejscami zbyt galopuje.

fahrenheit_451_20182

Jeśli coś broni i przykuwa uwagę, to chemia między głównymi bohaterami granymi przez Michaela B. Jordana oraz Michaela Shannona. Ten pierwszy w roli Montaga radzi sobie całkiem nieźle w roli protagonisty, który zaczyna mieć wątpliwości, ale bardziej interesował mnie ten drugi. Shannon zawsze sprawdza się w rolach mrocznych postaci, chociaż Betty nie boi się manipulować (kiedy zmusza Montaga do przeczytania książki na głos), jednak wydaje się być kimś więcej niż narzędziem systemu. Relacja tych dwóch postaci przypomina uczeń-mistrz, ale także niby ojciec-niby syn, elektryzując także w finale.

Ta ekranizacja wydaje mi się na podobnym poziomie, co wersja Truffauta, która też nie była do końca udana. Na pewno przemawia współczesnym językiem, czerpiąc z bardziej znanych dzieł SF, ale jednocześnie wydaje się pozbawiona własnej tożsamości, co działa bardzo negatywnie. Można obejrzeć, jednak lepiej sięgnąć po pierwowzór literacki.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Ostatnie pokolenie

Wyobraźcie sobie świat, w którym coraz trudniej jest zdobyć wodę z powodu ogromnej suszy. Z tego powodu dystrybucja tego surowca jest mocno ograniczona, zaś ranczerzy, by przetrwać, muszą handlować alkoholem i liczyć na cud. Kimś takim jest Ernest Holm, ale bardzo brakuje mu umiejętności. Mężczyzna mieszka z synem i córką, która umawia się z dość szemranym Flemmingiem, który ma inne plany wobec tej ziemi.

ostatnie_pokolenie1

Początek dzieła Jake’a Paltrowa może budzić skojarzenia z postapokaliptyczną wizją świata, pełnego pustynnych krajobrazów, szalejących bandytów oraz zwykłych ludzi, próbujących przetrwać. Reżyser przez dłuższy czas prezentuje wizję swojego świata, gdzie nie brakuje pomysłowych gadżetów (futurystyczny telefon czy mechaniczny osioł), jednak nie one są tu najważniejsze. Degrengolada świata, pełna biurokracji, korupcji oraz drobnych cwaniaków jak Robbie, handlujący dziećmi czy licytacje sprzętu. I tutaj mamy zwykłą rodzinę oraz mocno przywiązanego do ziemi Flema, który do realizacji swoich celów nie cofnie się nawet przed morderstwem. Historia skupia się na zabójstwie, zemście, brutalnej inicjacji oraz uczynieniu ziemi znowu żyznej. Niby nie dzieje się wiele, ale reżyser powoli zaczyna odkrywać kolejne elementy intrygi, prowadząc do dość oczywistego finału, naznaczonego krwią, odpowiedzialnością oraz mrokiem. Wszystko to wsparte przez bardzo surowe zdjęcia, pełne pustynnych krajobrazów (na początku) oraz niepokojącą muzykę. Może czasami dialogi wydają się dość suche, a pewne wątki związane ze światem poza rolniczym, gdzie trzeba mieć przepustki, są szybko urwane i można było je rozwinąć, niemniej seans jest całkiem przyjemny.

ostatnie_pokolenie2

Za to nie zawodzą aktorzy, z których najbardziej wybija się trzech panów. Michael Shannon zawsze się sprawdzał w postaciach z tajemnicą oraz nieprzyjemną przeszłością, tutaj jedynie potwierdza swoje umiejętności. Ernest jest bardzo wycofanym, skrytym facetem, próbującym wytrwać do końca. Bardziej wybija się za to Nicholas Hoult, przechodzący olbrzymią ewolucję Flemming. Na początku chłopak na motorku, wyglądający jak bandzior, z czasem stający się panem na włościach, pewnym siebie facetem. Wreszcie bardzo wycofany Kodi Smit-McPhee (Jerome), który jest zapatrzony w ojca, też zmienia się w sprytnego, dojrzałego mężczyzny.

ostatnie_pokolenie3

„Ostatnie pokolenie” to kolejny ciekawy głos w nurcie niezależnego kina SF. Niby nic nowego, a sama intryga może też wydaje się niezbyt zaskakująca, ale potrafi miejscami poruszyć i trzymać w napięciu, chociaż wydaje się spokojny. Te paradoksy nie wykluczają się nawzajem.

7/10 

Radosław Ostrowski

Midnight Special

Jesteśmy rzuceni w sam środek historii, gdzie dwóch mężczyzn ukrywa się w motelowym pokoju. Do tego z nimi jest chłopiec, noszący… gogle na twarzy. O co tu chodzi? Kim są ci ludzie i przed kim się ukrywają? Reżyser Jeff Nichols bardzo szczątkowo przekazuje informacje, dopiero z czasem tworząc pewien obraz wydarzeń, dlatego nie będę streszczał fabuły, bo im mniej się wie, tym lepiej dla widza. Powiem tylko tyle, że naszymi uciekinierami interesuje się pewna sekta, policja, FBI, a nawet NSA. Twórca bardzo konsekwentnie buduje aurę tajemnicy, do której możemy się przebić słuchając dialogów czy informacji z radia lub telewizji. Żadnej dokładnej ekspozycji, szczegółów, ale będą się dziać rzeczy nie z tego świata, pozbawione racjonalnego wytłumaczenia.

midnight_special1

To wyjaśnia dlaczego większość scen toczy się nocą, a im bardziej próbujemy rozgryźć przyczynę, tym bardziej to wszystko zaczyna wciągać, bo kim jest ten chłopak? Nowym Mejsaszem (jak chce sekta), bronią (jak uważa rząd) czy może kimś zupełnie innym. Nichols jednocześnie prowadzi historię w sposób oszczędny, kameralny, przez co nie ma tu zbyt widowiskowych scen. Ale to wszystko pozostaje intrygujące, tajemnicze oraz opowiedziane pewną ręką. Choć pozornie zawiera pewne dziury oraz niedopowiedzenia, to jednak nie czułem się zdezorientowany, zagubiony. Jedyne, co mocno psuło mi efekt to zakończenie, które wywołuje we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony wygląda piorunująco, z drugiej może wydać się zbyt łopatologiczny, pokazując troszkę więcej niż – być może powinna.

midnight_special2

Choć postacie są bardzo zarysowane i nie wiemy zbyt wiele, zagrane są co najmniej bardzo dobrze. Zarówno Michael Shannon (Roy), jak i Joel Edgerton (Lucas) są świetni w roli duetu przyjaciół, łączących siły w sprawie chłopca, a wszelkie emocje prezentują wręcz całym sobą. Tak samo przyciąga Jaeden Lieberher (Alton), magnetyzujący swoim specyficznym wyglądem oraz tajemniczymi umiejętnościami. Odrobinkę humoru udaje się przemycić Adamowi Driverowi, który jako wycofany, małomówny analityk NSA Paul Sevier, wypada dość zaskakująco.

midnight_special3

„Midnight Special” wydaje się być hołdem Nicholsa dla filmów spod znaku Kina Nowej Przygody, ale nie podejmuje gry na nostalgii czy bycia zbiorem cytatów. To mroczna tajemnica, która skupia uwagę, mimo pewnej szczątkowości fabuły oraz małej dawce informacji o bohaterach czy świecie przedstawionym. Bardzo intrygujące, pociągające i nieoczywiste kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski