Piramida strachu

Było już wiele inkarnacji Sherlocka Holmesa na ekranie. Mieszkaniec Baker Street 221B miał już twarze Benedicta Cumberbatcha, Roberta Downeya Jra, Christophera Plummera czy Jeremy’ego Bretta. To nie są wszyscy, ale z tego natłoku można parę wariacji tego detektywa przegapić. I chyba takim mniej znanym filmem o Holmesie jest nakręcona w 1985 roku „Piramida strachu”.  To była trzecia kooperacja scenariuszowo-producencka duetu Chris Columbus/Steven Spielberg, zaś za stołkiem reżysera stanął Barry Levinson. I od razu uprzedzę: nie jest to adaptacja jakiegokolwiek utworu Arthura Conan Doyle’a, o czym twórcy informują na początku.

piramida strachu1

Miejsce akcji jest znane: to wiktoriański Londyn, zaś Sherlock jest… uczniem uniwersytetu, który już wtedy zadziwiał wszystkich swoją inteligencją. Wtedy też po raz pierwszy poznaje Johna Watsona, przeniesionego z prowincjonalnej szkoły. Chłopcy zaprzyjaźniają się, ale musieli podjąć się pewnej poważnej sprawy. W mieście dochodzi do dziwnych zgonów, doprowadzając ludzi do samobójstw. Holmes podejrzewa, że to mogą być morderstwa, ale zaczyna brać to osobiście po śmierci swojego mentora i przyjaciela, profesora Waxflattera. Duetowi pomaga siostrzenica zmarłego.

piramida strachu3

Levinsonowi udaje się dokonać niezwykłej rzeczy: osadzić pierwszą przygodę Holmesa w konwencję nurtu Kina Nowej Przygody. W porównaniu do zrealizowanych w tym samym roku „Goonies”, jest to o wiele poważniejsza, a miejscami bardzo mroczna historia. Mamy powoli odkrywaną tajemnicę z przeszłości, grupę kultystów oraz idące ku kino grozy momenty koszmarów (rycerz z witraża czy sekwencja na cmentarzu), które nadal potrafią przestraszyć. Nie brakuje też najbardziej satysfakcjonujących scen pokazujących dedukcję Holmesa. Już od pierwszego wejścia, czyli „rozgryzienia” Watsona oraz szukania zaginionego trofeum czuć, że to jest ten Holmes. Chociaż troszkę inny, mający dość specyficzny urok, ale i wiele empatii.

piramida strachu2

„Piramida” wygląda niesamowicie, co jest zasługą świetnej scenografii oraz kostiumów. Przebywając na uniwersytecie miałem pewne skojarzenia z… Harrym Potterem. Nie chodzi mi o sam wygląd budynku czy fakturę wnętrz, ale raczej pojedyncze sceny. Wspólne spożywanie wieczerzy przez uczniów i nauczycieli, dynamika między Holmesem, Watsonem a Elizabeth czy postać, która mogłaby być inspiracją dla Malfoya oraz Snape’a nie pozwalają inaczej mi spojrzeć na ten tytuł. Z kolei wątek kultystów bardzo przypomina drugą część „Indiany Jonesa”, tylko w bardziej eleganckim wydaniu. I jest to coś na kształt origin story Holmesa, dzięki któremu poznajemy dlaczego stał się taki, jaki jest oraz skąd są te wszystkie atrybuty (fajka, płaszcz oraz czapka). Pojawia się też kilka scen akcji włącznie z finałowym pojedynkiem na szpady, który wykonane są znakomicie. Tym bardziej robi to wrażenie, gdyż reżyser nie miał doświadczenia przy tego typu kinie.

piramida strachu4

Równie imponująca jest obsada, która składa się głównie z mniej znanych aktorów. Debiutujący w roli Holmesa Nicholas Rowe jest absolutnie rewelacyjny, pokazując postać młodego chłopaka z nieprzeciętną inteligencją oraz sporą sprawnością fizyczną. Zaś jego przemiana w naznaczoną mrokiem oraz nieufnego do świata samotnika pokazane jest bardzo delikatnie oraz efektywnie. Równie świetnie partneruje mu Alan Cox w roli Watsona. Troszkę nieśmiały i niezdarny chłopak z nadwagą już pod koniec zmienia się w bardzo odważnego, zdolnego do poświęceń człowieka. Ten duet uzupełnia Sophia Ward, czyli siostrzenica Waxflattera i pierwsza miłość Holmesa. Wszystko to działa niczym bardzo dobrze naoliwiona maszyna, sprawiając masę frajdy podczas seansu. Równie ciekawy jest antagonista, choć przez większość czasu nie wiemy kim on jest.

Powiem krótko: „Piramida strachu” to najciekawsza wariacja na temat Holmesa. Z jednej strony szanuje materiał źródłowy, ale potrafi bardzo sprytnie się nim pobawić. Pozornie połączenie Sherlocka z kinem nowej przygody brzmi dziwacznie, ale Levinson dokonuje niemożliwego i tworzy jeden z bardziej niedocenionych filmów przygodowych lat 80.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Goonies

Lata 80. to był okres największej aktywności Stevena Spielberga. Jeśli czegoś nie reżyserował, to produkował masę rzeczy jak choćby „Powrót do przyszłości”, „Gremliny rozrabiają” czy choćby „Goonies”. To był kolejny projekt według scenariusza Chrisa Columbusa, a za kamerą stanął Richard Donner, wracając do wysokobudżetowego kina.

goonies1

Tytułowi Goonies to paczka młodych dzieciaków, który mają spędzić ostatni dzień przez zburzeniem ich domostw i przeprowadzką. Barwna ekipa pod wodzą Mikeya (w jej skład wchodzą jego starszy brat Brandon, lubiący jeść oraz konfabulować „Gruby”, ciągle gadający „Paszcza”, a także tworzący różne wynalazki Data) chce spędzić ten czas na swoją ostatnią przygodę. Przeglądając strych, dzieciaki znajdują starą mapę prowadzącą do skarbu pirata Jednookiego Willy’ego. Mikey dostrzega szansę na utrzymanie domu i uniknięcie przeprowadzki, więc decyduje się wyruszyć na poszukiwania. Nie bez oporów wyrusza za nim reszta ekipy, a także dwie dziewczyny. By jednak tam trafić muszą ominąć kryjówkę, gdzie przebywa zbiegła z więzienia rodzina Fratellich.

goonies2

Sama historia jak obietnica przygody godnej Indiany Jonesa, tylko że z grupą dzieciaków w roli głównej. Reżyser bardzo powoli buduje całą opowieść i dopiero po ponad 30 minutach wyruszamy w przygodę. Do tej pory zaczynamy bliżej poznawać naszych bohaterów, którzy tworzą zgraną paczkę i próbują naśladować dorosłych. Pewnym problemem (nie dla mnie) było rozgadanie, gdzie niemal dochodzi do wrzeszczenia na siebie. Także same pułapki w drodze do skarbu nie wyglądają tak spektakularnie (może poza grą na pianinie z kości), jednak bardziej działa tu budowane napięcie. Samo poczucie należenia do grupy bardziej pozwalało wejść w tą historię, bo każdy z nas – gdy był dużo młodszy – chciał przeżyć coś takiego.

goonies3

„Goonies” nie udaje, że chodzi tu o coś więcej niż czysto rozrywkowe kino. Odpowiednio udaje się Donnerowi zbalansować akcję (odkrywanie kolejnych tajemnic Willy’ego), humor (bracia Fratelli, którzy walczą o uznanie w oczach matki i są kompletnymi pierdołami czy wynalazki Daty) i miejscami wręcz mroczny klimat. A wszystko kumuluje w momencie znalezienia statku (bardzo szczegółowo wyglądającego), gdzie dochodzi do zgrabnie wykonanej konfrontacji. Nawet jeśli nie wszystko widzimy na ekranie (w finale jeden z bohaterów wspomina o ośmiornicy – scena z nią została wycięta).

goonies4

Są jednak pewne potknięcia jak nienajlepsze efekty specjalne czy dość wolne tempo, ale to nie psuje aż tak odbioru jak myślałem. Całość rekompensuje pewna reżyseria, bardzo dobre dialogi, fantastyczna muzyka oraz niesamowita chemia między bohaterami (z Joshem Brolinem i Seanem Astinem na czele), którzy są znakomicie zagrani. Nic dziwnego, że „Goonies” jest otoczone kultem na świecie.

8/10

Radosław Ostrowski

Sokół z masłem orzechowym

Filmowcy lubią prezentować bohaterów, którzy są outsiderami, wyrzutkami i ludźmi spoza marginesu. Kimś takim jest Zak – 20-letni chłopak z zespołem Downa, który przebywa w domu starców. Jego wielkim marzeniem jest zostać wrestlerem, a jego idolem jest Red Salt Redneck. By osiągnąć swoje marzenia, decyduje się na ucieczkę. Po drodze trafia na poławiacza Tylera, który został zwolniony z pracy. Z zemsty podpala więc miejsce pracy i ucieka łodzią, odkrywając zbiega. W ślad za nimi wyrusza Eleanor, czyli opiekunka z ośrodka.

sokol z maslem1

Kolejny przykład amerykańskiego kina niezależnego, które chce bardziej skupić się na postaciach niż widowiskowości. „Sokół z masłem orzechowym” to jest klasyczne kino drogi, gdzie nasi bohaterowie – początkowo sobie obcy – zaczynają budować głębszą więź. Ciekawszy jest tutaj Zak, który chce zostać wrestlerem, ale ze względu na swoją przypadłość, trzymany jest w kloszu. Pozbawiony rodziny i przyjaciół, chce decydować sam o sobie, mimo przeciwności losu. Drugi bohater, Tyler też ma problemy. Niepogodzony ze stratą brata, bardzo konfliktowy, wydaje się bardziej zagubiony. Obaj zaczynają tworzyć intrygujący duet na zasadzie rodzeństwa, gdzie Tyler pełni rolę starszego brata. I ta relacja działa, ale kiedy dołącza do nich Eleanor, całość zaczyna nabierać większej dynamiki. Każde z nich zaczyna powoli uczyć się od siebie nawzajem. Że życie nie koniecznie musi być podporządkowane lekom oraz unikaniu jakichkolwiek niebezpieczeństw, lęków i obaw. I nawet jeśli nie da się uniknąć kłopotów (ścigający Tylera koledzy), łatwiej je znieść.

sokol z maslem2

Nawet jeśli pod koniec całość staje się coraz bardziej przewidywalna, a zakończenie nie satysfakcjonuje do końca – sprawia wrażenie bardzo urwanego – historia potrafi porwać swoim rytmem. Całość osadzono w Luizjanie, co widać w pięknie zarysowanych krajobrazach. Dużo rzek, w tle muzyka rozpisana na gitarę i banjo, mocno podniszczone domostwa – dosłownie jakbyśmy byli w zupełnie innej Ameryce. Bardziej prowincjonalnej, z dala od dróg, szos i wielkich miast, gdzie nawet wrestling wygląda amatorsko. Jednak w tym wszystkim czuć serducho i szczerość, mimo pewnych wad.

sokol z maslem3

Sytuację na tym polu ratują aktorzy z kapitalnym Zackiem Gottsagenem w roli głównej. Naturszczyk wypada fenomenalnie jako człowiek odrzucony przez społeczeństwo, ale pełen pasji oraz szczery. Chłopak tworzy fantastyczny duet z Shią LaBeoufem, który jako zagubiony, pełen gniewu i staje się kimś na kształt brata. Wspiera Zaka i pomaga mu się usamodzielnić, robiąc lepszą robotę jako opiekun niż Eleanor (zaskakująca Dakota Johnson), choć jest głębsza niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Powiem, że jestem nieźle zaskoczony tym filmem. „Sokół…” jest bardzo sympatycznym feel good movie, z ciepłym klimatem, postaciami do polubienia i niezbyt satysfakcjonującym zakończeniem. Przez większość czasu nie będzie to czas stracony.

7/10

Radosław Ostrowski

Praziomek

Amerykańskie studio Laika to prawdziwy ewenement. Powstała w Oregonie firma od lat produkuje animacje realizowane techniką poklatkową, które nie zdobywają takiej popularności ani rozgłosu na jaki zasługują, mimo pozytywnych recenzji od krytyków. No i pod względem finansowym też nie robią szału, w najlepszym wypadku zwracając koszta produkcji. Nie inaczej stało się z najnowszym filmem, czyli „Praziomkiem”, choć powinno być zupełnie inaczej.

praziomek1

Bohaterem filmu jest XIX-wieczny podróżnik i łowca przygód, sir Lionel Frost. Mężczyzna ten od lat chce dołączyć do elitarnego klubu odkrywców, jednak każda taka próba kończyła się niepowodzeniem. Włącznie ze znalezieniem dowodów na istnienie potwora z Loch Ness. Ale sytuacje może zmienić pewien tajemniczy list. Zawiera on informacje dotyczące mitycznej istoty zwanej Sasquatch albo Wielką Stopą. Na miejscu okazuje się, że zaproszenie to był podstęp, a jego autorem jest… Wielka Stopa. Brązowa, owłosiona, samotna chce prosić Anglika o pomoc w dotarciu do rodzinnym stron, czyli Himalajów. Mężczyzna decyduje się pomóc, widząc w tym szansę na członkostwo w klubie, jednak potrzebuje pewnej mapy. Posiada ją wdowa po słynnym podróżniku, która od jego śmierci przebywa w amerykańskiej rezydencji.

praziomek2

Film Chrisa Butlera to wręcz klasyczne kino przygodowe z klimatem godnym powieści Juliusza Verne’a, zmieszane z kumpelską komedią. Bo jak inaczej opisać zderzenie eleganckiego, kulturalnego dżentelmena ze zbyt dosłownie traktującym powiedzonka małpoludem, mogącym być brakującym ogniwem ewolucji? Ta konfrontacja jest zarówno źródłem humoru (dość slapstickowego), jak i początkiem pewnej powoli rodzącej się przyjaźni. Chociaż pierwotnie relacja bardziej przypomina pan-sługa. Ale tak naprawdę jest to także historia zderzenia tradycji z nowoczesnością, gdzie konserwatyści chcą tworzyć świat i traktują go jak trofeum, a inni chcą po prostu odkrywać nieznane światy bez chęci podboju czy tworzenia go na swoją modłę.

praziomek3

Owszem, wygląda to bardzo czarująco, a sceny akcji zarówno trzymają w napięciu (strzelanina na dworcu czy bójka w salonie), jak i potrafią rozśmieszyć inscenizacją (cała sekwencja na statku czy finał w królestwie Yeti). Sama animacja oraz scenografia jest bardzo szczegółowa, co robi bardzo piorunujące wrażenie, tak jak cudowna muzyka Cartera Burwella. Ale największym problemem była dla mnie historia, która jest bardzo prosta, konwencjonalna i strasznie przewidywalna. Widać, że studio chciało zrobić film skierowany dla młodego widza, dla dziecka. Samo w sobie nie jest dla problemem, tylko że ja nie znalazłem zbyt wiele dla siebie. Laika w poprzednich filmach jak „ParaNorman” czy „Kubo i dwie struny” dotykała poważniejszych tematów jak żałoba, samotność czy alienacja, zaś bohaterowie byli złożonymi jednostkami. Przy nich „Praziomek” wydaje się prostą historią, zbyt prostą i dla mnie niezbyt angażującą, mimo sympatycznych postaci oraz świetnego dubbingu (ale tylko oryginalnego).

praziomek4

Nie odmawiam „Praziomkowi” staroświeckiego uroku oraz poczucia miło spędzonego czasu. Jednak po takim studiu jak Laika oczekuję czegoś więcej niż staroszkolnego kina przygodowego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gold

Złoto – surowiec najbardziej pożądany na świecie, który gwarantuje bogactwo, dobrobyt oraz szczęście. Tylko, że nie dla wszystkich, lecz dla tych, co wiedzą gdzie i jak szukać. Robią to zarówno amatorzy, jak i firmy zajmujące się wydobywaniem surowców. Taką firmę prowadził Kenny Wells, a dokładniej jego ojciec. Lecz kiedy on umarł w 1981 roku, przedsiębiorstwo wpadło w tarapaty przez kilka lat. Wszystko się zmieniło w 1988 roku, gdy mężczyzna postanowił zaryzykować i pójść w układ z legendarnym poszukiwaczem, Michael Acostą w poszukiwaniu złota do Indonezji. Nie jest łatwo, ale w końcu udaje się znaleźć złoto.

gold1

Stephen Gaghan to bardzo ceniony scenarzysta („Traffic”), który czasami próbuje swoich sił jako reżyser. I w swoich produkcjach próbuje połączyć kino gatunkowe z ważnym społecznie czy politycznie tematem. Tym razem znowu próbuje chwycić kwestie finansowych przekrętów i oszustw, opierając się na prawdziwych wydarzeniach. Nie mógł jednak wykorzystać prawdziwych imion, nazwisk oraz sytuacji (z powodów prawnych), więc ubiera wszystko w szaty fikcji. Fabułę można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza, troszkę w duchu kina łotrzykowsko-przygodowym opisuje odkrywanie surowców oraz determinację Wellsa w poszukiwaniu złota. Próba spełnienia amerykańskiego snu za pomocą sprytu, determinacji oraz szczęściu. Wiadomo, że za sukcesem zaczną pojawiać się konkurenci, chcący przejąć zyski z eksploatacji złóż. I tu pojawiają się komplikacje – gracze z Wall Street, mający szerokie wpływy, a tacy nie odpuszczają.

gold2

Wtedy zaczyna się druga część filmu, pokazująca walkę o swój sen. Co oznacza bezpardonową walkę oraz działanie z planem, by wszystkich wykiwać. Poznawanie kto jest przyjacielem, kto wrogiem oraz jak zawalczyć o swoje. Tylko, że ta walka zostaje spuentowana tak ironicznym oraz dramatycznym twistem, że powinniśmy się go domyślić wcześniej, prawda?

Problem jednak w tym, że reżyser nie jest w stanie zdecydować się, co ma być na pierwszym planie i w jakim tonie opowiedzieć całość. Czy to ma być satyryczne spojrzenie na świat wielkiej finansjery, wielka przygoda między dwoma poszukiwaczami, sensacyjna opowieść o przekręcie? Gaghan miesza tutaj wszystko do jednego kotła, przez co wychodzi film zaledwie letni. Brakuje tutaj wyczucia oraz zespolenia tego wszystko w jedną, spójną całość. Wrażenie robią zdjęcia dżungli i realia lat 80., z bardzo taneczną muzyką w tle (m.in. Iggy Pop, New Order czy Pixies).

gold3

Ale najwięcej wyciska tutaj Matthew „Allright, Allright, Allright” McConaughey w roli Kenny’ego. Facet ma wręcz ADHD, mimo sporego brzuszka i łysiny na głowie. Wizjoner, krętacz, oszust, pijak, który dla osiągnięcia celu rzuci obietnice bez pokrycia i jest w stanie nawet wejść do klatki z tygrysem. Aktor zawłaszcza ekran wszystkim, nie dając nikomu w zasadzie manewru do działania. Oprócz Edgara Ramizera w roli Acosty, którzy tworzy postać o wyglądzie i stylu dawnych poszukiwaczy przygód, gdzie czuć tą silną więź w trakcie wyprawy.

„Gold” nie ma w sobie blasku złota, nie powala i nie świeci. Zabrakło tutaj pewniejszej ręki, która stworzyła z tego prawdziwą petardę. Kolejna, tym razem nieangażująca ballada o chciwości.

6/10

Radosław Ostrowski

Aladyn

Każdy zna historię o Aladynie – drobnym złodziejaszku, który za pomocą magicznej lampy udało mu się wyrwać z nizin społecznych na sam szczyt. Podszywa się pod księcia, wyrywa księżniczkę jako żonę i zostaje sułtanem. No bajka. Disney już z tego zrobił animację, a nawet stworzył sequel. Kwestią czasu było ożywienie filmu animowanego na wersję z żywymi aktorami, by jeszcze raz zarobić na tym samym. Bo jak raz się sprzedało, to sprzeda się drugi raz, prawda?

aladyn1

Streszczenie historii wydaje mi się pozbawione sensu, bo wiemy o co chodzi: Jasmina, zły wezyr, Aladyn z małpką, latający dywan, Dżin, trzy życzenia. Fundament jest prosty i solidny jak sułtański pałac, nie czując się przekonany. Ale kiedy za kamerą stoi Guy Ritchie, nagle poczułem się zaintrygowany. To wydawało mi się idealnym połączeniem – mocno teledyskowy styl reżysera plus łotrzykowska opowieść, prawda? Niestety, Disney spiłował pazury reżysera, ale czy oznacza to kopiowanie jeden do jeden? Na szczęście nie, choć wszystko skupia się na trzech postaciach, które są niejako więźniami swoich kast. Aladyn to cwaniaczek z nizin, który mógłby się wyrwać i ma w sobie masę uroku, Jasmina musi być posłuszna tradycji, zdominowanej przez patriarchat, zaś Dżin jest posłuszny temu, kto potrze lampę. Bez względu na jego intencje oraz motywacje.

aladyn2

Reżyser dość ciekawie rozkłada akcenty, co jest ewidentnie odświeżające. Jasmina, choć ustawiona w pozycji księżniczki, stara się być kimś więcej niż tylko obiektem do oglądania, który można kupić podarkami czy przysięgą politycznego sojuszu. Ma bardzo twardy charakter, mówiący o chęci niezależności nad mężczyznami (poruszająca pieśń „Speachless”). Ale najbardziej widoczna zmiana dotyczy głównego złola, czyli wezyra Dżafara. Nie tylko został odmłodzony, lecz pokazany jest jako lustrzane odbicie Aladyna. A właściwie tego, kim mógłby być Aladyn – człowiekiem wpływowym, z wysokimi ambicjami, konsekwentnie dążącym do obranej ścieżki. Brakuje mu jednak pewnej demoniczności i ostatecznie okazuje się łatwym przeciwnikiem.

aladyn3

Intryga może nie zaskakuje, ale realizacja to zupełnie inna para kaloszy. Ritchie nie ma tego swojego wariackiego stylu, jaki znamy choćby z „Króla Artura” (dynamiczny montaż, zabawa chronologią, pokazywanie tych samych scen z różnych perspektyw). Ale ten kolaż baśni, musicalu oraz kina przygodowego wypada naprawdę dobrze. Kiedy trzeba jest odpowiednio wystawny, niczym produkcja z Bollywood (wjazd Aladyna jako księcia Ali – rewelacja), efekty specjalne też wydają się być na całkiem przyzwoitym poziomie, zaś scenografia i kostiumy pomagają w stworzeniu bajkowego klimatu. No i nie zapominajmy o humorze. Tutaj błyszczy zarówno Dżin, tworzący dość kumpelską relację z Aladynem, jak i mały epizodzik księcia Andersa (za mało go). Tylko, że to wygląda jakoś strasznie sterylnie, jakby było kręcone w studio zamiast w plenerach.

aladyn4

Aktorsko tutaj wybija się absolutnie rewelacyjny Will Smith w roli Dżina. Nasz ziom nie próbuje w żaden sposób zmierzyć się z legendarnym popisem Robina Williamsa w wersji oryginalnej, tylko gra tą postać po swojemu. Jego interpretacja jest taka bardziej wyluzowana, przypominająca pierwsze dokonania w jego karierze i każde jego wejście sprawia najwięcej frajdy. Grający tytułową rolę mało znany Mena Massoud ma sobie sporo uroku i wdzięku, przez co łatwo polubić tą postać, tak samo jak prześliczną Naomi Scott (z całej obsady śpiewa najlepiej) w roli Jasminy. Problem mam za to z Marwanem Kenzari, czyli Jafarem. Podoba mi się motyw uczłowieczenia czarnego charakteru, bez szarżowania, tylko że to podejście pozbawia go charakteru i mamy standardowego przeciwnika.

Powiem szczerze, że jestem lekko rozczarowany tą wersją. To nie jest zły film, ale zatrudnienie tak charakterystycznego reżysera jak Ritchie i brak możliwości rozwinięcia jego stylu jest dla mnie decyzją niezrozumiałą. Ale mimo stępienia pazurków nowy „Aladyn” dostarcza sporo frajdy, pod warunkiem, że lubicie bajki w campowym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek, który chciał być królem

Indie, końcówka XIX wieku. To tam przebywa dwóch byłych żołnierzy brytyjskiej armii – Daniel Dravot oraz Peachy Carneham. Przemytnicy, szantażyści i drobni awanturnicy, którzy postawili sobie za cel dokonanie niemożliwego: podbić Kafiristan. Kraj ten znajduje się bliżej Afganistanu, a żaden biały człowiek nie stanął tam od czasu Aleksandra Wielkiego. Panowie chcą zjednoczyć wszystkie tamtejsze klany, objąć tron królewski i zabrać z niego wszelkie bogactwa. Idzie im łatwiej niż planowano, a Dravot zostaje uznany za boga, mającego być synem samego Aleksandra.

czlowiek krol1

John Huston chciał zrealizować ten film już w latach 50. Główne role mieli wtedy zagrać Clark Gable i Humphrey Bogart, jednak obaj panowie zmarli. Później mieli się pojawić na miejscu Burt Lancaster z Kirkiem Douglas, a następnie (już w latach 70.) Paul Newman i Robert Redford. Amerykański aktor, który już pracował przy poprzednich filmach reżysera zasugerował, iż te postaci powinni zagrać Brytyjczycy. I tak na scenę weszli Michael Caine z Seanem Connerym, zaś produkcja ruszyła z kopyta w 1974 roku.

czlowiek krol2

Założenie było proste, czyli zrobienie filmu awanturniczo-przygodowego w starym stylu. Sama akcja toczy się dość powoli i spokojnie, co może wielu znużyć. Reżyser przy okazji niejako wraca do tematu obsesji oraz marzeniu o wielkości, które kończy się upadkiem. Bo jak długo można oszukiwać ludzi, kapłanów, że jest się bogiem? Nie brakuje wielu szczęśliwych zbiegów okoliczności, które podtrzymują zainteresowanie. Mimo dłużyzn oraz dość szorstkiego poczucia humoru, „Człowiek” robi wrażenie. Przede wszystkim pod względem scenografii oraz kostiumów, także same krajobrazy (te góry zimą!!!) wyglądają wręcz majestatycznie. Zderzenie wręcz prymitywnych zwyczajów ze ówczesną, nowoczesną bronią oraz cywilizacyjną mentalnością daje wiele trafnych obserwacji. Ale jest też ostrzeżeniem przed zaślepieniem chciwością oraz pychą.

czlowiek krol3

Wszystko to fantastycznie sprzedaje duet Connery/Caine, między którymi czuć silną chemię. Daniel i Peachy to wręcz idealna mieszanka sprytu, siły oraz wnikliwego talentu obserwacji. Ale tak naprawdę ten drugi wydaje się zachowywać zdrowy rozsądek, przez co budzi sympatię do końca. Zaś Daniel coraz bardziej wczuwa się w rolę boga i ma coraz bardziej ambitne plany, co Connery pokazuje coraz większą pewnością siebie. Obydwaj spychają cała resztę na drugi plan, co świadczy o ich wielkiej klasie.

„Człowiek, który stał się królem” jest uznawany za najlepszy film Hustona lat 70., który troszkę idzie w innym kierunku. Jest bardziej kameralny, spokojny, gdzie akcja ma bardziej służyć zbudowaniu portretu ludzkiego umysłu. Może nie ma tej mocy, co „Skarb Sierra Madre”, jednak nie zabrakło tutaj zbyt wiele.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Dzieciak, który został królem

Ostatnimi czasy opowieści arturiańskie stały się znowu popularne w kinie. Zaś wątek ten pojawił się m.in. w „Mrocznej wieży” (nikt nie pamięta), ostatnich Transformersach czy „Królu Arturze: Legendzie miecza”. Ale tym razem ktoś ostro przyćpał i poszedł o jeden krok za daleko. Reżyser Joe Cornish, który wcześniej pokazał starcie osiedlowych ziomali z kosmitami, tym razem uwspółcześnia mit arturiański.

dzieciak, co zostal krolem1

Bohaterem „Dzieciaka…” jest Alex, zwykły uczeń brytyjskiej szkoły. Wychowuje go matka, ojciec zniknął, a jego jedynym przyjacielem jest troszkę niezdarny Beddies. Innymi słowy, dzień jak co dzień. Do tego jeszcze są gnębieni przez duet Lance/Kyra. Szału nie ma, a nadziei na zmianę losu brak. Ale pewnego wieczora znajduje… miecz wbity w kamień na placu budowy. Jak się domyślacie, jest to Excalibur, a to oznacza jedno. Że wybudziła się Morgana, którą uwięziono pod ziemią i to może doprowadzić do końca świata. W tym samym czasie pojawia się odmłodzony Merlin, by pomóc w walce.

dzieciak, co zostal krolem2

Brzmi jak coś szalonego? Reżyser dopiero się rozkręca, a po drodze dzieją się jeszcze bardziej dziwaczne rzeczy. Pościg konny, jazda kradzionym autem, ruchome drzewa, jeźdźcy w kształcie ognistych kościotrupów. No i oczywiście finałowa konfrontacja w szkole, gdzie uczniowie są szkoleni jako… rycerze. W zbroi oraz tarczą w kształcie znaku drogowego. To jest czysty fun, który nie do końca traktuje się poważnie, ale pachnący duchem Kina Nowej Przygody. Sytuację broni sporo humoru, brytyjski klimat oraz naprawdę przyzwoite efekty specjalne. I do tego jeszcze fajny morał o sile przyjaźni, walce przeciwko szeroko rozumianemu złu. A można nawet uczynić z wroga swojego sojusznika.

dzieciak, co zostal krolem3

Podobała mi się także obsada, w dużej części pełne młodych, kompletnie mało znanych aktorów. Z tego grona najbardziej podobał mi się Angus Imrie jako młodsze wcielenie Merlina. Lekko postrzelony, mówiący niedzisiejszą angielszczyzną i nieźle stosującym zaklęcia. A jednocześnie bardzo charyzmatyczny mentor, będący wsparciem dla naszych bohaterów. Sympatię budzi grający główną rolę Louis Serkis (syn Andy’ego Serkisa), który staje się naturalnym liderem drużyny, podobnie pełniący rolę wsparcia Dean Chaumoo. Równie przyjemnie było patrzeć na Patricka Stewarta w roli starszego Merlina (szkoda, że go tak mało) oraz ucharakteryzowaną Rebeccę Fergusson jako demonicznej Morgany.

dzieciak, co zostal krolem4

„Dzieciak, który został królem” w kinach kompletnie poległ, przez co do nas na ekrany nie trafił. Szkoda, bo jest to zaskakująco przyjemna, troszkę wariacka wersja mitu arturiańskiego. Myślę, ze młodzi widzowie będą się świetnie bawić i dostaną sporo frajdy. Mimo paru przegięć, seans był po prostu fajny. I czasami o to chodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Zbereźnik

Kojarzycie taką postać jak Davey Haggart? Jego ojciec był sławnym bandytą oraz rozbójnikiem, ale został powieszony w bardzo młodym wieku. Jednak jego syn postanawia pójść jego drogą i dokończyć jego nieudany napad na księcia Argylla. Problem w tym, że ciągle towarzyszy mu ciągle głęboko religijna Annie, próbująca walczyć o duszę grzesznika.

zbereznik1

Dla Johna Hustona adaptacja wspomnień Haggarta dawała duże pole do popisu. „Zbereźnik” ma w sobie potencjał na łotrzykowsko-komediową przygodę bandyty spadającego z deszczu pod rynnę. Zaczyna się od dezercji z wojska, a dalej jest już różnie: drobne kradzieże, napad na dyliżans, ucieczka z więzienia, nawet Davey sam zostaje okradziony, wreszcie próba spektakularnego napadu podczas balu. Dzieje się wiele, a jednocześnie nasz heros staje się uwodzicielem żeńskich serduszek. Problem jednak w tym, że reżyser chyba nie do końca wie, na czym się skupić. Próbuje ubarwić to wszystko humorem, niby inteligentnym, serwującym masę gagów, mającym chyba podkreślić zmienne szczęście naszego bohatera. Wrażenie robią plenery oraz utrzymana w klasycystycznym stylu muzyka. Tylko, że to wszystko zwyczajnie nie angażuje, a intryga działa zwyczajnie usypiająca.

zbereznik2

Wydaje się to wszystko zbiorem scenek, z bardzo luźno zbudowanym scenariuszu, bez wątku głównego. Niby chodzi o przebicie „sławy” swojego ojca, jednak nasz heros o aparycji Johna Hurta (bardzo dobrego) bardziej wydaje się mający sporo szczęścia fajtłapą. Do tego bardzo irytująca Annie (niezła Pamela Franklin), próbująca „ocalić” naszego tytułowego bohatera za wszelką cenę. Nawet jeżeli musi przeszkodzić w kradzieży. Rolę tą początkowo miała zagrać córka reżysera, Anjelica Huston, lecz było to źródłem wielu spięć między Hustonem a producentami. I te ingerencje wydają się być mocno odczuwalne: zbędne dla fabuły sceny erotycznych podbojów, wręcz bardzo błaha stawka czy niemal rozcieńczona intryga.

zbereznik3

Czułem bardzo duży potencjał w „Zbereźniku” i wydaje mi się, że Huston czuł wielką frajdę podczas pracy nad filmem. Niemniej mimo pewnych zalet, adaptacja wspomnień Haggarta zwyczajnie nudzi i rozczarowuje. Brakuje jakiejś iskry, by strzeliło jak diabli, w czym nie pomagała statyczna kamera podczas scen pościgów czy pojedynków (strasznie zestarzał się ten tytuł). Mocny kandydat do najgorszego filmu Amerykanina.

4/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

 

LEGO Przygoda 2

Pierwsze spotkanie z Emmetem Klockowskim było dla mnie jedną z najlepszych animacji ostatnich lat. Mega optymistyczny, ciepły i fajny korpoludek uratował swoich kolegów z Klockoburga, ratując przed Lordem Biznesem. Tylko, że czas spokoju zniknął wraz z pojawieniem się Duplo, co doprowadza miasto do wręcz postapokaliptycznego klimatu. Tym razem jednak zabawki Duplo z układu Siostar decydują się porwać liderów grupy: Żyletę, Batmana, Stalowobrody’ego oraz Kicię Rożek, zas Emmet wyrusza odbić grupę.

lego przygoda2-1

Pierwsza część rozpoczęła bum na animacje z klocków LEGO od Warner Bros., gdzie w zasadzie oprócz zmiany reżysera w zasadzie mamy to, co zawsze. Czyli zderzenie dwóch światów (świata klocków oraz świata… ludzkiego, a także świata Lego i Duplo), gdzie dochodzi do poważnego spięcia. Fabuła – niczym w „Deadpoolu” – jest pretekstem do wrzucania masy żartów oraz popkulturowych odniesień z „Mad Maxem” czy „Jurassic World” na czele. Ale tak naprawdę to kolejna opowieść o chwale kreatywności oraz dojrzewaniu, a także jakie mogą być tego konsekwencje. Czy dojrzewanie musi oznaczać rezygnację z dawnego wcielenia, przyjaźni oraz bycia tylko poważnym? Te pytania przewijają się przy okazji fabuły, chociaż to wszystko wydaje się być skierowane dla młodego (tak do 10+) odbiorcy. Aczkolwiek na drugim i trzecim planie jest masa miejscami absurdalnych żartów, godnych tria ZAZ (obecność Marii Skłodowskiej-Curie, przeskok do innego świata niczym w „2001: Odysei kosmicznej” czy piosenka królowej Wisimi o niej samej).

lego przygoda2-2

Ale jednocześnie nie mogłem pozbyć się pewnego wrażenia deja vu. Nie chodzi tylko o powtarzalność gagów, lecz także o przewidywalność, masę schematów (tajemniczy Rex, mający być nowym przyjacielem oraz kumplem) i brak czegoś dającego kopa. Do tego środek zwyczajnie rozsypuje się, co jest spowodowane rozdzieleniem postaci, doprowadzając do chaosu i znużenia.

lego przygoda2-3

Sama animacja wygląda tak jak w poprzednich częściach, czyli niemal imitacja poklatkowego stylu, wszystko jest bardzo klockowate i to dodaje masę uroku. Kolorami wali to po oczach (zwłaszcza w układzie Siostar), muzyka miesza orkiestrę z popem, retro elektroniką oraz bardzo chwytliwymi piosenkami. Nadal lubię tych bohaterów (zwłaszcza narcystycznego Batmana – jego nie da się nie lubić), ogląda się to z przyjemnością, a sceny akcji i sama wizja świata pozostaje kreatywna.

lego przygoda2-4

A jak sobie radzi polski dubbing? Więcej niż nieźle. Nadal nie zawodzi Piotr Bajtlik w roli ciepłego, zaczynającego dojrzewać Emmeta oraz tajemniczego, twardego Rexa, mającego statek kosmiczny z… dinozaurami. Równie cudnie się sprawdza Ewa Andruszkiewicz (twardo stąpająca przy ziemi Żyleta), Adam Bauman (pirat Stalowobrody) oraz Marta Dobecka (Kicia Rożek). Dla mnie jednak film kradł fantastyczny Krzysztof Banaszyk (Batman) i absolutnie zaskakująca… Natalia Sikora w roli absolutnie uroczej, chociaż budzącej nieufność królowej Wisimi, potrafiącej zmienić się w cokolwiek. I to jest prawdziwa petarda.

Druga część już nie ma tej świeżości i w zasadzie powtarza błędy poprzedników (chaotyczny środek, lekkie przeładowanie żartów, schematy, przewidywalność), ale nadal potrafi dostarczyć odrobiny frajdy. Animacja też wygląda ładnie, jednak bardziej skierowana jest dla młodszego widza. Starszy troszkę może się wynudzić. Może nie jest cudownie, ale nadal fajnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski