Buzz Astral

Pixar i prequel wydaje się teoretycznie dobrym połączeniem, ale w praktyce („Uniwersytet Potworny”) raczej to nie działa. Przynajmniej dla mnie. Dlatego nie specjalnie liczyłem na samodzielny film o Strażniku Kosmosu, który stał się potem zabawką. Tak, chodzi o Buzza Astrala, którego kupił niejaki Andy. Dlaczego? Bo obejrzał pewien film, który został pokazany także i nam.

buzz astral1

Poznajemy naszego bohatera, gdy wyrusza razem z ekspedycją na nieznaną planetę. Zbadać ją, czy się nadaje do zamieszkania, czy może jednak uciec i odlecieć w siną dal. Okazuje się, że planetę zamieszkują paskudne pnącza, zgarniające wszystko i wszystkich na swojej drodze. Podczas próby ucieczki prowadzony przez Astrala statek uderza o skałkę i zostaje uziemiony. Chcąc nie chcąc cała wyprawa stawia bazę, pracując nad stworzeniem kryształu, by móc osiągnąć hiperprędkość. I w ten sposób wyrwać się z planety. Pierwszy próbny lot kończy się niepowodzeniem, jednocześnie dochodzi do zaskakującego odkrycia: parę minut w kosmosie na planecie trwa cztery lata. Więc z czasem kolejne podejścia stają się mniej opłacalne, zaś osadnicy przyzwyczajają się do nowego środowiska. Poza Buzzem, którego nic tu nie trzyma. Robi kolejne loty, a po drodze dostaje mechanicznego kota (Kotex), będącego prezentem od starej przyjaciółki.

buzz astral2

Tak wygląda pierwsze 30 minut filmu, gdy w końcu staje się najważniejsze: udaje się skonstruować kryształ i kolejny lot (nielegalny) zakończony zostaje sukcesem. Jednak podczas lądowania dzieją się dziwne rzeczy. Po pierwsze, baza otoczona jest laserową barierą, więc wszelka komunikacja jest niemożliwa. Po drugie, nad planetą orbituje statek kosmiczny, z którego wylatują roboty. Czego chcą? Nie wiadomo. Po trzecie: poza Buzzem znajduje się trójka rekrutów, w tym wnuczka partnerki (zawodowej) naszego herosa. I z tym składem muszą powstrzymać Zurga.

buzz astral3

Od skrętów w SF, czerpiącego z „Interstellar” (zaginanie czasoprzestrzeni) i „2001: Odysei kosmicznej” (wizualne pokazanie zaginania czasoprzestrzeni) po skręt w bardziej przygodowe kino. Ze wszystkich produkcji Pixara „Buzz Astral” wydaje się najbardziej naładowany akcją i sprawia wrażenie animowanego odpowiednika blockbustera. Pościgi, trochę strzelania, wiele humoru oraz świetna technicznie animacja. A jak jeszcze zagra muzyka Michaela Giacchino, może opaść szczęka z wrażenia. Jednak samej historii brakuje mocnego kopa, bo idzie po sznurku (choć wyjaśnienie kim jest Zurg mnie zagięło) i humor trochę nie trafiał do mnie. Chyba za bardzo jest zaadresowany dla młodego widza, co raczej rozczarowuje. Aczkolwiek doceniam zawarte tu przesłanie, a nawet kilka przesłań. Że nie zawsze można wszystko załatwić w pojedynkę, że czasem upór i determinacja bardziej przeszkadza niż pomaga oraz że zaadaptowanie się do nowego otoczenia nie musi oznaczać klęski.

buzz astral4

W ogólnym rozrachunku „Buzz Astral” to tylko (lub aż) solidne kino spod ręki Pixara. Najbardziej dynamiczne i widowiskowe, świetne technicznie oraz głosowo (w końcu Buzz brzmi jak sam Kapitan Ameryka). Fabularnie nie robi aż takiego wrażenia, ale to i tak sympatyczny sposób na spędzenie półtorej godziny.

7/10

Radosław Ostrowski

King’s Man: Pierwsza misja

Pierwsi „Kingsmani” byli bardzo odświeżającym filmem szpiegowskim, jednocześnie parodiując ten gatunek. Wszystko polane bardzo absurdalnym humorem, wariackimi scenami akcji oraz świetnym aktorstwem z zaskakującym Colinem Firthem na czele. Później powstała jeszcze kontynuacja, lecz nie spotkała się z tak ciepłym przyjęciem. Niemniej jednak powstała kolejna część, która jest… prequelem i opowiada o początkach organizacji.

Wszystko zaczęło się w roku 1914, gdy widmo wojny nie było jeszcze aż tak namacalne. Bohaterem jest książę Oksfordu, który w 1902 roku stracił swoją żonę (przywożąc zapasy z Czerwonego Krzyża do obozu w zachodniej Afryce) i niemal samotnie wychowuje syna. Mężczyzna jest zatwardziałym pacyfistą, nie chcącym angażować się w jakąkolwiek wojnę czy spór. Sytuacja go jednak zmusza, gdy rozpętuje się piekło. Najpierw zostaje zamordowany następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand, a następnie przyjaciel oraz mentor księcia, szef wywiadu Kitchener. Wojna doprowadza do chaosu oraz śmierci milionów, co zmusza bohatera do działania. Ze wsparciem niani Polly oraz majordomusa Sholi zaczyna tworzyć siatkę wywiadowczą, gdzie informacje przekazują służący z różnych części świata. Działając w tajemnicy trafia na trop tajemniczego Pasterza, planującego wywrócić świat do góry nogami oraz zniszczyć Anglię.

Matthew Vaughn po raz trzeci zasiada na stołku reżyserskim i znowu zaskakuje. Nadal czuć tutaj spory budżet, ale co jest najbardziej nietypowe, to jest ton. O wiele bardziej poważny i mroczny, gdzie humor pojawia się bardzo rzadko. W końcu jest to czas wojny, pełen brutalnych scen oraz momentów bardzo dramatycznych. Fikcja miesza się tutaj z faktami historycznymi, a stawka – powstrzymanie Pasterza i jego agentów oraz zakończenie wojny – jest wręcz bardzo namacalna. Choć scen akcji jest tu mniej niż w poprzednich odsłonach, nadal czuć ten wariacki, efekciarski styl reżysera. Najdobitniej pokazuje to scena, gdzie bohaterowie próbują zabić Rasputina – zdjęcia i montaż to wręcz czyste szaleństwo (by jeszcze bardziej odlecieć w tle zostaje wpleciony fragment „Rok 1812” Czajkowskiego).

Z drugiej strony są o wiele bardziej dramatyczne momenty jak choćby sekwencje batalistyczne, pokazujące walkę w okopach czy momenty próby odnalezienia nocą szpiega przez żołnierzy zakończona walką z przeciwnikiem przy użyciu broni białej. Ten dysonans powinien wywoływać poważny zgrzyt, jednak jakimś dziwnym cudem wszedłem w ten świat. Chociaż nie do końca tego oczekiwałem po tym filmie. Reżyser igra z oczekiwaniami widza, co wielu się bardzo NIE SPODOBA i zagra na nerwach.

Jeśli coś podnosi ten film na wyższy to przede wszystkim aktorstwo. Tym razem w roli głównej mamy Ralpha Fiennesa jako księcia Oxfordu, a on jak zawsze jest znakomity. Zarówno w tych rzadkich momentach akcji, jak w bardziej dramatycznych scenach. Czuć zarówno determinację i silną wolę, jak też cierpienie oraz momenty załamania. Równie dobrze sprawdza się ekipa otaczająca protagonistę, czyli Gemma Arterton (Polly) i Djimon Hounsou (Shola), a także Harris Dickinson jako syn księcia, Conrad. Relacja między tą dwójką, pełna kontrastu dwóch spojrzeń na kwestie wojennego zaangażowania dla mnie była silnym paliwem emocjonalnym. Ale całe szoł kradnie Rhys Ifans w roli mnicha Rasputina, który jest kompletnie przerysowany, lecz nadal stanowi poważne zagrożenie. Aktor jest nie do poznania zarówno fizycznie, jak i głosowo (cudny ten akcent oraz make-up), choć nie jest on głównym przeciwnikiem. Ten jest solidnie napisany oraz zagrany, choć do ostatniej konfrontacji nie widzimy jego twarzy.

Moja pierwsza kinowa wizyta w roku 2022 i nie mogę powiedzieć, że byłem… bardzo zmieszany, a momentami wstrząśnięty. To o wiele poważniejsza inkarnacja cyklu, gdzie jest mniej podśmiewywania się oraz robienia jaj, a dramatyczne sceny potrafią naprawdę uderzyć z pełnej siły. I na pewno ta część spolaryzuje fanów serii.

7/10

Radosław Ostrowski

Zupa nic

Ile to już mieliśmy podróży naszych filmowców do czasów PRL-u? i to w niemal każdym gatunkowym aspekcie: od kryminału („Jestem mordercą”) po groteskę („Pan T.”) i czarną komedię („Rewers”). Zdarzały się też słodko-gorzkie komedie i w tym kierunku podąża Kinga Dębska w swojej „Zupie nic”. Osadzona w Warszawie lat 80. opowieść skupia się na mieszkającej w blokowisku rodzinie w składzie: ojciec, matka, babcia oraz córki: Marta i Kasia. W zasadzie fabuły jako takiej nie ma, a kamera przygląda się wszystkim naszym bohaterom – od oglądania meczy reprezentacji Antoniego Piechniczka po wycieczkę na Węgry. Zbiór mikroscenek okraszonych humorem. Wspomniałem, że jest to prequel „Moich córek krów”?

W zasadzie trudno o takich filmach opowiadać, bo wszystko ma tutaj konstrukcję skeczy. A wątki pojawiają się i znikają, czasami w bardzo brutalny sposób. Wszystko wynika ze zderzenia charakterów, którzy stanowią rodzinę. Matka (świetna Kinga Preis) jest pielęgniarką, działającą w Solidarności. Bywa nerwowa i porywcza. Ojciec (Adam Woronowicz nadal trzyma fason) to architekt-frustrat, co lubi sobie wypić oraz jest kompletną pierdołą. Babcia (dawno nie widziana Ewa Wiśniewska, która kradnie ekran) to weteranka powstania warszawskiego z zasadami. Zaś dziewczynki to skontrastowane siostry: od fizycznego wyglądu po sprawność intelektualną. I są zmuszone spać w jednym łóżku, bo na drugim leży babcia. Obserwujemy to wszystko bez ironii, sarkazmu czy złośliwości, lecz ze sporą ilością ciepła i zrozumienia.

Nawet w momentach, kiedy dochodzi do spięć oraz konfliktów, by potem jednak pogodzić się. Czyli potwierdza tezę, że z rodziną najlepiej wypada się na zdjęciu. To, co imponuje to szczegółowość w odtworzeniu realiów epoki, pokazując tą jaśniejszą stronę życia. Scenografia jest tutaj niesamowita: od wnętrza mieszkania bohaterów przez ulicę, sklepy aż po samochód marki Maluch. Jeszcze bardziej imponują wplecione materiały archiwalne, gdzie pojawiają się postacie z filmu. I nie wywołuje to żadnego zgrzytu, tak jak do świetnej obsady. Nawet dziecięcej, co jest tak częstym zjawiskiem jak uczciwy polityk.

Ja jako osoba nie mająca kompletnie żadnych wspomnień z epoki komuny (rocznik ’87) mogę wydawać się nieodpowiednim odbiorcą. Niemniej „Zupa nic” była bardzo sympatyczną niespodzianką, choć fanem filmów z luźną fabułą nie jestem. To już powinno wiele mówić i nie trzeba znać „Moich córek krów”, by się tu odnaleźć, co jest pewnym plusem.

7/10

Radosław Ostrowski

Infernal Affairs: Piekielna gra 2

Pierwsza „Piekielna gra” była wielkim kasowym hitem oraz ogromnym zaskoczeniem dla reżyserskiego duetu Andrew Lau/Alan Mak. Panowie rok po premierze od razu zaserwowali dwie kolejne części, choć tylko część trzecia kontynuowała opowieść z oryginału. „Dwójka” jest prequelem i cofa nas o 10 lat do tyłu, kiedy to Yan zostaje wydalony ze szkoły kadetów, zaś Lau zostaje, działając jako wtyczka pracująca dla mafii.

W 1991 roku Sam nie był taką grubą rybą, a zaledwie jednym z członków gangu Ngai, jednocześnie przyjaźniąc się z inspektorem Wongiem. Yan zostaje wyrzucony ze szkoły policyjnej, ponieważ jego przyrodni brat jest członkiem triady. A jest nim… Ngai Wing-Hau, który dzięki morderstwu swojego wuja, zostaje szefem mafii. Ta decyzja zmusza Sam do umieszczenia wtyczki policji – zostaje nim Lau King Ming. Cztery lata później władza Ngaia wydaje się nienaruszona, ale gangster proponuje podział władzy między swoich czterech współpracowników, w tym Sama. Jednak cała ta akcja jest pułapką, mającą zlikwidować tych ludzi.

Już z opisu można wywnioskować, że bohaterowie poprzedniej części tak naprawdę są zepchnięci na drugi plan. „Dwójka” skupia się przede wszystkim na postaciach Wonga oraz Sama, którzy z przyjaciół stają się wrogami. Jak obaj zaczynają wspinać się w hierarchii i współpracują przeciw wspólnemu przeciwnikowi. Z tego powodu atmosfera oraz klimat mocno się zmienia, nie jest tak intensywny ani gęsty niż poprzednik. Do tego początek jest naładowany wieloma postaciami, przez co można się pogubić w tej układance. Dopiero kiedy akcja przesuwa się do roku 1994, udało mi się przestawić oraz wejść do tego brudnego świata. Jest parę mocnych scen przemocy (egzekucja czterech mafiozów, z których udaje się wyrwać Samowi czy wysadzenie samochodu), jak i wiele przewrotek, zmieniających przebieg gry.

Te ostatnie elementy bardzo przypominają ducha oryginału, o czym przypomina bardzo mocny finał, gdzie wracamy do punktu wyjścia z „jedynki”. Nadal historia potrafi wciągnąć, mimo wielu pobocznych wątków. Najciekawszym z nich jest wątek żony Sama, która samodzielnie dokonuje zemsty na wuju Ngaia. Ale jak to mówi jeden z bohaterów: „prędzej czy później, za wszystko trzeba zapłacić”. Nie ma na szczęście poczucia przesytu, a finał – pozornie przewidywalny – daje wiele satysfakcji.

Stara aktorska wiara powraca, tym razem dając większe pole do popisu dla Anthony’ego Wonga oraz Erica Tsanga. Młodsze inkarnacje bohaterów „jedynki” (Shawn Yue i Edison Chen – obecni także w poprzedniej części) dają radę, choć więcej czasu dostaje ten pierwszy. Z nowych postaci największe wrażenie robi Francis Ng jako bardzo opanowany, elegancki Ning. Wydaje się spokojny, wręcz pozbawiony emocji, przewidujący każdy ruch przeciwnika, ale kiedy działa jest skuteczny jak diabli. Warto też wspomnieć wyrazistą Carinę Lau jako żonę Sama.

