Cześć, mamo!

Każdy filmowiec na początku swojej drogi artystycznej próbuje podjąć rożnego rodzaju eksperymentów, prób szukania nowej formy ekspresji i środków wyrazu. Tak tez zrobił w 1970 roku Brian De Palma w swoim trzecim filmie „Cześć, mamo!”. Jego bohaterem jest niejaki Jon Rubin – młody facet, który wrócił z Wietnamu i próbuje się odnaleźć na nowo. Gdy go poznajemy, kupuje sobie nowe mieszkanie w dość kiepskim stanie i kamerę filmową. Zaczyna podglądać sąsiadów, by nakręcić pornosa.

Od tej pory film rozbija się na części. Pierwsza część to próba zrobienia amatorskiego porno przy wsparciu producenta Joe Bannera. I tutaj mamy voyeuryzm, ale punktem zwrotnym staje się podryw jednej z podglądanych kobiet (chodziło o sfilmowanie seksu), co samo w sobie jest autentycznie zabawne. Drugą część stanowi jednak działalność tajemniczej grupy Be Black, Baby. Jej celem jest pokazanie, co to znaczy być czarnym. Trzecia część to działalność wywrotowa zakończona spektakularną eksplozją dokonaną przez samego Joe – żonatego faceta, czekającego na dziecko.

cze_mamo1

De Palma tutaj mocno żongluje formą, czerpiąc garściami z nowej fali. Widać to zarówno w obecności napisów objaśniających przebieg wydarzeń, ale także w przyspieszeniach oraz dziwacznym montażu. Przykładowo podczas sceny oglądania porno w kinie nasz bohater rozmawia z producentem, który znajduje się po prawej stronie, by po cięciu (scenka erotyczna z pokazywanego filmu) facet znalazł się po lewej stronie. Albo podczas randki z sąsiadką Judy (śliczna Jennifer Salt), gdzie przenosimy się z miejsca na miejsce (restauracja, kawiarnia, pizzeria, taksówka) i to przejście jest tak płynne, jakbyśmy oglądali jedną scenę. Dodatkowo filmowiec zmienia perspektywę – raz widzimy to, co filmuje nasz bohater (okna z widokiem na pokój sąsiadów), ale gdy jedna z nich zaczyna filmować swoją kamerą, widzimy obraz z widoku tej kamery, co może na początku wywołać dezorientacje.

cze_mamo2

Jest też stylizowany na reportaż film telewizyjny dotyczący działalności ruchu Be Black, Baby i niezapomniana scena spektaklu, w którym nasz Joe gra policjanta. Sfilmowana czarno-biała taśma, niemal w jednym, płynnym ujęciu budzi grozę nawet teraz, przekonując (na własnej skórze), co to znaczy być innym. Niesamowita scena. Drugim mocnym punktem jest Robert De Niro, który dopiero zaczynał swoją drogę aktorską. Jednak już tutaj widać ogromny talent – nie zapomnę sceny podrywu sąsiadki (randka przez komputer, który wylosował partnerkę – aż dziw mnie bierze, że ktoś wtedy był w stanie w to uwierzyć) czy przygotowania do roli policjanta w spektaklu (czuć tu zalążek Travisa Bickle’a). On jeden w zasadzie jest mocnym spoiwem tego wariackiego filmu. A zakończenia tej komedii (czarnej i ekscentrycznej) nie powstydziłby się sam Monty Python.

Nie zawsze udaje się zachować uwagę (tempo jest dość nierówne, a niektóre żarty mogą wydawać się niezrozumiałe i nieczytelne), ale już tutaj widać potencjał ukryty w De Palmie, który miał za parę lat eksplodować. Intrygujące kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Joy

Znacie pewnie takie osoby, które wydają się niepozornymi szaraczkami, które w decydującym momencie przejmują inicjatywę oraz wyrastają na silne osobowości? Tak właśnie było z Joy Mangano. Gdy była dziecka, miała bardzo bogatą wyobraźnię i tworzyła coraz to nowsze wynalazki. Miała przed sobą wielką przyszłość, ale niestety, włączyły się osoby trzecie. Rozwód rodziców, zamieszkanie z matką oglądającą non stop telewizor, pomaganie ojcu w interesach, nieudany związek z muzykiem, dwójka dzieci do wychowania. Jak to się mówi, życie przytłumiło ją i nie zamierzało puścić. Aż pewnego dnia, postanowiła zaryzykować i stworzyć nowy wynalazek – mop, który sam się ściera. Problem w tym, żeby ktoś chciał tą mała rewolucję kupić.

joy1

Sama historia może wydawać się błahostką, ale reżyser David O. Russell to specjalista od kina interesującego, nawet gdy przedstawia zwykłych szaraczków, dokonujących niezwykłych rzeczy. Tutaj jest to kolejna opowieść o próbie spełnienia amerykańskiego snu. Tylko jak to zrobić, gdy rodzina zwyczajnie cię krytykuje i nie wspiera, prosząc o pomoc niemal we wszystkim. Faktury, rachunki, rury, docinki oraz brak motywacji. Wyjątkiem od tej postawy jest tylko i wyłącznie babcia, która jest narratorką całej opowieści. Jednak Joy ma stawiane kłody pod nogi – zawsze, gdy wydaje się, że wszystko idzie ku lepszemu (stworzenie i zbudowanie mopa czy reklama w telezakupach), to zawsze pojawiają się problemy oraz coraz większe długi (brak zainteresowania, próba kradzieży patentu). A my się zastanawiamy jak z tego da radę nasza Joy się wyplątać?

joy2

Dla mnie pewnym problemem było wplecenie scen snów, gdzie widzimy naszą bohaterkę w świecie przypominającym telenowelę, ale to szybko zostaje porzucone. Stonowane i wyciszone zdjęcia oraz znakomicie wpleciona muzyka (Elvis, Alabama Shakes) w tle nam przygrywa. Plus jeszcze szybki montaż w scenach telewizyjnej reklamy, które wyglądają kapitalnie i rozkręcają całą tą opowiastkę.

joy3

A wszystko trzyma na swoich barkach rewelacyjna Jennifer Lawrence w roli tytułowej. Joy sprawia wrażenie kobiety tak przybitej, że aż zastanawiające jest to jak ona jeszcze to wszystko znosi: ojca i matki, co się nienawidzą, byłego męża mieszkającego w piwnicy. No i jeszcze dzieci, ciągle brakuje pieniędzy, jest słabo. A jednak ma w sobie tyle i siły i determinacji, że niemal w pojedynkę podejmuje walkę o swoją wartość, godność oraz pieniądze. Ta przemiana fascynuje i wypada znakomicie, sprawiając wielką frajdę. Aktorka ma mocne wsparcie u boku niezawodnego Roberta De Niro (Ruby), Edgara Ramireza (Tony) i Isabelli Rossellini (Trudy), jednak najbardziej w pamięć zapada Bradley Cooper. Grany przez niego Neil Walker to prawdziwy wilk interesu, szef potężnej stacji TV oraz właściciel Kmart. Mimo tego budzi sympatię, stając się przyjacielem w interesach.

joy4

„Joy” to kolejny przykład solidnego rzemiosła Russela, pokazującego jak znakomicie prowadzi aktorów. To dzięki nim ta historia świetnie się ogląda, pokazując jak wiele szczęścia i uporu trzeba, by spełniać swoje marzenia. Nie każdy ma w sobie tyle determinacji, ale może warto zaryzykować.

7/10

Radosław Ostrowski

Wiek XX

Akcja tego epickiego fresku zaczyna się w roku 1901, gdzie na wsi żyły dwa rody – panów (Berlinghieri) i chłopów (Dalco). Otóż w obydwu tych rodzinach, tego samego dnia rodzą się chłopcy, Alfredo i Olmo. Jako dzieci zaczynają spędzać ze sobą wiele czasu, jednak jako dorośli ludzie muszą wejść w narzucone im role społeczne – Pana i chłopa.

wiek_XX_1

Bernardo Bertolucci bardzo zaskakuje, gdyż tym razem zrobił film historyczny z niespotykanym w swoim dorobku rozmachem, przedstawiając pierwszą połowę XX wieku we Włoszech. Opowiada to z perspektywy klas społecznych oraz ich konfrontacji – arystokratów, ziemian i bogatych (Panów), co posiadają ogromne połacie ziemi, zajmując się rozrywką, sztuką czy nic nie robieniem oraz chłopów, pracujących dla dobrobytu swoich Panów. Po drodze dostajemy różne perturbacje – miłość, seks, zdrada, ucieczka, zbrodnia, I wojna światowa, kryzys gospodarczy, władza faszystowska, II wojna światowa. Historia wchodzi w życie naszych bohaterów z buciorami, nie pytając się o nic, wypluwając wszystkich dookoła. Mimo tego, że film trwa 5 godzin i jest rozbita na dwie części, historia wciąga, angażując do samego finału, jakim spotyka każdego człowieka.

wiek_XX_2

Reżyser bardzo wnikliwie obserwuje rzeczywistość, w czym pomaga mu kamera Vittorio Storaro. Z jednej strony jest to bardzo plastyczna, z pięknymi plenerami, ale z drugiej strony bardzo precyzyjnie odtwarza realia epoki. Znajomość realiów wynika ze wspomnień samego reżysera, który spędził swoją młodość na wsi. Dlatego skupiony jest na detalach, które dla wielu mogą one zszokować – wyjmowanie wnętrzności ze świni, bezpardonowy seks czy atak za pomocą… końskiego łajna, prosto z – domyślcie się. To naturalistyczne podejście działa tutaj na plus, chociaż co wrażliwszych może odstraszyć.

wiek_XX_3

Dzięki takim drobiazgów film staje się portretem czasów odchodzących w zapomnienie, na co ma wpływ zarówno postęp techniczny, jak i konfrontacja klasowa. I jeśli coś może drażnić w tym film, to pewna stronniczość Bertolucciego. Niby opowieść dotyczy dwóch klas, ale tak naprawdę reżyser opowiada się tylko po jednej stronie – chłopów i socjalizmu. Mimo tego, „Wiek XX” ogląda się znakomicie, nie przynudza i ma jedyny w swoim rodzaju klimat.

wiek_XX_4

Ten ambitny projekt epoki, nie udałby się, gdyby Bertolucci precyzyjnie nie zrealizował swojej wizji, ale też dzięki zaproszonym aktorom, którzy mówią tylko po włosku. A że niektórzy robią to nieswoim głosem, to już inna kwestia. Klasę potwierdza Robert De Niro, nie schodzący poniżej swojego poziomu jako pan Alfredo, próbujący zmierzyć się ze swoimi czasami, ale popełniający wady całej klasy społecznej – egoizmu, skupianiu się na przyjemnościach oraz trudnej relacji z poznaną żona Adą (kapitalna Dominique Sanda). Znacznie lepszy jest Gerard Depardieu w roli chłoporobotnika Olmo – upartego, twardego, charyzmatycznego wyznawcę socjalizmu, który pozostaje do końca człowiekiem z krwi i kości, a nie tylko nośnikiem idei. Ale w pamięci najbardziej utkwił groźny Donald Sutherland. Już wtedy Kanadyjczyk miał wszelkie predyspozycje do grania psychopatów. Jego Attila – faszysta, chcący samemu zostać Panem to odrażający typ, symbolizujący władzę Mussoliniego, tzn. bezwzględną, zwyrodniałą i krwawą, nie liczącą się z nikim oraz niczym.

wiek_XX_5

Trudno odmówić Bertolucciemu ambicji oraz rozmachu, by stworzyć taki historyczny fresk – fresk ludu. Po prostu wielkie kino i – na chwilę obecną – najlepszy film Włocha.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Gorączka

Nazwisko Michaela Manna jednoznacznie kojarzy się z kinem sensacyjnym, które posiada kilka bardzo charakterystycznych elementów. Po pierwsze, jest bardzo realistyczne od strony inscenizacji oraz pracy zarówno gliniarzy jak i bandytów. Po drugie, mroczny klimat budowany zarówno przez mocno elektroniczną muzykę, jak i przez pokazanie nocnego życia miasta. I po trzecie, wiarygodne psychologicznie postaci bohaterów, którzy posiadają własny kodeks moralny. Wszystkie te elementy skrystalizowano w „Gorączce” – najbardziej epickim ze wszystkich filmów Manna.

goraczka1

Film jest konfrontacją dwóch ludzi, którzy znają się na swojej robocie jak mało kto. Pierwszy to doświadczony złodziej Neil McCauley, który zawsze bierze tylko szmal i nie wiąże się z żadną kobietą. Po przeciwnej stronie stoi porucznik Vincent Hanna, dwukrotnie rozwiedziony, trzeci związek też się rozpada. Wszystko zaczyna się z powodu napada na konwój z pieniędzmi, podczas którego jeden z nowych członków grupy nie wytrzymuje napięcie i zabija jednego z konwojentów, co doprowadza do śmierci pozostałych dwóch. Łupem staja się obligacje należące do Rogera Van Zanta. I tak zaczyna się bardzo długo budowana intryga, gdzie jest masa pionków, dużo trupów oraz melancholijny klimat.

goraczka2

Efekt? Mieszanka kameralnych i stonowanych scen z realistycznym, stylowymi i dynamicznymi scenami akcji. Napad na konwój, zemsta na nielojalnym wspólniku, wyciąganie informacji od informatorów, zasadzki – dzieje się tu dużo. A gdy nie ma akcji, widzimy samych bohaterów oraz ich prywatne życie, które staje się balastem dla nich samych. I już tutaj widać spore różnicę: ekipa Neila przypomina silnie zwartą rodzinę, która nawzajem się wspiera, pomagając sobie w różnych sprawach. Z kolei gliniarze nie są ze sobą aż tak silnie związani, po części z powodu nagłych wezwań na akcję. I w zasadzie trudno kibicować jednej stronie. Przy okazji tez pokazuje się życie po odsiadce (wątek Donalda, który dostaje parszywą robotę w kuchni, za co musi jeszcze znosić upokorzenia oraz „odpalanie” działki z pracy).

Wizualnie porywa (zwłaszcza nocne ujęcia), kamera czasami biegnie za bohaterami, a przywiązanie do detalu imponuje. Do dzisiaj wrażenie robi ikoniczna sekwencja włamania na bank zakończona uliczną strzelaniną (TEN DŹWIĘK KARABINU) sprawiającą wrażenie niemal wojennej rozpierduchy, co nadal inspiruje twórców kina akcji.

goraczka3

Także od strony aktorskiej jest to potężny kaliber. Ale czy może być inaczej jeśli po obu stronach barykady mamy Ala Pacino i Roberta De Niro? Trzeba było być mistrzem, żeby nie wykorzystać talentu obu dżentelmenów, którzy fantastycznie wczuli się w swoje role prawdziwych mistrzów w swoim fachu. U obydwu nie ma raczej miejsca na związek (Neil zaczyna się spotykać z rysowniczką Eady, co może go przekonać do zerwania z przeszłością) i tak naprawdę są dobrzy tylko w swoim fachu. Jednak drugi plan jest tutaj tak bogaty, że nie starczyłoby miejsca na wszystkie. Najbardziej zapadł mi w pamięć fantastyczny Val Kilmer (Chris, mający problem z hazardem oraz nie najlepszymi relacjami z żoną, którą bardzo mocno kocha), niezawodny Tom Sizemore (Michael „Piękny” Cheritto), opanowany Jon Voight (paser Nate) oraz chciwy William Fichtner (Roger Van Zant). Panie wydaja się tylko tłem dla męskich konfrontacji, ale nie sposób nie zauważyć zarówno Amy Brenneman (Eady), zmęczoną Ashley Judd (Caroline, żona Chrisa) oraz Diane Venorę (żona Hanny).

goraczka4

„Gorączka” to film, o którym można użyć jednego słowa: kompletna i zwarta całość, pozbawiona poważniejszych wad. Wielu może zniechęcić sinusoidalne tempo oraz wątki obyczajowe, które mają uspokoić akcję. Ale jak się dacie oczarować, nie ma mowy o jakimkolwiek rozczarowaniu. Wielkie kino po prostu (i nie chodzi tu o czas trwania).

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Legendy ringu

30 lat temu Stany Zjednoczone mocno obserwowały rywalizację dwóch piekielnie zdolnych pięściarzy – Henry’ego „Razora” Sharpa i Billy’ego „The Kida” McDonnena. Obaj stoczyli ze sobą dwie walki – jedna wygrał Sharp, drugą Kid. I wtedy ten pierwszy ogłosił zakończenie kariery. Jednak syn legendarnego promotora, Dante Slade Jr decyduje się ustawić walkę miedzy obydwoma panami po 30 latach. Pytanie czy to ma sens?

legendy1

Sam pomysł na ten film jest mocno naciągany, a nazwisko reżysera (Peter Segal) nie zapowiadało niczego dobrego. Efekt okazał się jednak całkiem przyzwoity. Równie dobrze mogłoby się to nazywać „Rocky 7”, bo jest parę analogii do serii o Włoskim Ogierze. Przede wszystkim jest to jednak komedia o dwóch emerytach, którzy próbują wrócić na ring, by wyjaśnić stary spór – który z nich jest lepszy? Pozornie wydaje się to błahe i niepoważne, ale motywy tych postaci (nie tylko „ostatnia walka”, ale też szansa na poukładania swoich osobistych spraw – pogmatwanych jak wszystko zresztą) pozostają całkiem poważne, choć pokazane za pomocą narzędzia bardzo popularnego wśród reżyserów – łopaty (widać to zwłaszcza w końcówce, która jest odrobinkę przesłodzona). Żarty są całkiem niezłe (miejscami balansujące na granicy smaku, ale nigdy nie przekraczające tej granicy), pełne odrobiny złośliwości, zaś otoczka obyczajowa związana z byłą żoną Sharpa oraz dawno nie widzianym synem McDonnena zgrabnie się łączą z resztą. Dodajmy do tego naprawdę dobrą muzykę, niezłe sceny treningów i mamy całkiem solidną rozrywkę przez niecałe dwie godziny.

legendy2

Także od strony aktorskiej mamy całkiem niezła frajdę. Ale czy może być inaczej, jeśli między sobą mamy Sylvestra Stallone’a i Roberta De Niro? Obaj panowie grają z pewnym przymrużeniem oka, a nawet sporą dawką autoironii (zwłaszcza Sly, gdzie chce walnąć kawał wiszącego mięcha – coś wam to mówi?). Za to na drugim błyszczy niezawodny Alan Arkin. Jego Lightning to zgryźliwy, niedosłyszący dziadek, który staje się trenerem Razora, stosując dość niekonwencjonalne metody (serwowanie ciosów na basenie pod wodą czy użycie… końskiego moczu na ręce), w dodatku to stary erotoman. Dorównuje mu Kevin Hart jako patrzący tylko na szmal promotor Dante Slade. Tyle jeśli chodzi o humor. Za warstwę dramatyczną odpowiadają dawno nie widziana Kim Basinger (wypada nieźle jako Sally Rose) i znany z „Walking Dead” Jon Bernthal (BJ, syn Kida).

legendy3

Zapowiadała się porażka, ale nie było tak tragicznie. Panowie dali radę, nawet żarty nie były tragiczne. Co tym razem zrobi Sly? Może jeszcze nas czymś zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Last Vegas

Dawno, dawno temu było sobie czterech kumpli. Billy, Paddy, Sam i Archie w latach 50. byli mocno zżytymi kumplami, którzy nawzajem sobie pomagali. I po 58 latach ich losy znów się łączą, bo Billy bierze ślub, więc reszta (poza mrukliwym Paddym) postanawiają zorganizować mu wieczór kawalerski. I to w Las Vegas.

last_vegas1

Komedia z emerytami w rolach głównych reklamowana jako „Kac Vegas” dla oldbojów. Więc czy można się spodziewać bluzgów, dragów i epickich imprez? Impreza jest jedna, ale z dużą armią gości (niestety, 50 Cent się nie załapał). Dragi – co najwyżej lekarstwa. Bluzgi – to kulturalni goście, których szczytem mięsa jest określenie „kutas”. Więc jest bezpiecznie, bardziej elegancko i parę razy można się porządnie pośmiać, ale bez przesady. Może i brakuje tutaj pieprzu, jednak jest to zaskakująco lekka i ciepła komedia o męskiej przyjaźni, która jest ważną wartością, nie zawsze łatwą do utrzymania i pielęgnowania. Tylko tyle i aż tyle.

Być może ten film nie oglądałoby się tak przyjemnie, gdyby nie naprawdę kapitalna obsada na pierwszym planie. Panowie są całkowicie wyluzowani i grają naprawdę z wielka frajdą. Ale czy może być inaczej jak mamy Michaela Douglasa (trochę za bardzo opalony i jedyny nieżonaty Billy), Roberta De Niro (mrukliwy, ale sympatyczny Paddy), Morgana Freemana (imprezujący Archie) i – najlepszego z nich wszystkich – Kevina Kline’a (nieporadny Sam). Razem tworzą mocny koktajl Mołotowa, a jak dołącza do grupy dawno nie widziana Mary Steenburgen (piosenkarka Diana), to już niektórzy trafili do raju.

last_vegas2

Nie jest to jakieś wielkie dzieło, ale i chyba nie o to chodziło. Ma być miło i sympatycznie, a seans naprawdę lekki i przyjemny.

6/10

Radosław Ostrowski

Sezon na zabijanie

Benjamin Ford walczył podczas wojny w Jugosławii, gdzie Bośniacy walczyli z Serbami. Wojna go mocno zniszczyła, że zostawił swoją rodzinę i zaszył się w lesie. Podczas drogi do apteki, poznaje turystę Emila Kovaca. Obaj panowie się zaprzyjaźniają, prowadzą rozmowy i decydują się następnego dnia zapolować na jelenia. Ale tak naprawdę panowie zaczynają polować na siebie, bo Kovac ma z Fordem rachunki do wyrównania.

killing_season1

Są tacy reżyserzy, po których można się spodziewać najgorszych filmów. Ale kiedy nagle takiemu reżyserowi się udaje, to wtedy nie bardzo wiadomo jak zareagować. Kimś takim jest Mark Steven Johnson – twórca tak legendarnych gniotów jak „Daredevil” czy „Ghost Rider” tym razem zrobił bardzo skromny film trochę przypominający technicznie kino klasy B. Ale tym razem ten filmowiec zrobił dobry film – coś, czego mu się nigdy nie udawało. Jak to możliwe? Może i sam temat zemsty jest archetypowy i trudno w tej materii wymyślić cokolwiek nowego, ale za to realizacja jest więcej niż solidna. Piękne zdjęcia plenerów (las, a także sceny wojenne ukazane w sepii), umiejętnie budowana atmosfera osaczenia i „polowania”, świetny montaż, trzymanie w napięciu. I nie brakuje też może mało zaskakujących, ale zawsze aktualnych wniosków na temat wojny, gdzie ofiary są po obu stronach. Można podyskutować, że zakończenie dość słabe, że mały budżet, że za spokojny ten film, ale to już trochę czepianie się na siłę.

killing_season2

To jest spektakl dwóch aktorów, którzy wspięli się po prostu na wyżyny umiejętności i stworzyli pełnokrwiste postacie. Robert De Niro jak zawsze jest opanowany i stonowany, skrywający swój ból i wojenną przeszłość. Samotny, odizolowany od świata, wybiera życie pustelnika. Ale postawiony pod ścianą, jest w stanie zabić. Za to największą niespodzianką był John Travolta w roli bałkańskiego Serba. Mówi jak Serb (akcent nie drażnił, brzmi autentycznie), wygląda jak Serb i konsekwentnie planuje swoją zemstę za śmierć bliskich. Obaj panowie mają swoje racje i udźwignęli ten film, brawo.

Johnson zrobił udany film, czyli pokazał, że nie należy go skreślać na polu reżyserskim. Kto wie, czym jeszcze ten człowiek będzie w stanie nas zaskoczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Dobry agent

Edward Wilson pozornie wygląda na zwykłego faceta w kapeluszu, garniturze i w okularach. Ale tak naprawdę jest agentem CIA i to na wysokim szczeblu. Poznajemy przebieg jego kariery od 1939 roku (członkostwo w bractwie i współpraca z wywiadem) aż do 1961 roku i nieudanej interwencji na Kubie oraz próbnie znalezienia kreta.

agent1

O tym człowieku opowiada film Roberta De Niro „Dobry agent”. Niewiele się w nim dzieje, jest strasznie długi (ponad dwie i pół godziny), a jednak okazuje się kawałkiem dobrego kina, choć bliżej mu do powieści Johna le Carre niż przygód agenta 007. Tutaj szpiedzy to przede wszystkim urzędnicy siedzący za biurkiem, analizujący dokumenty i praktycznie nie korzystający z broni, zaś ich akcja w terenie polega na rozmowach i zbieraniu informacji. Praca ta wymaga też całkowitego poświęcenia i braku zaufania wobec innych, bo każdy jest potencjalnym zdrajcą. Tu trzeba ciągle mieć się na baczności, bo każdy błąd może być wykorzystany przeciwko nam. Prawie jak w mafii – obowiązują pewne reguły (ścisła tajemnica), których łamanie może doprowadzić do poważnych konsekwencji. A wszystko to w imię dbania o bezpieczeństwo kraju. Jednocześnie poznajemy pokrótce historię powszechną XX wieku (II wojna światowa, zimna wojna, kryzys kubański), co jednak wymaga pewnej znajomości realiów, inaczej można się w tym pogubić.

agent2

Drugim dość mocnym wabikiem jest gwiazdorska obsada. Na drugim planie mamy tak uznanych aktorów jak William Hurt (Phillip Allen, późniejszy szef CIA), Michael Gambon (dr Fredericks), Billy’ego Crudupa (Arch Cummings), Alec Baldwin (Sam Murach, agent FBI) czy John Turturro (Ray Brocco, prawa ręka Wilsona). W epizodzie pojawia się też sam reżyser (generał Bill Sullivan) i Joe Pesci (gangster Joseph Palmi). Jednak największy ciężar na swoje barki wziął Matt Damon i dał radę, a jego Wilson mocno przykuwa uwagę. Jest bardzo oszczędny, opanowany i małomówny, jednak jego życie prywatne to porażka. Taka jest cena pracy w wywiadzie.

agent3

Dla wielu „Dobry agent” może być nudnym, ale jednak realistycznym portretem świata szpiegowskiego. Może i mało się dzieje, akcji praktycznie nie ma, a bardziej dynamiczne jest klejenie znaczków na kopertę, jednak pozostaje on dobrym filmem.

7/10

Radosław Ostrowski

Król dowcipu

Czy znacie takiego gościa jak Rupert Pupkin? Pewnie nie, bo facet po 30-tce marzący o karierze komika w programie tv. Ale ciągle jest zbywany, mimo że uważa się za kumpla prowadzącego program Jerry’ego Langforda. W końcu decyduje się na porwanie komika.

krol1

Każdy szanujący się reżyser popełnia film, który bywa zapominany i pomijany w jego dorobku. Tak jest właśnie w przypadku tej słodko-gorzkiej opowieści Martina Scorsese. Jest to opowieść o człowieku, który przekonany o swoim „talencie”, chce osiągnąć sławę i rozgłos za wszelką cenę, wręcz po trupach, stając się obsesją wręcz. Można oczywiście się z tego śmiać, jednak tak naprawdę zabawne są tu sceny z wyobraźni Pupkina, gdzie jest mistrzem humoru lepszym od Langforda oraz scena, gdy Pupkin naprawdę występuje w programie. Reżyserowi nie tylko udaje się pokazać stan chorego psychicznie jegomościa, który chce mieć więcej niż powinien (sceny, gdy Pupkin w domu robi swój show w pokoju pełnym postaci z programu), ale też jak trudny jest showbiznes i schlebianie gustom mas (gorzki finał).

krol2

Ale ta cała historia nie zostałaby tak przekonująca, gdyby nie popisowa rola Roberta De Niro. Pupkin w jego wykonaniu to postać, której wydaje się, że ma talent komediowy. Na początku nawet robi dobre wrażenie, choć jest trochę gadatliwy. Dopiero potem widzimy jak jego marzenie staje się obsesją i że jest człowiekiem mocno oderwanym od rzeczywistości, co wywołało współczucie wobec tej postaci. Porażająca i nietypowa kreacja w dorobku tego aktora. Drugim istotnym bohaterem jest Jerry Langforda, grany przez Jerry’ego Lewisa. To gwiazdor, który jest obiektem wszelkiego pożądania, spełnia swoje zadanie (rozśmieszanie na scenie), ale poza nią jest raczej chłodnym pracoholikiem. Poza tym duetem warto wspomnieć o Sandrze Bernhard (równie stuknięta jak Rupert Marsha), Shelley Hack (Cathy Long, sekretarka Langforda) oraz Diahnne Abbott (barmanka Rita, „dziewczyna” Ruperta).

krol3

Scorsese w bardzo gorzkiej komedii pokazał jak kończy się sława za wszelką cenę. Niby Rupert osiągnął cel, ale czy naprawdę zdaje sobie sprawę, jak bardzo słabym specem jest? No właśnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ulice nędzy

Dzięki temu filmowi Martin Scorsese wypłynął na szerokie wody i przyniósł mu rozgłos wręcz międzynarodowy. W zasadzie jest to historia dwóch osób. Charlie to młody chłopak, który pracuje dla mafii, chce mieć własną restaurację, ale ciągle sprawia mu problemy kuzyn, Johnny Boy. Rozwiązywanie jego problemów staje się już coraz bardziej meczące, a na domiar złego Charlie spotyka się z Żydówką Theresą, co dla jego reputacji nie jest zbyt dobre.

nedza1

Jak wspomniałem, to pierwszy poważny film Martina S., który jest tutaj bardziej portrecistą Nowego Jorku, zaś sama fabuła służy mu jako pretekst do tego. A jest to miasto pełne knajp, spelun, drobnych cwaniaczków i różnych interesów, gdzie swoje grzechy odpokutuje się na ulicy, a forsa decyduje o wszystkim. Już tutaj pojawiają się obsesje charakterystyczne dla tego reżysera: gangi, wiara katolicka, honor, grzech. Zrealizowane to w konwencji wręcz paradokumentalnej, ale sama technika filmowania lekko się zestarzała i nie robi już takiego wrażenia jak wtedy. Są dłużyzny, pewne wątki lekko liźnięto (restauracja Oscara) i miałem poczucie chaosu, choć portret Nowego Jorku jest dość interesujący.

nedza2

Może i sama realizacja jest trochę archaiczna, ale aktorstwo nie zestarzało się za nic. Naszym przewodnikiem po Little Italy jest Charlie grany przez Harveya Keitela. To dobroduszny, prosty chłopak znający reguły i dotrzymujący słowa. Jednak nawet i on blednie, gdy na ekranie pojawia się genialny Robert De Niro wcielający się w Johnny Boya – prymitywa, który jest nieobliczalny, nieodpowiedzialny i nikogo nie szanuje. Te dwie postacie bardzo przyciągają uwagę od reszty, która też trzyma poziom.

Nie będę was oszukiwał, „Ulice nędzy” mają swoje lata i to niestety widać. Niemniej jest to jednak udany film, który może dostarczyć paru ciekawych obserwacji.

7/10

Radosław Ostrowski