Chłopaki – seria 2

Po zdarzeniach z pierwszego sezonu, nasi Chłopacy mają przejebane. Próba pokonania Siódemki z Vought skończyła się totalną porażką, mimo odkryciu kilku potencjalnie niebezpiecznych dla korporacji faktów. Rzeźnik oddziela się od grupy i odkrywa, że jego teoretycznie martwa żona nie jest martwa. Mało tego, ma dziecko z Ojczyznosławem i może on mieć supermoce. Hughie, Franzucik i Cycuś Glancuś (straszna szkoda, że w drugim sezonie zostawiono oryginalne ksywy 😊) ukrywają się bez żadnego planu, ścigani przez policję. A dziewczyna Hughie’ego – superbohaterka Starlight – jest coraz bardziej na granicy zdemaskowania. Czy może być jeszcze gorzej, w świecie pełnym skorumpowanych superbohaterów? Do Siódemki zamiast skompromitowanego Głębokiego dołącza Stormfront, a do miasta przebił się superzłoczyńca. Jak sobie z tym wszystkim poradzi nasza ekipa?

Pierwszy sezon „Chłopaków” to bezpardonowa, brutalna jazda po bandzie, pokazująca możliwie realistyczną wizję świata, gdzie superbohaterowie istnieją naprawdę. I są też narzędziami biznesowymi w rękach korporacji medycznej. Zaś jej cele są zdobyciem większej władzy oraz kontroli, choćby dołączając naszą superekipę do wojska oraz wstrzyknięcie jak najwięcej osobom związku V. nadal mamy tutaj intrygę niejako toczącą się dwutorowo: Chłopaki oraz korporacja Vought i jej Siódemka pod wodzą Ojczyznosława. Cele są jasne, ale pojawienie się nowych postaci rozszerza ten świat. Pojawia się Kościół Odnowy (odpowiednik scjentologów), która pozwala bohaterom poprawić swój wizerunek. Jest działająca pani senator, działająca w komisji na celu wykazania ciemnej strony korporacji. Także relacja między pseudo-Supermanem a nieznanym wcześniej synem jest bardzo istotna. Z jednej strony pokazuje troszkę inną twarz bohatera, bardziej ludzką i zdolniejszego do czegoś więcej. Z drugiej pokazuje jeszcze bardziej bezwzględne działanie korporacji, nie potrafiącej trzymać swoich ludzi na smyczy.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to sporo scen, gdzie poznajemy przeszłość kilku ważnych postaci: Rzeźnika, Francuzika oraz Kimiko, choć nadal pozostaje niemową. I te momenty, zwłaszcza przeszłość najbardziej pokręconego bohatera potrafi poruszyć. Udaje się twórcom zbalansować zarówno momenty dialogu i retrospekcji z akcją, która wygląda lepiej niż w poprzedniej serii. Nie ma tutaj chaotycznego montażu, ale nadal jest krwawo, brutalnie i… szokująco. A jednocześnie z czasem szaloną fantazją (wjazd na walenia – bezcenny). Ostrze satyry miesza się z brutalnym pokazaniem bezwzględnego świata korporacji. Ta jest w stanie wykorzystać każdy element życia prywatnego do kapitalizacji swoich herosów oraz ukrywa masę tajemnic, których wyjawienie może zagrozić. Ale ta sama korporacja ma świetnych PR-owców, dzięki czemu wychodzi z każdych opałów z twarzą (scena przesłuchania w senacie, zakończona w bardzo makabryczny sposób czy zakończenie). Daje to także bardzo silną podbudowę do nowej serii, gdzie będzie się działo. Mimo pozornego happy endu, gdzie udaje się bohaterom częściowo osiągnąć cel.

Zagrane jest to jeszcze lepiej i czuć silniejszą, głębszą chemię miedzy Chłopakami, chociaż nie od razu. Karl Urban (Rzeźnik) oraz Antony Starr (Ojczyznosław) są rewelacyjni, niejako tworząc dwie strony tej samej monety. Obaj z wielkim ego, pełni kompleksów oraz skrywanych demonów skupiają swoją uwagę do samego końca, podejmując wręcz niespodziewane decyzje. Każdy tutaj gra przynajmniej bardzo dobrze, potwierdzając swoja wysoką formę i trudno mi wskazać kogoś, kto ciągły ten serial w dół. Nawet nowa w ekipie, czyli Stormfront (niesamowita Aya Cash) kradnie wielokrotnie scenę, zaś jej przeszłość oraz motywacja działały na mnie jak cios obuchem.

Jestem absolutnie zachwycony drugą serią „Chłopaków” i bardzo czekam na ciąg dalszy tej bezpardonowej walki z superherosami. Twórcy nie biorą jeńców, serwując kolejną, niepoprawną politycznie jatkę, pokazującą bardziej mroczną stronę bycie herosem, będąc tak naprawdę niewolnikiem swojego wizerunku, kompleksów oraz firmy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Vast of Night

Lata 50., jakieś małe miasteczko, gdzie życie toczy się powoli wokół różnych lokalnych imprez. Takich jak mecz szkolnej drużyny koszykówki. W trakcie meczu będzie grało lokalne radio grające nową muzykę, a prowadzone przez Everetta. Oprócz niego równie istotną osobą jest pracująca w centrali telefonicznej Fay, która chciałaby robić coś innego. Nie zapowiada się nic ciekawego, aż do momentu, kiedy dziewczyna słyszy tajemnicze dźwięki przez radio. Od tej pory dzieją się rzeczy dziwne, z urwanymi połączeniami telefonicznymi. To jednak dopiero początek tajemnicy.

Debiut Andrew Pattersona klimatem przypomina produkcje SF z lat 50. oraz produkcje telewizyjne w rodzaju „Strefy mroku”. I to już od samego początku, kiedy widzimy telewizor a z niego na ekranie pojawia się zapowiedź „Teatru Paradoksu”. Narrator wprowadza nas w opowieść, a potem nie „przenosimy” się na obraz z ekranu. Parę razy będziemy obserwowali historię niczym oglądając tamtejszą telewizję. Sam film jest bardzo kameralny, wręcz niskobudżetowy jak na kino SF, jednak reżyser potrafił mnie zaskoczyć. Choć sama historia dotyczy ogranego tematu (nie powiem jakiego), to bardzo konsekwentnie buduje atmosferę powoli odkrywanej tajemnicy. I to bardzo oszczędnymi środkami, osadzając akcję przez sporą część czasu w jednym miejscu (stacja radiowa albo centrala telefoniczna). Stąd spora obecność długich ujęć podczas dwóch kluczowych rozmów, pozwalając aktorom dać spore pole do popisu. I to jeszcze bardziej potęguje atmosferę czegoś niesamowitego, ale też trzyma w napięciu. Nie brakuje kilku szybkich cięć montażowych (sceny przyjmowania kolejnych telefonów) oraz absolutnie cudowny mastershot przenoszący po niemal całej okolicy. Przez takie rzeczy zapomina się o skromnym budżecie.

Patterson reżyseruje całość z taką energią, że wydaje się to robotą doświadczonego, ale pełnego pasji reżysera. Konsekwentnie prowadzi całą narrację, choć podejrzewałem w jakim kierunku to może pójść. Jednak sama droga oraz relacja dwójki bohaterów stanowi prawdziwe paliwo. Troszkę cięty, bardziej „doświadczony” radiowiec Everett (świetny Jake Horowitz) oraz troszkę naiwna, ale pełna empatii Fay (cudowna Sierra McCormick) tworzą przyciągający, wręcz magnetyzujący duet. W krótkich rozmowach poznajemy ich charaktery, motywacje bez walenia ekspozycją na siłę. To przebiega tak naturalnie, że chyba bardziej się nie da. Film kradną także równie fantastyczni Bruce Davis (weteran wojenny Billy, którego tylko słyszymy) oraz Gail Gronauer (Mabel Blanche).

Raz na jakiś czas pojawia się taki mały film, który okazuje się wielką niespodzianką. Czy „The Vast of Night” będzie filmem, który zostaje uznany za klasyka? Ma wszelkie zadatki i pokazuje siłę wyobraźni oraz wizji nad budżetem w kinie gatunkowym. Wsysające jak odkurzacz oraz trzymające w napięciu do końca, co w przypadku debiutu jest rzadkością. Czekam na kolejne filmy Pattersona z niecierpliwością.

8/10

Radosław Ostrowski

Odległy ląd

Stacja kosmiczna gdzieś na jednym z księżyców Jowisza. Tutaj robotnicy są zatrudniani przez wielką firmę do wydobywania surowców, choć warunki są bardzo nieprzyjemne. Tak bardzo, że kilku pracowników zaczyna dostawać ataku szału oraz zabijając się. Sytuację, mimo szybkiego pozbywania się ciał (albo tego co, z nim zostało), próbuje wyjaśnić nowy szeryf, William O’Neil. Powoli odkrywa, że za wielkim sukcesem firmy stoją… przemycane narkotyki, zlecane przez kierownika kolonii, Marka Shepparda. Na nieszczęście szeryfa, do konfrontacji staje samotnie, zaś szef wynajmuje zabójców.

Peter Hyams na początku lat 80. był już znanym filmowcem, opromienionym sukcesem „Koziorożca 1”. Więc nie było zaskoczeniem, że znowu sięgnął po kino SF. Jeśli do czegoś miałbym porównać „Odległy ląd” to byłaby hybryda „Obcego” z… westernem. Ze szczególnym wskazaniem na „W samo południe”, zwłaszcza od momentu oczekiwania na zabójców. Dlaczego z filmem Ridleya Scotta? Bo ma tak samo brudny, chropowaty świat zdominowany przez korporacje. Te są nastawione na zysk za wszelką cenę, decydując się na wyzysk w zamian dając duże wypłaty oraz bonusy. Wszyscy odwracają wzrok, a system działa bardzo sprawnie, więc po co to psuć? Historia jest prosta i brzmi znajomo, ani nie jest widowiskowa. Ale Hyams prowadzi to tak pewnie, że nie ma tutaj miejsca na nudę.

Jest troszkę bieganiny, jest suspens oraz finałowa strzelanina, potrafiąca ograć przestrzeń. Co ciekawe, jest parę drobnych zaskoczeń, jednak nie zdradzę wam. Realizacyjnie wygląda to bardzo w stylu „Obcego”, czyli bardzo przyziemnie i chropowato. Pomaga w tym na pewno świetna scenografia, balansująca między sterylnością a zużyciem. Jedynym poważniejszym problemem dla mnie są dwie rzeczy. po pierwsze, sceny gdy postacie ulegają dekompresji. Innymi słowy z powodu przeciążenia grawitacji ich głowy wybuchają. Być może w czasie realizacji była to jedna z teorii naukowych, jednak w filmie wygląda to śmiesznie. Drugim problemem jest odtwórca roli syna głównego bohatera. chłopak wypada bardzo sztucznie oraz nie jest podobny do swoich rodziców. Zwłaszcza że szeryfa gra absolutnie świetny Sean Connery, zachowujący (pozorny) spokój w stresowej sytuacji.

Jak już wspomniałem Connery’ego, drugą wyrazistą postacią jest jeszcze dr Lazarus. Frances Sternhagen daje tej postaci szorstkość, zadziorność oraz charakterek, czyniąc z nią jedyną sojuszniczką naszego bohatera. Chociaż sama do tego by się nie przyznała. Antagoniści są tutaj solidni oraz typowi dla tego okresu, czyli korpo-szef (solidny Peter Boyle) oraz drobne role zabójców.

„Odległy ląd” mógłby być spokojnie spin-offem serii zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta. Szorstki, chropowaty klimat, korporacja w tle oraz charyzma Connery’ego czyni ten film małą perełkę. Zbitka westernu z SF działa tutaj mocno, pokazując jak wiele osiągał Peter Hyams w wysokiej formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przekładaniec

Andrzeja Wajdę przedstawiać nie trzeba, tak samo jak jego filmów. Zrobionych na wielki temat, z rozmachem oraz aktorami, którzy błyszczeli. Ale w 1968 roku reżyser zrobił coś, czego raczej nikt się nie spodziewał. Po pierwsze, nakręcił krótki film dla telewizji. Po drugie, była to adaptacja opowiadania Stanisława Lema. Po trzecie, była to komedia w oparach groteski, co było dość ryzykowne i nietypowe dla reżysera „Popiołów”.

Sama historia wydaje się prosta, dzieje się w roku 2000 i skupiona na Ryszardzie Foxie. Mężczyzna jest kierowcą rajdowym, jeżdżącym ze swoim bratem jako pilotem. Niestety, podczas ostatniego wyścigu zginął brat, a część jego organów przeszła na Ryszarda. I z tego powodu firma ubezpieczeniowa nie chce wypłacić całego odszkodowania, tylko jego część. Sprawę dostaje adwokat i trafia na wiele problemów., bo nasz rajdowiec przechodzi kolejne wypadki. Przez to dostaje narządy innych ludzi i jest go coraz mniej.

Całość jest bardzo krótka i ograniczona do kilku miejsc (szpital, biuro adwokata, siedziba firmy ubezpieczeniowej oraz gabinet psychoanalityka), zaś skromny budżet nie pozwalał na szaleństwo czy fajerwerki. Wszystko skupia się na dialogach, gdzie prawnik zostaje zderzony z absurdalną sytuacją przekraczającą granice logiki oraz zdrowego rozsądku. Wszystko przez przeszczepy, które komplikują sprawy prawne, a nawet tożsamościowe. Bo Fox z kolejnymi operacjami coraz mniej jest obecny, a ciało niejako „przejmuje” zachowania i pamięć osób, których organy zostały wszczepione. Innymi słowy, ciało może i jest Foxa, ale wnętrze to mieszanka narządów innych osób (i nie tylko osób) robiona w zasadzie z tego, co jest pod ręką. To doprowadza do wielu absurdalnych sytuacji jak choćby pojawienie się duchownego z głosem… kobiety czy opowieści o wypadku autobusowym gdzie przed operacją było 18 osób, a po operacji… 19.  Na pierwszy rzut oka brzmi to śmiesznie, ale jednocześnie Wajda (razem z Lemem) stawia pytanie: co w takim razie określa naszą tożsamość? I czy ze zmianą wnętrza nadal pozostajemy sobą? Czy stajemy się tytułowym przekładańcem, hybrydą sklejoną z różnych części, gdzie nas jest już coraz mniej i mniej? I to pytanie sprawia, że „Przekładaniec” może frapować.

Choć budżet był niewielki, reżyserowi udało się zebrać na tyle pewną ekipę, że wyciągnięto z tego więcej. Wrażenie robi scenografia (szczególnie sterylny szpital czy przeładowany przedmiotami gabinet psychoanalityka), jazzowa muzyka Andrzeja Markowskiego oraz lekko futurystyczne kostiumy. Ale prawdziwą petardą jest tutaj Bogumił Kobiela w roli Foxa, który z każda wizytą jest kimś innym, choć ciało pozostaje takie samo. i ta metamorfoza robi nadal piorunujące wrażenie, serwując wiele zabawnych sytuacji. Równie wyrazistą kreację tworzy Ryszard Filipski jako coraz bardziej zagubiony w całej sytuacji adwokat oraz kilka drobnych epizodów, z których najbardziej zaskakujący należy do Jerzego Zelnika wcielającego się w doktora Burtona.

Im bardziej myślę o „Przekładańcu”, tym bardziej jestem zaskoczony filmem Wajdy. Krótki czas działa tutaj na korzyść, tak jak polany groteską humor oraz sprawna realizacja. Zapomniana perła polskiego kina SF.

7/10

Radosław Ostrowski

1983

Pierwszy polski serial Netflixa – pamiętam jakie było poruszenie na dźwięk tych słów. Dodatkowo na wyobraźnię podziałał fakt, że był to thriller SF osadzony w alternatywnej historii naszego kraju. No i jeszcze nie byle jakie reżyserki: Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska. Co mogło pójść nie tak? Wiele rzeczy. Zwłaszcza kiedy scenariusz pisze Amerykanin w swoim języku, a potem jest to mechanicznie tłumaczone na polski. To jednak tylko drobiazg, ale po kolei.

Akcja toczy się w 2003 roku, kiedy Polska nadal jest w bloku komunistycznym, choć siła Związku Radzieckiego nie jest tak mocno obecna. Technologia jest bardzo rozwinięta, mimo braku social mediów. W tym świecie żyje Kajetan Skowron – młody student prawa, którego rodzice zginęli w zamachach terrorystycznych w 1983 roku. Mieszka z babcią, ma piękną dziewczynę (córkę ministra gospodarki) i jest idealistycznie zapatrzony w nowy, wspaniały świat. Wszystko się zmienia kiedy w niejasnych okolicznościach ginie jego mentor – sędzia Żurawski. Przed śmiercią wręcza mu akta sprawy sprzed 5 lat, kiedy doszło do morderstwa całej rodziny. Prowadzący śledztwo milicjant miał wątpliwości, co do winnego, ale został zdegradowany. Teraz inspektor Anatol Janów prowadzi sprawę samobójstwa młodego chłopaka. Pracował on jako drukarz zarówno dla rządu, jak i dla komórki terrorystycznej zwanej Lekką Brygadą. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem by stwierdzić, że drogi obu panów się przetną.

Na papierze ta historia ma wszystko, by przykuć uwagę. Intryga kryminalna przeplata się z polityczno-szpiegowskimi rozgrywkami na szczytach władzy. Zderzenie młodego idealisty z cynicznym twardzielem znającym swoje możliwości i ograniczenia też obiecywało wiele, tak jak cała otoczka tajemnicy. I co z tego dostajemy? Może nie nic, ale bardzo niewiele i sama konstrukcja tego świata wydaje się nieprzekonująca oraz pełna luk. Jak w ogóle doszło do tego gospodarczego cudu? Gdzie zniknęli działacze opozycji, o których się tu praktycznie nie wspomina (słowo Solidarność nie pada)? I kto tak naprawdę steruje tym krajem? Minister gospodarki, dowódca armii czy szef tajnych służb? A może jest ktoś jeszcze silniejszy?

Jedyną najciekawszą rzeczą tutaj jest obecność Wietnamczyków, będących z jednej strony siłą roboczą i imigrantami. Ale są też tacy bardziej obrotni jak Wujek – biznesmen, niby będący neutralny, ale tak naprawdę działający dla każdego, kto jest w stanie zapłacić. Mało tego, jest nawet specjalna dzielnica w Warszawie zwana Małym Sajgonem. I to miejsce budzi skojarzenia z „Blade Runnerem”. Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, bo udaje się zbudować klimat dystopijnego państwa policyjnego. Lekko neonowe, nocne zdjęcia, stonowana kolorystyka, równoległy montaż oraz scenografia mieszająca stare z nowym – to wygląda i ogląda się świetnie.

O ile jeszcze ta zamotana intryga jeszcze potrafi wkręcić, to jednak są tutaj dwa bardzo ważne problemy. Po pierwsze, bardzo nienaturalne dialogi. Z jednej strony są przeładowane ekspozycjami i parę zdań jest powtarzana istotna kwestia dla fabuły. Czyli jest zbyt łopatologicznie. Druga sprawa to jest tłumaczenie, gdzie postacie często używają w zdaniu słowa „ja”. Albo kiedy imiona i nazwiska nie są deklinowane, co jeszcze bardziej wywołuje poczucie obcości. No i jeszcze tempo strasznie nierówne: od przyspieszenia aż po chwile przestoju ze zbędnymi wątkami pobocznymi. Zupełnie jakby chciano upchnąć wszystko do tych 8 odcinków, by zbudować podwaliny pod 2. Sezon (który nie powstanie).

No i aktorsko jest tutaj jak na poziomie scenariusza, czyli nierówno. Albo w najgorszym wypadku te postacie są niewykorzystane i pojawiają się na bardzo krótko (jak w przypadku Andrzeja Konopki czy Łukasza Simlata) lub ich wątki nie prowadzą donikąd (tutaj to dotyczy niestety Edyty Olszówki oraz Zofii Wichłacz). Z głównych ról najlepiej sprawdza się zawsze trzymający poziom Robert Więckiewicz. Niby takich bohaterów już widzieliśmy wcześniej (cyniczny, złamany przez życie twardy glina), ale nadal to działa i daje się mu oblicze kogoś innego niż ostatniego sprawiedliwego. Niestety, najsłabszym ogniwem jest Maciej Musiał, będący tutaj absolutnie drewniany. Rozumiem, że to miał być młody idealista zderzony z prawdziwym obliczem systemu, jednak absolutnie tej postaci nie uwierzyłem. Głos jest kompletnie wyprany z emocji, zaś wszelkie próby ekspresji kompletnie nie działają. Znacznie lepsza jest Michalina Olszańska jako szefowa Lekkiej Brygady, Ofelia. Niby twarda, gotowa na siłową konfrontację, ale skrywa w sobie bardziej delikatne oblicze. A nawet uwodzicielskie, spróbujcie oderwać wzrok od niej, bo ja nie dałem rady. Drugi plan jest aż przebogaty w znane twarze (od Tomka Włosoka przez Bartka Bielenię), ale najbardziej zapada w pamięć Mirosław Zbrojewicz (generał Świętobór) oraz Vu Le Hong („Wujek” Bao Cho).

Czy ten serial zasługiwał na aż tak chłodny odbiór w dniu premiery? Troszkę tak, bo miał całkiem ciekawy pomysł, ale nie wiedział kompletnie co chce opowiedzieć. Rzuca wątkami na prawo i lewo, przez co ma się poczucie niedosytu. Czegoś tutaj brakuje, przez co czasami się nudziłem i ciężko mi było w to wejść.

6/10

Radosław Ostrowski

Wojna światów – następne stulecie

Grudzień roku 2000. Od 12 dni na Ziemi przebywają Marsjanie, którzy chcą podzielić się swoją wiedzą oraz technologią, jednocześnie podziwiając naszą kulturę. Tak przynajmniej twierdzi telewizja, której twarzą jest prowadzący niezależne wiadomości Iron Idem. Problem w tym, że jednak jego niezależność to fikcja, bo tuż przed wejściem na antenę dostaje nowy tekst do przeczytania. To zdarzenie zaczyna uruchamiać kolejne jak choćby porwanie żony i wszczepienie numerka, symbolizującego przyjaźń z Marsjanami. I to doprowadza do buntu bohatera.

Na hasło polskie kino SF wielu powie o „Seksmisji” czy niedawnym „Człowieku z magicznym pudełkiem”. Jednak na przełomie lat 70. i 80. swoje dzieła SF realizował Piotr Szulkin, dla którego ten gatunek był tylko kamuflażem. Bo reżyser wykorzystuje ten gatunek do skomentowania politycznej rzeczywistości. Niby film inspirowany jest – na co wskazywałby tytuł – powieścią Herberta George’a Wellsa, jednak klimatem jest tu bliżej do antyutopii George’a Orwella oraz późniejszych filmów Terry’ego Gilliama. Wszystko obserwujemy oczami Irona Idema, będącego pozornie ważną personą świata rozrywki. Społeczeństwo jest praktycznie ogłupiałe, ślepo posłuszne i pozbawione czegoś, co można nazwać wolną wolą, telewizory są praktycznie obecne wszędzie, zaś sami Marsjanie to kurduple żądne miłości… i krwi. Wręcz do ostatnie kropli ludzkiego organizmu. Groteskowe oraz przerażające jednocześnie – taki jest świat Szulkina.

Reżyser nie skupia się na widowiskowości czy efektach specjalnych, tylko podporządkowuje całość wizji świata. Nadzieja zrobiła sobie tam wolne, ustępując miejsca manipulacji i kłamstwu. Te ostatnie pomagają wykreować rzeczywistość pokazaną w mediach. Tam można pokazać wydarzenia, które nie miały miejsca, zostały wcześniej wyreżyserowane (scena procesu Idema czy niby lamentujące kobiety) albo mają inny kontekst. Kwestia stosowania mediów jako propagandowej tuby spowodowało, że „Wojna światów” zyskała bardziej uniwersalny charakter. To, jak łatwo zniewolić człowieka oraz uzależnić od mediów pokazują zarówno ostre słowa Starego – jedynego buntownika, jak i scena snu, kiedy Idem wyżala się w konfesjonale, ale otwierając go widzi… telewizor. Już tutaj widać jak silne jest uzależnienie od tego małego ekraniku, gdzie wszystko, co jest powiedziane jest jedyną prawdą. I jeszcze ci wmawia, że możesz tam zadzwonić i powiedzieć, co myślisz. A system tutaj wygrywa z każdym, jakakolwiek próba buntu jest skazana na klęskę. Wszystko to podkreślają mocne, wręcz czasami brutalne dialogi, mocno stonowane, pełne błękitnych filtrów zdjęcia oraz wręcz agresywna muzyka elektroniczna. Jedyne, co mocno frapuje to zakończenie nie dające jednoznacznej odpowiedzi i wywołujące zamęt – to oznaka buntu czy uległości? Nie wiem.

No i jeszcze jak to jest rewelacyjnie zagrane. Kompletnie zaskoczył mnie Roman Wilhelmi w roli Idema. Wydawałoby się, że z taką aparycją będzie to śliski typ, karierowicz i oportunista. Tak naprawdę to człowiek bierny, świadomy sterowania oraz tego, jaki wpływ ma na innych (mocna mowa w trakcie koncertu), ale w trakcie swojej podróży dojrzewa do buntu. Bardziej wewnętrznego niż powiedzmy fizycznej walki, jednak trzeba od czegoś zacząć. Śliskim karierowiczem jest tutaj szef w wykonaniu wybornego Mariusza Dmochowskiego, który wie więcej niż mówi i nie zamierza się zwierzać. Tutaj nawet drobne epizody są bardzo wyraziste: od adwokata (Jerzy Stuhr) przez pracownika wodociągów (Janusz Gajos) i prostytutkę (Krystyna Janda) aż po policjanta (Zbigniew Buczkowski).

Wydawałoby się, że ta wizja przyszłości proponowana przez Szulkina zostanie reliktem skostniałej przeszłości, a jej zakorzenienie w PRL-u będzie niezbyt strawnym przeżyciem. Jednak czas nadał „Wojnie światów” nowych znaczeń i sprawił, że jest bardziej aktualny niż kiedykolwiek. Mocne doświadczenie oraz przykład, że nie trzeba wiele do realizacji ambitnego SF.

8/10

Radosław Ostrowski

Jestem REN

Wszystko wydaje się zaczynać normalnie: mamy sobie trzyosobową rodzinę. Renata zajmuje się domem, Jan pracuje i jest jeszcze syn Kamil. Sielanka gdzieś z dala od wielkiego miasta. Ale pewnego dnia po powrocie z pracy mężczyzna zauważa coś dziwnego. Chłopak w swoim pokoju jest skulony w rogu, pokój wygląda jak po przejściu huraganu, zaś kobieta przebywa w schowku, a oboje milczą. W końcu mąż decyduje się wysłać żonę na terapię, która ma ustalić co się stało i czy z kobietą jest wszystko w porządku. Już pierwszego dnia Renata wyznaje, że… jest androidem, którego zadaniem jest bycie doskonałą żoną oraz matką.

Po obejrzeniu zwiastuna debiutu Piotra Ryczka byłem zaintrygowany. Psychologiczny dreszczowiec z elementami SF nie jest często spotykanym zjawiskiem w polskim kinie. „Jestem REN” mając niewiele czasu (troszkę ponad 70 minut), próbuje skupić uwagę na tajemnicy. Co się zdarzyło tego feralnego dnia oraz czy nasza bohaterka naprawdę jest robotem. A może jej wspomnienia to efekt halucynacji, urojeń? Bo jak wytłumaczyć obecność niejakiej Eli – kobiety, która wydaje się wiedzieć więcej, pojawia się nie wiadomo skąd i mąci w głowie. Co jest prawdą, co urojeniem? Dylemat może i ograny, ale całkiem nieźle poprowadzony. Problem jednak w tym, że reżyser upycha wiele wątków oraz rozciąga to wszystko, iż w pewnym momencie przestałem się interesować. Zbyt wiele jest tutaj repetycji, łopatologii, a zagadka wydawała mi się zbyt prosta. Wszystko jednak zmienia dość brutalny, przewrotny finał, wywołujący jeszcze większą konsternację.

Realizacyjnie jest za to zaskakująco porządnie. Bardzo minimalistyczna przestrzeń może wydawać się początkowo bardzo teatralna, zaś oszczędnie dawkowane efekty specjalne są świetne. To buduje klimat tajemnicy, samotności oraz pewnego chłodu. Przypominało mi to „Ex Machinę” Garlanda, choć nie jest to ten poziom. Ale dobrze, że nasi filmowcy mają dobre wzorce do naśladowania.

No i jeszcze mamy w głównej roli nieznaną mi Martę Król, która wypada z całej obsady najlepiej. Drobną mimiką oraz barwą głosu potrafi sprzedać dezorientację, upór, jak i bezradność. A jej wiara w to, że jest androidem była nie do podważenia. Świetnie jej partneruje Marieta Żukowska jako tajemnicza Ela, której motywacja pozostaje tajemnicą oraz w drobnej roli Janusz Chabior. Reszta członków rodziny (Olaf Marchwicki oraz Marcin Sztabiński) wypada nieźle, ale zwłaszcza od ojca należało więcej wycisnąć.

Jestem lekko zawiedziony, ale „Jestem REN” jest całkiem sprawnym thrillerem psychologicznym. Elementy SF są tak naprawdę otoczką dla rodzinnego dramatu oraz pokazania choroby psychicznej z mniej znanymi aktorami w głównych rolach. Intrygujące kino, choć  nie wykorzystujące w pełni potencjału.

6/10

Radosław Ostrowski

Altered Carbon – seria 1

Technologia się rozwinęła, ale ludzie nie.

W dalekiej, choć może nie przyszłości, ludzkość dokonała niemożliwego: osiągnęła nieśmiertelność. Wszystkie wspomnienia, świadomość oraz – można tak powiedzieć – duszę przechowują w małym cacku zwanym stosem, której znajduje się w szyi. Jeśli jesteś wystarczająco bogaty, możesz przenosić się dzięki temu z innego ciała w drugie, stając się nieśmiertelnym. Ma ona jednak swoją cenę, lecz za to można żyć wiecznie. Kimś takim stał się Takeshi Kovacs – najemnik oraz Emisariusz, który walczył w bardzo odległej galaktyce, wielokrotnie zabijany oraz odradzany. Teraz zostaje wybudzony po 250 latach na zlecenie jednego z bogaczy mieszkających na Ziemi, Laurensa Bancrofta. Mężczyzna został zamordowany i to przed skopiowaniem swojej pamięci (to dokonuje się co 48 godzin), zaś policja uznaje sprawę za samobójstwo. Czy naprawdę tak było? Kovacs musi zbadać sprawę, w zamian dostając wolność (mężczyzna przebywa w powłoce skorumpowanego policjanta).

Serial Netflixa z 2018 roku oparty jest na trylogii Richarda Morgana, która była mieszanką cyberpunkowego świata z pulpowo-noirową intrygą. Jeśli będziecie czuli skojarzenia (wizualne) z “Blade Runnerem”, to jest to trafny kierunek. Imponujące Miasto, ze świecącymi neonami oraz reklamami (głównie o treści erotycznej) zderzone z brudem, deszczem oraz syfem tego świata. Świata, gdzie możesz zmienić swoje ciało (jeśli cię na to stać), zaś śmierć dla wyższych sfer wydaje się tylko pustym słowem bez znaczenia. A technologia służy do zaspokajania potrzeb oraz żądzy, stąd tyle golizny. I dzieje się tu sporo, bo jest śledztwo Kovacsa, spięcia z policją (szczególnie z porucznik Ortegą), rzezimieszki z ulicy, tajemnicza śmierć prostytutki, co spadła z nieba (dziwne, prawda??), przebitki z przeszłości oraz tych najbogatszych zwanych Matami. Ci nie mają w zasadzie żadnych ograniczeń, zaś prowadzone przez nich życie tylko i wyłącznie degraduje, korumpuje, gnije.

Niby ten świat pięknie wygląda i wali kolorami po oczach, ale niczym się nie różni od dzisiejszego. Jest tak samo brudny, zdegenerowany oraz pełen spięć. Cała ta technologiczna otoczka oraz szansa na wieczne życie jest w stanie sprowokować do głębszych refleksji oraz ważkich pytań. O człowieczeństwo, śmierć, miłość, wiarę oraz sens takiego nowego, wspaniałego świata. One niejako toczą się przy okazji, stanowią bardzo interesujące tło, choć pozornie nie daje niczego nowego w tym gatunku. Wrażenie robią też świetnie zrobione sceny akcji (choćby bijatyka w windzie) oraz fajnie zaprezentowane sceny w świecie wirtualnym. Niestety, pojawiają się tutaj pewne dłużyzny oraz przeciągnięcia wielu wątków jak relacja Takeshiego z siostrą, zaś napięcie czasem siada. Nie czuć też tak mocno zagrożenia jak w książce (dość luźno zaadaptowanego), co fanów powieści doprowadzi do wściekłości.

Co jednak broni się – poza warstwą wizualną oraz wizją świata – jest też bardzo solidne aktorstwo, choć najbardziej wybijają się trzy postacie. Po pierwsze, Kovacs tutaj grany przez trzech aktorów: Willa Yuna Lee, Byrona Manna oraz Joela Kinnamana. Pierwszy pojawia się w retrospekcjach, ale to z tym ostatnim spędzamy najwięcej czasu. Cyniczny, szorstki, nieufny wobec świata skrywający swoje prawdziwe emocje w scenach, gdy prowadzi śledztwo wypada najlepiej. Jest jeszcze równie świetna Dichen Lachman jako Reileen, choć przez większość czasu nie widzimy jej. Tak samo fantastycznie sobie radzi James Purefoy, czyli Bancroft. Człowiek pełen władzy, pychy, choć wydaje się nie tak śliski jak mógłby być. Bardzo delikatnie pokazany oraz świadomy swoich możliwości. Ale serial dla mnie kradł rozbrajający Chris Conner jako Poe, menadżer hotelu, będący AI. Zafascynowany ludźmi, przypominający z wyglądu pisarza Edgara Allana Poe staje się ważnym sojusznikiem oraz źródłem kilku zabawnych sytuacji.

Pierwszy sezon “Modyfikowanego węgla” to wypadkowa pulowego noir z humanistycznymi refleksjami oraz niepokojącą wizją przyszłości. Może nie aż taką jak w “Czarnym lustrze” czy tak porażającą wizualnie jak “Blade Runner”, niemniej ciekawą. Jeśli szukacie dobrej rozrywki oraz odrobiny refleksji, tutaj ją znajdziecie.

7/10

Radosław Ostrowski

Star Trek: W nieznane

Miałem dość spora przerwę w oglądaniu nowych przygód załogi Enterprice. I nie wiem dlaczego to tyle czasu trwało. Czy to z powodu zmiany reżysera (J.J. Abramsa zastąpił szybki i wściekły Justin Lin), czy braku zainteresowania marką – nie potrafię odpowiedzieć. Ale w końcu sięgnąłem po nową część zrebootowanej serii, czyli „W nieznane”. Tym razem załoga kierowana przez kapitana Kirka uczestniczy w pięcioletniej misji. W połowie swojej drogi trafia na stację kosmiczną Yorktown, gdzie przebywa członkini zaginionego statku. Pojazd miał zostać zniszczony w znajdującej się w okolicy mgławicy asteroid, gdzie znajduje się planeta. Enterprise wyrusza na wyprawę i szybko zostaje zaatakowany przez nieznaną grupę przeciwników. Efektem konfrontacji jest kompletne zniszczenie statku oraz rozproszenie się załogi. Kto za tym stoi i jaki jest jego cel?

stwnieznane1

Zmiana reżysera troszkę odbiła się na warstwie wizualnej, ale nie aż tak, by nie rozpoznać serii. Nie mali tak mocno światłami żarówek, jest bardziej przejrzysty, zaś sceny akcji są bardzo pomysłowe i bardziej czytelne. „W nieznane” potrafi nadal oczarować swoją wyrazistą stroną wizualną oraz pięknymi plenerami nieznanej planety. Sama historia już tak nie porywa, mimo sprytnego rozbicia grupy na trzy (właściwie cztery) mniejsze grupy, początkowo pozbawione wsparcia. Wszystko skupione jest na antagoniście, który ma jeden cel: rozwalenia świata, zniszczenia ludzkości i zdobycia potrzebnej do tego broni, bla bla bla. Powoli odkrywana jest tajemnica wokół bohatera oraz pewnego pojazdu sprzed wielu wieków.

stwnieznane3

Problem w tym, że ta intryga zwyczajnie nie działa, a kilka twistów jest tak przewidywalnych jak zachowanie polityków podczas dyskusji. Także same postacie oraz ich wątki wydają się zredukowane na rzecz dynamicznego tempa oraz akcji z kilkoma świetnymi momentami (dywersja z Kirkiem jadącym na motorze czy ucieczka w zniszczonym Enterpirise), przez co nie czułem takiej więzi z bohaterami. Mimo tego, że są zagrani bardzo dobrze. Jedynymi pogłębionymi bohaterami są Kirk, który ma wątpliwości co do obranej ścieżki, Spock (choć jego relacja z Uhurą jest słabo zarysowana) oraz dołączająca do grupy Jaylah, próbująca się wydostać z planety. Więcej jest za to humoru, choć nie wszystkie żarty trafiają w punkt. Wrażenie robią nadal efekty specjalne oraz praca charakteryzatorów przy tworzeniu wyglądu antagonisty i jego sługusów. To jednak troszkę za mało, by wyjść poza niezłe kino przygodowe.

stwnieznane2

Z nowych postaci najciekawiej prezentuje się nierozpoznawalna Sofia Boutella jako Jaylah. Bardzo wycofana, działająca w ukryciu, zaś interakcja miedzy nią a Scottym działa naprawdę dobrze (lepiej tylko działa duet Spock/Bones). Niestety, ale blado prezentuje się Idris Elba w roli antagonisty. Pozbawiony charyzmy, z niezbyt ciekawie zarysowaną motywacją oraz niemal bardzo powoli mówiący. Innymi słowy, bardzo szablonowa postać, nie zapadająca mocno w pamięć.

Więc jak tu ocenić „W nieznane”? Z jednej strony nie powiem, że się źle bawiłem. Jest parę świetnie zrobionych scen akcji oraz odrobinka humoru, ale czegoś tutaj ewidentnie zabrakło. Historia mnie nie porwała, a postacie też nie przyciągnęły za bardzo mojej uwagi. Od tego czasu o serii zrobiło się cicho, więc chyba marka padła.

6/10

Radosław Ostrowski

Chłopaki – seria 1

Ile już było opowieści o superherosach żyjących we współczesnym świecie? A takich, gdzie osoby z mocami nie ukrywają się, są obecni w mediach społecznościowych, rozpoznawalnych niczym celebryci? Ktoś kiedyś wpadł na szalony pomysł, by przedstawić taką wizję świata w formie komiksu. W świecie „Chłopaków” bohaterowie są znani, zaś siedmioro z nich staje się słynną Siódemką z Vought. I nie chodzi o miasto, ale o korporację Vought International, robiącą wielką kasę z tego interesu oraz niejako decydując o tym, kto będzie tu należał i z kim mają walczyć. Jednak jest pewna grupka ludzi, którzy chcą dorwać korporację oraz superherosów, którzy nie są tacy super. The Boys nie mają żadnego wsparcia ani funduszy, lecz zostaje im spryt oraz bezkompromisowość. Ekipą dowodzi Billy Rzeźnik, a ten się nie cacka i werbuje nowego członka ekipy. Hughie Campbell to niby zwykły chłopak, który pracuje w sklepie RTV. Ale jego spokojnie życie zmienia się, kiedy jego dziewczyna zostaje zmieciona przez rozpędzonego superherosa zwanego Pospiesznym. Innymi słowy, nadszedł czas na zemstę.

the boys1-4

Nowy serial od Amazon Prime Video i kolejna adaptacja komiksu Gartha Ennisa. „The Chłopaki” balansują między dramatem, bardzo czarną komedią oraz satyrą na środowisko korporacyjne. Tylko, że tak korporacja ma superbohaterów. Ci posiadają różne umiejętności i niektórzy przypominają inne komiksowe postacie pokroju Supermana, Wonder Woman czy Flasha. Bardziej zaskakuje fakt, że osób aspirujących do miana herosa jest dużo, dużo więcej niż miejsca w Vought. To jak ta firma funkcjonuje i do czego jest w stanie się posunąć, by osiągnąć swoje cele (m.in. przegłosowanie ustawy o włączeniu gości w lateksach oraz supermocach do armii) potrafi przerazić. A geneza naszych herosów to jedno z bardziej szalonych pomysłów, jakie widziałem. To nie wszystkie karty, jakie mają dla nas twórcy do odkrycia.

the boys1-2

Historię poznajemy z perspektywy dwojga nowych członków skonfliktowanych ekip: nieśmiałego Hugh, napędzanego zemstą za śmierć dziewczyny oraz Annie „Gwiezdną”, nową, idealistyczna członkinię Siódemki. Oboje próbują odnaleźć się w nowym dla siebie otoczeniu i zweryfikować swoje oczekiwania. Hugh zaczyna przekraczać kolejne granice, a z bardzo nieśmiałego chłopaka staje się bardzo bystrym, opanowanym facetem. Choć tylko pozornie wie, czego szuka, zaś Rzeźnika traktuje troszkę jak autorytet. Albo bierze za kogoś, kim sam chciałby być. Z kolei Annie odkrywa prawdziwe oblicze uwielbianych gości w lateksach: zwyrodnialców, podglądaczy, pełnych kompleksów oraz pragnący akceptacji, władzy. I ten wątek stawia jedno z ważniejszych pytań: co to właściwie znaczy być superbohaterem? Czy trzeba nosić fikuśny strój oraz posiadać moce? Być posłusznym wobec swoich mocodawców, zarabiając kupę kasy? Czy może jednak kierować się własnymi zasadami oraz mieć silny kręgosłup moralny bez względu na wszystko? Nie spodziewałem się takich refleksyjnych pytań po – jakby nie patrzeć – bardziej rozrywkowej produkcji.

the boys1-3

Tutaj wszystko do siebie pasuje. Miejscami rubaszny i chamski humor, bardzo krwawo-bluzgane sceny akcji (jedna tylko wydaje się chaotycznie zmontowana), oszczędnie wykorzystywane efekty specjalne, potrafiące zryć głowę oraz niemal mocno namacalne poczucie zagrożenia czy osaczenia. Bo nasi Chłopacy nie posiadają supermocy, wsparcia państwa, rządu ani jakichkolwiek innych tajnych służb. A to czyni walkę bardzo nierówną, lecz potrafi ekscytować oraz trzymać w napięciu. Zakończenie zaś stawia wiele pod znakiem zapytania i każe czekać na nową serię.

the boys1-1

Wszystko to jest także podparte fantastycznym aktorstwem, choć najbardziej interesujące jest kilka postaci. Nie oznacza to, że reszta nie ma tu zbyt wiele do roboty, bo jest zupełnie inaczej. Najważniejsi tutaj są: Rzeźnik, Ojczyznosław, Hughie oraz Annie. Rzeźnik w wykonaniu Karla Urbana to najbardziej szorstki (anty)bohater od lat. Cyniczny, złośliwy, napędzany żądzą zemsty egoista, nie bojący się wykorzystać innych do swojego celu. Pod tym wszystkim jednak skrywa się złamany przez życie człowiek, skrywający swój ból w masce cynicznego twardziela. Kontrastem dla niego jest Hughie w wykonaniu absolutnie czarującego Jacka Quaida (tak, syna TEGO Quaida, choć bardziej podobny jest do… Michaela Shannona). Początkowo nieśmiały, taki klasyczny frajer, z czasem staje postawiony pod poważnymi dylematami (morderstwo, szantaż) i potrafi wyjść z tego dzięki sprytowi. Nie mogę nie wspomnieć o ciekawie prowadzonej jego relacji z Annie, nie znając jej tożsamości jako superbohaterki, pokazującej jego cieplejsze oblicze. A propos Annie, wcielająca się w nią Erin Moriarty absolutnie błyszczy, choć pozornie nie jest zbyt ciekawa. Pełna pasji, poświęcenia oraz naiwności próbuje jednocześnie pozostać sobą i spełniać oczekiwania swoich nowych szefów. A efekty mocno na niej się odbijają i zmuszają do pewnych przemyśleń.

the boys1-5

No i najmocniejszy ze stawki Antony Starr, czyli Ojczyznosław (nie wiem, kto tłumaczył te ksywy, ale był geniuszem!!!), będący wizualną wypadkową Supermana z Kapitanem Ameryką. Może i jest on nośnikiem wielkich idei, lecz to wszystko fasada. Pod nią skrywa się inteligentny, bezwzględny psychopata z ego większym niż jego mocami, co tworzy niebezpieczną mieszankę oraz pragnącego bycia liderem. To mroczniejsze oblicze inspirowanego Supermanem postacią bardziej przeraża niż „Brightburn” oraz inkarnacje Zacka Snydera.

Wow, takiego serialu superbohaterskiego potrzebowałem. „Chłopaki” są brutalni, bezwzględni, szyderczy i bezkompromisowi. Nie boją się obnażyć hipokryzji oraz bardzo gorzkich refleksji na temat możliwej obecności supków w naszej rzeczywistości. Czekam na kolejną dawkę adrenaliny i smolistego humoru.

8/10

Radosław Ostrowski