Jeźdźcy sprawiedliwości

Co wam przychodzi do głowy, gdy słyszycie hasło: kino zemsty? Jednoosobowa armia kontra wielka grupa ludzi do rozwalenia przed Głównym Złym. Po tym jak nasz Kopiący Dupę Koksu stracił żonę/matkę/córkę/psa/kota/popielniczkę/auto (niepotrzebne skreślić). Tak przynajmniej robią to Anglosasi i ludzie, co próbują ich kopiować. Jednak reżyser Anders Thomas Jensen postanowił pójść swoją drogą.

jezdzcy sprawiedliwosci1

Bohaterem „Jeźdźców sprawiedliwości” jest Markus (Mads Mikkelsen) – żołnierz stacjonujący w Afganistanie, który rzadko bywa w domu. Na tyle rzadko, że jego nastoletnia córka jest dla niego obca. Dziewczyna miała ruszyć do szkoły, ale skradziono jej rower, a samochód nie chce odpalić. Więc matka z córką robią sobie wolne i jadą pociągiem, co kończy się katastrofą pojazdu oraz śmiercią kobiety. Mathilde (córka) jest straumatyzowana, a ojciec wraca do domu i próbuje jakoś nawiązać relacją z nastolatką. Ale pewnego wieczoru przychodzi do niego dwóch ekscentrycznych jegomościów. Są przekonani, że wypadek nie był wypadkiem, tylko zamachem, w którym miał zginąć członek gangu motocyklowego Riders of Justice na kilka dni przed rozprawą sądową, gdzie miał zeznawać przeciw swoim kumplom. Markus decyduje się zrobić jedną, jedyną słuszną rzecz – zemścić się, zabijając członków gangu. Proste? Łatwo powiedzieć, zrobić już mniej.

jezdzcy sprawiedliwosci2

Jeśli spodziewacie się, że ten film będzie (pokręconą, ale jednak) wersją opowieści w stylu filmu zaczynającego się na John, a kończącego na Wick – popełniacie wielki błąd. Jensen tworzy hybrydę, mieszającą film sensacyjny, dramat psychologiczny, czarną komedię i… „Przypadek” Kieślowskiego. Brzmi jak coś, co mogło spłodzić jakieś azjatyckie dziecko, bo tylko ono mogłoby to skleić w jedną, spójną narrację. Ale Jensen nie jest od nich gorszy, jednocześnie potrafi zachować balans między brutalnymi, krwawymi scenami akcji, komedią z odrobinką sytuacyjnych gagów oraz psychologicznym dramatem. Na pierwszy plan wysuwają się dwa tematy: przepracowywanie traumy przez ojca i córkę oraz jak wiele zależy tutaj od przypadku.

jezdzcy sprawiedliwosci3

Zwłaszcza to drugie jest mocno zaznaczone, niemal od pierwszej sceny w Tallinie. A jeśli dodamy do tego tych trzech ekscentrycznych jegomości: matematyk Otto (Nikolaj Lie Kaas w brodzie nie do poznania) – specjalista od algorytmów, haker Lennart (pokręcony Lars Brygmann) i zajmujący się rozpoznawaniem twarzy Emmenthal (Nicholas Bro w chyba swojej najlepszej roli), efekty są zaskakujące. Może początkowo wydają się grupą geeków, robiących za oderwanych od świata ludźmi. Ale kiedy poznajemy ich bliżej – panowie wypatrzeni przez córkę Markusa udają… terapeutów – okazuje się, że to połamańcy naznaczeni paskudnymi wydarzeniami z przeszłości: znęcanie się, molestowanie seksualne czy śmierć najbliższych. I ta dynamika działa najlepiej, zwłaszcza w przypadku Mathildy. Ale też pozostałych członków grupy, przez co ich los mnie obchodził. A kiedy dochodziło do strzelanin, nie było miłosierdzia – jest krwawo, brutalnie i realistycznie, bez przerysowania, włącznie z finałem.

jezdzcy sprawiedliwosci4

I jest to rewelacyjnie zagrane, dając każdemu aktorowi spore pole manewru. Wariackie trio Bro-Kaas-Brygmann świetnie się uzupełnia, bardzo przekonująco pokazując swoje obsesje oraz silną przyjaźń. I każdy z nich ma swój własny charakter. Na protagonistę wyrasta tutaj Mikkelsen, który gra tak jak zawsze – jest bardzo powściągliwy, tłumiący swoje emocje, pełny gniewu i wściekłości. Ciężko mu się odnaleźć i nawiązać relację z córką, której nie rozumie oraz jest od niej oddalony. Ale kiedy jego gniew wybucha i jest zagrożony, eliminuje problem ze skutecznością Johna Rambo. Bardzo mocna i porażająca rola.

„Jeźdźcy” potwierdzają, że da się jeszcze w kinie zrobić coś mniej konwencjonalnego, hollywoodzkiego, a jednocześnie bardzo realistycznego w pokazaniu świata. Świata, gdzie sens trzema nadać samemu, bez korzystania z algorytmów i statystyk, a wiele rzeczy zależy od przypadku.

8/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible – Fallout

Seria „Mission: Impossible” to obecnie jedyna marka, która stanowi jakąkolwiek konkurencję dla przygód agenta 007. Bo Ethan Hunt i grający go Tom Cruise robi tutaj takie cuda na kiju, że można zastanowić się nad „prawdziwym” pochodzeniem tej postaci. Jakby nie był zwykłym człowiekiem, ale Supermanem czy innym herosem powstałym z niezniszczalnium albo innego adamantium. Ideał amerykańskiego bohatera, którego można połamać, poobijać i wykręcić wszystkie organy, ale nie da się zabić.

mission impossible7-1

„Fallout” to szósta część przygód, która a) jest bardzo mocno powiązana z wydarzeniami poprzedniej części i b) nakręcił ją reżyser poprzedniczki, Christopher McQuarrie. Tym razem Ethan Hunt mierzy się z niedobitkami Syndykatu Salomona Lane’a zwanymi Apostołami. Celem do zdobycia jest skradziony rosyjski pluton, z którego można zbudować trzy bomby nuklearne. Ale akcja przejęcia ich w Berlinie przez ekipę IMF kończy się niepowodzeniem, przez co świat znajduje się na krawędzi zagłady. Huntowi zostaje dokooptowany do pomocy agent Walker od nowej szefowej CIA jako obserwator. I pojawia się szansa na odzyskanie skradzionych ładunków.

mission impossible7-4

Co ja wam będę mówił? Jak widzieliście poprzednie części, to wiecie czego należy się spodziewać. Akcja nakręcona adrenaliną, proste plany, które są proste tylko z nazwy oraz powroty paru starych znajomych. Skok z samolotu wysokości nastu tysięcy kilometrów, pościg na motorze przeciw policji, zdrady, zamachy, biegający tysiące kilometrów Tom Cruise, pościg helikopterów (!!!) czy bijatyka dwóch na jednego w toalecie. Nawet jeśli napięcie jest pozorowane, bo wszystkie te mistyfikacje, maski na twarzy widziałem wiele razy, paradoksalnie ten film wsysa jak odkurzacz i czekałem cały czas na kolejne szalone atrakcje. Totalne szaleństwo, czyli standard serii i nie mogę uwierzyć, że jeszcze można coś nowego wymyślić.

mission impossible7-3

Może i sama historia brzmi zbyt znajomo, bez żadnego elementu zaskoczenia, ale czy dla fabuły ogląda się serię „Mission: Impossible”? Absolutnie nie, lecz z powodu realizacji akcji i popisów kaskaderskich, a te są na bardzo wysokim poziomie. Wszystkie sceny akcji wyglądają znakomicie, wszystko jest bardzo czytelne z paroma niesamowitymi MOMENTAMI (pościg na motocyklu w Paryżu i odbicie więźnia klimatem przypominało mi… „Ronina”, tylko podkręconego, bijatyka w łazience niczym z „Prawdziwych kłamstw” oraz pościg helikopterów). Obsada też ma swoje momenty i to dotyczy zarówno starego składu, czyli Cruise’a, Pegga oraz Rhymesa, a także znajomych z „Rogue Nation” granych przez Aleca Baldwina i Rebeccę Ferguson. Jednak prawdziwym złotem jest tutaj Henry Cavill jako obserwujący akcje IMF agent Walker – potężny koksu z pięknym wąsem oraz pięściami o sile Mjolnira. Takiej mieszanki nie da się wymazać z pamięci.

mission impossible7-2

Jak to jest, że oglądając szóstą część serii nadal mam frajdę z oglądania tego wizualnego cyrku? Nie mam zielonego pojęcia, ale McQuarrie z Cruise’m nakręcili ten film z pasji. I tę pasję widać, by pójść krok dalej, zrobić masę szalonych rzeczy za kupę szmalu. Nie jest to część, która przebija poprzednią, jednak jest zbyt dobrze wykonana, by ją zignorować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Człowiek-demolka

Niby były połączenia kina akcji z SF, jednak takiej jazdy jak „Człowiek-demolka” nie da się wymazać z pamięci. Jedyny film zrobiony przez Marco Brambillę ma w zasadzie to, co lubicie w akcyjniakach z lat 90. i nawet o wiele więcej. Akcja toczy się w przyszłości roku 1996, gdzie policjant John Spartan (tytułowy Człowiek-demolka o aparycja Sylvestra Stallone’a) ściga niebezpiecznego bandziora Simona Phoenixa (Wesley Snipes w czasach wielkiej formy), który porwał zakładników. Udaje się przestępcę schwytać, lecz akcja kończy się rozpierduchą i wrobieniem policjanta w zabójstwo zakładników. Za karę obaj panowie zostają zamrożeni w komorach kriogenicznych na 70 lat. W 2032 roku Los Angeles, Santa Monica oraz San Diego połączyły się w jedną metropolię, zaś przemoc to pieśń przeszłości. Ale właśnie wtedy Phoenix ucieka z więzienia, a policja jest wyjątkowo bezsilna. Pozostaje jedyne rozwiązanie: wybudzić Spartana i dorwać Phoenixa.

Może i sam początek filmu zapowiada coś konwencjonalnego, to złudzenie trwa kilka minut. Gdy trafiamy w przyszłość, nagle film idzie w satyrę na dystopijne społeczeństwo. Świat, który wskutek katastrofy zmienił się totalnie. Ludzie noszą stroje przypominające kimona, przestrzeń jest nieznośnie sterylna, zaś wiele rzeczy (mięso, przemoc, seks, niezdrowa żywność, broń palna) w zasadzie nie istnieją. Nawet przeklinać nie można, bo dostaje się za to mandat. Nowy, wspaniały świat, będący zasługą wizjonera dra Cocteau. Ale technologicznie jest wiele gadżetów bardzo blisko naszej rzeczywistości jak telekonferencje, tablety czy automatycznie prowadzące samochody. Zaś dominacji tylko jednej fast-foodowej sieci wydaje się być kwestią czasu. Krótko mówiąc – niby zdrowe, ale jakieś pozbawione jaj społeczeństwo.

I to komediowe zacięcie w scenach, gdzie Spartan próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości to najmocniejszy punkt filmu. Nie oznacza to jednak, że sceny akcji nie są interesujące. Walki są zdominowane głównie przez bijatyki, z bardzo płynnym montażem (kolejny popis umiejętności Stuarta Bairda) oraz czasami nietypowymi kątami kamery. To wyróżnia „Człowieka-demolkę” z grona innych filmów akcji tego okresu. Nie brakuje też one-linerów oraz przewidywalnych kierunków historii, co absolutnie nie jest wadą.

No i całość bardzo mocno trzyma się aktorsko. Stallone bardzo dobrze wypada jako bezkompromisowy stróż prawa, próbujący się odnaleźć w nowej rzeczywistości. W scenach akcji robi to, do czego nas przyzwyczaił, ale tutaj pokazuje spore predyspozycje komediowe. Świetnie też wypada Snipes, tworząc bardzo przerysowanego łotra z mocno psychopatycznym rysem. Ma w sobie coś z Jokera, a granie Phoenixa sprawia mu najwięcej frajdy. Ale największą niespodzianką jest tutaj Sandra Bullock, czyli porucznik Huxley. Policjantka niby z przyszłości, lecz mentalnie mocno zafiksowana na punkcie lat 90., tworząc bardzo zgrabny duet ze Stallonem. I ta trójka jest prawdziwym paliwem napędowym tego szaleństwa.

Dla mnie to specyficzny oraz niedoceniony film akcji, który miejscami mógłby być osadzony w świecie RoboCopa. „Człowiek-demolka” miesza sensację, fantastykę z satyrycznym spojrzeniem na przyszłość, dając bardzo dużo frajdy fanom gatunku. Absolutna perełka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wojna o jutro

Kolejna produkcja zrobiona za dużą kasę, która nie trafiła do kinowej dystrybucji. Szkoda, bo na kinowym ekranie zrobiłaby o wiele większe wrażenie niż przed telewizorem czy laptopem. Nowy film Chrisa McKaya, czyli twórcy „LEGO: Batman” nie jest animacją, tylko blockbusterem za ponad 200 baniek sklejającym znane pomysły w nową jakość. Przynajmniej taki jest plan.

wojna o jutro1

Akcja toczy się w Boże Narodzenie roku 2022, kiedy trwają Mistrzostwa Świata w piłkę nożną w Katarze. A naszym bohaterem jest Dan Forester – kiedyś wojskowy, obecnie nauczyciel biologii, chcący rozwijać swoją karierę naukową. Ale szanse na to drugie są niezbyt wielkie. I podczas meczu dochodzi do dziwnej sytuacji: na boisku pojawiają się… żołnierze z przyszłości. A konkretnie sprzed 30 lat od tej chwili, gdzie prowadzona jest wojna z kosmicznymi bestiami zwanymi kolcami. Walka wydaje się przegrana, więc o pomoc zostają poproszeni obecni wojskowi oraz cywile, by pomogli. Wśród nich trafia też Dan, którego zadanie zostaje przez dłuższy czas tajemnicą. A na miejscu okazuje się, że oddziałem R (naukowcy), gdzie zostaje oddelegowany nasz bohater, dowodzi jego… dorosła córka.

wojna o jutro2

„Wojna o jutro” jest miksem kina akcji i SF o temacie w zasadzie tak znanym, że bardziej się już nie dało. Bo ile było opowieści o walce z kosmitami? Do tego wpleciony motyw podróży w czasie (zaskakująco świeżo), paskudne monstra w CGI niewiadomego pochodzenia oraz kilka potencjalnie ciekawych wątków, które są w zasadzie ledwo liźnięte. Czuć tutaj spory budżet, a wiele scen jest w bardzo dużych przestrzeniach. Kiedy trzeba reżyser w scenach akcji bardzo spokojnie buduje napięcie, idąc nawet wręcz ku horrorowi (dotarcie oraz ucieczka z laboratorium). Niemniej jednak do tych momentów trzeba dotrzeć, bo McKay nie atakuje nimi od początku, tylko po kilkudziesięciu minutach.

wojna o jutro3

Na pewno chodziło o budowania świata, gdzie ludzie jednoczą się wspólnie przeciwko wspólnemu wrogowi. Czasu jednak jest niewiele, bo przejście na dwie linie czasowe jest tylko jedno. I to jeszcze podnosi stawkę. Poza walką z kosmitami, reżyser w chwilach oddechu skupia się na paru interesujących wątków. Od próby zbudowania relacji Dana ze swoją dorosłą córką, znającą jego przyszłość (i ten wątek działa najmocniej) przez bardzo trudną i szorstką relację Dana ze swoim ojcem – przed podróżą w czasie – powolny skręt świata ku zagładzie aż do proekologicznego przesłania. Nie wszystkie wątki zostają w pełni wykorzystane, jednak dodają pewnego kolorytu do całości. Tak samo mamy bardzo dobrą realizację (zdjęcia miejscami przypominały mi kolorystyką „Na skraju jutra”) oraz elektroniczno-militarną muzykę.

wojna o jutro4

Aktorsko jest tutaj naprawdę nieźle, ale psychologicznej głębi raczej tu nie szukajcie. Niemniej jest parę ciekawych rzeczy do docenienia. Czy Chris Pratt pasuje do roli everymana, zmuszonego do dokonywania heroicznych czynów kosztem prywatnego życia? Daje sobie radę, chociaż z tym kaloryferem troszkę nie wygląda na szarego człowieka. Jednak kiedy zaczyna wchodzić w tryb dowódcy, trudno się do niego przyczepić. Dla mnie najbardziej błyszczy Yvonne Strahovski wcielająca się w pułkownik Forester, czyli dorosłą córkę Dana. Ma najlepsze cechy swojego ojca, choć naznaczona jest pewną tajemnicą. Sceny wspólnych rozmów były najmocniejsze emocjonalne i zależało mi na tej dwójce. Szoł jednak kradnie obecny głównie w trzecim akcie J.K. Simmons, czyli ojciec Dana, naznaczony wojennymi demonami twardziel. Nie widziałem jeszcze tego aktora tak przykokszonego.

Film McKaya to sklejka „Na skraju jutra”, „Interstellar” i „Żołnierzy kosmosu”, z której powstaje smaczne oraz bardzo przyzwoite widowisko. Ma rozmach, kilka ciekawych pomysłów i porządnych efektów specjalnych, a kiedy trzeba poruszy. Bardzo smaczny hamburger.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Poziom mistrza

Czy można zrobić porządny, prosty film akcji klasy B, by trzymał poziom produkcji z wyższym budżetem? Oczywiście, że tak. tylko trzeba mieć na to pomysł, nie traktować filmu śmiertelnie poważnie, dodać parę znanych twarzy i czerpać frajdę z kręcenia. Czyli wszystko to, czego nie było w „W nieskończoności”.

Co nie wyszło Antoine’owi Fuqua, udało się za to Joe Carnahanowi. W swoim „Poziomie mistrza” bohaterem uczynił byłego wojskowego, kapitana Roya Pulvera. Mężczyzna wpadł w pętlę czasową, co może brzmieć świetnie, ale nie jest. Bo po przebudzeniu nasz bohater jest atakowany i choćby nie wiadomo czego próbował, zawsze kończy się to śmiercią. Ale kto i dlaczego? Czemu się budzi tego samego dnia? Roy nic nie pamięta, jednak powoli zaczyna układać kolejne elementy układanki. Zwłaszcza, że jest to spowodowane wydarzeniami z dnia poprzedniego i jego byłą żoną.

boss level1

Taki „Dzień świstaka” polany sosem kina akcji? A czemu kurde nie. Reżyser jest świadomy z czym się mierzy i momenty repetycji przyspiesza montażem, by uniknąć nudy. Jeszcze jest polane humorem, głównie dzięki ironicznym komentarzom bohatera o aparycji Franka Grillo. Aktor dźwiga swoją postać kilogramami charyzmy oraz wyczyniając szalone piruety kaskadersko-pirotechniczne. Strzały świszczą na prawo i lewo, wybuchy są na porządku dziennym, nawet broń biała ma swoje pięć minut. Wszystko w bardzo pomysłowy i kreatywny sposób, pokazując pewną rękę Carnahana. Nieważne, czy mówimy o pojedynku na broń białą z Guan-Yin, włamaniu do siedziby złola za pomocą auta czy ucieczce z domu. Szaleństwo jest tutaj normą. Tak samo jak samoświadome poczucie humoru z masą odniesień do popkultury.

boss level2

Jednak najbardziej złapały mnie momenty, kiedy Roy przypadkiem spotyka syna i zaczyna z nim spędzać więcej czasu. Tutaj bardziej czuć stawkę dla naszego wojaka, pokazując jego ludzką stronę oraz szansę na poprawę relacji. Ale też daje możliwość dokonania wolty oraz doprowadzenia do poruszającego finału.

