Nóż w wodzie

Andrzej i Krystyna są małżeństwem. Poznajemy ich, gdy jadą samochodem do przystani, by wypłynąć łódką na jeziorze. Po drodze zabierają młodego autostopowicza i we trójkę wypływają. Między mężczyznami dochodzi do rywalizacji.

noz_w_wodzie1

Każdy reżyser chciał zacząć swoją karierę od wysokiego C. Roman Polański w 1961 roku dostał taką szansę i nakręcił swój pełnometrażowy debiut. „Nóż w wodzie” to psychologiczny dramat pokazujący grę między starszym, statecznym Andrzej a młodym zbuntowanym chłopakiem. Obaj powoli będą zdejmować swoje maski, próbując dowieść kto jest lepszy, wobec kobiety będącej świadkiem i obserwatorem. Doprowadza to do tragedii (przynajmniej tak się nam wydaje) i kończy się upokorzeniem. Polański tutaj krytykuje konsumpcyjny styl życia, polegający na pozerstwie i posiadaniu. Całość toczy się w jednym miejscu (łódka), dialogi są bardzo oszczędne, ale i nie pozbawione odrobiny ironicznego humoru (to zasługa Jerzego Skolimowskiego), co pomaga w budowie dość specyficznego klimatu. Świetne zdjęcia i jazzująca muzyka Krzysztofa Komedy współtworzą klimat tej gry.

noz_w_wodzie2

Drugą mocną stroną są role Leona Niemczyka i Zygmunta Malanowicza, mówiącego głosem Polańskiego. Obaj panowie to w zasadzie jedna i ta sama postać. Andrzej jest cynicznym kabotynem, który upokarza chłopaka i wykorzystuje go. Młodzian jest najpierw zafascynowany Andrzejem, ale gdy jest przez niego upokarzany, zaczyna się buntować, próbuje walczyć. Podchody tych panów są obserwowane przez atrakcyjną Jolantę Umycką, która pozostaje lekko w cieniu obu panów.

Choć ta tematyka była wykorzystywana w kinie wielokrotnie (m.in. „American Beauty”), debiut Polańskiego nadal jest interesującą propozycją. Wymaga on odrobiny skupienia i wnikliwszej obserwacji, ale odpłaca to z nawiązką.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Oczy szeroko zamknięte

Bill i Alice Harfordowie są małżeństwem z 9-letnim stażem. Jednak w ich związek wkrada się rutyna. Podczas przyjęcia u Victora Zieglera, on zostaje poproszony o pomoc z narkomanką (przedawkowanie narkotyków), ona spotyka uwodziciela, z którym rozmawia o seksie i miłości. Po imprezie dochodzi między małżonkami do spięcia, podczas którego Alice wyznaje o swojej niewierności. Wtedy Bill dostaje wezwany do pacjenta. Po wyjściu jest świadkiem dość dziwnych sytuacji.

oczy_szeroko_zamkniete1

Ostatni film nakręcony przez Stanleya Kubricka i zmontowany już po jego śmierci. Tym razem reżyser postanowił opowiedzieć o różnych obliczach miłości, pożądania i seksu. Ale żeby nie było tak nudno, jest pewna drobna intryga kryminalna związana z tajemniczą sektą (scena orgii w pałacu), która zaczyna „obserwować” Billa i dochodzi to tajemniczych wydarzeń. Od strony formalnej to Kubrick jakiego znamy – dopieszczony wizualnie, umiejętnie posługujący się kolorami, z płynnie poruszającą się kamerą, świetnym montażem oraz perfekcyjnym zgraniem muzyki z obrazem, choć wszystko to już widzieliśmy i nie ma tu elementu zaskoczenia. Niemniej film wciąga, a psychologiczna gra zmusza do myślenia i doprowadza do zaskakującego finału – nie, więcej nic nie zdradzę. Bo w tym tkwi też sekret tego filmu.

oczy_szeroko_zamkniete2

Ale co najważniejsze – od strony aktorskiej jest wiele do pokazania. Najbardziej zaskakuje tutaj Tom Cruise, który obsadzony wbrew swojemu wizerunkowi buduje bardzo ciekawą rolę pewnego siebie faceta wierzącego w wierność swojej żony. Jednak jego wędrówka po Nowym Jorku powoduje wątpliwości, wahania i strachu. Oszczędność gry Cruise’a kontrastuje z bardziej ekspresyjną Nicole Kidman – nie akceptującą ograniczenia swobody seksualnej mąci, sprawia ból i prowokuje negatywne emocje. Choć pod koniec filmu dochodzi do pogodzenia się małżonków (czy aby na pewno?). Poza tym duetem, drugi plan jest wręcz przepełniony ciekawymi postaciami, które nawet pojawiając się na kilka minut zapadają w pamięć jak Sydney Pollack (Victor Ziegler), Sky Du Mont (Sandor Szavost), Todd Field (pianista Nick Nightingale) czy Alan Cumming (recepcjonista). Jest tego dużo więcej, ale nie wystarczyło by mi czasu ani miejsca na wymienienie wszystkich.

oczy_szeroko_zamkniete3

Sam film może wydawać się lekko powolny i ospały, zaś dla fanów Kubricka mało zaskakujący i pozbawiony pewnej nutki szaleństwa i brawury. Nie zmienia to faktu, że jest to film udany i intrygujący. Godne pożegnanie reżysera z kinem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Anioły w Ameryce

Rok 1985, Nowy Jork. Bohaterami są dwaj ludzie, których różni wszystko, ale łączy jedno – obaj są chorzy na AIDS. Prior Walter to młody chłopak, który na skutek choroby ma halucynacje i widzi anioły. Roy Cohn to doświadczony adwokat, który nie akceptuje swojej diagnozy, ukrywa swoją chorobę i orientację seksualną. Ich losy przeplatają się z innymi mieszkańcami Nowego Jorku.

anioly_ameryka1

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest wyzwaniem, nawet jeśli jest to robione przez fachowców. Sztuka Tony’ego Kushnera zebrała wiele prestiżowych nagród i była wydarzeniem roku 1998. Przeniesienie jej na ekran było kwestią czasu. I w 2003 roku powstał 6-odcinkowy miniserial dla telewizji HBO, wyreżyserowany przez Mike’a Nicholsa i napisany przez samego Kushnera. I mam pewien problem z tym dziełem. Jest to ambitna produkcja, w której jest masa tematów i wątków: moralność, władza, seks, AIDS, hipokryzja, normy niszczące człowieka. Dialogi są bardzo mocne i inteligentne, realizacja imponuje, widać duży budżet, mamy obsadę składającą się zarówno z wielkich gwiazd, jak i dużo młodszych kolegów, zaś efekty specjalne nadal robią wrażenie. Więc w czym problem? Niczym ten serial nie zaskakuje – nie chodzi mi tylko o tematykę, ale też o samą treść pełną symboliki, metafor. Mimo ciekawej realizacji, czuć teatralny rodowód. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to ciekawe, choć bardziej wymagające dzieło.

anioly_ameryka2

Nichols świetnie prowadzi aktorów, nawet jeśli grają po kilka postaci. Tym bardziej imponuje Meryl Streep (Hannah Pitt/Ethel Rosenberg – prześladująca Roya/rabin Chemelwitz) i Emma Thompson (anioł/pielęgniarka/bezdomna), które są po prostu fantastyczne i zawsze wypadają inaczej. Ale tak naprawdę najważniejsi są dwaj aktorzy: Justin Kirk jako Prior, który walczy o swoje życie do końca, ma różne wizje, gdzie jest prorokiem (żal faceta) oraz Al Pacino wcielający się w Roya Cohna – potężnego prawnika, który próbuje oszukać śmierć. Wywołuje on obrzydzenie, współczucie i szacunek jednocześnie. Tutaj właściwie trudno się do kogokolwiek przyczepić, bo pozostali aktorzy także wypadli przynajmniej bardzo dobrze (ja zdecydowanie wyróżniłbym Mary-Louise Parker i Patricka Wilsona – małżonków Mormonów – ona chora psychicznie i nadużywająca leków, on ukrywający swój homoseksualizm).