Druga część „Piekielnej gry” nie jest aż tak waląca po oczach, intensywnym thrillerem sensacyjnym jak pierwsza część. Mimo to potrafi dać wiele satysfakcji, ma wiele mocnych scen akcji oraz nadal wyraziste postacie. Nie mogę się doczekać finału, który najmocniej podzielił fanów.

7/10

Radosław Ostrowski

Czarny kryształ: Czas buntu – seria 1

Inny czas, inne miejsce – od tego zdania zaczął się nakręcony w 1982 roku „Ciemny kryształ” Jima Hensona oraz Franka Oza. Mroczne fantasy dla młodego widza w dniu premiery w box officie zwrócił koszty produkcji i nawet przyniósł nawet skromne profity. Nie na tyle jednak duże, by zrealizować kolejny film w tym świecie. Były próby realizacji sequela, ale te przez wiele lat spaliły na panewce. Wszystko się zmieniło, gdy do Jim Henson Company zwrócił się Netflix. Choć pierwotny pomysł studia kierowanego przez córkę Hensona zakładał stworzenie serialu animowanego, szefostwo filmy z dużym N zaproponowało zrealizowanie serialu w formie znanej z oryginału. Innymi słowy, kukiełki wracają do gry, na ekranie nie pojawia się żaden człowiek, a jedyną różnicą jest drobne wsparcie efektów komputerowych. Ale ciągle w głowie pojawiało się pytanie, czy w ogóle był sens tworzenia serialu w takiej archaicznej formie? Dodatkowo moje obawy spowodowała osoba reżysera, czyli Louisa Leterriera, którego filmy były najwyżej średnio-niezłe.

 

Akcja serialu toczy się setki lat przed wydarzeniami z filmu. Więc nie musicie go oglądać, by wejść w ten świat krainy Thra. Żyznej oraz bardzo różnorodnej, a także pełnej zróżnicowanych ras. Ale w centrum jest Kryształowy Zamek ze znajdującym się Kryształem Prawdy. Jego strażniczką była matka Aughra, jednak została podstępem zastąpiona przez Skeksów. Ci, choć okrutni i bezwzględnie pragnący długowieczności, udają dobrych panów dla Gelflingów. Ci ostatni nie domyślają się, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Wszystko zaczyna się od zabójstwa jednej ze strażniczek Miry, dla zdobycia esencji jej życia, by osiągnąć długowieczność.

 

Muszę przyznać, że sama historia (mimo znajomości finału w postaci filmu) jest w stanie zaangażować i jednocześnie bardzo rozbudowuje świat przedstawiony. Tylko pozornie intryga wydaje się bardzo prosta i wydaje się klasyczną walką dobra ze złem. Po części to prawda, jednak twórcy dogłębnie pozwalają wejść w ten bogaty świat, który jest świetnie sfotografowany. Wrażenie robi bardzo szczegółowa scenografia oraz różnorodne lokacje: od pustyni, bogatego pałacu, biblioteki czy zamku Skeksów. Gdybym miał do czegoś porównać serial Leterriera, to najbliżej byłoby do „Władcy Pierścieni” zmieszanego z „Diuną” (tworzenie esencji dla wiecznego życia – taki odpowiednik melanżu) oraz „Grą o tron” (wewnętrzne spięcia wśród Skeksów).

ciemny krysztal czas buntu1-4

Także sam świat jest bardzo przebogaty. Oprócz Skeksów, który nadal są brzydki, zdegenerowani oraz budzą grozę, jest parę innych raz. Lekko rozrabiający, a jednocześnie traktowani jak niewolnicy (przez Skeksów) Podlingowie, delikatni Mistycy (choć widzimy tylko dwóch), magiczne Drzewo Azylu, wielkie pająki i wiele, wiele innych. Ale najbardziej interesujący są Gelflingowie: bardzo liczni i podzieleni na klany, a każdy z nich zajmuje się czym innymi. Jeden to wyższe sfery, przekonane o swojej potędze, inni specjalizują się w odczytywaniu symboli, jeszcze inni są wojownikami, są też dbający o zwierzęta przebywające pod ziemią itd. I ten podział jest bardzo sprytnie wykorzystywany przez Skeksów do szerzenia nieufności, podejrzliwości oraz pomaga w manipulacji.

ciemny krysztal czas buntu1-2

Ale to, co najbardziej wyróżnia serial, to kukiełki. Niby wyglądają znajomo i tylko pozornie sprawiają wrażenie, jakby ktoś wyciągnął je sprzed ponad 35 lat. Tylko, że… nie. Nadal pewien problem stanowi mimika twarzy (a konkretnie jej brak), ale wszystkie emocje są pokazywane gestami, a nawet oczami. Zastosowanie tej formy nie zmienia faktu, że opowieść jest brutalna i mroczna. Nie brakuje momentów godnych kina grozy (śmierć Miry czy tortury wobec Badacza) lub filmów wojennych (ostateczna konfrontacja ze Skeksami), ale twórcy nie przekraczają tej granicy, by wywołać koszmary u młodego widza. Same sceny akcji wyglądają po prostu świetnie (odbicie Riana z ręki Szambelana), a parę inscenizacyjnych pomysłów zaskakuje jak opowiedzenie historii Thra za pomocą… przedstawienia kukiełkowego czy Aughra próbująca odnaleźć „pieśń Thra”.