Grillo tutaj absolutnie błyszczy i jest najmocniejszym punktem aktorsko. Równie świetnie sprawdza się Mel Gibson jako czarny charakter o żądzy władzy. Ten błysk w oku pomaga w zbudowaniu postaci demonicznej, choć strasznie rozgadanej. Twarzy znanych jest wiele, choć wiele z nich ma tylko kilka minut jak Ken Jeong (szef knajpy) czy Michelle Yeoh (mistrzyni miecza Dai Feng). Ale i tak frajdy jest bardzo dużo.

boss level3

Prosta, bezpretensjonalna rozrywka na wysokim poziomie – tak opisać szalone dzieło Carnahana. I jest to zaskakujący przykład jak z ogranych, znajomych koncepcji spłodzić świeże, dostarczające kino. Bez ambicji i udawania, że chodzi o coś więcej niż tylko dobra zabawa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W nieskonczoność

Czasami pomysły niektórych filmowców potrafią zmrozić krew w żyłach i wprawić w konsternację. Nie inaczej jest z poronionym filmem „W nieskończoność” od reżysera Antoine Fuqua, będący zbitką „Matrixa”, „The Old Guard”, „Piątego elementu” oraz „Assassin’s Creed” (gry, nie filmu). Bo jak wyjaśnić tę pokręconą historię akcji z SF i reinkarnacją w tle.

infinite1

Bohaterem jest niejaki Evan McCauley – mężczyzna w średnim wieku ze zdiagnozowaną schizofrenią, który nie jest w stanie znaleźć jakiegokolwiek zatrudnienia. Niemniej posiada czasem takie umiejętności, jakich nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Na przykład wykucie japońskiego miecza jakby był samym Hattori Hanzo. Jak się okazuje, jest reinkarnacją jednego z wiecznych wojowników, Heinricha Treadwaya. Myk polega na tym, że żyjący w nieskończoność podzielili się na dwa obozy. Jedni traktują to jako dar, inni jako przekleństwo i chcą z tym skończyć. Ci drudzy pod wodzą Otto Bathursta skonstruowali Jajo, które jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi wszystko, co żyje i oddycha. Tylko, że ten przedmiot zaginął i obie strony go szukają.

infinite2

Na papierze brzmi jak potencjalnie sympatyczny film rozrywkowy z obiecującym światotwórstwem. Tylko, że reżysera ten świat kompletnie nie interesuje. Podaje to też tak poważnie, że aż miejscami popada w śmieszność. Za dużo tutaj efektów komputerowych, zostawiając wiele niejasności oraz znaków zapytania. Na przykład dlaczego po stronie złych jest tylko jedna osoba – Bathurst (łysy Chiwetel Ejiofor, który bawi się rolą) i jego sługusowa? Gdzie są pozostali Nihiliści? Ilu istnieje osób przechodzących reinkarnację? Czy można to wszystko przerwać? Jaką rolę pełni tu postać grana przez Toby’ego Jonesa, który pojawia się na dwie sceny? Fuqua robi ten film trochę tak jakby to miało być wprowadzenie do większego uniwersum, które dopiero będziemy poznawać.

infinite3

Zamiast tego reżyser chce się skupić na scenach akcji, które – znowu teoretycznie – są widowiskowe. Niby są pościgi i strzelaniny, a nawet mordobicie, tylko za szybko zmontowane, za mało czytelne, a poczucie stawki jest praktycznie zerowe. W paru miejscach nawet widać, że sceny akcji wykonują kaskaderzy i choć jest parę pomysłów jak finałowe starcie w samolocie a’la Incepcja, to obok jest masa bzdur (Evan wjeżdża motorem na samolot i przytrzymuje się skrzydła… mieczem samurajskim). A Mark Wahlberg w roli głównej jest po prostu sztywny, nudny, nijaki. Tak jak reszta osób sprzyjających naszemu bohaterowi pozbawiona charakteru.

„W nieskończoność” jest przykładem tego, że pozornie interesujący pomysł można spartaczyć w najbardziej spektakularny sposób. Marnotrawstwo potencjału, wtórność, brak pomysłu, za dużo CGI, za mało treści. Panie Fuqua, co się stało z panem?

4/10

Radosław Ostrowski

Nikt

W ostatnim czasie kino akcji zaczęło łapać drugi oddech, co spowodowało trend obsadzania w tych produkcjach aktorów w wieku 50+. Zaczęło się od „Uprowadzonej”, która odmieniła wizerunek Liama Neesona i trwa w zasadzie do dziś. Teraz do grona nowych gwiazd kina akcji postanowił dołączyć Bob Odenkirk – aktor raczej komediowy, znany głównie z roli złotoustego adwokata Saula Goodmana. Casting ten może wydawać się szalony, jednak to wszystko działa.

nikt1

Odenkirk gra tutaj Hutcha Mitchella – zwykłego księgowego, mające żonę i dwójkę dzieci. Życie jego jest nudne oraz przewidywalne jak kolejność dni w tygodniu. Tak daleko siedzi w rutynie, że staje się dla rodziny przezroczysty. Pewnej nocy do domu wchodzą włamywacze, lecz mężczyzna – mając szansę na neutralizację problemu – pozwala zabrać niewielką kasę oraz swój zegarek. Niby chroni bliskich, ale nawet oni (a dokładnie syn) i znajomi uważają go za miękkiszona. To wywołuje w naszym bohaterze frustrację, co ma bardzo porażające konsekwencje. A wszystko zaczęło się od pewnej nocy, gdzie szukał złodziei. Zwykły powrót do domu autobusem przerwała obecność kilku narąbanych Ruskich. Finał może być jeden: mordobicie oraz poważne problemy.

nikt2

Jeśli kojarzy wam się to z „Johnem Wickiem”, nie jest to dziwne. Dużo jest wspólnych elementów: bohater z tajemniczą przeszłością, rosyjska mafia jako antagoniści, skarbiec z pieniędzmi. Ale reżyser Ilja Najszuler ze scenarzystą Derekiem Kostelem (seria „John Wick”) nie robią bezczelnej kopii, tylko idą swoją własną ścieżką. Bo najważniejszą różnicą jest to, że Hutch – w przeciwieństwie do Baby Jagi – ma rodzinę, przed którą ukrywa swoją brutalną przeszłość. A także nie jest niezniszczalną maszyną do zabijania i wielokrotnie dostaje łomot. Reżyser przez większość czasu skupia się na relacji bohatera z rodziną, zaś akcja zostaje zepchnięta na dalszy plan.

nikt3

Dopiero po akcji w autobusie proporcje się odwracają, a reżyser pozwala na miejscami szaloną jazdę bez trzymanki. I nie chodzi tylko o bójkę w autobusie, która jest zaskakująco realistyczna. Jest też brutalny atak do dom Hutcha czy finałowa konfrontacja z szefem mafii w budynku firmy. Tak dzieją się szalone, wybuchowe rzeczy z pułapkami godnymi komandosów. Jest to tak znakomicie zrealizowane: od zdjęć Pawła Pogorzelskiego, który wcześniej odpowiadał za „Hereditary” przez użycie piosenek z lat 50. i 60. aż po bardzo płynny montaż.

nikt4

Jedynym słabym ogniwem jest tutaj antagonista, który wydawał mi się jakiś… niepoważny. Nie czułem, by stanowił jakiekolwiek zagrożenie dla Hutcha, co kompletnie mnie zaskoczyło. O wiele lepiej wypada sam Odenkirk jako pozornie-niepozorny Hutch, który bardzo mocno silnie tłumi trzymany na smyczy gniew oraz wściekłość. I to czyni jego postać zarówno interesującą, jak też bardzo ludzką, o co było bardzo trudno. Także w scenach akcji radzi sobie bardzo dobrze. Aż chciałoby się, że Hutch Mitchell i John Wick pojawili się w jednym filmie, choć ten pierwszy byłby tylko wsparciem dla drugiego. Ale dla mnie sporym zaskoczeniem była obecność Christophera Lloyda oraz rapera RZA w drobnych, choć istotnych rolach.

„Nikt” mógłby się wydawać pozornie słabą podróbką „Johna Wicka”, ale film Najszulera ma swoją własną tożsamość. Oraz otwartą furtkę na sequel. Czy film odmieni oblicze Odenkerka, czyniąc z niego nową gwiazdę kina akcji? Nie miałbym nic przeciwko temu.

8/10

Radosław Ostrowski

Armia umarłych

Zack Snyder jaki jest, każdy widzi. Jedni go kochają, inni kochają nienawidzić. Esteta, któremu bliżej jest do Michaela Baya, choć próbuje być bardziej poważny i dojrzały. Efekt może być tylko jedno: śmieszność. Po zakończeniu swojej przygody z uniwersum DC, reżyser poszedł na deal z Netflixem, by nakręcił jaki mu się k****a podoba, za ile chce i z kim chce. Więc co zrobił nasz uzdolniony twórca? Postanowił zrobić heist movie podczas apokalipsy zombie – brzmi super i daje spore pole do popisu, prawda? Tylko, że nakręcił to Zack Snyder, więc efekt jest… eeeeeeeeeeeeee.

armia umarlych1

Sam pomysł jest prosty: pewien japoński biznesmen wynajmuje grupę najemników, by zgarnęła jego kasę znajdującą się w kasynie w Las Vegas. Problem w tym, że Las Vegas wygląda jak Manhattan z „Ucieczki z Nowego Jorku” Johna Carpentera. Miasto jest otoczone murem z kontenerów, przy nim jest obóz dla uciekinierów, a wszystko nie jest przez nikogo pilnowane. Wszędzie jest za to od cholery zombiaków, więc trzeba się uzbroić po zęby. Plan jest prosty: wejść do środka, zabrać 200 milionów baksów i spierdalać helikopterem znajdującym się na dachu. Gang może dla siebie zabrać jedną czwartą sumy. Ferajnie dowodzi Scott Ward, razem z nimi są dawni kumple z woja, niemiecki kasiarz oraz szef ochrony zleceniodawcy, któremu nikt nie ufa. Ja też nie, bo zdradę ma na pysku namalowaną.

armia umarlych2

Z jednej strony Snyder nie udaje, że robi coś więcej niż planował, ale nawet tego nie jest w stanie porządnie zrealizować. O ile początek, gdzie poznajemy przyczynę epidemii oraz jej rozwój w Mieście Hazardu jest świetny (Viva Las Vegas), dalej dzieją się rzeczy co najmniej zadziwiające. Po pierwsze, postacie – poza Wardem, granym przez Dave’a Bautistę – nie mają żadnej zarysowanej motywacji i są w zasadzie jednowymiarowi niczym kartka papieru. Po drugie, cała intryga jest przewidywalna i ma tyle pobocznych wątków: matka wdzierająca się do miasta po hajs, sanitariuszka-córka Warda – a jakżeby inaczej – ruszająca jej na odsiecz, zdrajca z własnym, ukrytym planem. Nawet wszyscy zaczynają się zachowywać jakby inteligencja została im obniżona za pomocą lobotomii. Tutaj bryluje córeczka-i tak pójdę z wami, c***a mi zrobisz, doprowadzając mnie do szewskiej pasji.

armia umarlych3

Jeszcze gorszy jest Snyder, który film wyreżyserował, wyprodukował, napisał (nie sam) oraz… sfotografował. Jezu Chryste, ostatni aspekt wyróżnia się zaskakującą ilością nieostrych, rozmytych kadrów. Nawet jeśli był to celowy zabieg, mający wywołać poczucie izolacji i osamotnienia, wywoływał jedynie dezorientację. Za dużo skupienia na detalach, choć jest parę ładnych widoków. Ale jeszcze bardziej wkurzało mnie parę pomysłów, które nie zostały wykorzystane, choć zapowiadało się coś zajebistego. Na przykład piła do mordowania zombiaków, ostatecznie zostaje użyta do… zrobienia drzwi przez ścianę czy zombie ożywiające pod wpływem deszczu, o czym słyszymy. Tylko słyszymy. Rozumiecie, o co chodzi? Nawet zombiaki posiadające IQ i dowodzące innymi zombiakami nie mają żadnego znaczenia.

armia umarlych4

Nawet aktorzy, którzy dają z siebie wiele, nie mają zbyt wiele pola do manewru. Powiem tylko, że szoł kradnie kilka postaci z drugiego planu: od zajaranego kasiarza Dietera (cudny Matthias Schweiglofer), wyluzowaną pilotkę (rozbrajająca Tig Nataro) po zaprawioną w boju Kojot (mocna Nora Arnezeder). Próby zbudowania jakichś głębszych relacji brzmią sztucznie i nieprzekonująco, co jest spowodowane bardzo mechanicznymi dialogami.

Snyder od dawna nie wywołał we mnie tak skrajnych emocji. Akcja ma fajne momenty, lecz jest przeładowana takimi absurdalnymi decyzjami, że miałem to wszystko gdzieś. Jak można było tak zmarnować potencjał? A Netflix straszy, że będzie robił uniwersum wokół tego filmu.

5/10

Radosław Ostrowski

The Tax Collector

David Ayer to filmowiec, który ostatnio ma mocno pod górkę. Tak mniej więcej od czasu „Legionu samobójców” każdy jego tytuł kończył się rozczarowaniem. Wydawałoby się, że powrót na ulice pełne gangsterów w Los Angeles przywróci reżyserowi moc oraz siłę. Brudny, nieprzyjazny klimat, gdzie kula może pojawić się z każdej strony, a walka o przetrwanie trwa cały czas.

Bohaterami jest dwóch przyjaciół – David i Creeper. Zajmują się pobieraniem procentów z każdego interesu, działając dla przebywającego w więzieniu szefa zwanego Czarodziejem. Creeper bardziej robi tu za twardziela, co wiele przeszedł, wiele widział i wiele zabijał. Współpraca idzie dobrze, nawet bardzo, zaś każdy gang oddaje procent bez problemów. Ale sprawa zaczyna się komplikować z powodu nowego zawodnika, niejakiego Conejo. Mafiozo współpracował z kartelem, a Czarodziej próbował go wcześniej skasować. Teraz on wraca i chce wywrócić cały porządek do góry nogami.

Sam początek jest naprawdę obiecujący. Powoli poznajemy układy panujące na ulicy, szybko pracujących gangsterów oraz silną więź między naszymi bohaterami. Mimo bandyckiej profesji, rodzinne wartości są dla nich silne, co może wywołać pewną konsternację. Problem w tym, że sama historia swoim spokojnym tempem oraz większym skupieniem na wątek obyczajowy traci swój impet. I tej sytuacji nie jest w stanie zmienić ani przemoc (zbyt rzadka i mało szokująca), ani rzucane bluzgi (zbyt częste). Są tylko dwie strzelaniny i są za krótkie, a cała ta walka o przetrwanie oraz władzę okazuje się pusta, efekciarska, nieangażująca. Więcej niby dowiadujemy się w dialogach, jednak nie zawsze się to pokrywa z wydarzeniami na ekranie. Zaś finał nie daje żadnej satysfakcji i przebiega zbyt łatwo. Ayer potrafi zbudować klimat, jednak za bardzo gubi swoich bohaterów.

I bardzo szkoda tutaj aktorów, a szczególnie zaskakującego Shia LaBeoufa jako mocno narwanego, elegancko ubranego Creepera. Facet kradnie każdą sceną samą swoją obecnością, pokazując zupełnie inne oblicze. Ale nawet on nie jest w stanie wznieść całości powyżej przeciętnej. Ayer tutaj tylko udaje twardziela, a podczas konfrontacji ucieka jak tchórz. Takich ludzi nie chcecie znać, ani spłacać jakichkolwiek długów.

5/10

Radosław Ostrowski

Hanna

Hanna pozornie wydaje się zwykłą blondwłosą nastolatką. Tylko, że mieszka w dziczy razem z ojcem, który przekazuje jej całą wiedzę. Wiedzę o świecie, polowaniu na zwierza, znajomości języków oraz… zabijaniu. Ukrywają się do chwili, aż dziewczyna będzie gotowa na konfrontację, nie tylko ze światem. Chodzi o pewną kobietę, która jest odpowiedzialna za śmierć jej matki, a także dawną szefową jej ojca. Czy wspomniałem, że facet pracował dla tajnych służb? Zaczyna się polowanie, gdzie wygrać może tylko jedna strona.

Kiedy myślicie o takim reżyserze jak Joe Wright, najczęściej przychodzi do głowy kino kostiumowe. Stylowo zrobione, pięknie wyglądające i zagrane na wysokim poziomie. Ale to, co zrobił w 2011 roku zaskoczyło wszystkich. Bo „Hanna” to thriller akcji, czyli gatunek raczej nieznany temu filmowcowi. Trzeba być naprawdę odważnym, by wyjść ze swojej strefy komfortu. Ale od razu uprzedzam, że nie jest to do końca konwencjonalna sensacja. Im dalej zaczynamy obserwować historię, tym bardziej wydaje się odrealniona, wręcz groteskowa. Odniesienia do baśni braci Grimm, zmieszane z silnym zmysłem estetycznym plus przenoszenie akcji z miejsca na miejsce (od bieguna przez Maroko do Berlina) tylko pozornie może pasować do kina szpiegowskiego. Niby były już opowieści o osobach w wieku dziewczęco-nastoletnim, które opuszczają swój klosz, chcąc prowadzić normalne życie. Ale z powodu kilku ludzi i/lub supermocy czy specjalnych umiejętności nie jest im to dane.

Wright jednak nie pędzi na złamanie karku, nie bawi się w efekciarski montaż a’la „Krucjata Bourne’a” (czytaj: akcja tak dynamiczna, że gówno widać przebieg wydarzeń) czy popisy pirotechniczne. Co nie oznacza, że scen pościgów, bijatyk czy strzelanin nie ma. Co to, to nie. Może i tempo jest spokojne, ale napięcie wielokrotnie uderza niczym dresiarz wieczorową porą w ciemnym zaułku. Wright nie boi się pokazać kilku fantastycznych mastershotów (próba dorwania ojca Hanny po wyjściu z dworca) czy szybkich cięć bez tracenia rytmu czy wywoływania chaosu (pościg za Hanną z kontenerami w tle). I to nadal wygląda po prostu znakomicie, choć wyjaśnienie całej tajemnicy wokół bohaterki brzmi jakby tandetnie. Do tego wariackiego klimatu pasuje elektroniczno-eksperymentalna, potęgująca napięcie muzyka duetu The Chemical Brothers. Choć czasem świdruje uszy, zostaje w głowie, co jest rzadkim osiągnięciem.

I to wszystko jeszcze jest wsparte absolutnie świetnym aktorstwem. Powiem może coś niepopularnego, ale dla mnie „Hanna” to najlepsza rola Saorise Ronan. Ona trzyma ten cały film na barkach, tworząc niby znajomy typ silnej-słabej dziewczyny. Wyszkolona zabójczyni, ale nastolatka przechodząca swoją pierwszą inicjację, z marzeniami oraz chęcią prowadzenia życia normalnej nastolatki. No i w scenach akcji wypada świetnie, bez ani jednej fałszywej nuty. A za wsparcie miała o wiele doświadczonych kolegów: od wycofanego Erica Bany (Erik, ojciec Hanny) przez balansujące na granicy przerysowania postacie Cate Blanchett (Marissa Wiegler) i Toma Hollandera (zabójca Isaacs) po stonowane, lecz wyraziste kreacje Olivii Williams czy Jessiki Barden.

Wariacki koktajl – tak jednym słowem można opisać „Hannę”. Joe Wright tym filmem pokazuje twarz więcej niż kompetentnego twórcy kina akcji. I troszkę szkoda, że nie poszedł więcej w stronę tego gatunku. Ale nie wszystkim ta krwawa baśń przypadnie do gustu, wiec jeśli nie boicie się nieoczywistych hybryd, będziecie oczarowani.

8/10

Radosław Ostrowski