Córka

Wszystko zaczyna się dość zagadkowo – widzimy kobietę gdzieś krążącą na plaży nocą. Dopiero potem widać, że w okolicy żołądka jest plama krwi, co doprowadza do przewrócenia się oraz utraty przytomności. Kto, co, jak, dlaczego? Brzmi jak zapowiedź dreszczowca, choć – jak się później okaże – ten trop jest dość zwodniczy. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń, bo te mogą zaskoczyć.

Bohaterką „Córki” jest Leda (znakomita Olivia Colman) – kobieta zbliżająca się do 50-tki, profesor uniwersytecka, specjalizująca się w literaturze. Przyjechała do Grecji na wakacje, by doładować baterie przed pracą. Wszystko wydaje się zmierzać ku jej myśli, gdy nie pojawia się spora grupa turystów z USA. Właściwie można powiedzieć, że jest to jedna, wielka rodzina pod wodzą Callie. I jak to Amerykanie, przynoszą chaos, hałas, zakłócając spokój Ledy. Ale jedno wydarzenie (zaginięcie córki jednej z turystek, Niny) stanie się zapalnikiem, gdzie bohaterka skonfrontuje się ze swoją przeszłością.

corka1

Sam film to psychologiczny dramat, w którym cały czas coś wisi w powietrzu, jakieś podskórne napięcie oraz pewien dyskomfort. Fakt, że kamera bardzo blisko trzyma się twarzy głównej bohaterki, nie pomaga. A sama narracja toczy się dwutorowo: współcześnie oraz w retrospekcjach, kiedy poznajemy Ledę jako młodą kobietę i matkę dzieci w wieku kilku lat. Powoli zaczniemy odkrywać kolejne wydarzenia, a wszystko to stawia bardzo ważkie pytania na temat macierzyństwa. Czy każda kobieta ma w sobie instynkt macierzyński? Czy chęć pozostawienia dziecka powinna zasługiwać na potępienie? Czy da się pogodzić pracę zawodową z wychowywaniem dzieci? Czy dzieci przynoszą tylko radość oraz szczęście? Czy matką jest się 24 godziny na dobę? Samo zadawanie takich pytań sugeruje, że odpowiedź nie będzie taka łatwa.

corka2

Reżyserka – debiutująca Maggie Gyllenhaal – dotyka tego tematu tabu, ale nie bawi się w publicystykę i nie opowiada się po żadnej stronie. Ale daje bardzo wyraźnie do zrozumienia, że narodziny dziecka to czerwona linia – punkt, od którego nic już nigdy nie będzie takie jak dawniej. Nawet jeśli decyzją będzie pójście własną drogą, konsekwencje tego będą odczuwalne do końca życia. Pojawiające się tutaj symbole (zgniłe owoce, martwa cykada, zabrana lalka, z której ust wychodzi jakaś maź, rzucane szyszki) nie wywołują zgrzytu, tylko zapowiadają wiszącą w powietrzu tragedię. Ale obecność reszty wielkiej rodziny zza Wielkiej Wody (Nina, Callie) pozwala pokazać różne odcienie macierzyństwa.

corka3

Wszystko to by nie zadziałało, gdyby nie fantastyczne aktorstwo. W roli Ledy mamy dwie aktorki: Olivię Colman oraz Jessie Buckley, które cudownie się uzupełniają, tworząc bardzo spójny portret. Oglądając obie panie czułem, że to jest ta sama postać, co pokazuje mowa ciała oraz sposób mówienia. Niby twarda, niezależna, będąca ponad innymi, ale pod tym wszystkim skrywa się zmęczona, styrana, niepogodzona z pewnymi decyzjami z przeszłości. Bardzo skomplikowany oraz przekonujący portret kobiecy, jakiego dawno nie widziałem. Równie świetna jest Dakota Johnson jako Nina, będąca troszkę lustrzanym odbiciem młodszej inkarnacji Ledy. I dynamika między nimi to jedna z drobnych rzeczy, dodających odrobinę światła. Tak samo wiele pokazują drobne role Eda Harrisa (Lyle, dbający o domy), Petera Saarsgaarda (profesor Hardy) oraz Dagmary Domińczyk (Callie), dodając swoją cegiełkę.

corka4

„Córka” to kolejny przykład świetnego debiutu reżyserskiego, o którym będzie się mówić długie lata. Czy będzie to też nowy początek kariery Maggie Gyllenhaal jako reżyserki? Tego nie wie nikt, ale tutaj widać bardzo pewną, choć bardzo delikatną, rękę w prowadzeniu aktorów oraz opowieści. Na pewno nie jest to film przyjemny w odbiorze, ale prowokujący i stawiający trudne pytania dotyczące macierzyństwa.

8/10

Radosław Ostrowski

Ojciec

Anthony jest mężczyzną w wieku mocno zaawansowanym. Mieszka razem z córką w jej mieszkaniu, co w zasadzie jest dość problematyczne. Po pierwsze, Anne chce przenieść się z Londynu do Paryża. Po drugie, Anthony cierpi na demencję, co mocno komplikuje wszystko. Zwłaszcza, że mężczyzna jest przekonany, iż jakiejkolwiek opiekunki nie potrzebuje.

ojciec (2020)-1

Debiutujący reżyser-dramaturg Florian Zeller przenosi na ekran swoją sztukę teatralną. Niby już było wiele opowieści o ludziach z paskudną chorobą w tle. Taką, która działa destrukcyjnie na ludzkim mózgu, doprowadzając do mieszania we łbie. Ale reżyser idzie tutaj o krok dalej. Nie chodzi o momenty, gdy bohater nieświadomie rani swoich bliskich. Albo nie jest w stanie przypomnieć sobie o ważnych rzeczach typu gdzie mam zegarek albo przyjdzie nowa opiekunka. Czy nawet tego, co robił dzień wcześniej. To by było zbyt proste i za łatwe do odczytania. Zamiast tego dosłownie jesteśmy w głowie mężczyzny (rewelacyjny Anthony Hopkins). Dni oraz sytuacje mieszają się ze sobą, ludzie pojawiają się i znikają jakby byli kosmitami. Czas sprawia wrażenie nie poruszającego się w ogóle, zaś wszystko inne jest płynne, ciągle zmienne. Gdzie my jesteśmy? Kiedy jesteśmy? Kim są ci ludzie?

ojciec (2020)-4

W tych momentach „Ojciec” bardziej przypomina egzystencjalny horror niż psychologiczny dramat. Czy może być coś równie przerażającego jak nieufność wobec swojej pamięci? Kiedy ma się poczucie bycia w jakimś nieokreślonym limbo? Taką atmosferę potęguje bardzo płynny montaż, co niemal od początku budzi konsternację. Ale to wszystko celowy zabieg, który – jak wspomniałem wcześniej – poznać od środka jak demencja niszczy ludzki umysł. Pod tym względem debiut Zellera przypomina „Sound of Metal” i działa w bardzo podobny sposób.

ojciec (2020)-3

Dzięki temu sposobowi narracji, reżyser unika emocjonalnego szantażu. Zaś każda scena interakcji Anthony’ego z pozostałymi postaciami potrafi parokrotnie uderzyć siłą rażenia bomby atomowej. Przede wszystkim głównie z córką Anną, wspaniale zagraną przez Olivię Coleman. Podziwiam jej spokój oraz ocean cierpliwości, choć ma wszelkie powody pójść na łatwiznę i zostawić ojca w ośrodku. Nawet jest ma się wrażenie – w chwila, kiedy jest sama – iż ten spokój jest pozorny, zaś Anne jest bardziej napięta niż struna w gitarze. Tak samo błyszczy cudna Imogen Poots (Lucy) oraz drobne role Olivii Williams czy Marka Gatissa.

ojciec (2020)-2

Ale to wszystko by nie zadziało, gdyby nie Anthony Hopkins. Aktor kolejny raz (po „Dwóch papieżach”) przypomina o tym, że jest w wysokiej dyspozycji. Anthony w jego wykonaniu jest dość trudnym człowiekiem w obyciu. Przez chorobę jego nastrój potrafi szybko się zmienić: od jowialności oraz serdeczności przez dezorientację i zagubienie po frustrację. Czasami do pokazania tych emocji wystarczą mu tylko oczy, a nie tylko tembr głosu czy sposób prowadzenia rozmowy.

Takie filmy są bardzo potrzebne, choć dla wielu osób może być to trudny seans. Mogę mieć tylko nadzieję, że za 60 lat życie dalej traktowało mnie względnie łagodnie i pamięć będzie sprawna. Ale to może być tylko pobożne życzenie. Jeśli film skłania mnie do zastanowienia, to nie może być słaby. Czy jest?

8/10

Radosław Ostrowski

Fleabag – seria 2

Pamiętacie na pewno Fleabag? Bohaterka grana przez Phoebe Waller-Bridge sprawia wrażenie lekko samolubnej, świadomej swojego sex appealu kobiety, która ma pecha do mężczyzn, prowadzić nie zbyt dochodową kawiarnię oraz trudne relacja z rodziną. Od wydarzeń z poprzedniej serii mija nieco ponad rok, zaś życie naszej dziewczyny wydaje się wychodzić na prostą, zaś punktem wyjścia jest zbliżający się ślub ojca Fealbag (i Claire) z matką chrzestną. Widać, że małżeństwo jej siostry znajduje się na zakręcie, zaś naszej bohaterce udaje się znaleźć kogoś, kto mógłby być dla niej idealnym partnerem. Jest tylko jeden mały szkopuł, bo ten ideał mężczyzny jest już w związku… z Panem Bogiem. A to jest bardzo trudny konkurent, z którym ciężko walczyć.

fleabag2-1

Druga seria wydaje się kontynuować ścieżkę oryginału, gdzie humor (bardzo ostry i miejscami bardzo nieprzyzwoity) miesza się z dramatem. Ale moim skromnym zdaniem tutaj ten balans zostaje o wiele lepiej zachowany, z większym skrętem ku dramatowi. I już w pierwszym odcinku, gdzie mamy rodzinną kolację z całą rodziną + księdzem. Nie ma aż takich przeskoków w czasie jak poprzednio, ale ma wiele mocnych momentów (scena na pogrzebie matki, gdzie protagonistka próbuje się „oszpecić”, bo za pięknie wygląda czy rozmowa z ojcem w trakcie tego dnia). Tutaj też miałem wrażenie, że historia staje się spójniejsza oraz bardziej sensowna, zaś wiele wydarzeń staje się coraz bardziej ze sobą powiązanych. Jak choćby w wątku Claire, z którą chce się spotykać współpracownik z Finlandii o imieniu… Klare, jej toksycznemu małżeństwu czy bardzo zmieniającej się relacji protagonistki z księdzem – młodym, pociągającym i takim bardzo przyziemnym, równie zagubionym człowiekiem.

fleabag2-4

Tak jak poprzednio, przenosimy się do wielu miejsc: oprócz domu Fleabag oraz jej ojca odwiedzamy biuro Claire (impreza biurowa oraz wybór nagrody dla Kobiety Biznesu Roku), kancelarię prawniczą, terapeutkę oraz parafię. Scenografia wygląda intrygująco, w tle gra muzyka bardziej sakralna (chóry!!!), zaś dialogi nadal mają wiele błyskotliwości oraz pokazującego troszkę szersze spojrzenie na feminizm (poruszający monolog Belindy) czy miłość (przemowa księdza przed ślubem), co zmusza do głębszych przemyśleń. Kto by się tego spodziewał? Humor tutaj się wylewa, nawet w gagach (wybór stroju dla księdza, montażowa zbitka na początku pierwszego odcinka), łamanie czwartej ściany obowiązuje (a jedyną osobą „widzącą” to jest ksiądz). Ale więcej jest tutaj momentów poruszających. Rozmowa Fleabag z ojcem, kiedy jeszcze wiedział jak z nią rozmawiać (robi jeszcze to tuż przed ślubem i po), cięte dialogi z księdzem (w tym historia z lisem), wizyta u terapeutki czy moment „wybuchu” Claire przed swoim mężem. No i jeszcze słodko-gorzki finał, który (dla mnie) jest po prostu idealny. Mam nadzieję, że nie powstanie ciąg dalszy.

fleabag2-2

Nadal aktorsko błyszczy Phoebe Waller-Bridge, która pokazuje troszkę poważniejsze oblicze, mimo ciętego humoru oraz bardzo brutalnej szczerości. Jedynym aktorem, który dorównuje jej poziomem jest Andrew Scott w roli księdza. Co samo w sobie jest dość przewrotnym castingiem, pokazujące troszkę inne oblicze aktora – oprócz Moriarty’ego z „Sherlocka”. Tutaj jest bardziej przyziemny, wyluzowany, ludzki. Też ma swoje demony (ten alkohol oraz paranoja na punkcie lisów), nie próbuje na siłę nawracać ani rzucać wizjami z Apokalipsy czy innego koszmaru. Czuć tą więź jaka zaczyna się wytwarzać między tą dwójką, przez co nie do końca byłem pewny finału tej relacji. Reszta obsady też jest fantastyczna (Olivia Colman błyszczy tak jak Sian Clifford), a swoje pięć minut zawłaszczają drobne epizody Fiony Shaw (terapeutka, pozbawiona poczucia humoru) oraz Kristin Scott Thomas (Belinda). Takie wisienki na tym smakowitym torcie.

fleabag2-3

Jestem absolutnie porażony „Fleabag”, zaś druga seria (i chyba ostatnia) bije poprzednika na łeb. Konsekwentnie rozwija całą opowieść, a jednocześnie wydaje się absolutnie bezbłędnie rozpisany, zagrany oraz zrealizowany. Jeśli jeszcze nie oglądaliście, to zobaczcie koniecznie. Nie wymaga zbyt wiele czasu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fleabag – seria 1

Kim jest tytułowa Fleabag? To kobieta w wieku około 30 lat, prowadząca podupadającą kawiarnię i prowadząca luźny tryb życia. Ma też siostrę, co pracuje w korporacji, ojca, co związał się z matką chrzestną (artystka), więc relacje nie są najlepsze. A my zaczynamy przyglądać się jej bliżej i odkrywać kolejne elementy jej życia.

fleabag1-1

Pozornie „Fleabag” wydaje się komedią, gdzie każdy odcinek wydaje się mieć osobną opowieścią. Tylko, że nie. Phoebe Waller-Bridge w każdym odcinku zaczyna uważniej przyglądać się uważnie swojej bohaterce, która ma pewną mroczną tajemnicę i jest równie zagubiona jak jej zwichrowana rodzinka. Siostra związana z toksycznym facetem, który wymusza na niej rezygnację z awansu w firmie na rzecz opieki nad pokręconym pasierbem, bardzo wycofanego ojca nie potrafiącego nawiązać kontaktu ze swoimi córkami (dlatego wysyła im różne prezenty typu rozmowy feministyczne czy wizyta w ośrodku ciszy) oraz samą Fleabag, która straciła swoją najlepszą kumpelę – współwłaścicielkę kawiarni. Początkowo ciężko wejść w tą historię, bo chronologia jest łamana równie często jak czwarta ścian. I nie chodzi o to, że Fleabag – niczym Deadpool czy Frank Underwood – przedstawia swoje prawdzie oblicze, będąc świadomą naszej obecności. Jej wystarczy tylko spojrzenie, by tą ścianę przełamać, choć tutaj humor jest bardzo brytyjski: od absurdu (wystawa matki chrzestnej czy ośrodek ciszy, gdzie znajduje się obok ośrodek dla mężczyzn) przez wręcz smolisty żart oraz cięte riposty.

fleabag1-3

Montaż też mocno robi zamęt, pokazując ten zwichrowany umysł naszej bohaterki. Cięcia miejscami są bardzo gwałtowne (czołówka), co też wywołuje dezorientację. Ale z kolejnymi odcinkami zaczyna pojawiać się drugie dno, zaś kilka scen (rozmowa z pracownikiem banku w ośrodku czy finałowy moment załamania) potrafi coraz bardziej uderzyć. Zwłaszcza ostatnie 10 minut, kiedy ta czwarta ściana staje się dla bohaterki obiektem niepożądanym, wręcz zaczyna przed nami uciekać. Ten moment zmienia kompletnie ton oraz wydźwięk całości.

fleabag1-2

Sama realizacja, gdzie wręcz dokumentalny sznyt miesza się z wręcz rwanym montażem. A wszystko wydaje się bardzo mocno trzymać przy ziemi, bez popadania w przerysowanie, szarże. Na swoich barkach trzyma to Waller-Bridge, która nie tylko napisała scenariusz, ale też gra główną rolę i jest absolutnie fenomenalna. Z jednej strony wydaje się pociągającym kociakiem, lecz jednocześnie jest bardzo zagubiona, szukająca tego, co wszyscy: miłości, stabilizacji oraz szczęścia. Z jednej strony wali prawdą po ryju, ale w tej twarzy malują się bardzo skrajne emocje i czuje tą postać od początku do końca. Do tego mamy świetny oraz bogaty drugi plan z bardziej lub mniej znanymi twarzami jak Olivia Coleman (matka chrzestna), Sian Clifford (rozedrgana Claire), pojawiająca się w retrospekcjach Jenny Rainsford (Boo, przyjaciólka) czy Hugh Dennis (kierownik banku).

fleabag1-4

Pierwsza seria „Fleabag” może początkowo wywołać dysonans, a główna bohaterka może nawet wydawać się porąbana. Ale im dalej w las, ten humor zostaje zepchnięty na dalszy plan, ustępując dramatowi. Wszystko jest odpowiednio wyważone, by w finale walnąć obuchem w łeb. Nie mogę doczekać się drugiej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Faworyta

Początek wieku XVIII, czyli czasy panowania królowej Anny Stuart – samotnej, schorowanej kobiety i wdowy, która poroniła 13 z 18 dzieci. Kobieta jest bardzo zależna od księżnej Marlborough, Sary Churchill, mającej tak naprawdę pełnię władzy nad całym krajem. Jednak jej pozycja może być zagrożona, bo do dworu dołącza jej uboższa kuzynka – Abigail Hill, powoli zyskując coraz większą pozycję i łaski samej królowej. Musi dojść do konfrontacji oraz gry o władzę, tylko kto ją wygra?

faworyta1

Yorgos Lanthimos, czyli najbardziej porąbany Grek od czasów starożytności, tym razem robi film kostiumowy za dużą kasę, dla hollywoodzkiej wytwórni. By jeszcze bardziej nas zaskoczyć, nie napisał scenariusza do tego filmu. Czyżby ten wariat się sprzedał i poszedł w konwencjonalne kino gatunkowe? Chyba w waszych snach. „Faworyta” to nadal film Lanthimosa, chociaż osadzony w zupełnie innej konwencji, w konkretnych realiach historycznych oraz pełna prawdziwych postaci (w sensie niemal wszyscy bohaterowie żyli i istnieli naprawdę). To nadal jest surrealistyczno-groteskowy świat, gdzie każdy kogoś musi udawać, by osiągnąć swoje cele. Gra pozorów trwa cały czas – w końcu to polityka, ale to kobiety tutaj rozdają karty w tej rozgrywce.

faworyta2

Pozornie może się wydawać klasycznym filmem kostiumowym, ale realizacja idzie w zupełnie innym kierunku. Owszem, scenografia oraz kostiumy wyglądają dość imponująco, jednak różnicę robią zdjęcia – wręcz bardzo naturalistyczne, wykorzystujące naturalne oświetlenie świec (jak w „Barrym Lyndonie”) oraz przyjmujące w sporej części „żabią perspektywę”, co bardzo zniekształca naszą percepcję świata. Panowie tutaj pełnią tylko rolę pionków na szachownicy, gdzie wszelkie ruchy wykonują kobiety – stanowiące same o swoim losie, a faceci albo skupiają się na hazardzie, walczą na wojnie albo… mają wielką chcicę i są zbereźnikami. A w tym okrutnym świecie, postacie pozytywne nie istnieją – każdy ma tutaj swoje za uszami, zaś ich stosunek z każdą kolejną sceną ulega weryfikacji. Zwłaszcza relacja królowa-faworyta-służąca jest pełna niejednoznaczności. Bo kto tu kim manipuluje, kto jest katem, kto ofiarą, a komu tak naprawdę zależy tylko na własnej korzyści? I to jest największą esencją „Faworyty”.

faworyta3

Tak samo jak rewelacyjny pojedynek aktorski, gdzie na pierwszym planie nie ma słabej postaci. Olivia Coleman (królowa Anna), Rachel Weisz (księżna Marlborough) oraz Emma Stone (Abigail Hall) bardzo krwiste, pełne paradoksów postaci. Coleman jako władczyni z jednej strony potrafi wzbudzić współczucie swoją samotnością oraz dramatyczną przeszłością, z drugiej bywa wręcz egoistyczna, rozkapryszona i zagubiona w rządzeniu. Z kolei Weisz jako bezwzględna faworyta królowej absolutnie magnetyzuje swoich wyrachowaniem oraz błyskotliwym umysłem, jednak pragnie sympatii oraz dostrzeżenia przez swoją przyjaciółkę (chyba?) i kochankę. Dla mnie film kradnie Stone. Jej początkowo wydaje się skromną i potulną kobietą, ale jej przemiana w ostrą, bezwzględną zawodniczkę na tym politycznym bagienku budzi przerażenie. Tutaj uczennica przeskakuje swoją mentorkę, bo uczy się szybko. Jedynym wyrazistym męskim bohaterem jest szef opozycji Robert Harley, grany przez świetnego Nicholasa Houlta.

„Faworyta” to najbardziej przyswajalny film w dorobku Lanthimosa, co dla mnie nie jest wadą. Świetnie poprowadzona historia, z pokręconą intrygą, ostrym humorem oraz gorzką refleksją na temat władzy, a także bardzo toksycznej, trudnej miłości. Dla mnie prawdziwa petarda.

8/10

Radosław Ostrowski

Nocny recepcjonista

John le Carre jest jednym z popularniejszych i cenionych autorów literatury sensacyjnej z wątkami szpiegowskimi. Wiarygodna psychologia, piętrowa intryga, siatki powiązań i realizm – to cechy charakterystyczne twórczości Brytyjczyka. Nic dziwnego, że jego dorobkiem zainteresowali się filmowcy. Po znakomicie przyjętym „Szpiegu” (adaptacja powieści „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” otwierający trylogię Smileya), tym razem BBC zmierzyło się z „Nocnym recepcjonistą”.

nocny_recepcjonista1

Głównym bohaterem jest Jonathan Pine – nocny recepcjonista jednego z hoteli w Egipcie i były żołnierz. Wypełnia swoje obowiązki rzetelnie i bez zastrzeżeń. Wtedy – jak w prawdziwym życiu – pojawia się kobieta, Sophie Alekan. Niby nikt nie wyróżniający się z tłumu, jednak prosi mężczyznę o ukrycie dokumentów, dotyczących handlu bronią, w który jest zamieszany niejaki Richard Roper – znany biznesmen i filantrop. Pine przekazuje je koledze z wojska, a te z kolei do wywiadu i Angeli Burr, tropiącej Ropera od lat. Śmierć Alekan staje się na tyle silną motywacją dla Pine’a, że ten podejmuje współpracę z wywiadem.

nocny_recepcjonista2

Reżyserująca całość Dunka Susanne Bier nigdy wcześniej nie realizowała dzieła stricte gatunkowego, więc były wątpliwości, co do tego wyboru. Na szczęście wszystko skończyło się tylko na strachu. Intryga jest wystarczająco pogmatwana i zapętlona, polując na Ropera zwiedzimy Hiszpanie, Cypr, Turcję i Egipt – wszystko w mocnych i jasnych kolorach, stojąc w kontrze do zimnego, szklanego Londynu. Każdy z bohaterów grających pierwsze skrzypce skrywa pewne tajemnice i ciągle przed kimś gra, a akcja jest tutaj tylko dodatkiem i to bardzo dobrze zrealizowanym (porwanie syna Ropera, sceny pokazu sprzętu wojskowego czy finałowa konfrontacja) – tutaj liczy się psychologia postaci oraz gra pozorów. Początek jest dość spokojny i po drugim odcinku wszystko przyspiesza, a jednocześnie wymagane jest spore skupienie, by odkryć nitki związane z Roperem i tym, kto go kryje.

nocny_recepcjonista3

Co do samego Ropera i jego świty, przypominało mi to dwór królewski niż mafijną organizację, gdzie najważniejsze jest zaufanie i lojalność. To powinno działać także w drużynie walczącej przeciwko niemu, jednak nieczyste zagrywki, sprzeczne interesy i silna pokusa pieniądza, osłabia skuteczność. I jeszcze ta biurokracja.

Bier poza cholernie dobrym scenariuszem, wrzuciła cholernie świetnych aktorów. Znakomity jest Tom Hiddleston w roli Pine’a – uczciwego i przyzwoitego faceta, podejmującego ogromne ryzyko. No i  jest świetnie ubrany, a w scenach, gdy musi udawać jest maksymalnie wiarygodny. Każde spojrzenie jest dopracowane i nie ma miejsca na fałsz, chociaż później motywacja jego bohatera przestaje być jasna i klarowna. Jednak tak naprawdę serial został zdominowany przez Hugh Lauriego i Olivię Coleman. Ten pierwszy w roli Ropera jest po prostu wyborny, płynnie przechodząc od czarującego dżentelmena przez opanowanego człowieka interesu do bezwzględnego i cynicznego sukinsyna. Z kolei Angela Burr w interpretacji Coleman to tzw. twarda babka z silnym kręgosłupem, a jej zaawansowana ciąża, determinacja i ośli upór budziły skojarzenia z detektyw Gunderson z „Fargo”. Troszkę w cieniu pozostaje Elisabeth Debicki, wcielająca się w żonę Ropera – zawsze piękna i elegancka, ale tak naprawdę jest niewolnicą, skrywającą mroczną tajemnicę.

nocny_recepcjonista4

BBC kolejny raz utrzymało swój wysoki pułap i znowu przeniosło literaturę le Carre w sposób godny mistrza. Wystarczy przejść przez troszkę nudny początek, by w pełni delektować się tym dziełem, ale miłośnicy stricte bonzowskich akcji, mogą poczuć się rozczarowani.

8/10

Radosław Ostrowski

Weekend z królem

Jest lato 1939 roku. Król brytyjski Jerzy V razem z żoną Elżbietą wyruszają do Stanów Zjednoczonych na zaproszenie matki prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta. Wizyta odbędzie w jego domu Hyde Park nad rzeką Hudson. Celem wizyty jest prośba o pomoc prezydenta w zbliżającej się wojnie. Jednocześnie prezydent będzie próbował uwieść swoją kuzynkę Daisy.

Nie jest to do końca film o polityce, choć z opisu mogłoby to wynikać, zaś nasi „genialni” dystrybutorzy podciągnęli tytuł filmu pod „Jak zostać królem”, jakby to była kontynuacja tego dzieła, co jest nieprawdą. Film Rogera Michella to tak naprawdę lekka komedia, gdzie dominują przede wszystkim anegdotki i miłość – nie zawsze szczęśliwa, ale no cóż. Liryczne fragmenty przeplatają się z delikatnym humorem, z naprawdę ładnymi zdjęciami, elegancką muzyką i dość sielską atmosferą. Dla mnie trochę ta historia wydawała się zbyt błaha, zaś poziom był bardzo nierówny i miałem wrażenie, że nie do końca wykorzystano potencjał tej opowieści.

weekend_z_krolem1

Jednak ten film się broni od strony aktorskiej. Kapitalny jest Bill Murray w roli prezydenta Roosevelta – kulturalnego, wyluzowanego i dowcipnego faceta, który jest pragmatykiem w każdej kwestii. Ale jednocześnie jest to postać z krwi i kości, nie pozbawiony uroku osobistego (przejażdżki za miasto). Laura Linney jako kuzynka Daisy (jednocześnie narratorka filmu) jest zarówno naiwna, jak i sprytna + czarująca. Chyba jednak najtrudniejsze zadanie stało przed Olivią Coleman i Samuelem Westem jako parą królewską i to nie tylko przez porównania do ról z „Jak zostać królem”. Ale oboje poradzili sobie jako sztywniacy, trzymający się etykiety i zderzeni z amerykańską bezpośredniością oraz luzem. Jednocześnie czują ciężar odpowiedzialności i starają się walczyć ze swoimi lękami i obawami.

weekend_z_krolem2

Jak już mówiłem „Weekend z królem” to lekkie (dla wielu może zbyt lekkie) kino, które jednak dostarcza całkiem niezłej rozrywki i pokazuje politykę z trochę innej strony niż zwykle.

6,5/10

Radosław Ostrowski