ciemny krysztal czas buntu1-3

Kukiełki brzmią fantastycznie, bo udało się zebrać iście gwiazdorską obsadę. Naszej trójce protagonistów przemawiają głosem Tarona Egertona (walczący Rian), Nathalie Emmanuelle (empatyczna Deet) oraz Anyi Taylor-Joy (Brea), którzy wykonują swoją robotę fantastycznie. Niektóre głosy są dość trudne do rozpoznania, co też staje się dodatkową zabawą. Ale na mnie największe wrażenie zrobił kapitalny Simon Pegg (śliski Szambelan, który jest takim intrygantem, co pragnie władzy), cudowny Jason Isaacs (budzący grozę i majestat Cesarz Skeksów) oraz mocna Donna Kimball (zadziorna Aughra). Ale prawda jest taka, że trudno tutaj się do kogokolwiek przyczepić. Naprawdę, co nie jest częstym zjawiskiem.

ciemny krysztal czas buntu1-6

To jest kolejna serialowa niespodzianka od Netflixa. Absolutnie techniczne cudo, zdominowane przez efekty praktyczne, co tworzy dzieło unikatowe. Czuć mocno ducha oryginału, ale za pomocą nowoczesnej technologii i wciągającą opowieścią, dogłębniej eksploatować ten świat. Wierzę, że powstanie ciąg dalszy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną

Wszyscy pamiętamy wypadki z „Miasteczka Twin Peaks”, jednak David Lynch troszkę poczuł niedosyt i postanowił opowiedzieć o wydarzeniach sprzed znalezienia zwłok Laury Palmer. Jednak wszystko zaczęło się rok wcześniej od morderstwa Teresy Palmer. Śledztwo prowadzili agenci FBI Chester Desmond i Sam Stanley. Po odwiezieniu ciała Banks, Desmond sprawdza pewien trop, a wszelki ślad po nim znika. Wtedy dochodzenie przejmuje Dale Cooper, który przeczuwa, że zabójca powróci. Rok później pojawiamy się w samym miasteczku, gdzie widzimy Laurę Palmer i obserwujemy ostatni tydzień jej życia.

twin_peaks1

Dla wielu fanów serialu film zrobiony przez Davida Lyncha uważany jest za zbrodnię, zbezczeszczenie legendy oraz zarzucano brak tej tajemniczej aury znanej z serialu. Dostajemy w zamian bardzo „lynchowski” tytuł, który (może za bardzo) dopowiada całą historię, niejako uzupełniając pewne fakty znane z serialu (większość z nich przedstawiono w pilocie). Jest mrok, tajemnica, oniryczny klimat oraz zagadka, która jest piętrowa. Dziwaczne zjawiska są tutaj na porządku (nagłe pojawienie się zaginionego agenta Philipa Jeffriesa), wizje spowodowane narkotykami lub obłąkanym umysłem wprowadzają masę zamieszania i dla osób nie znających „Miasteczka” może wywołać chaos. Dziwaczne, niebieskie światło, karzeł mówiący jakby wspak, tajemnicza Chata – te wszystkie miejsca odwiedzimy. Ale nie pojawią się tutaj wszystkie postacie z tego świata, tylko te skupione wokół Laury (jej przyjaciółka Donna, jej kochankowie Bobby i James, ojciec Leland). Sama intryga dość szybko zostaje rozwiązana, ale i tak z napięciem czekałem na finał trzymający za gardło (morderstwo pokazano za pomocą szybkiego montażu i gry światłem).

twin_peaks2

Więcej czasu poświęcono Laurze, a grająca ją Sheryl Lee w pełni to wykorzystała. Nie jest to ani ulubienica szkoły ani demon, tylko prześladowana osoba, która by wyrwać się z kręgu piekła ucieka w seks, narkotyki i obłęd. Mieszanka niewinności, szaleństwa i drapieżności – postać bardziej złożona niż się to wydaje, co już było widać w serialu, gdzie pojawiała się w epizodzie. Nie zawodzi też Ray Wise w legendarnej już roli Lelanda. Z nowych postaci nie sposób nie zauważyć świetnego Chrisa Isaaka (agent Chester Desmond) i Kiefera Sutherlanda (trochę niedoświadczony agent Stanley) oraz pojawiający się na krótko Harry Dean Stanton (Carl Rodd – cieć pilnujący kempingów) i David Bowie (Jeffries).

twin_peaks3

Lynch stworzył dziwaczną mieszankę, która broni się charakterystycznym stylem (do tego jeszcze kapitalna muzyka Badalamentiego), stanowiąc swego rodzaju suplement serialu, choć większość widzów ma odmienne zdanie. Jeśli jesteście gotowi powrócić, to wjedźcie do miasteczka, gdzie dają cholernie dobra kawę oraz placek z jagodami. Nie wszyscy jednak przeżyją to spotkanie.

8/10

Radosław Ostrowski

Indiana Jones i Świątynia Zagłady

Kontynuacje kultowych klasyków są uważane za coś naturalnego. Jednak w przypadku „Świątyni Zagłady” mamy do czynienia z prequelem. Rok przed pierwsza konfrontacja z nazistami, Indy zostaje otruty przez chińską mafię w Szanghaju podczas negocjacji po wykonaniu zadania. Udaje mu się uciec razem ze sprytnym dzieciakiem Short Roundem oraz piosenkarką Willie Scott, która przypadkowo zostaje wplątana w całą aferę. Ale samolot zostaje rozwalony i tak cała trójka znajduje się w Indiach, gdzie dostają zadanie odzyskania świętego kamienia z pałacu Pankor, gdzie ponownie miało powrócić Zło.

indy_21

Pozornie „Świątynia Zagłady” może wydawać się kolejnym przygodowym filmem, ale Spielberg postanowił całość bardzo umrocznić, choć prolog w Szanghaju wydaje się niepozorny (musicalowa wstawka, potem konfrontacja z chińską mafia zakończona strzelanina oraz totalnym chaosem), jednak pojawienie się na terenie Indii, mocno zmienia całą konwencję. Nietoperze, porwania dzieci i zmuszanie do niewolniczej pracy czy tajemnicza sekta planująca przejęcie władzy nad światem doprowadzają, że „Świątynia” bardziej skręca w kierunku wręcz horroru. Wystarczy sobie przypomnieć sekwencję rytuału kultystów, gdzie ich wrogowi zostaje wyrwane serce (bijące!) – to wystarczy, żeby doprowadzić do przerażenia. Owszem, czasami jest przemycany humor (postać piosenki przyzwyczajonej do luksusów zderzonej z innym światem – biedy oraz nędzy), jednak nie łagodzi on całej tonacji. Przez tą zmianę stylistyki, film został odrzucony przez fanów, jednak na mnie zrobiło to dobre wrażenie. Także sekwencje akcji są na naprawdę wysokim poziomie (ucieczka w wagonikach czy konfrontacja nad mostem), a techniczna robota jest wspaniała. Wszystko prowadzone jest pewną ręką i trzyma w napięciu do końca.

indy_22

Sami kultyści naprawdę budzą grozę, potęgowana przez scenografię (jaskinia, pałac) oraz niezawodząca muzykę Johna Williamsa. Ale nie jest to film pozbawiony wad – jest to bardziej film akcji niż kino przygodowe, brakuje łamigłówek, w dodatku jeszcze niejaka Kate Capshaw, która jest strasznie irytująca jako dama w opałach, którą zawsze trzeba ratować.

indy_23

Nie zawodzi za to Harrison Ford, który jako Indy jest jedynym słusznym wyborem i tylko to potwierdza. Razem z niejakim Jonathanem Quanem (cwany Short Round) tworzy naprawdę mocny duet zgranych kumpli.

Druga część opowieści o Indym była zbyt mroczna dla fanów, jednak dla mnie ta zmiana zaskoczyła pozytywnie, choć w tej opinii jestem osamotniony. „Świątynia Zagłady” to chwila oddechu na kolejna konfrontację z nazistami, ale to o tym później. Bardzo dobry, choć trochę inny film.

8/10

Radosław Ostrowski

Bates Motel – seria 1

Po śmierci swojego męża Norma Bates razem z synem przenoszą się do miasteczka w Kalifornii. Kupuje stary motel i chce przywrócić mu dawny blask. Jednak poprzedni właściciel grozi, że się odegra. Próbuje zgwałcić Normę, ale zostaje zabity. Ukrycie jego zgonu wywołuje cała lawinę zdarzeń i parę mrocznych tajemnic.

bates_motel1

Branie się za przenoszenie na mały ekran wielkich kinowych przebojów jest bardzo ryzykowne. Zaryzykowali twórcy „Hannibala” (moim zdaniem się udało), zaś Anthony Cipriano poszedł o krok dalej i postanowił zrobić prequel kultowej „Psychozy” Alfreda Hitchcocka. Tylko jak to zrobić, żeby wciągnęło i nie przynudzało? Twórcy poszli trochę droga „Hannibala” – niby jest to prequel wydarzeń, ale osadzony we współczesnych realiach (komórki, laptopy), jednak zamiast wyczuwalnego napięcia w stylu mistrza H. jest mroczna tajemnica a’la „Miasteczko Twin Peaks”, gdzie nic nie jest oczywiste i jasne. Morderstwa, prostytucja, narkotyki – a wszystko to robione po cichu i w tajemnicy (nawet policja jest w to umoczona). Ale w tym toksycznym środowisku jest jeszcze Norman Bates – tutaj wchodzący w dorosłe życie młody chłopak, który nie do końca sobie radzi ze wszystkim i jest aż nadwrażliwy. Pierwsze zauroczenie, pierwszy seks, sprzeczki z nadopiekuńcza matką, pierwsze morderstwo – takie tam problemy młodych ludzi. Klimat jest mroczny, a wątki prowadzone są bardzo dokładnie, a niespodzianek jeszcze będzie przed nami kilka (druga seria już wkrótce), z dobrymi dialogami i naprawdę solidną realizacją.

bates_motel2

Zaś jeśli chodzi o aktorstwo – jest tutaj naprawdę bardzo dobrze. Cały ekran kradnie tutaj fantastyczna Vera Farmiga. Norma w jej interpretacji to nadopiekuńcza i manipulująca swoim synem matka. W dodatku nerwy mam mocno rozerwane i nie potrafi pogodzić się z tym, że nie idzie po jej myśli, ukrywając wiele tajemnic oraz działając nie zawsze w sposób racjonalny. Równie przekonujący jest Freddie Highmore, czyli młodociany Norman Bates. Sprawia wrażenie spokojnego, trochę zamkniętego w sobie chłopaka. Ale wystarczy chwila, by gwałtownie eksplodował (finał pokazuje jak bardzo) i wtedy hamulce puszczają, ale zawsze pozostaje uległy wobec matki i jest jej posłuszny ponad wszystko. Poza tą dwójką warto wyróżnić młode panie – Olivię Cooks (Emma) oraz Nicolę Peltz (Bradley), a także Maxa Thieriota (Dylan, przyrodni brat Normana), Nestora Carbonelliego (szeryf Romero) i przerażającego Jere’a Burnsa (tajemniczy Jack Abernathy).

bates_motel3

Kolejny przykład udanego serialu bazującego na znanej marce. Nie wiem jak wy, ale ja czekam na następne odcinki.

8/10

Radosław Ostrowski

Uniwersytet Potworny

Odkąd Mike Wazowski był dzieckiem, marzył o tym, żeby zostać straszakiem. Dlatego już jako młody chłopak wstąpił na Uniwersytet Potworny, gdzie nie jest do końca traktowany poważnie, choć ostro zakuwa. Wtedy poznaje Jamesa Sullivana, którego ojciec był legendą wśród straszaków. Obaj, by wygrać Strachaton (turniej straszenia), wstępują do bractwa Obciach Kappa (najgorsi w całym kampusie).

uniwersytet1

Jak z opisu wynika, film jest prequelem „Potworów i spółki” i pokazuje studenckie lata Sullivana i Wazowskiego, których różni wszystko, a wiadomo jak się to kończy – przyjaźnią. Jednak po drodze panowie będą musieli się nauczyć gry zespołowej oraz jak wykorzystać swoje dość nietypowe atuty. Jest jak w komedii typu „Zemsta frajerów” czy innych uniwersyteckich fabuł. Schematyczne jak diabli, jednak twórcy zrobili wszystko, żebyśmy się na tym dobrze bawili. Sceny treningu bractwa, pomysłowe konkurencje (m.in. dojście do flagi, by nie schwytała was bibliotekarka – taka ośmiornica), parę zabawnych dialogów oraz odniesień do kina (m.in. „Carrie” De Palmy) powodują, że seans jest sympatyczny, choć do takich tytułów jak „Toy Story” czy „WALL-E”. Zaś przesłanie o akceptacji swoich ograniczeń, jest trafne i powinno dotrzeć do każdego.

uniwersytet2

I tak jak w poprzedniej części, tak i tutaj polski dubbing nie nawala. Skoro wracają starzy znajomy, to także ich głosy (znowu nakręca tutaj duet Sanakiewicz/Paszkowski). Tutaj jednak różnią się. Mike jest kujonem, który głową próbuje wygrać, zaś Sully jest przekonany o sile swojego nazwiska i uważa, że nie musi niczego udowadniać. Z nowych postaci zdecydowanie należy wyróżnić członków bractwa Obciach Kappa z Sylwestrem Maciejewskim (szef Don Carlton) i Arturem Barcisiem (Ciappo) na czele. Nie wspominając o Danucie Stence (dziekan Skolopendra – mieszanka skorpiona z nietoperzem), która nawet w krótkich momentach budzi respekt.

O animacji nie mówię, bo to Pixar i poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Jednak jest to zaledwie przyzwoita bajka, co w przypadku tej wytwórni może być potraktowane jako rozczarowanie. Niemniej wyszedł z tego udany prequel.

7/10

Radosław Ostrowski

Hannibal – seria 1

Will Graham jest wykładowcą FBI w Quantico, który zajmuje się tworzeniem profilu psychologicznego zabójców. Zostaje jednak poproszony przez agenta Jacka Crawforda, by pomógł rozwiązać sprawę seryjnego mordercy nazwanego Dzierzbą. Jednak sprawa okazuje się dla niego cięższa niż myślał. Dlatego Crawford prosi o pomoc dra Hannibala Lectera, który ma też zadbać o stan psychiczny Grahama. Obaj panowie tworzą dość interesujący duet.

Na ekranie było już wielu filmowych psychopatów, którzy stali się ikonami popkultury. Jednym z nich jest zdecydowanie Hannibal Lecter, bohater cyklu powieści Thomasa Harrisa. Powieści te były przenoszone na ekran (pierwsza „Czerwony smok” była przenoszona dwukrotnie – w 1986 r. przez Michaela Manna i w 2002 r. przez Bretta Ratnera), a do pory ta postać jednoznacznie łączy się z aparycją Anthony’ego Hopkinsa. Kiedy wydawało się, że już nic mnie zaskoczy, Bryan Fuller (twórca „Herosów”) postanowił nakręcić serial o Hannibalu Lecterze sprzed wydarzeń z „Czerwonego smoka”, jednocześnie uwspółcześniając akcję.

Pomysł dość karkołomny i ryzykowny, ale chyba się udało. Pozornie wydaje się, że mamy do czynienia z typowym proceduralem osadzonym w uniwersum Harrisa, co widać w scenach w laboratorium i kostnicy, gdzie badane są zwłoki (prawie jak w „CSI” czy „Kościach”, choć nie wchodzą aż tak dokładnie). I w zasadzie każdy odcinek to inna sprawa, ale wątek Dzierzby ma swoje perturbacje w następnych odcinkach (wątek córki zabójcy Abigail, która jest podejrzewana o współudział). Jednak nie ma tutaj ani nudy czy zmęczenia, zaś każdy odcinek powoli odkrywa przeszłość bohaterów. Dla nas chyba jednak najciekawsza jest możliwość zobaczenia Lectera na wolności. Można się trochę przyczepić, że za mało jest Hannibala w „Hannibalu”, jednak z drugiej strony w powieściach też ta postać pojawia się na drugim planie, choć jej obecność była odczuwalna przez cały czas (tak samo w filmach, może z wyjątkiem „Po drugiej stronie maski”, ale nie było to zbyt udane dzieło). Zresztą jest jeszcze kilka postaci łączących serial z uniwersum. Poza głównymi bohaterami jest Jack Crawford – szef oddziału behawioralnego FBI (tutaj jest czarnoskóry), dr Alana Bloom (w książce była facetem), Freddie Lounds – dziennikarka pisząca do bloga Tattler, gdzie opisuje makabryczne zbrodnie (w książce też była facetem) i dr Frederick Chilton – szef psychiatryka w Baltimore.

Największe wrażenie zrobiły jednak na mnie nie koniecznie same sceny zbrodni, ale momenty, gdy Graham „wchodzi” w skórę sprawcy – zastosowane spowolnienia, mocniejsza kolorystyka i nieprzyjemna muzyka w ich trakcie buduje lekko oniryczny klimat, który (trochę na siłę) się porównuje do „Miasteczka Twin Peaks”. Wtedy robi się naprawdę nieprzyjemnie. Krew, organy, morderstwa dzieci – to nie jest serial dla młodych widzów, dlatego jest pokazywany po 22, co trochę się odbija na oglądalności. Niemniej serial jest bardzo ciekawy, technicznie na bardzo wysokim poziomie, zaś finał jest dość mocny i przewrotny.

 

Teraz najważniejsza część tego serialu – bohaterowie. O tych pierwszoplanowych, powiem później, bo to temat na dłuższą chwilę. Więc zaczniemy od drugiego planu. Tutaj przede wszystkim dominują panie: Caroline Dhavernas jako empatyczna dr Bloom, którą poza przyjaźnią łączy coś wiecej z Grahamem i jako jedynej zależy na dobrym stanie Grahama, Lara Jean Chorostecki czyli Freddie Lounds – niby dziennikarka, której tak naprawdę zależy na rozgłosie, choć udaje pomoc, ale jest wnikliwa, inteligentna i nieustępliwa w docieraniu do informacji. Trzecią panią grającą dość istotną rolę jest Kacey Rohl. Abigail Hobbs, córka Dzierzby, wygląda pozornie na niewinną i przerażoną dziewczynkę, ale prawda o niej zaskakuje. Należy też wspomnieć o dawno nie widzianej Gillian Anderson, która tutaj wciela się w dr Du Maurier, psychiatrę i przyjaciółkę Lectera. Jednak poza paniami jest tu trzech panów – Aaron Abrams i Scott Thompson tworzą duet śledczych Zellera i Price’a, ale i tak najważniejszy jest ten trzeci. Mianowicie Laurence Fishbourne, który gra agenta Crawforda – inteligentnego śledczego, który czasami używa manipulacji i zastraszania, zaś skrywa pewną tajemnicę.

crawford

Najważniejsze postacie zostawiłem na deser. Wbrew pozorom głównym bohaterem nie jest Lecter, ale agent Will Graham. Wcielający się w tą rolę Hugh Dancy tworzy postać bardzo empatycznego i wnikliwego agenta, dla którego praca jest jedynym sensem życia. Jednak zaczyna to na nim mocno odbijać – zaczyna mieć zwidy, bezsenność, lunatykowanie, w końcu zaczyna „urywać mu się film” i tracić orientację. Mocna, bardzo intrygująca kreacja. No i w końcu Hannibal – nasz ukochany psychol. W interpretacji Madsa Mikkelsena jest bardzo opanowany, oszczędny w słowach i emocjach, za to bardzo dokładny, inteligentny i elegancki. Nawet gdy zabija nie traci zimnej krwi, zaś potraw przyrządzanych przez niego nie powstydziła by się żadna restauracja (gdyby tylko znali składniki). Bardzo mi się spodobała ta interpretacja, bo nie ma też tutaj naśladowania gestów i ruchów legendarnego Hopkinsa. Nie miałoby to żadnego sensu. Obaj panowie zagrali znakomicie, tworząc silną chemię między nimi.

bloom

Ale się rozpisałem, bo i jest o czym. Fuller stworzył bardzo interesujący i ambitny serial, do którego już zamówiono drugą serię. Mam nadzieję, że twórcy nas jeszcze czymś zaskoczą i utrzymają wysoki poziom tej serii.

8/10

Radosław Ostrowski