Śledztwo w sprawie obywatela poza wszelkim podejrzeniem

Włoski komisarz wydziału zabójstw zostaje przeniesiony do służb specjalnych. Ale w dniu zmiany wakatu dokonuje morderstwa swojej kochanki, Augusty Terzi. Dlaczego to robi? Kobieta go upokorzyła? Zazdrość? Odtrącenie? Nie. Zabił, bo chciał zabić i by sprawdzić czy znalazłby się jako osoba poza wszelkim podejrzeniem. Dlatego też zostawia wszelkie tropy, by skierowano na niego podejrzenia.

sledztwo1

Kryminał z poza mainstreamowego nurtu, dodatkowo zaangażowany politycznie – to niebezpieczna mieszanka. Zwłaszcza, że jest to produkcja sprzed ponad 45 lat przez zapomnianego w naszym kraju Elio Petri. Sama intryga jest prosta jak konstrukcja cepa, a samo morderstwo dostajemy na dzień dobry. Celowo zostawiane odciski palców, dzwonienie po zabójstwie, wreszcie świadek – można odnieść wrażenie, że nasz komisarz oszalał. To wszystko jest jednak celowym i konsekwentnym działaniem, o czym zaczynają przypominać nam wplecione w całość retrospekcje, pokazujące relacje komisarza z denatką. Kobieta nie ukrywała zainteresowania osobami przy władzy, prowokowała i była zafascynowana pracą naszego bohatera, dlatego chce „być przesłuchiwana” i fotografuje się do póz denatek z śledztw. Atmosfera wydaje się być bardzo spokojna, ale robi się tutaj gęsto – wszelkie tropy oraz próby zwrócenia swojej uwagi (podrzucenie paczki do znajomego dziennikarza, namówienie przechodnia do kupienia tych samych krawatów) intrygują, prowokują do myślenia, prowadząc do przewrotnego i zaskakującego finału.

sledztwo2

Jednocześnie Petri oskarża oraz trafnie portretuje czasy, w których toczy się akcja. Są to czasy, gdy w młodych osobach z poglądami na lewo krzyczały i upominały się o podstawowe prawa obywatelskie. Czasy, gdy policja i tajne służby bezkarnie podsłuchiwały, brutalnie przesłuchiwały (psychologiczny terror) oraz przejmowały korespondencję – tą skierowaną do Stalina, Mao i innych komunistów. bezkarność i brutalność służb wydaje się jedynym sposobem utrzymywania porządku w państwie. A jednocześnie jest tutaj ciągle mowa o obywatelach, tym co mogą i nie mogą. Nie wiem, jak wy, ale dostrzegłem to, że dzisiaj też się o tym słyszy? Prawda?

sledztwo3

Można na początku odczuć lekką dezorientację, jednak surowa reżyseria Petriego oraz dociekliwy scenariusz wynagradzają te zaległości. Plus jeszcze wielki Gian Maria Volante w roli komisarza. Postać tak trudna i skomplikowana, że nie wiadomo co powinno się wobec niej czuć. Pogardę? Współczucie? Zdumienie? Podziw? To człowiek kochający władzę i lubiący czerpać z niej swoją siłę, ale widać, że coś z nim jest nie tak. Motywacja jego zbrodni może wydawać się mętna, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że praca i poczucie bezkarności naznaczyły jego charakter. Uwielbia być w centrum uwagi, jest powściągliwy, jeśli chodzi o emocje, by potem wybuchnąć niczym odrzucone dziecko, w dodatku manipulator. Cała reszta obsady też jest bardzo wyrazista, ale to Volante kradnie ten film wszystkim.

sledztwo4

„Śledztwo…” mimo upływu lat pozostaje mocnym oskarżeniem na bezkarność policji oraz ludzi władzy, upojonych nią, nie potrafiących bez niej oddychać. Dodatkowo z ironiczną muzyką Ennio Morricone oraz płynną pracą kamery, broni się godnie przed upływem czasu. Bo takich komisarzy jest wielu i nie odeszli wraz z systemem totalitarnym.

