West Side Story

Hasło remake u wielu osób działa niczym płachta na byka, zwłaszcza w przypadku filmów uznawanych za klasykę. Zupełnie jakby miało doprowadzić do zniszczenia/skasowania/wysłania w niebyt oryginalnego filmu. Ale tak się nie dzieje, jeszcze. Tak też będzie w przypadku nowej wersji musicalu „West Side Story”, którą postanowił przygotować sam Steven Spielberg. Reżyser, który tak naprawdę może zrobić wszystko i NIC poza własną kreatywnością go nie ogranicza. Nie znam poprzedniej wersji z 1961 roku, więc nie będę bawił się w porównania, tylko opowiem o nowej adaptacji.

west side story1

Sama historia to osadzona w Nowym Jorku lat 50. wariacja na temat „Romeo i Julii”, zaś zamiast rodów mamy dwa gangi – białych Amerykanów (Jets) oraz bardziej opalonych Portorykańczyków (Rekiny). Romeo ma na imię Tony (Ansel Elgort) i był współzałożycielem gangu. Ale odsiadka go zmieniła, teraz jest na zwolnieniu warunkowym, więc żadna rozróba nie wchodzi w grę. Julia z kolei ma inne, piękne imię Maria (debiutantka Rachel Zegler), jest siostrą szefa gangu Rekinów. Obie strony są w stanie gotowości do konfrontacji, zwłaszcza iż okolica przeznaczona jest do rozbiórki, a nienawiść działa niczym paliwo w silniku rakietowym. Jeszcze bardziej sytuacja się rozkręci, gdy dojdzie do spotkania naszej parki. Trzecia wojna światowa wisi w powietrzu.

west side story2

Brzmi to jak coś banalnie prostego i nieskomplikowanego do zrobienia? Ale Spielberg nigdy wcześniej nie kręcił musicalu, więc było to zadanie do wykonania. Sam film jest tak klasyczny w formie, jak tylko jest to możliwe. Sporo tańca na ulicach (i nie tylko), równie sporo śpiewu (nagle i znienacka), a w tle niemal non stop przygrywa nieśmiertelna muzyka Leonarda Bernsteina. Brzmi jak coś bardzo archaicznego i pachnącego naftaliną, prawda? Niby powinno, ale Spielberg chyba ma jakiś układ z diabłem. Jego „West Side Story” czaruje od początku swoją młodzieńczą energią, w czym pomaga zarówno scenariusz, jak i świetne zdjęcia Janusza Kamińskiego: od bardzo imponującego początku przez bardzo żywiołową scenę taneczną w szkolnej potańcówce czy sekwencję podczas sprzątania sklepu z odzieżą.

west side story4

Do tego świata wskoczyłem od razu, świadomy konwencji i to była dla mnie największa niespodzianka. Spielberg bardzo przypomina do czego może doprowadzić zaślepienie, nienawiść oraz duma rozumiana jako pogarda wobec innych. Przemoc nakręca przemoc, więc nie ma tutaj miejsca na jakąkolwiek nić porozumienia czy sympatii. Obie strony nie znoszą tylko policjantów, co nie rozwiązuje problemu. A wszystko kończy się w brutalny, krwawy sposób. Trudno oderwać od tego oczy, bo wszystko jest zrobione po prostu świetnie: od choreografii przez scenografię, kolorystykę po muzykę oraz piosenki. Dość istotnym detalem jest fakt, że część dialogów jest w języku hiszpańskim. Ale nie są one tłumaczone, co wywoła sporą konsternację. Ale pasuje do tego świata.

west side story3

Aktorsko w zasadzie jest więcej niż porządnie, chociaż jedna osoba odstaje. Jest nią Ansel Elgort jako Tony. Nie chodzi o to, że źle śpiewa czy brakuje mu uroku, ale jest bardzo wyciszony. Chyba nawet za bardzo, przez co brakuje mu troszkę charyzmy i wyrazistości. Niby rozumiem, że to postać odmieniona, unikająca siłowej konfrontacji (nawet postawiony pod ścianą), ale tej postaci brakuje jakiejś wyrazistości, wewnętrznej siły, bym mógł uwierzyć w niego. Pod tym względem lepiej wypadali szefowie gangów, grani przez Mike’a Feista oraz Davida Alvareza. O wiele lepiej wypada partnerująca Rachel Zegler, dzięki swojej naturalności, szczerości oraz silnej determinacji. Niemniej czuć chemię między tą dwójką, co jest sporą niespodzianką. Ale prawdziwym sercem oraz bombą jest Ariana DeBose jako charakterna, zadziorna Anita. Nie można od niej oderwać oczu, nie zachwycać się jej energicznymi tańcami oraz śpiewem. Zachwycająca kobieta i najbardziej wyrazista postać, także w dramatycznych momentach pod koniec. Prawdziwy szok.

west side story5

Tak dobrego filmu Spielberg nie nakręcił od czasu „Przygód Tintina”. Pełen pasji, miłości do gatunku, szczerości oraz zadziwiająco świeży. I to wszystko przez twórcę po 70., co nie jest częstym zjawiskiem. Ten film przywrócił mi nadzieję, że ten reżyser jeszcze jest w stanie zaskoczyć oraz pokazać dawno schowany pazur.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cyrano

Kto nie słyszał o Cyrano de Bergeracu – XVII-wiecznym francuskim żołnierzu i poecie, utrwalonym przez XIX-wiecznego dramaturga Edmunda Rostanda. Adaptacji oraz dzieł inspirowanych tą sztuką jest wiele. Ostatnim takim przedsięwzięciem był stworzony w 2018 roku musical autorstwa Eriki Schmidt z piosenkami autorstwa braci Dessner, Matta Berningera oraz Carin Besser, gdzie tytułową rolę zagrał Peter Dinklage. Przedstawienie było sukcesem na off-Broadwayu przez dwa lata, więc adaptacja filmowa była tylko kwestią czasu. Za kamerą stanął Joe Wright, który na kinie kostiumowym się zna.

Historia jest w zasadzie niezmienna (w ogólnym zarysie), a jej bohaterem pozostaje Cyrano – mistrz słowa oraz szpady. Jednak zamiast dużego, oszpecającego nosa, jest karłem, czyniąc z niego obiekt kpin. Jest jednak para przyjaciół, którzy go wspierają: kapitan Le Bret (dowódca) oraz Roxanne – dawna znajoma, obecnie z wyższych sfer. Kobieta nie wie, że Cyrano się w niej podkochuje, lecz z obawy na swój fizyczny defekt nie wyjawia swoich uczuć. Sprawa jeszcze się komplikuje, gdy smali do niej cholewki arystokrata de Guille (drugi po królu), co pozwoliłoby kobiecie podreperować finanse. Ale jest jeszcze trzeci adorator – młody rekrut Christian – i to jest ten słynny „grom z jasnego nieba”. Problem w tym, że – jakby to ująć – ma bardzo małe… słownictwo. Więc nasz mały rycerz staje się pośrednikiem między kochankami, pisząc listy za Christiana i pomagając im się spotkać.

Brzmi jak klasyka gatunku, ale Wright ubierając całość w musicalową konwencję dodaje wiele świeżości. Umowność świata przedstawionego z imponującą scenografią oraz kostiumami pozwala łatwiej wejść w ten świat, a kilka drobnych zmian (inny wygląd Cyrano, zmiana koloru skóry Christiana) dodaje szerszego kontekstu do opowieści o samotności, niespełnionej miłości i braku samoakceptacji. Do tego Wright sięga po kilka świetnych mastershotów (choćby sam początek filmu czy potyczka Cyrano w ciemnym zaułku), świetny montaż (kapitalna sekwencja przekazywania listów oraz reakcji Roxanny) oraz odrobinkę humoru.

A skoro jest to musical, to jak wypadają piosenki? Sama choreografia jest więcej niż delikatna i pokazywana jest na dalszym planie. Towarzyszy ona głównym prostym, codziennym rzeczom jak zgniatanie chleba czy trening szermierczy. I dzięki tej prostocie zarówno potrafi zachwycić detalami, jak i nie odwraca uwagi od piosenek. Te zaś są… po prostu porządne. Nie będą one podśpiewywane, gdyż nie chodzi o chwytliwość czy przebojowość, lecz oddanie stanu emocjonalnego bohaterów: samotności, rozdarcia, obawy przed śmiercią. Być może dla wielu te teksty mogą się wydawać zbyt współczesne, jednak dla mnie miały one charakter uniwersalny i pasowały do całości.

A jak się odnaleźli aktorzy? Tutaj wszystko skupia się na czwórce postaci i każda z nich jest bardzo wyrazista, choć pozornie są łatwe do opisania. W tytułowego Cyrano wciela się Peter Dinklage i tworzy swoją najlepszą rolę w karierze. Z jednej strony to charyzmatyczny wojownik, mistrz słowa oraz szpady, sprawiający wrażenie nieustraszonego. Z drugiej to romantyk pełną gębą i osoba nie do końca akceptująca samego siebie, przez co tłumi swoje uczucie do kobiety. Absolutnie zjawiskowa jest Haley Bennett jako Roxanne, też łącząca skrajne sprzeczności: silny charakter z bujaniem w obłokach i romantyzmem. Najsłabiej wypada Kelvin Harrison Jr., czyli Christian – przystojny facet z bardzo skromnym słownictwem i odstaje od reszty. Kompletnie nie czuć chemii między nim a Bennett i Dinklagem, przez co w jego miłość do Roxanne trzeba wierzyć na słowo. Za to główny antagonista, czyli hrabia de Guille w wykonaniu Bena Mendelsohna jest odpowiednio śliski, złowieszczy i podły.

„Cyrano” to powrót Wrighta do formy oraz potwierdzenie, że z ogranej, znajomej historii da się stworzyć angażujący, świetny film. Fantastycznie zrealizowany, ze wspaniałym aktorstwem, cudnymi piosenkami.

8/10

Radosław Ostrowski

tick, tick… Boom!

W musicalu obecnie chyba żadne nazwisko nie jest tak popularne jak Lin-Manuel Miranda. Twórca „In the Heights” oraz „Hamiltona” od lat pisze piosenki do filmów, czasem w nich gra. Tym razem jednak postanowił wejść na wyższy poziom i spróbować swoich sił jako filmowy reżyser. Oczywiście, że nakręcił musical, będący biografią Jonathana Larsona.

Nie znacie go? To był młody chłopak z miasta Nowy Jork, co pracował jako kelner w restauracji. Ale ciągle ścigał swoje marzenie – pisanie musicali, co wychodziło mu łatwo. Problem w tym, że nikt nie chciał tego wystawić. Akcja toczy się w 1990 roku na kilka dni przed 30. urodzinami, z poczuciem niespełnienia. Że nic nie osiągnął, a rachunki same się nie opłacą. W końcu dostaje szansę na zaprezentowanie swojego dzieła „Suburbia” przed kilkoma ważnymi osobistościami świata musicalu.

Budulcem dla tego filmu jest monodram wykonywany przez samego Larsona, który opowiada o wszystkich tych wydarzeniach. Reżyser bawi się tutaj formą, gdzie sceny sceniczne przeplatają się z retrospekcjami. Wszystko jest niejako materializującą się na naszych oczach kreacją, gdzie przeskakujemy z mieszkania do apartamentu albo z knajpy na scenę. Czy do grupy fokusowej, by ustalić nazwę dla nowego produktu. Jeszcze kadr lubi się zmieniać – od wąskiego obrazu niczym w formacie telewizyjnym po szeroki ekran kinowy (Cinemascope). Dzieje się tutaj wiele, a wszystko w rytm bardzo chwytliwej muzyki – niby granej przez mały zespół, a pełnej energii oraz pasji. Chaos wydaje się pozorny, a prowadzi do historii artysty i jego wyboistej drogi do sukcesu. Sukcesu, którego nie będzie mógł być świadkiem.

Bo Larson umrze dzień przed premierą „Rent”, który będzie grany na scenie przez 12 lat. Przyczyna zgonu: tętniak i to w wieku 35 lat. To nie jest spojler, bo informację o śmierci dostajemy z offu na samym początku. Miranda, który ewidentnie czuje materiał i ma fantastyczne pomysły inscenizacyjne oraz choreograficzne (prosty numer o życiu w bohemie, otwierający całość „30/90” z drobną sceną taneczną w bibliotece czy kapitalna scena w jadłodajni), że nie można od tego oderwać oczu. Zdjęcia miejscami dostają odrobinę ADHD, a montaż daje prawdziwego kopa oraz rytmu.

Sam film za to opowiada o pogoni za marzeniami oraz cenie jaką się za to płaci. Zwłaszcza jeśli ma się nie tylko talent, ale i kompletną fiksację na tym punkcie. Poczucie traconego czasu, który gdzieś tyka cały czas w tle. Nerwowość jeszcze podkreśla blokada twórcza, wynikająca z niemożności napisania jednej piosenki. Przez co Larkin wydaje się bardzo narcystycznym, czasem wręcz antypatycznym dupkiem. Paradoksalnie jednak czyni go postacią pełnokrwistą, nawet jeśli jego przyjaciele i osoby z otoczenia pełnią rolę tła. Na szczęście ich problemy mają szansę w pełni wybrzmieć, nie sprawiając wrażenie ani zapychacza, ani emocjonalnego szantażu.

Jeśli chodzi o aktorstwo, „tick, tick… BOOM” można określić trzema słowami: Andrew Garfield Show. Aktor tworzy rolę absolutnie wybitną, gdzie w zasadzie wszystko robi bez zarzutu: od kapitalnego śpiewu i tańca (podejrzewam, że akurat gra na fortepianie mogła być udawana) aż po pokazania bardzo sprzecznych emocji: bezradności, wściekłości, przytłoczenia po pasję, energię oraz zrozumienie. Bez tej roli tego filmu by nie było, a Garfield wszystko pokazuje bezbłędnie, dominując wręcz ekran. W zasadzie reszta postaci wydaje się zepchnięta, choć ma szansę się wykazać: świetny Robin de Jesus (Michael), śliczna Alexandra Shipp (dziewczyna bohatera, Susan), śpiewający podczas monologu duet Vanessa Hudgens/Justin Henry czy w drobnym epizodzie Bradley Whitford (Stephen Sondheim).

„tick, tick… BOOM!” to z jednej stron zarówno świetny, poruszający musical jak i nieszablonowa w formie biografia. Kolejny przykład wszechstronnego talentu Lin-Manuela Mirandy, który czegokolwiek by nie dotknął, zamienia w złoto. Wszyscy będą sobie zadawać jedno pytanie: jakim cudem on to robi i jaki będzie jego kolejny ruch. Musical ostatnimi czasy jest naprawdę w formie i troszkę szkoda, że nie jest tak popularny jak z 10-15 lat temu.

8/10

Radosław Ostrowski

Annette

Hasło musical dla wielu narzuca jednoznaczne skojarzenia – śpiew oraz taniec, wykonany w taki sposób, by pieściło oczy i uszy. Jeśli jest to zrobione z regułami tego gatunku. Chyba, że przyjdzie Leos Carax i dokona kompletnej destrukcji, demolki, wręcz rozróby. Taka jest „Annette”, która spełnia założenia reżysera lubiącego sztuczność, eksperyment i brak reguł.

Historia stworzona przez duet muzyczny Sparks skupia się na parze ludzi z dwóch światów. Ona (Anna) jest operową diwą, on (Henry) bardzo kontrowersyjnym stand-uperem. Większego przykładu, że miłość jest ślepa nie da się znaleźć. Wydaje się, że to uczucie będzie mocne i podnoszące mocno. W końcu pojawia się w ich życiu córka Annette, która okazuje się mieć niezwykłe umiejętności. Ale dla obojga rodziców życie zawodowe zmienia się ogromnie. Ona odnosi coraz większe sukcesy, wielką widownię, prestiż i kasę, a on wręcz przeciwnie. Dla widowni staje się nieśmieszny, wulgarny, chory i odpychający. Coś wisi w powietrzu, ale czy to miłość?

Już sam początek pokazuje, że to nie będzie konwencjonalny film. Skoro w pierwszej scenie śpiewa zespół Sparks w towarzystwie aktorów oraz ekipy filmowej z kamerą pokazującą ich z przodu. Zaskoczeni? To jak zareagujecie na fakt, że dziecko naszej pary bohaterów jest… kukiełką? Sztuczność oraz rozbuchanie uderzają mocno w głowę, wszystkie (prawie) dialogi są śpiewane, zaś numery Sparks – pozornie proste i mniej rozbuchane – potrafią złapać za ucho. Fabuła wydaje się być prosta, ale czy warta trwania ponad dwie i pół godziny?

Początkowo akcja wydaje się chaotyczna, bez konkretnego kierunku. Wszystko zmienia się w momencie pojawienia się Annette, gdzie skupia się na tej parze. Ich ambicjach, frustracjach, poczuciu niespełnienia, toksycznej relacji, zazdrości oraz sławie. Pozornie wydaje się, że wszystko gra, co słychać. Ale obrazek i zachowanie sugeruje coś zupełnie przeciwnego. Czy to jest satyra na szoł-biznes? Po części – pole do interpretacji jest spore, a realizacyjnie Carax uderza swoim neobarokowym stylem. Czy to podczas tańca na statku podczas burzy (w tle obraz jest pokazany na projektorze), czy jak dyrygent prowadzi orkiestrę i odzywa się bezpośrednio do obracającej się wokół niego kamery. To jest oszałamiające wizualnie doświadczenie, zaś sam śpiew balansuje między melorecytacją a naturalnym fałszowaniem. Więc nie wszystkim się to spodoba.

To wszystko jednak w ryzach trzyma rewelacyjny duet w rolach głównych. Marion Cotillard jako Anna zachwyca swoim głosem oraz kostiumami noszącymi podczas spektakli operowych. Ale prawdziwym szołmenem jest tutaj Adam Driver i to, co on wyprawia przechodzi ludzkie pojęcie. Nieważne, czy występuje jako stand-uper, czy jest sfrustrowanym, niespełnionym „artystą”. We wszystkich tych twarzach jest bezbłędny, zarówno w bardziej ekspresyjnych, jak i tych oszczędniejszych emocjonalnie momentach. A jeszcze gdzieś nad nim skrywa się pewien nieopisany mrok, co tylko czyni go jeszcze bardziej magnetyzującym.

„Annette” to film polaryzujący wszystkich. Jedni będą zachwyceni i oczarowani, drudzy skonsternowani, zmęczeni oraz wkurzeni, że obejrzeli to dziwadło. Bez wątpienia to bardzo interesujący eksperyment dla ludzi odważnych, nie bojących się ryzyka. Ostrożnie, ale polecam.

7/10

Radosław Ostrowski

In the Heights. Wzgórza marzeń

Jeszcze parę lat temu nie wiedziałem kim był Lin-Manuel Miranda. Jak się później okazał ten aktor, kompozytor, autor musicali zaczął szturmem podbijać najpierw scenę teatralną, teraz przebija się przez ekran. Zarówno jako aktor, autor materiału źródłowego, a nawet… reżyser. To jednak innym razem, bo teraz chcę opowiedzieć o adaptacji pierwszego musicalu tego artysty. I nie jest nim strasznie popularny „Hamilton”, lecz „In the Heights”.

Nic wam to nie mówi? Reżyser Jon Chu przybliży wam całą opowieść, która skupia się na mieszkańcach dzielnicy Washington Heights. Tu mieszka mniejszość latynoska z różnych części Ameryki Południowej: Kuba, Meksyk, Portoryko, Dominikana. Społeczność ta jest mocno zżyta, lecz pojawiają się poważne problemy: drożejący czynsz, bardzo silne upały oraz wyłączenie prądu w całym mieście. Zaś wszelkie interesy są wypierane przez innych. Jednym z broniących się miejsc jest sklep prowadzony przez Usnaviego, salon kosmetyczny Danieli (ale nie na długo z powodu przeprowadzki) oraz dyspozytornia Kevin Rosario. To jednak część postaci, których jest wiele: córka pana Rosario, Nina, co rzuciła studia, pracujący w dyspozytorni Benny, marząca o karierze artystycznej Vanessa czy Abuela, będąca niejako babcią całej okolicy.

Narracja polega na przeskakiwaniu z postaci na postać, a wszystko opowiada sam Usnavi. I jak na musical przystało musi być śpiew oraz tańczenie, a w tym reżyser jest cholernie dobry. Zarówno jeśli chodzi o sceny z tłumem ludzi (sekwencja na basenie czy w klubie, gdzie dochodzi do wyłączenia prądu), jak i bardziej kameralne momenty. Tańca akurat nie ma wtedy, a śpiew (głównie Usnaviego) to bardziej rapowanie oraz melorecytacja do rytmu. Czyli bardziej na współczesną modłę, co pasuje do postaci, miejsca i stylu Mirandy. Dzięki czemu ten film ma swoje „flow”, nie pozwalając sobie na nudę, a pozorna prostota choreografii zachwyca precyzją wykonania. I jest parę scen, które potrafią zaskoczyć jak „śpiewana” rozmowa zakochanych na balkonie, gdzie para „chodzi” po ścianie budynku czy wspomnienia babci. Kreatywność podnosi ten film na wyższy poziom i wszystko jest robione z pasji, bez chłodnej kalkulacji.

Jeszcze bardziej łapią za serce postacie, z którymi łatwo się można identyfikować. Każdy z nich ma pewne swoje problemy: reprezentanci najmłodszego pokolenia chcą się wyrwać, czując się obco w tym otoczeniu, bez perspektyw i goniąc za marzeniami. Bo każdy tu o czymś marzy i pragnie. Ale czy trzeba szukać spełnia poza swoją małą ojczyzną – w innej dzielnicy czy kraju? Prowokacyjne pytanie, a odpowiedź wcale nie jest taka jednoznaczna. Inaczej do sprawy podchodzą ludzie ze średniego i starszego pokolenia. Ci walczyli o swój kawałek podłogi, teraz chcą ułatwić start swoim dzieciom czy wnukom. Wszyscy są tutaj świetnie napisani oraz fantastycznie zagrani: od małych epizodów po duże role. Każdy tu zapada w pamięć, a to jest spore osiągnięcie.

„In the Heights” to jest przede wszystkim portret społeczności, która nawet w momentach słabości pokazuje swoją prawdziwą siłę jak podczas „karnawału” w upale czy oddają hołd zmarłej Abueli. Chłonąłem ten świat, niejako żyjąc razem z bohaterami, w pełni pulsującym kawałku ziemi. Bardzo uroczy, bezpretensjonalny oraz szczery kawałek kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Willy Wonka i fabryka czekolady

Tą historię znacie, bo w 2005 roku przeniósł ją na ekran Tim Burton. Nie był jednak jedynym, co się podjął ekranizacji powieści Roalda Dahla „Charlie i fabryka czekolady”. Czyli mamy opowieść o bardzo ekscentrycznym właścicielu fabryki czekolady, który lata temu ją zamknął. Jednak wznowił działalność, lecz bramy nadal pozostały zamknięte. Ale w końcu jest szansa na wejście do środka. Jak? Wszystko dzięki Złotemu Biletowi (sztuk pięć), który trzeba znaleźć w tabliczce czekolady. A zwycięzca dostanie szansę zwiedzenia fabryki Wonki w towarzystwie jednego członka rodziny.

willy wonka1

Brzmi znajomo, prawda? Ale reżyser Mel Stuart w oparciu o scenariusz samego Dahla podchodzi inaczej do tej kwestii. Oczywiście, że każde z dzieci ma pewne podkreślone cechy charakteru: od oglądania telewizji przez egoizm po obżarstwo. Niby wiemy, czego się spodziewać i znamy drogę, jednak sposób w jaki opowiedziana jest ta historia… to zupełnie inna kwestia. Reżyser ubiera wszystko w konwencję musicalu, z masą piosenek i odrobiną (podkreślę: odrobiną) tańca.

willy wonka2

Całość jest rozbita na dwie części. Pierwsza to poznanie bohaterów oraz poszukiwania Złotych Biletów. Ten wątek prowadzony jest zaskakująco spokojnie, zaś odkrywanie zwycięzców prowadzone jest za pomocą relacji telewizyjnych. Sama obecność pozostałych dzieciaków i poznanie ich charakterów trwa w zasadzie parę sekund. Skontrastowany z nimi Charlie wydaje się przy nich wręcz aniołem: chodzi do szkoły, pracuje jako roznosiciel gazet i jest do bólu uroczy. Ale druga połowa to zwiedzanie fabryki Wonki, co daje duże pole dla rozwinięcia wyobraźni. Twórcy sięgają nie tylko po oszałamiającą scenografię, ale też masę optycznych sztuczek w rodzaju fałszywej perspektywy. Gabinet Wynalazków czy Sala Czekoladowa, gdzie niemal wszystko jest do zjedzenia nadal robi piorunujące wrażenie. A już podróż łodzią to czysta psychodelia, jakiej nikt się nie spodziewał. Jednak jest w tym pewna niewypowiedziana magia, która nie pozwala oderwać oczu.

willy wonka3

I jest jeszcze jeden element, który podnosi całość na wyższy poziom. Nie chodzi tutaj o przekonujące dzieciaki, ale o absolutnie błyszczącego Gene’a Wildera jako Wonka. Pokręcony geniusz o umyśle dziecka zmieszanym z bardzo sarkastycznym humorem to połączenie zabójcze. Zwłaszcza, że nie do końca wiadomo kiedy Wonka żartuje, a kiedy jest śmiertelnie poważny i to w połączeniu z wnętrzem fabryki daje siłę rażenia bomby atomowej. Tego się nie da zapomnieć.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu film sprzed 50 lat broni się więcej niż dobrze. Może wielu drażnić wyczuwalny dydaktyzm, a morał jest oczywisty, to nadal stanowi wysokiej jakości kino familijne. O klasę (przynajmniej) lepszy od remake’u Tima Burtona.

8/10

Radosław Ostrowski

Mary Poppins

Brytyjczycy mają wiele ikonicznych postaci w historii dziecięcej literatury: Kubuś Puchatek, miś Paddington czy Mary Poppins. Tą ostatnią postać – niani opiekującej się dziećmi – stworzyła P.L. Travers, tworząc serię książek. Jednym z fanów jej twórczości był sam Walt Disney, który zdecydował się przenieść jej opowieść na ekran, choć łatwo nie było (o tym opowiedział film „Ratując pana Banksa”).

Akcja osadzona jest w Londynie początku XX wieku, kiedy to coraz bardziej rozwijał się ruch sufrażystek. Ale wszystko skupia się na rodzinie Banksów mieszkających w alei Wiśniowej 17. Matka walczy o prawa kobiet, z kolei ojciec jest urzędnikiem bankowym. Jak na rodzinę z wyższych sfer mają służbę oraz nianię do opieki nad dwójką dzieci – Michaela i Jane. Tych dwoje bywa rozrabiakami, a kolejne nianie nie dają z nimi rady. Ale w końcu pojawia się pewna dama latająca na chmurze, z parasolką i nieodzowną torbą.

mary poppins1-1

Już możemy spokojnie założyć, że „Mary Poppins” bliżej jest do baśni czy bajki niż trzymającej się ziemi opowieści. Jest to hybryda kina familijnego z klasycznym (przynajmniej z dzisiejszej perspektywy) musicalem i nawet animacją. A to wszystko w połowie lat 60., kiedy jeszcze nikomu nie śnił się królik Roger, co robi jeszcze większe wrażenie. Ale o czym tak naprawdę jest ten film? O zderzeniu konserwatywnego wychowania z bardziej rozwijającym wyobraźnię, o zdyscyplinowaniu dzieci czy może chodzi o to, żeby rodzice spędzali z dziećmi więcej czasu i skupiali się na nich? Że praca, choć ważna i istotna, nie powinna być najważniejsza. Że wszystko, co robimy, powinno być przyjemnością, że liczą się drobiazgi. Brzmi może i banalnie, ale sposób w jaki to jest podane od banału jest daleki. I to wszystko ma taki bardzo staroświecki urok, którego ciężko dziś odnaleźć.

mary poppins1-4

Realizacyjnie to nadal dobrze się trzyma, ale wszystko wygląda bardzo umownie. Gdzie obok dekoracji nie brakuje rysowanego tła, a nawet animowanych sekwencji. Z tego ostatniego najbardziej wybija się cała scena, gdzie bohaterowie trafiają do narysowanego obrazka. A tam dzieją się rzeczy: karuzela, polowanie na lisa czy wreszcie wyścig konny. Wszystko okraszone bardzo chwytliwymi, melodyjnymi piosenkami oraz kilkoma prostymi, lecz efektywnymi choreografiami. Taniec i śpiew musi być, ale to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Nawet nie trzeba być fanem musicali, by wejść w ten film. Choć finał łatwy jest do przewidzenia, to frajda z oglądania jest wielka.

mary poppins1-3

I to wszystko jest bardzo dobrze zagrane. Z tego grona najbardziej wybija się cudowna Julie Andrews, której urok jest wręcz zabójczy. Rezolutna, a jednocześnie budząca posłuch. Poważna, a jednocześnie bawiąca się jak dziecko (choć wszystkiemu zaprzeczy). Urocza, a rozstawiająca wszystkich po kątach. I te sprzeczności są wygrywane bezbłędnie. A jak cudnie śpiewa!!! To jest dodatkowa frajda, obowiązkowa w tej hydrydzie. Świetnie się też sprawdzają dzieci, co mnie kompletnie zaskoczyło. Dick van Dyke jako Bert ze swoim łamliwym akcentem nawet się broni, dodając odrobinkę humoru. Jednak najciekawszy pozostaje ojciec w wykonaniu Davida Thomlinsona – bardzo konserwatywnego i niby „rządzącego” domem (co jest ogrywane komediowo), a jednocześnie bardzo zdystansowanego wobec rodziny i dzieci. Kocha je, ale okazanie tego jest dla niego problemem, zaś jego przemiana pokazana jest bardzo przekonująco.

mary poppins1-2

„Mary Poppins” ma wszystko to, co klasyczna baśń mieć powinna, jednocześnie unika infantylizacji. Choć troszkę efekty specjalne się postarzały (w paru miejscach widać białe kreski przy sylwetkach), to jednak ten świat potrafi nadal oczarować. I to jest najbardziej niesamowite w tym wszystkim.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Aladyn

Każdy zna historię o Aladynie – drobnym złodziejaszku, który za pomocą magicznej lampy udało mu się wyrwać z nizin społecznych na sam szczyt. Podszywa się pod księcia, wyrywa księżniczkę jako żonę i zostaje sułtanem. No bajka. Disney już z tego zrobił animację, a nawet stworzył sequel. Kwestią czasu było ożywienie filmu animowanego na wersję z żywymi aktorami, by jeszcze raz zarobić na tym samym. Bo jak raz się sprzedało, to sprzeda się drugi raz, prawda?

aladyn1

Streszczenie historii wydaje mi się pozbawione sensu, bo wiemy o co chodzi: Jasmina, zły wezyr, Aladyn z małpką, latający dywan, Dżin, trzy życzenia. Fundament jest prosty i solidny jak sułtański pałac, nie czując się przekonany. Ale kiedy za kamerą stoi Guy Ritchie, nagle poczułem się zaintrygowany. To wydawało mi się idealnym połączeniem – mocno teledyskowy styl reżysera plus łotrzykowska opowieść, prawda? Niestety, Disney spiłował pazury reżysera, ale czy oznacza to kopiowanie jeden do jeden? Na szczęście nie, choć wszystko skupia się na trzech postaciach, które są niejako więźniami swoich kast. Aladyn to cwaniaczek z nizin, który mógłby się wyrwać i ma w sobie masę uroku, Jasmina musi być posłuszna tradycji, zdominowanej przez patriarchat, zaś Dżin jest posłuszny temu, kto potrze lampę. Bez względu na jego intencje oraz motywacje.

aladyn2

Reżyser dość ciekawie rozkłada akcenty, co jest ewidentnie odświeżające. Jasmina, choć ustawiona w pozycji księżniczki, stara się być kimś więcej niż tylko obiektem do oglądania, który można kupić podarkami czy przysięgą politycznego sojuszu. Ma bardzo twardy charakter, mówiący o chęci niezależności nad mężczyznami (poruszająca pieśń „Speachless”). Ale najbardziej widoczna zmiana dotyczy głównego złola, czyli wezyra Dżafara. Nie tylko został odmłodzony, lecz pokazany jest jako lustrzane odbicie Aladyna. A właściwie tego, kim mógłby być Aladyn – człowiekiem wpływowym, z wysokimi ambicjami, konsekwentnie dążącym do obranej ścieżki. Brakuje mu jednak pewnej demoniczności i ostatecznie okazuje się łatwym przeciwnikiem.

aladyn3

Intryga może nie zaskakuje, ale realizacja to zupełnie inna para kaloszy. Ritchie nie ma tego swojego wariackiego stylu, jaki znamy choćby z „Króla Artura” (dynamiczny montaż, zabawa chronologią, pokazywanie tych samych scen z różnych perspektyw). Ale ten kolaż baśni, musicalu oraz kina przygodowego wypada naprawdę dobrze. Kiedy trzeba jest odpowiednio wystawny, niczym produkcja z Bollywood (wjazd Aladyna jako księcia Ali – rewelacja), efekty specjalne też wydają się być na całkiem przyzwoitym poziomie, zaś scenografia i kostiumy pomagają w stworzeniu bajkowego klimatu. No i nie zapominajmy o humorze. Tutaj błyszczy zarówno Dżin, tworzący dość kumpelską relację z Aladynem, jak i mały epizodzik księcia Andersa (za mało go). Tylko, że to wygląda jakoś strasznie sterylnie, jakby było kręcone w studio zamiast w plenerach.

aladyn4

Aktorsko tutaj wybija się absolutnie rewelacyjny Will Smith w roli Dżina. Nasz ziom nie próbuje w żaden sposób zmierzyć się z legendarnym popisem Robina Williamsa w wersji oryginalnej, tylko gra tą postać po swojemu. Jego interpretacja jest taka bardziej wyluzowana, przypominająca pierwsze dokonania w jego karierze i każde jego wejście sprawia najwięcej frajdy. Grający tytułową rolę mało znany Mena Massoud ma sobie sporo uroku i wdzięku, przez co łatwo polubić tą postać, tak samo jak prześliczną Naomi Scott (z całej obsady śpiewa najlepiej) w roli Jasminy. Problem mam za to z Marwanem Kenzari, czyli Jafarem. Podoba mi się motyw uczłowieczenia czarnego charakteru, bez szarżowania, tylko że to podejście pozbawia go charakteru i mamy standardowego przeciwnika.

Powiem szczerze, że jestem lekko rozczarowany tą wersją. To nie jest zły film, ale zatrudnienie tak charakterystycznego reżysera jak Ritchie i brak możliwości rozwinięcia jego stylu jest dla mnie decyzją niezrozumiałą. Ale mimo stępienia pazurków nowy „Aladyn” dostarcza sporo frajdy, pod warunkiem, że lubicie bajki w campowym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Annie

Lata 30. w USA to czas wielkiego kryzysu. Zwłaszcza, jeśli jest się dzieckiem w sierocińcu. Tam przebywa rudowłosa Annie, którą zostawili rodzice. Właścicielka domu jest nałogową alkoholiczką, która próbuje za wszelką cenę znaleźć profit z zawodu. Ale dla naszej dziewczynki pojawia się nadzieja. Otóż do swojego domu na tydzień chce zabrać najbogatszy człowiek w mieście – Olivier Warbrucks. Nie robi to jednak z potrzeby serca, ale by poprawić swój wizerunek w mediach. Ale to serducho się zmieni, prawda?

annie1

John Huston i musical? Początkowo ta zbitka wydaje się dość abstrakcyjnym pomysłem, zwłaszcza z dziećmi w rolach głównych. Jednak oparta na popularnym komiksie w USA „Annie” wydaje się wzięta z innej bajki. Bo to taka kolejna wariacja opowieści o Kopciuszku oraz szukaniu szczęścia. Że karta się odwraca, jeśli będzie się wystarczająco upartym, uroczym oraz szczerym. Zło tutaj ma charakter groteskowy (pani Hannigan) albo komediowy (cwaniaczek Rooster), a dobro musi wygrać. Jak na klasyczną bajkę przystało akcja toczy się w dość przewidywalnym kierunku. Ale jednak reżyser wkłada tutaj wiele serducha, by ten seans był przyjemny. Piosenki mocno wpadają w ucho („Tomorrow” znane choćby z drugiego „Deadpoola” czy „It’s the Hard Knock Life”), prosta choreografia ma jednak w sobie sporo energii (scena sprzątania sierocińca). Mimo, że jest to troszkę naiwne i prościutkie jak konstrukcja cepa, ale wykonanie nadal robi wrażenie.

annie4

Bardzo dobrze się trzyma scenografia. Sama rezydencja Warbrucksa wygląda imponująco, pełna służących oraz wielu detali. Podobnie wygląda podniszczony sierociniec oraz pobrudzone ulice miasta. Równie kostiumy pomagają stworzyć klimat lat 30. Pod względem technicznym trudno się do czegokolwiek przyczepić, więc oglądanie dostarcza sporo frajdy.

annie3

Najbardziej zaskoczyły mnie tutaj role dziecięce. Z tej grupy wybija się Aileen Quinn w roli tytułowej, dobrana idealnie. Pełna uroku, energii jest po prostu rozbrajająca, zaś wszystkie śpiewane sceny z nią wypadają bardzo naturalnie. Drugą niespodzianką okazał się dla mnie Albert Finney. Szorstki, łysy, z bardzo mocarnym głosem sprawia wrażenie silnej osobowości. Ale powoli ta postać zaczyna pokazywać się z innej strony, wręcz łagodnieje i nie wywołuje fałszu, o co bardzo łatwo. Troszkę humoru wnosi Carol Burnett (pani Hannigan) oraz Tim Curry (jej brat, Rooster), mimo grania czarnych charakterów.

annie2

„Annie” nie udaje, że jest czymś więcej niż krzepiącą, pozytywną bajką. Może i jest naiwna, ale ma masę uroku, jakiego dzisiaj nie widzi się w musicalach. Czemu by nie spróbować tego dzieła?

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Sing

Bohaterem tego dzieła jest miś koala Buster Moon – właściciel teatru Moona, który najlepsze lata świetności ma za sobą. Obecnie instytucja jest na skraju bankructwa, przynosi straty, masę długów, a przyjaciele zostawili go. W końcu nasz kapitalista wpada na pomysł zorganizowania talent show, obiecując wielką nagrodę (przez pomyłkę zamiast tysiąca dolarów wyszło sto tysięcy), sprowadzając tłumy. I co teraz z tym fantem zrobić?

sing1sing2

Illumination Entertainment drugi raz próbuje pokazać, że jest w stanie zrobić coś więcej niż kolejne spotkania z Minionkami i Gru. I w „Sing” mamy – tak jak w „Zwierzogrodzie” – kalejdoskop zwierząt, które tak naprawdę ilustrują nas samych oraz nasze problemy. By poznać naszych bohaterów wystarczy pierwsze 5-10 minut: goniącego za marzeniami ambitnego Moona, ograniczoną do roli gospodyni domowej Rosity (świnia) – zabieganej przez swoje dzieci, ignorowana przez męża; zbuntowana Ash (jeż), słuchająca i grająca punka ze swoim chłopakiem, kochający jazz Mike (mysz), będący drobnym cwaniakiem z wielkim ego i chęcią zdobycia kasy; Johnny (goryl) – syn gangstera, który chce bardziej wykorzystać swój głos oraz Meena (słonica) – obdarzona poruszającym głosem, lecz strasznie nieśmiała i z wielką tremą. Na nich oraz desperacko walczącym o utrzymanie się Moonowi skupiają się twórcy, unikając jak ognia prostackich dowcipów oraz gagów (poza jedną sceną pierdnięcia), tworząc bardzo wiarygodne portrety tych postaci, mogąc odbić się w nich jak w lustrze. Może i brakuje tutaj większej ilości intertekstualnych dowcipów (chyba, że myślimy o wejściu windykatorki z banku w takt muzyki z „Dawno temu w Ameryce” czy katastrofie na miarę „Titanica”), ale to działa na plus. Może i jest to przewidywalne, ale ogląda się to z zainteresowaniem, kibicując bohaterom do samego końca, nawet mieszając gatunki (musical, komedia obyczajowa, odrobina sensacji).

sing3sing4

„Sing” jest urocze wizualnie i ma kilka fajerwerków wizualnych (scena specjalnego pokazu na szklanej scenie), chociaż wygląda jak troszkę lepsza wersja „Sekretnych zwierząt…”, niepozbawiona szybkiej pracy kamery (ucieczka Mike’a przez misiami-gangsterami), kilku pomysłowych gagów (jak Rosita stworzyła maszynerię, by móc spokojnie wyjść z domu na próby czy jej taniec w supermarkecie podczas zakupów w rytm „Bamboleo”) oraz świetnego zgrania piosenek z ekranem, co jest w pełni zrozumiałe. Sceny castingów (pająki tańczące „Asereje” – perełka), jak i finałowego koncertu robi gigantyczne wrażenie.

sing5sing6

Film trafił w polskiej wersji językowej, ale piosenki zachowano w oryginalnym wykonaniu, co było rozsądnym i trafnym wyborem. Piosenki brzmią znakomicie, sięgając od klasyki (nieśmiertelny Frank Sinatra, Queen czy Elton John) po bardziej współczesne numery („Shake It Off” Taylor Swift czy „Bad Romance” Lady Gagi). A głosy są dobrane dobrze pod wodzą Marcina Dorocińskiego jako Bustera Moona, uzupełniając charakter swoich postaci (zarówno bardziej doświadczeni macherzy pokroju Małgorzaty Sochy, Jarosława Boberka czy kradnąca szoł Anna Apostolakis jako niemal zakonserwowana panna Crawley jak i mniej doświadczonych jak dziennikarz radiowy Krzysztof Jankowski w roli Mike’a czy Ewy Farny jako Ash). Tutaj nie ma słabych punktów i trudno się do kogokolwiek przyczepić.

sing7

Niby nic nowego w „Sing” nie mamy, bo to opowieść o tym, że warto gonić za marzeniami, bo bez nich jesteśmy troszkę puści i niekompletni, ale jest to zrobione ze stylem, elegancko i autentycznie zabawnie. Chwyta za serce, muzyka brzmi po prostu świetnie (także dobór jest nieoczywisty jak na film teoretycznie dla dzieci) i jest to tak zgrabnie poprowadzone, że nawet da się polubić tych bohaterów, a z przesłaniem zgadzam się w 100% procentach. To kto będzie śpiewał i tańczył w trakcie?

8/10

Radosław Ostrowski