anioly_ameryka3

Serial ten zdobył wiele prestiżowych nagród, choć nie do końca się z nimi zgadzam. Jedno jest dla mnie pewne: „Anioły w Ameryce” trzeba obejrzeć, choćby po to by samemu wyrobić zdanie. Ale ostrzegam: to nie jest łatwy, lekki i przyjemny tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski

Ludzie, których znam

Eli Wurman jest specjalistą od PR-u, który swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Teraz jest starym, zmęczonym facetem nadużywającym alkoholu i lekarstw. Jego stały klient aktor Cary Launer prosi go o przysługę: zaprowadzenie jego kochanki do hotelu i potem na lotnisku. Przez to zostaje wplątany w morderstwo.

ludzie1

Film niejakiego Daniela Algranta to mieszanka dramatu obyczajowego z thrillerem. Samo to połączenie wydaje się dość karkołomne, jednak całość wyszła dość intrygująca. Opowieść o sile mediów i PR-u, od którego zależą losy wielu, bo bez „gwiazd i sław” nic nie można dzisiaj załatwić jest prowadzona w dość spokojny, wręcz ospały sposób. Tempo jest bardzo powolne, intryga jest dość jasna i klarowna, choć w połowie następuje przyśpieszenie, zaś parę wątków (polityczny, kryminalny, miłosny) wydaje się pourywanych. Niemniej jest to dobra historia, z dość zaskakującym finałem, gorzką refleksją i obnażeniem hipokryzji świata pozbawionego ideałów, gdzie inni ludzie decydują o naszym losie. Niby nic zaskakującego, ale dobrze się ogląda m.in. dzięki intrygującym zdjęciom i jazzowej muzyce.

ludzie_znam

Siła napędową jest zdecydowanie Al Pacino, który wcielił się w typ postaci, który ostatnio przylgnął do jego wizerunku – zmęczonego, skażonego złem człowieka. Jest to słaby, uzależniony od nałogów (leki, alkohol) facet wplątany w sytuację, która go zmusza do refleksji – jak się zachować? Poza Alem warto tez zwrócić na Kim Basinger (szwagierka Victoria, która chce z nim związać życie) oraz Teę Leoni (Jilli Hooper).

Dobre i sprawnie zrobione kino z magnetyzującym Alem P., który wielkim aktorem jest i basta.

7/10

Radosław Ostowski

Mężowie i żony

Judy i Gabe oraz Jack i Sally są przyjaciółmi, tworzącymi udane małżeństwa. Cała historia zaczyna się w momencie, gdy Jack i Sally oznajmiają im, że się rozstają.

Z krótkiego opisu wynika, że Allen obraca się wokół starych tematów i swoich obsesji (małżeństwa, związki, wzajemne relacje), ale tutaj jest bardziej poważny niż zazwyczaj. Owszem, czasem rzuci jakimś żarcikiem, ale nie nazwałbym tego filmu komedią. Nie brakuje wnikliwej i ciekawej obserwacji, przewrotności charakterów, choć działają one według schematu. Niby nic zaskakującego, ale jak zawsze ciekawie. Zaskakuje zaś forma realizacji: jest to po części dokument (rozmowy bohaterów z osobą spoza kadru), kamera się trzęsie i jest ciągle w ruchu jak w filmach Dogmy (tylko, że wtedy jeszcze Dogmy nie było), co wyróżnia od innych filmów tego reżysera.

Jeśli zaś chodzi o aktorów i postacie, są to ludzie zagubieni, nie zawsze wiedzący czego chcą, ale zawsze wzbudzający sympatię. Poza Allenem (Gabe) i Mią Farrow (ostatnie jej rola u Allena jako Judy – passive-agressive), którzy trzymają poziom świetnie wypadli Judy Davis (neurotyczna Sally), w dość nietypowej dla siebie roli znany reżyser Sydney Pollack (Jack), urocza Juliette Lewis (Rain, studentka Gabe’a, która sprowadza problemy facetom) i elegancki oraz staroświecki Liam Neeson (Michael).

Niby nie jest to nowy czy nowatorski film Allena, ale bez niego jednak ten świat byłby bardziej smutny.

7/10

Radosław Ostrowski

Inna kobieta

Marion Post jest pisarką, która od długiego czasu żyje z mężem i córką z jego pierwszego małżeństwa. Właśnie skończyła 50 lat i jej związek jest dość rutynowy. Wszystko to się zmienia, kiedy zza ściany obok (gabinet psychologa) słyszy kobietę, która jest nieszczęśliwa. To wydarzenie zmuszą ją do przyjrzenia się swojemu życiu.

inna_kobieta1

Po dwóch dość chłodno przyjętych próbach zrobienia filmu w stylu Bergmana, Woody Allen nie odpuszcza i kręci najbardziej zaskakujący film w swoim dorobku. Owszem, jest to dramat obyczajowy, jednak jest on najbardziej przystępny i najbardziej oswajalny w porównaniu do „Wnętrz” i „Września”. Tutaj skupiamy się na psychice kobiety, która odniosła spory sukces, jednak czuje emocjonalną pustkę, której nie jest w stanie wyciszyć. Dawne żale i pretensje w końcu dają o sobie znać, jednak Allen rozgrywa je w dość ciekawy sposób, używając snów, wykorzystując wspomnienia. Choć jest poważny, nie szydzi ze swoich bohaterów. Reżyser daje nadzieję na to, że nigdy nie jest za późno na zmianę. Okraszone to wszystko zarówno elegancką i piękną muzyką, jak i świetnymi zdjęciami Svena Nykvista.

inna_kobieta3

Jednak poza imitowaniem tematyki i stylu Bergmana, Allen świetnie prowadzi aktorów i kolejny raz nie pojawia się na ekranie. Marion w świetnej kreacji Geny Rowlands jest kobietą, która nie jest szczęśliwa. Kolejne sny i spotkania z osobami pozwalają dostrzec swoje błędy i zmusić ją do autorefleksji. Wszystko to przez pacjentkę Hope (Mia Farrow), która – przynajmniej dla mnie – jest odbiciem samej Marion – kobieta młodą, ale nieszczęśliwą i próbującą odebrać sobie życie. Spotkanie z nią w restauracji jest punktem zwrotnym. Wśród panów tutaj wybijają się będący w świetnej formie Ian Holm (dr Ken Post – lekarz, przyzwyczajony do swojej rutyny) i pojawiający się na krótko Gene Hackman (Larry Lewis – zakochany w Marion mężczyzna, który zostaje przez nią odrzucony). Dzięki temu kwartetowi ten film ożywa i wciąga.

inna_kobieta2

Poprzednie „poważne” filmy Allena zastanawiały mnie nad tym, dlaczego tak ceniony reżyser podejmował się wysiłku, który nie był do końca udany. „Inna kobieta” potwierdza, że ten reżyser potrafi nakręcić pełnokrwisty dramat, który potrafi poruszyć i angażować, co wcześniej się nie udawało.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wrzesień

W małym domku nad morzem, mieszka 5 osób: aktorka Diane i jej partner życiowy Lloyd, jej córka Lane, przyjaciółka Stephanie i pisarz Peter. Czasem dom odwiedza zakochany w Lane Howard. Lane zamierza sprzedać dom, zaś w ciągu dnia i nocy wyjdą dawno skrywane żale.

wrzesien2

Woody Allen znów postanowił zrobić poważny dramat, w dodatku mocno on przypominana bardziej sztukę teatralną. Mamy jedno miejsce, gdzie rozmawiają zazwyczaj dwie postacie, która ma swoje tajemnice, niespełnione ambicje i marzenia, które raczej nie zostaną spełnione, tak jak skryte namiętności i dawne żale, których eksplozja mocno rani. Problem dla mnie jednak jest taki, że Allen na poważnie nie za bardzo do mnie przemawia, nie rusza i nie angażuje tak bardzo, jak w swoich komediach. Jedynie finał jest mocny, ale to dla mnie trochę za mało. W zasadzie nie ma tez tu akcji jako takiej, bohaterowie gadają i miotają się ze sobą. Tak jak we „Wnętrzach”, choć tutaj jest to trochę bardziej strawne.

wrzesien1

Nie można się przyczepić do obsady, która trzyma poziom. Najbardziej wybija się tu Elaine Stritch jako toksyczna matka, która nie ma sobie nic do zarzucenia. Mia Farrow i Dianne Wiest grające kolejne znerwicowaną Lane i jej przyjaciółkę Stephanie wypadły bardzo dobrze, tworząc ciekawe i złożone kreacje. Zaś partnerujący im panowie (Jack Warden, Sam Waterson i Denholm Elliot) trzymają fason.

wrzesien3

Niby tu jest wszystko utrzymane i na poziomie, ale nie trafia do mnie. Allen raczej nie powinien robić poważnych dramatów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wnętrza

Joey, Renata (poetka) i Flyn (aktorka) są siostrami z ambicjami artystycznymi, a film skupia się na relacjach między nimi, a także między ich rodzicami (matka – dominująca specjalistka od dekoracji wnętrz, ojciec – adwokat), żyjącymi w separacji. Wszystko się zmienia w momencie, gdy Arthur (ich ojciec) decyduje się ponownie ożenić z poznaną w Atenach kobiecie Pearl.

wnetrza1

Woody Allen tym razem postanowił zrobić film w stylu swojego ulubionego reżysera Ingmara Bergmana, czyli opowieści o pustce emocji i miotaniu się ze sobą, światem oraz swoimi ambicjami. Wszystko absolutnie na poważnie, bez żadnego żartu czy odrobiny humoru, który mógłby być pewną odtrutką. Jednak nazwać ten film za udany do końca. Film ten jest bardzo chłodny i zdystansowany wobec swoich bohaterów, z którymi naprawdę trudno się identyfikować. Alienacja i samotność jest też spotęgowana bardzo sterylnymi, chłodnymi dekoracjami oraz brakiem muzyki (obecna jest ona tylko w jednej scenie – dnia ślubu). Wszyscy bohaterowie są tu nieszczęśliwi, niespełnieni, mający wielkie ambicje i chęć zmiany swojego życia, kończy się zaś tylko na słowach.

Aktorsko trudno się przyczepić, bo jest to zagrane naprawdę dobrze (najlepiej wypadły Geraldine Page, i Mary Beth Hurt) ale dystans jest zbyt duży i film zwyczajnie męczy. Trochę szkoda, bo mogło z tego wyjść coś naprawdę ciekawego.

6/10

Radosław Ostrowski


Hannibal – seria 1

Will Graham jest wykładowcą FBI w Quantico, który zajmuje się tworzeniem profilu psychologicznego zabójców. Zostaje jednak poproszony przez agenta Jacka Crawforda, by pomógł rozwiązać sprawę seryjnego mordercy nazwanego Dzierzbą. Jednak sprawa okazuje się dla niego cięższa niż myślał. Dlatego Crawford prosi o pomoc dra Hannibala Lectera, który ma też zadbać o stan psychiczny Grahama. Obaj panowie tworzą dość interesujący duet.

Na ekranie było już wielu filmowych psychopatów, którzy stali się ikonami popkultury. Jednym z nich jest zdecydowanie Hannibal Lecter, bohater cyklu powieści Thomasa Harrisa. Powieści te były przenoszone na ekran (pierwsza „Czerwony smok” była przenoszona dwukrotnie – w 1986 r. przez Michaela Manna i w 2002 r. przez Bretta Ratnera), a do pory ta postać jednoznacznie łączy się z aparycją Anthony’ego Hopkinsa. Kiedy wydawało się, że już nic mnie zaskoczy, Bryan Fuller (twórca „Herosów”) postanowił nakręcić serial o Hannibalu Lecterze sprzed wydarzeń z „Czerwonego smoka”, jednocześnie uwspółcześniając akcję.

Pomysł dość karkołomny i ryzykowny, ale chyba się udało. Pozornie wydaje się, że mamy do czynienia z typowym proceduralem osadzonym w uniwersum Harrisa, co widać w scenach w laboratorium i kostnicy, gdzie badane są zwłoki (prawie jak w „CSI” czy „Kościach”, choć nie wchodzą aż tak dokładnie). I w zasadzie każdy odcinek to inna sprawa, ale wątek Dzierzby ma swoje perturbacje w następnych odcinkach (wątek córki zabójcy Abigail, która jest podejrzewana o współudział). Jednak nie ma tutaj ani nudy czy zmęczenia, zaś każdy odcinek powoli odkrywa przeszłość bohaterów. Dla nas chyba jednak najciekawsza jest możliwość zobaczenia Lectera na wolności. Można się trochę przyczepić, że za mało jest Hannibala w „Hannibalu”, jednak z drugiej strony w powieściach też ta postać pojawia się na drugim planie, choć jej obecność była odczuwalna przez cały czas (tak samo w filmach, może z wyjątkiem „Po drugiej stronie maski”, ale nie było to zbyt udane dzieło). Zresztą jest jeszcze kilka postaci łączących serial z uniwersum. Poza głównymi bohaterami jest Jack Crawford – szef oddziału behawioralnego FBI (tutaj jest czarnoskóry), dr Alana Bloom (w książce była facetem), Freddie Lounds – dziennikarka pisząca do bloga Tattler, gdzie opisuje makabryczne zbrodnie (w książce też była facetem) i dr Frederick Chilton – szef psychiatryka w Baltimore.

Największe wrażenie zrobiły jednak na mnie nie koniecznie same sceny zbrodni, ale momenty, gdy Graham „wchodzi” w skórę sprawcy – zastosowane spowolnienia, mocniejsza kolorystyka i nieprzyjemna muzyka w ich trakcie buduje lekko oniryczny klimat, który (trochę na siłę) się porównuje do „Miasteczka Twin Peaks”. Wtedy robi się naprawdę nieprzyjemnie. Krew, organy, morderstwa dzieci – to nie jest serial dla młodych widzów, dlatego jest pokazywany po 22, co trochę się odbija na oglądalności. Niemniej serial jest bardzo ciekawy, technicznie na bardzo wysokim poziomie, zaś finał jest dość mocny i przewrotny.

 

Teraz najważniejsza część tego serialu – bohaterowie. O tych pierwszoplanowych, powiem później, bo to temat na dłuższą chwilę. Więc zaczniemy od drugiego planu. Tutaj przede wszystkim dominują panie: Caroline Dhavernas jako empatyczna dr Bloom, którą poza przyjaźnią łączy coś wiecej z Grahamem i jako jedynej zależy na dobrym stanie Grahama, Lara Jean Chorostecki czyli Freddie Lounds – niby dziennikarka, której tak naprawdę zależy na rozgłosie, choć udaje pomoc, ale jest wnikliwa, inteligentna i nieustępliwa w docieraniu do informacji. Trzecią panią grającą dość istotną rolę jest Kacey Rohl. Abigail Hobbs, córka Dzierzby, wygląda pozornie na niewinną i przerażoną dziewczynkę, ale prawda o niej zaskakuje. Należy też wspomnieć o dawno nie widzianej Gillian Anderson, która tutaj wciela się w dr Du Maurier, psychiatrę i przyjaciółkę Lectera. Jednak poza paniami jest tu trzech panów – Aaron Abrams i Scott Thompson tworzą duet śledczych Zellera i Price’a, ale i tak najważniejszy jest ten trzeci. Mianowicie Laurence Fishbourne, który gra agenta Crawforda – inteligentnego śledczego, który czasami używa manipulacji i zastraszania, zaś skrywa pewną tajemnicę.

crawford

Najważniejsze postacie zostawiłem na deser. Wbrew pozorom głównym bohaterem nie jest Lecter, ale agent Will Graham. Wcielający się w tą rolę Hugh Dancy tworzy postać bardzo empatycznego i wnikliwego agenta, dla którego praca jest jedynym sensem życia. Jednak zaczyna to na nim mocno odbijać – zaczyna mieć zwidy, bezsenność, lunatykowanie, w końcu zaczyna „urywać mu się film” i tracić orientację. Mocna, bardzo intrygująca kreacja. No i w końcu Hannibal – nasz ukochany psychol. W interpretacji Madsa Mikkelsena jest bardzo opanowany, oszczędny w słowach i emocjach, za to bardzo dokładny, inteligentny i elegancki. Nawet gdy zabija nie traci zimnej krwi, zaś potraw przyrządzanych przez niego nie powstydziła by się żadna restauracja (gdyby tylko znali składniki). Bardzo mi się spodobała ta interpretacja, bo nie ma też tutaj naśladowania gestów i ruchów legendarnego Hopkinsa. Nie miałoby to żadnego sensu. Obaj panowie zagrali znakomicie, tworząc silną chemię między nimi.

bloom

Ale się rozpisałem, bo i jest o czym. Fuller stworzył bardzo interesujący i ambitny serial, do którego już zamówiono drugą serię. Mam nadzieję, że twórcy nas jeszcze czymś zaskoczą i utrzymają wysoki poziom tej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Truposz

Do miasteczka Machine przyjeżdża William Blake. Przyczyną przyjazdu jest oferta pracy u niejakiego Johna Dickinsona, ale na miejscu okazuje się, że żadnej pracy nie ma. W końcu nocuje u przypadkowo poznanej kobiety. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że pojawia się jej były facet, który ją zabija. Blake też go trafia śmiertelnie i ucieka. Zmarły okazuje się synem Dickensona, który wynajmuje trzech zabójców, by wytropili i schwytali Blake’a, któremu towarzyszy Indianin o imieniu Nikt.

truposz1

Niby jest to western, ale Jim Jarmusch to nie jest John Ford czy Clint Eastwood. Ten ambitny twórca wykorzystuje klisze westernowe i przerabia je na swoją modłę. Mamy więc szereg ujęć, które nie pokazują w zasadzie niczego istotnego dla fabuły, odrobinę humoru, przeskoki i żółwie tempo. Bardziej liczy się dla niego nastrój tajemnicy niż intryga czy akcja, która przez większość czasu toczy się w lesie. Jednym się to spodoba (czytaj: fanom reżysera), zaś reszta się bardzo wynudzi i nie zrozumie. Niestety, ja załapałem się do drugiej grupy, bo w połowie „Truposz” stał się coraz bardziej męczący i ziewogenny. Być może spowodowane było tym, że seans zacząłem po godzinie 22. Atmosferę dobudowują czarno-białe zdjęcia Robby’ego Mullera oraz muzyka Neila Younga, grana tylko na gitarze elektrycznej i akustycznej.

truposz3

Swoje tez próbują dołożyć aktorzy, wśród których nie zabrakło znanych nazwisk, które pojawiają się w epizodach: od Johna Hurta (Scholfield), Gabriela Byrne’a (Charlie) i Alfreda Moliny (misjonarz) przez Roberta Mitchuma (Dickinson) aż do Lance’a Henricksena (psychopata Cole) i Iggy’ego Popa (Sally Jenko). Jednak i tak cała uwaga skupia się na Johnnym Deppie, który gra postać jakby z innego świata. Elegancko ubrany, nie radzący sobie z bronią, typowy mieszczuch, który zmienia się w ściganego. Druga istotną postacią jest enigmatyczny Indianin Nikt (intrygujący Gary Farmer), którego losy są mocno pokręcone. Ale nawet oni nie są w stanie obronić tego filmu.

truposz2

„Truposz” to film-wyzwanie i albo go pokochacie, albo znienawidzicie. Jarmusch nie kręci filmów dla każdego, więc miejcie się na baczności.

5/10

Radosław Ostrowski