8/10

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 4

UWAGA! Tekst zawiera spojlery
(jeśli nie oglądaliście poprzednich części, nie czytajcie)

house_of_cards_41

Frank Underwood ma spore problemy, odkąd został prezydentem. I nie chodzi tutaj o potyczki z mediami, nazywanie potocznie konferencjami prasowymi, walkę o reelekcję, ale o stratę najwierniejszego sojusznika: Claire. Kobieta odchodzi o męża i próbuje spełnić swoje ambicje polityczne, do czego Frank nie chce dopuścić. Jakby tego było mało, były dziennikarz Lucas Goodwin wychodzi z więzienia i w ramach programu ochrony świadków, dostaje nową tożsamość i pracę, jednak nie zamierza siedzieć bezczynnie i planuje zemstę na Underwoodzie.

house_of_cards_42

Wydawałoby się, że po trzeciej – lekko nudniejszej serii – twórcom „House of Cards” zaczyna brakować pomysłów na historię. A jednak dalsze losy Francisa oraz bezwzględnego politycznego spektaklu znowu zaczęły wciągać, zarówno dzięki świetnym dialogom, jak i coraz bardziej zagmatwanemu scenariuszowi. Frank mierzy się z wieloma wrogami: z samą Claire (na szczęście ta wojna nie trwa zbyt długo), z gubernatorem Willem Conwayem – swoim przeciwniku w walce o fotel prezydenta, wreszcie z ICO (odpowiednik Państwa Islamskiego). Dodatkowo przez nieostrożność wracają demony z przeszłości i dawne grzechy z poprzednich serii. A to dzięki dziennikarskiemu śledztwu prowadzonemu przez wracającego do gry dziennikarza Toma Hammerschmidta. Dalej mamy nieczyste zagrywki, szantaże, podchody i wewnętrzne zdrady. Ale nawet to nie było w stanie przygotować mnie na najmocniejsze wydarzenie tej serii – zamachu na Underwooda i jego dramatycznej walki o życie. Tutaj twórcy wpletli dość surrealistyczne majaki, gdzie odzywają się demony przeszłości. Kevin Spacey znowu potwierdza klasę wcielając się w diabolicznego i bezwzględnego polityka, którego darzymy sporą sympatią.

house_of_cards_44

Poznajemy też bardziej przeszłość Claire, która przenosi się do umierającej matki (znakomita Ellen Burstyn). Relacje między kobietami są delikatnie mówiąc chłodne i rzucają inne światło na kobietę, jej marzenia i pragnienia, potrzebę bycia niezależną. W walce – najpierw przeciw Frankowi, a następnie razem z nim – zostaje wrzucona LeAnn Harvey (wracająca do gry Neve Campbell), będąca świeżą krwią w politycznej walce. Conway (świetny Joel Kinnamann) jest sprytnym i ambitnym politykiem, umiejętnie korzystającym z nowoczesnych mediów, co daje mu ogromną przewagę, jednak brak doświadczenia staje się jego największym problemem i – zapewne – przyczyną porażki.

house_of_cards_43

Do końca (wybory) walki zostały jeszcze 3 tygodnie i Bóg wie, co się stanie w serii V, ale ja już się nie mogę doczekać. Czwarta seria to powrót serialu do formy i mimo masy lawiracji, przetasowań, wszystko zostaje jasne i klarowne do samego końca. Technicznie wszystko jest na swoim miejscu, realizacja pewna, gdzie każdy klocek jest na swoim miejscu. Czego chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

Boski

Kim jest Giullo Andreotti? Siedmiokrotny premier Włoch oraz niekwestionowany lider chadecji (Chrześcijańska Demokracja), który osiągnął niemal władzę absolutną. Jednak kiedy po raz siódmy objął urząd premiera, wszystko się posypało. Korupcja, morderstwa, oskarżenia o powiązania z mafią, doprowadziły do upadku. O tych latach z życia „Boskiego Juliusza” opowiada film Paolo Sorrentino.

boski1

Z tym włoskim reżyserem mam problem. „Wszystkie odloty Cheyenne’a” mnie wynudziły, a „Wielkiego piękna” nie udało mi się obejrzeć do końca, więc byłem bardzo sceptyczny wobec tego filmu. Niby to jest biografia, ale zrobiona w zupełnie inny sposób. Nie jest to klasyczny zbiór faktograficznych wydarzeń, tylko bardziej impresja, próbująca rozgryźć skomplikowaną osobowość Andreottiego, który dla osiągnięcia własnych celów jest w stanie zrobić dosłownie wszystko, ze zleceniem morderstwa włącznie. Jednak nie to jest dla reżysera najważniejsze. Owszem, są tam pokazywane kulisy polityki, rozmowy, narady i dyskusje, ale zawsze najważniejszy jest spokojny, cichy i niepozorny Andreotti.

boski2

Niemal operowa realizacja, gdzie kamera niemal krąży dookoła sceny, powtórki poszczególnych ujęć (tajemnicze i gwałtowne morderstwa), dziwacznie brzmiąca, ale idealnie dopasowana do scen muzyka. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie sekwencje: spowiedź Guillo w konfesjonale oraz zeznania gangsterów obciążające polityka. Tutaj widzimy dwa pozornie sprzeczne oblicza polityka, dla którego władza oraz jej mechanika jest jedynym sensem życia – oddycha nimi jak ryba, ale płaci też za to cenę, zaczyna zawodzić go ciało, prześladuje go zamordowany Aldo Moro. Mało jest tutaj faktografii i szczegółów z życia premiera, przez co mnie troszkę „Boski” znużył, jednak nietypowe podejście doceniam.

boski3

Zwłaszcza, że Sorrentino ma kapitalnego Toni Servillo w roli głównej. Andreotti sprawia wrażenie opanowanego, spokojnego, serdecznego i inteligentnego polityka. Nawet drobne gesty jak przesuwanie sygnetu, ułożenie rąk, garb mówi więcej niż jego kamienna twarz, całkowicie zawłaszczając ekran swoją osobą. Reszta postaci jest tylko tłem dla popisów Servillo. I choćby dla tej niesamowitej kreacji warto sprawdzić ten tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski

Ukryta prawda

Od trzech tygodni jest wakat na stanowisku wiceprezydenta USA. Urzędujący prezydent Jackson Evans waha się między dwójką kandydatów – bohaterem wojennym gubernatorem Jackiem Hathawayem i senator Elaine Hansen. Prezydent faworyzuje panią senator, mimo iż konkurent został bohaterem po tym jak próbował uratować kobietę uwięzioną w tonącym samochodzie. Jednak przed zatwierdzeniem, trzeba prześwietlić przeszłość pani senator. Przewodniczący komisji, która ma zbadać kompetencje senator, Shelly Runyon odkrywa kompromitujący fakt – udział w orgii podczas studiów.

ukryta_prawda1

Film Roda Lurie z 2000 roku chciałem obejrzeć dużo później, jednak czas wyborczy skusił mnie do sięgnięcia po ten tytuł. Pozornie wydaje się jednym z wielu politycznych opowieści, których było tysiące zarówno jeśli chodzi o akcję, jak też i portret elit politycznych (gnidy, intryganci i szubrawcy, a także idealiści i pragmatycy). Różnica miedzy nami a Jankesami jest istotna – tam pewne afery i skandale mocno decydują o być albo nie być danego polityka. Wszelkie podchody, dziwne koalicje i nieczyste zagrywki – to wszystko znamy i dzisiaj.

ukryta_prawda4

Ale przy okazji, reżyser pokazuje jak traktowana jest kobieta w świecie skądinąd zdominowanym przez mężczyzn, jak głęboka jest dyskryminacja w przecież bardzo politycznie poprawnym kraju jakim jest U Es A. I tu nawet nie chodzi o podejrzana aferę erotyczną, ale też jak instrumentalnie traktowana jest kobieta, szybko podlega osądowi wskutek stosunku do seksu. Jak mężczyzna bierze udział w orgii – to jest powód do domu, jak kobieta uczestniczy – to jest kurwą. Od tego osądu nie są w stanie uwolnić się nawet osoby politycznie wspierające Hansen. Wystarczy popatrzeć na sceny, w których nie unikają kąśliwych wypowiedzi czy w jej obecności oglądają zdjęcia z orgietki. I jeszcze jedno pytanie tutaj pada – gdzie jest granica miedzy życiem prywatnym osób na piedestale władzy? To daje bardzo do myślenia. I sami sobie odpowiedzcie.

ukryta_prawda2

Mimo braku oryginalności, „Ukrytą prawdę” ogląda się po prostu dobrze, bo reżyser nie przynudza i powoli odkrywa sznurki całej intrygi, ale za to pewnie prowadzi aktorów. Świetnie sobie radzi Joan Allen w roli senator Hansen. Może wynika to z faktu, ze postać ta została napisana specjalnie dla niej. Ma ona bardzo wyraziste poglądy w wielu sprawach (liberalna), a cała aferę komentuje w jeden sposób: „to moja prywatna sprawa”. Nie podejmuje się ani atakować swoich przeciwników wyciągając na nich haki, nie broni się też – postawa dość dla mnie zaskakująca i rzadka wśród polityków. I przyznaję, że zyskała pani senator mój szacunek. Na przeciwnym końcu jest znakomity Gary Oldman. Senator Runyon to podły intrygant, który sięga po naprawdę niskie chwyty (wysłanie materiałów do Internetu, atak na przesłuchaniu w sprawie aborcji), uzasadniając je swoimi uprzedzeniami oraz przekonaniami. Dodatkowym szokiem jest fryzura Runyona, przez którą trudno rozpoznać aktora. Trzecim istotnym bohaterem jest prezydent Evans, zagrany dość lekko przez Jeffa Bridgesa. Wydaje się postacią nie do końca poważną, serwującą zabawne dialogi i sytuacje (gra w kręgle, gadanie o kanapkach), ale jest opanowanym i sprytnym politykiem (rozmowa z Runyonem i sytuacja na bankiecie).

ukryta_prawda3

„Ukryta prawda” nie zmieni zdania o klasie politycznej w ogóle, jednak nie wywołuje on ani znużenia ani zobojętnienia. A to już sporo. Dobre aktorstwo, solidna realizacja – na plus. Patos, podniosłe monologi i dydaktyzm – to na minus.

7/10

Radosław Ostrowski

Francuski minister

Arthur Vlamick jest młodym i ambitnym japiszonem, który dostaje posadę u samego szefa dyplomacji, ministra Alexandre’a Taillarda de Vormsa. Jego zadaniem jest pisanie przemówień dla ministra, co nie jest wcale takie proste.

francuski_minister1

Polityka zawsze była celem satyry, także tej filmowej. Nowe dzieło francuskiego mistrza, Bertranda Taverniera oparte jest na komiksie z 2010 roku, gdzie szyderczo pokazano działania dyplomacji francuskiej. Cała intryga skupia się na przygotowaniu przemówienia dla ministra na szczycie ONZ. Jednak problemem staje się temperament ministra, którego myśli pozostają zagadką dla wszystkich, a jego obecność wywołuje jeszcze większy chaos (widać to m.in. latającymi kartkami, gdy wchodzi). Jakby tego było mało, dzieją się różne trudne rzeczy – kryzysy zagraniczne, porwania, konflikty w Afryce. Na wszystko musi być przygotowana mowa, pytanie, notatka itp. Jednak żaden minister nie jest tak zmienny jak de Worms. Reżyser punktuje absurdy biurokratyzacji, zabawy w podchody i niesnaski personalne – dodatkowo całość okraszona jest cytatami z Heraklita, nakręcającymi absurdalność całej sytuacji.  I jak tu w ogóle pracować, funkcjonować i oddychać? Problemem może być zbyt pora liczba absurdów na ekranie oraz słowny humor, ale Tavernier trzyma rękę na pulsie i jest w stanie mieszać powagę z groteską.

francuski_minister2

Do tego jeszcze ma brawurowego Thierry Lhermitte’a. De Worms (mocno wzorowany na Dominique’u de Villepinie – szefie MSZ w latach 2002-2004) sprawia wrażenie pewnego siebie, inteligentnego polityka, jednak tak naprawdę jest lubiącym skupiać na siebie uwagę, niekompetentnym idiotą, którego gadulstwo jest nieznośne (rozmowa z noblistką, Molly Hutchinson tylko to potwierdza), a ważniejsze poza czytaniem jest używanie markerów w książkach. Równie dobry jest Raphael Personnaz jako Vlamick – inteligentny i ambitny w zderzeniu z chaosem politycznym sprawia wrażenie bezradnego i słabego człowieka. Mimo słabości, podejmuje walkę z wiatrakami i potrafi wzbudzić sympatię. Nawet pomoc pragmatycznego i opanowanego Claude’a Maupasa (świetny Niels Arestrup) okazuje się niewystarczająca.

francuski_minister3

„Francuski minister” jest inteligentną oraz ciętą satyrą polityczną, która jest zrozumiała nie tylko dla mieszkańców Żabolandii. Tylko trzeba dać szansę. Chociaż, czy politycy zasługują na drugą szansę?

7/10

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 3

UWAGA!

Tekst zawiera spojlery. Jeśli nie oglądałeś poprzednich serii, nawet nie próbuj tego czytać.

Wskutek swoich intryg Frank Underwood dopina wreszcie swojego celu – zostaje prezydentem USA. Jednak rządzenie krajem nie jest takie proste, jak mogłoby się wtedy wydawać z powodu pewnych ograniczeń ze strony zarówno Kongresu jak i mediów (słowo opinia publiczna jest tutaj mocno nieadekwatne. Prawda jest taka, że Underwooda nie wspiera jego własna partia, a wyborcy go nienawidzą. Jednak nasz polityk ma plan, by wygrać reelekcję – America Works, czyli zatrudnić 10 milionów osób za 500 miliardów dolarów.

house_of_cards_3_1

Trzecia seria politycznej sagi o najbardziej charyzmatycznym i bezwzględnym polityku w historii małego ekranu to już jednak nieco inny kaliber niż dwie poprzednie serie. Tam Frank był właściwie niczym nieograniczonym fighterem, który w ciemności pociągał za sznureczki, by osiągnąć swoją zemstę za niezrealizowanie obietnicy. Tym razem jednak nasz bohater jest niejako na świeczniku i na takie sztuczki nie może sobie pozwolić. W dodatku jego żona ma własne polityczne ambicje jako ambasador przy ONZ, co niestety zaczyna się mocno odbijać na ich układzie.

house_of_cards_3_2

Sama seria oparta jest na trzech głównych wątkach. Po pierwsze, walka o reelekcję. Drugi wątek, to American Works i próba wdrożenia go w życie. Trzeci to polityka zagraniczna i tutaj trzeba pochwalić twórcą za pochwalenie zarówno w pokazaniu prób rozwiązania konfliktu na Bliskich Wschodzie oraz bardzo skomplikowanych relacji na linii Waszyngton-Moskwa. Gdyby nie sytuacja na Ukranie, to miałoby jeszcze większa silę rażenia, jednak nawet Beau Willimon (twórca serialu) i sztab scenarzystów nie byli w stanie tego przewidzieć. Jest jeszcze kilka pobocznych wątków związanych z Claire oraz… Dougiem Stamperem (tak, on przeżył) oraz jego rekonwalescencji. Ten ostatni sprawia wrażenie trochę zapychacza i rozkręca dopiero się pod koniec, gdy nasz pitbull wraca do politycznej gry. Brakuje tutaj troszkę podchodów, zwracania się bezpośrednio do kamery (wiadomo, prezydent jest strasznie zapracowany), jednak finałowy cliffhanger spowoduje, że z niecierpliwością zaczekam na powrót Franka do walki o reelekcję, mimo nierówności wszystkich wątków.

house_of_cards_3_3

Jedna rzecz pozostała niezmienna – polityka nadal pozostaje brutalną i ostrą grą o władzę. Drugą niezmiennością jest wysoki poziom realizacji (zwłaszcza scena politycznej debaty – majstersztyk), a trzecią fantastyczna gra aktorska. Ten serial nie istnieje bez charyzmatycznego i demonicznego Kevina Spacey – mimo iż Frank to, nie wstydźmy się tego słowa skurwiel, to jednak nadal kibicuję mu, bo jest mistrzem w swojej profesji, zna mechanizmy władzy i jest bezwzględnie skuteczny, pod warunkiem, że nie pozwoli sobie na słabość. Znacznie więcej do pokazania ma Robin Wright. Claire na początku serialu sprawiała wrażenie zimnej wspólniczki Franka w jego zbrodniach. Jednak jej rola jako Pierwsza Dama (czytaj: tło i wsparcie dla swojego męża) zaczyna ją dusić i ma ambicje na więcej. Dlatego zostaje ambasadorem przy ONZ, mimo braku kompetencji, ale za swoja politykę płaci wysoką cenę. Dlatego jej decyzja o odejściu od Franka nie była zaskoczeniem i daje spore pole do następnej serii. Cieszy obecność Michaela Kelly’ego (Doug Stamper), choć jego postać mocno przewijała się w tle.

house_of_cards_3_4

Najważniejsze jednak były nowe postacie w tym rozdaniu i tutaj jest trójka postaci jest najistotniejsza. Zacznę od dziennikarki Kate Bladwin (bardzo dobra Kim Dickens), która nie jest naiwna idealistką, jednak potrafiła mocno przyłożyć prezydentowi. Drugą osoba jest zatrudniony przez Underwooda pisarz Thomas Yates (znany z „Zakazanego imperium” Paul Sparks), który jednak idzie w innym kierunku niż planowano (miało być o American Works, a wyszła niemal biografia) i dlatego zostaje zwolniony. Ta dwójka to tak naprawdę płotki przy prezydencie Rosji. Wiktor Petrow poprowadzony przez znakomitego Larsa Mikkelsena jest bardzo śliskim i prawdziwym przeciwnikiem dla Underwooda. Nigdy nie wiadomo, co jest w stanie wymyślić, jest bardzo bezwzględny i nie boi się grać na emocjach (pocałowanie Claire na oczach Franka). Ciekawe na ile ta postać była inspirowana Władimirem Putinem.

house_of_cards_3_5

Cóż, trzecia seria „House of Cards” jest najsłabszą ze wszystkich, co wynika z nierównej jakości wątków oraz faktu, ze nasz bohater nie znosi bycia ograniczanym przez innych. Pytanie, czy czwarta seria będzie tą ostatnią i jak skończy się batalia Franka o władzę, pozostaje otwarte. I mimo wad, to nadal bardzo interesująca propozycja dla fanów political fiction.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Selma

Od pewnego czasu przy wręczaniu nominacji do Oscarów zawsze pojawia się film o tematyce „czarnej”. Tak było z „Django” czy „Zniewolonym”, tak tez jest z filmem Avy DuVarney. Nie znacie jej? Ja też nie. Ale członkowie Akademii ją znają, bo wyróżnili „Selmę” – historię najważniejszego czarnoskórego bohatera USA, dr Martina Luthera Kinga. A czym jest Selma? To miasto, z którego miał wyruszyć marsz do Waszyngtonu w roku 1963.

selma1

Nie jest to jednak stricte biografia, tylko próba rekonstrukcji wydarzeń. Nie będę was okłamywał, mówiąc że to nie jest laurka. To jest laurka, jednak nie jest aż tak przesłodzona jak „Zniewolony” czy „Kamerdyner”. Reżyserka stara się też pokazać pewne wątpliwości Kinga wobec swoich decyzji (sceny w więzieniu) i działania, ale tych scen jest bardzo mało. Najgorsza jest jednak obojętność wobec wydarzeń ekranowych, nawet w scenach brutalnych ataków ludzi George’a Wallace’a czy ataku na moście w celu blokowania marszu. Nawet pokazane tutaj fragmenty materiałów FBI, zajmujących się obserwacją Kinga, nie działa emocjonalnie. Troszkę ciekawiej jest w życiu prywatnym, gdzie dr King próbuje być zniszczony. A końcówka jest bardzo amerykańska – w najgorszym znaczeniu tego słowa.

selma2

Jeśli ktoś broni się z całej obsady, to jest to fantastyczny David Oyelovo, który ma tyle charyzmy i ognia, by po prostu być Martinem Lutherem Kingiem. Każda scena, w której przemawia King jest pełna energii i temperamentu. Poza nim jest jeszcze sporo czarnoskórych znanych aktorów jak Wendell Pierce (wielebny Hosea Williams), raper Common (James Bevel) czy Cuba Gooding Jr. (adwokat Fred Grey). Ale najbardziej wybijają się dwaj świetni aktorzy: Tom Wilkinson (prezydent Lyndon Johnson) oraz Tim Roth (rasistowski gubernator George Wallace).

selma3

„Selma” to ostatni przeze mnie obejrzany film walczący o Oscara w tym roku. Co prawda,wyniki już są znane i karty dawno rozdano, ale sam film nie zmieniłby tego układu. Zbyt solidny, zbyt laurkowy i zbyt poprawny. Więc jeśli nie jesteś Amerykaninem czy nie interesuje cię amerykańska historia, to ten film was nie obejdzie. I tyle.

6/10

Radosław Ostrowski

Barwy kampanii

Henry Burton jest wnukiem legendarnego działacza społecznego, który włącza się do kampanii prezydenckiej gubernatora Jack Stantona – polityka wzbudzającego dość spore zaufanie. Jednak droga będzie wyboista i to nie tylko z powodu konkurentów, ale też słabostek prezydenta oraz ambicji jego żony.

barwy_kampanii4

Politycznych satyr, które nie pozostawiają na rządzących suchej nitki powstało mnóstwo, a same mechanizmy władzy wywołują raczej obrzydzenie i niechęć (kto oglądał „Idy marcowe” czy „House of Cards” wie o co chodzi), z tego powodu wiele starszych produkcji wydaje się dość archaicznych. Czy film Mike’a Nicholsa, który jest jawną aluzja do kampanii prezydenckiej Billa Clintona nie opowiada niczego, co bym nie wiedział – „Polityka to tarzanie się w błocie i każdy się musi ubrudzić” (Kazik Staszewski). Podczas kampanii wychodzi na jaw małostkowość ludzi, którzy marzą tylko o jednym celu – mieć władzę, tylko i wyłącznie, czasami po trupach (próba kompromitacji senatora Harrisa zakończona… śpiączką czy szukanie materiałów na kryształowego niemal Pickera), zdrady wewnątrz sztabu (afera z fryzjerką oraz spreparowanie rozmów przez jednego z członków sztabu) oraz gładkich słówek wygłaszanych dla wyborców. Moralność i uczciwość już dawno odeszły, wykorzystywana przez doświadczonych wyjadaczy. Owszem, bywają lekkie nudne momenty (zwłaszcza między jednym a drugim wiecem), jednak nie brakuje też ironicznego humoru (wykrycie zdrady, gdzie o mało nie dochodzi do odstrzelenia jaj) oraz gorzkich refleksji. Nie ma się do czego przyczepić, ale też niespecjalnie porywa jako całość.

barwy_kampanii1

Jeśli coś w filmie Nicholsa się sprawdza, to jest to naprawdę świetna obsada. Zaskakująco dobrze wypada tutaj John Travolta, który jest mocno stylizowany na Clintona. Stanton sprawia wrażenie wiarygodnego i przekonującego mówcę (świetna scena w stoczni), który wie jak przykuć uwagę, z odrobiną charyzmy. Partneruje mu w tym równie mocna Emma Thompson, która jest bardziej bezwzględna w dążeniu do celu od męża. Także grający główną rolę Adrian Lester w roli młodego i naiwnego Burtona radzi sobie naprawdę dobrze. Ale i tak szoł skradli niezawodni na drugim planie Billy Bob Thornton (doświadczony szef kampanii Richard Jemmons) oraz Kathy Bates (trzymająca mocny kręgosłup moralny Libby Holden).

barwy_kampanii2

Sam film wyszedł jako więcej niż przyzwoitą satyrą polityczną, choć nie zaskakującą niczym nowym. chyba w tym temacie nie da się już niczego nowego w tym temacie. Za to można pokazać zawsze intrygujące moralne dylematy.

barwy_kampanii3

7/10

Radosław Ostrowski

Dyplomacja

Paryż, sierpień 1944. Adolf Htiler wydaje rozkaz wysadzenia całego Paryża. Dnia 23 sierpnia ma dojść do eksplozji a egzekutorem rozkazu miał być gubernator Paryża, generał Dietrich von Choltitz. W nocy przed wykonanie rozkazu do kwatery generała w hotelu Meurice, wkrada się szwedzki konsul Raoul Nordling, który z ramienia ruchu oporu podejmuje się negocjacji.

dyplomacja2

Wszyscy znamy finał tej historii, ale Volker Schloendorff potrafi zainteresować i przykuć uwagę. Sam film zaczyna się archiwalnymi materiałami wysadzania Warszawy w trakcie powstania. W tym samym czasie w Paryżu dochodzi do negocjacji, od których zależało życie milionów ludzi oraz bezcennych zabytków. Można było się spodziewać teatru telewizji (akcja ograniczona niemal do jednego miejsca, a cała intryga opiera się na negocjacjach Nordlinga z von Choltitzem), ale napięcie jest tu tak duże, że niejeden thriller mógłby zazdrościć. Reżyser jednak ciągle przypomina, że trwa wojna i nie jest kółko dyskusyjne. Widać to najbardziej na początku, gdy widzimy plany wysadzenia oraz żołnierzy próbujących się przebić do oficera odpowiedzialnego za wysadzenie miasta.

dyplomacja1

Esencją są jednak sceny rozmów obydwu adwersarzy, znakomicie zagranych przez Andre Dussoliera oraz Nielsa Arestrupa. Te pierwszy to doświadczony polityk, który próbuje użyć wszelkich argumentów (od analogii do Abrahama, przez konsekwencje przyszłości aż po honor oficera i wyrzuty sumienia) i jest naprawdę nieustępliwy. Zawodowiec w każdym calu. Ten drugi to służbista wykonujący rozkazy, a jednocześnie zmęczony i schorowany oficer, zmuszony do wykonania absurdalnego rozkazu pod groźbą śmierci swoich najbliższych. Obydwie racje wybrzmiewają mocno i wyraziście, a argumenty są naprawdę wyważone.

Reżyser nie ukrywa, że dyplomacja nie jest do końca czystą grą, ale i tak rozmowa jest lepszym rozwiązaniem od walki siłowej. Jedyne czego można żałować to fakt, że Warszawa w sierpniu ’44 roku nie miała takiego negocjatora jak Nordling. Być może wtedy miasto wyglądałoby piękniej niż teraz. Niestety, tego się nigdy nie dowiemy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Koziorożec 1

Teorie spiskowe w kinie są modne w zasadzie od dawien dawna (a dokładnie od „39 kroków” Hitchcocka). Zamach na Kennedy’ego, grupa trzymająca władzę, śmierć Paula McCartneya. Najbardziej popularna teoria mówi, że lądowanie na Księżycu nie miało miejsca, tylko zostało nakręcone w studiu przez Stanleya Kubricka. Ta teza stała się punktem wyjścia dla jednego z najciekawszych thrillerów politycznych.

koziorozec1

Już za paręnaście minut ma wyruszyć Koziorożec 1 – statek kosmiczny z trójką astronautów pod wodzą komandora Charlesa Brubakera. Ich celem jest dotarcie do Marsa. Ale w parę minut przed wyruszeniem, astronauci zostali przeniesieni samolotem do oddalonej bazy. Tam na miejscu znajdują się kamery i sprzęt filmowy, a szef misji szantażem zmusza ich do udziału w mistyfikacji. Ostatecznie misja kończy się awarią i zniszczeniem kapsuły, więc astronauci wiedząc, że ich los jest przesądzony, decydują się uciekać. W tym samym czasie dziennikarz Robert Caufield prowadzi własne śledztwo w sprawie zaginięcia jednego z pracowników NASA. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, ze te dwa wątki połączą się ze sobą.

koziorozec2

Już wtedy Peter Hyams zdecydował się pokazał, jak wielką siła jest manipulacja, a technika jest tak rozwinięta, że można dzięki niej wmówić ludziom wszystko. Wtedy wystarczyły kamery i telewizja, dzisiaj można użyć satelitów, Internetu, a manipulacja jest dokonywana wszędzie – reklamy, filmy, media. Jaki to problem dzisiaj wmówić innym fałszywe informacje? To bardzo sugestywnie pokazuje pierwsza część filmu – wielkie oszustwo, czyli nieudana misja na Marsa, zrobiona żeby nie doprowadzić do likwidacji programu kosmicznego oraz dla propagandy sukcesu. Dalej mamy ucieczkę i pościg, a w tle jednocześnie prowadzone dziennikarskie dochodzenie – zbieranie faktów, składanie do kupy elementów i strzępki informacji oraz próba pozbycia się dziennikarza (uszkodzenie hamulców – świetne zrobiona jazda pokazana z oczu bohatera; fałszywe oskarżenia, w końcu zwolnienie z pracy). Brzmi znajomo? Nic się nie zmieniło, a całość jest świetnie poprowadzona oraz bardzo inteligentnie opowiedziana. Napięcie jest tutaj bardzo mocno podkręcane (nie tylko przez ścigające helikoptery, ale także węża, strzały), a sceny akcji naprawdę nie trąca siły (ostateczny pościg lotniczy – perełka).

koziorozec3

Hyams świetnie portretuje manipulacje i wszystko trzyma mocno za gardło, ale ma tez naprawdę wybornych aktorów, którzy wyciągają ze swoich postaci ile się da. Najbardziej tutaj błyszczy James Brolin, czyli komandor Brubaker, który szybko (pod presją zamachu na rodziny) zgadza się na mistyfikację, jednak jest na tyle inteligentny i sprytny (w końcu dowódca), że nie jest łatwy do pokonania. Drugim takim facetem jest Caufield, fantastycznie poprowadzony przez Elliotta Goulda, którego jedynym wsparciem jest koleżanka Judy (Karen Black na gościnnych występach) – uparty, zdeterminowany i konsekwentny. A jednocześnie zabawny (troszeczkę). Jeszcze jest trzeci facet, czyli dr James Kalloway (Hal Holbrook) – stylizowany tutaj na czarny charakter, zarówno potrafi być przekonujący (pierwsza rozmowa z astronautami po ich starcie) jak i bardzo śliski. Poza tym trio, drugi plan obfituje w takich aktorów jak Sam Waterson (podpułkownik Willis), O.J. Simpson (komandor Walker) plus Brenda Vaccaro (żona Brubakera) i na sam finał epizod Telly’ego Savalasa (opryskiwacz Albain).

Lata mijają, a „Koziorożec” nie chce się za bardzo zestarzeć (może poza fryzurami postaci). Mimo sporego wieku na karku, pozostaje on naprawdę świetnym dreszczowcem ze świetnie opowiedzianą historią oraz bardzo ponurym klimatem. Naprawdę mocna rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski