Akira

W 1989 w Tokio dochodzi do wybuchu nuklearnego, niszczącego całe miasto i doprowadzając do wybuchu III wojny światowej. 30 lat później w Nowym Tokio dochodzi do zamieszek między podzielonym rządem a zbuntowanym społeczeństwem. Na ulicach rządzą gangi motocyklowe, działa ruch oporu, likwidowany przez wojsko i policję tak jak demonstracje. Jednym z gangów kieruje Kameda, zaś wśród jego przyjaciół jest ignorowany przez innych Tetsuo. Podczas jednej z nocnych eskapad Tetsuo ma poważny wypadek i zostaje zabrany przez wojsko. Trafia do szpitala, gdzie są przeprowadzane na nim badania, co doprowadza do poważnych wydarzeń. Ostre bóle głowy i wypowiadane w myślach imię Akira budzą w chłopaku moc zdolną do destrukcji.

akira1

Muszę przyznać się bez bicia, że bardzo rzadko zapuszczam się w animacjach do Japonii. Widziałem parę filmów od studia Ghibli, lecz to za mało, by uważać się za znawcę. A że troszkę interesuję się fantastyką, „Akira” musiał się pojawić. Nakręcony przez 1988 film Katsuhiro Okomo jest oparty na jego mandze, która została dokończona dwa lata później. Jest to historia w świecie mocno rozwiniętym technologicznie, choć nie widzimy tego aż tak bardzo. Wszystko osadzone w świecie zdominowanym przez skorumpowanych polityków, ostrych wojskowych oraz bardzo sformalizowany ruch oporu. A w to wszystko zostaje wplątany gang motocyklistów i trójką małych dzieci o wyglądzie staruszków, posiadających wręcz nadprzyrodzone moce. To wszystko tworzy bardzo mocny tygiel, gdzie nie da się przewidzieć dalszych losów bohaterów.

akira2

Muszę jednak przyznać, że sama historia jest mocno skomplikowana i wymaga bardzo silnego skupienia. Nie dlatego, iż jest to pocięte i chaotyczne, ale z nadmiaru istotnych postaci można się tutaj pogubić. No i sami bohaterowie (poza Kanedą i Tetsuo w paru retrospekcjach) nie są zbyt dobrze zarysowani, a przeszłość nie wydaje się interesować twórcy. Nie brakuje tutaj bardzo satyrycznego spojrzenia na rządzących (krótka scena zebrania rady), jak i bardzo krwawych scen przemocy (z wypadającymi wnętrznościami niczym z filmów Davida Cronenberga) czy wątków filozoficznych. „Akira” jest jednocześnie kameralna, ale też i widowiskowa. Zarówno pościgi motocyklowe czy kolejne odkrywane noce przez Tetsuo potrafią podkręcić adrenalinę oraz zachwycić realizacją. W szczególności finałowa konfrontacja z rozmachem godnym wysokobudżetowego kina, lecz finał może wywołać pewną dezorientację.

akira3

Jeszcze bardziej zadziwiający jest fakt, że cała animacja wygląda fantastycznie. Jest to animacja rysowana, dwuwymiarowa, czyli tzw. staraszkolna. Imponuje nie tylko ruchem i dynamiką, ale także dużym przywiązaniem do detali. Nie mam pojęcia jak to zostało zrobione, nie mogę jednak zakwestionować faktu, iż dzięki temu „Akira” godnie znosi próbę czasu. Nadal zachwyca swoją surową plastycznością, a mimo udziwnień oraz specyficznego klimatu warto się zmierzyć z tym klasykiem anime. Niesamowita wizja świata, znakomita realizacja oraz wciągająca fabuła tworzą niezapomniane doświadczenie, nawet dla osób nie będących fanami anime.

8/10

Radosław Ostrowski

Tron: Dziedzictwo

Pierwszy „TRON” był przełomowy pod względem technicznym filmem z prostą historią, ale opartą na szalonym pomyśle. Jak wiemy bohaterem był informatyk Kevin Flynn, który trafił do wnętrza komputera. Na szczęście wrócił do świata naszego i został szefem ENCOM-u. Ożenił się i starał się połączyć pracę z wychowaniem syna, Sama. Ale w 1988 roku mężczyzna wyrusza do pracy i… tyle go widziano. Po wielu latach Sam wyrasta na outsidera, który działa na poboczu firmy. Jednak jego spokojne życie zmienia się w momencie, gdy dzięki przyjacielowi ojca – Alanowi Bradleyowi dostaje wiadomość od ojca. Z biura jego dawnego salonu gier, który nie działa od zniknięcia Kevina. I korzystając z ukrytego komputera trafia do innego świata – Planszy. Lecz na miejscu sprawy bardzo mocno się komplikują.

tron2-1

Nie byłem przekonany do robieniu kontynuacji kultowego filmu Stevena Liesbergera. Zwłaszcza po tylu latach przez Disneya. Ale w 2010 roku sytuacja się zmieniła, a przed kamerą stanął debiutant Joseph Kosinski. Sama koncepcja – nawet jeśli bardzo znajoma – dawała spore pole do popisu. Tylko, że już wizja tego świata oraz jego znajome elementy (pojedynki na dyski, motocykle) nie robią aż tak wielkiego wrażenia jak w oryginale. I nie wiem, czy to wynika z szaro-burej kolorystyki, czy wykorzystywaniu ogranych szablonów (próba stworzenia idealnego świata, zakończone zdradą i tyranią, tworzenie armii, ojciec-mentor ze stoickim spokojem oraz strojem a’la Obi-Wan Kenobi) oraz dialogów tak banalnych, że aż bolą zęby. Brakuje tutaj jakiegoś powiewu świeżości, bo intryga jest bardzo znajoma i przewidywalna. Słowo nuda krążyło mi po głowie, a wszystko było mi totalnie obojętne.

tron2-2

Chociaż samo wkroczenie do nowego świata oraz pojedynek na dyski wyglądał porządnie, ale czegoś tu brakowało. Niby wizualnie jest na co zawiesić oko, a kilka scen akcji robi wrażenie (rzeźnia w klubie „End of Line”). Tylko, że przez to „Dziedzictwo” wydaje się efekciarską wydmuszką bez charakteru, co jest wielkim paradoksem. Sama muzyka Daft Punk to troszkę za mało.

tron2-3

Nawet nie ma tutaj zbyt wiele materiału dla aktorów do zagrania. Jeff Bridges wraca jako Flynn oraz stworzony przez niego program CLU (z komputerowo odmłodzoną twarzą aktora) broni się w swojej roli i nadal ma tą charyzmę. Ale jako CLU troszkę wygląda nienaturalnie jego twarz, przez co ogląda się dziwnie. Garret Hedlund w roli Sama jest po prostu ok, ale nic ponadto. Brakuje tej postaci czegoś więcej. Najlepiej pod tym względem wypada kradnący film Michael Sheen jako ekscentryczny Castor – właściciel klubu „End of Line”. Nie jest to duża rola, ale bardzo mocno zapada w pamięć. Tak samo jako Olivia Wilde wcielająca się w Quorrę, będącą twardą kobietą i jednocześnie ciągle zafascynowaną światem poza Planszą.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o „Tronie: Dziedzictwo”, ale to – moim zdaniem – kontynuacja kompletnie niepotrzebna i nieudanie próbująca żerować na sentymencie fanów oryginału. Nudny, szablonowy, pozbawiony własnej tożsamości oraz finezji.

5/10

Radosław Ostrowski

TRON

Ciężko jest wyobrazić sobie czas, że Disney nie był w stanie stworzyć czegoś ciekawego i skupiającego uwagę dużego grona widzów. To był przełom lat 70. i 80., czyli czas mroczny nawet dla animacji, które przenosiły straty. Jednym z jasnych świateł oraz prób przełamania tego stanu był nakręcony w 1982 roku „TRON”. Sam pomysł był tak intrygujący, że postanowiono zaryzykować.

tron1-1

Bohaterem jest Kevin Flynn – młoda programista komputerowy. Kiedyś pracował w dużej korporacji ENCOM, ale obecnie prowadzi salon gier video. Wszystko z powodu obecnego szefa korporacji, Eda Dillingera, który wykradł i przywłaszczył gry stworzone przez Flynna. Mężczyzna próbuje włamać się do komputera firmy, by znaleźć dowody, lecz każda próba kończy się klęską. W końcu razem z przyjaciółmi decyduje się włamać za pomocą terminala firmy. Tylko, że firmą niejako zamiast Dillingera steruje Główny Program Kontrolny – samorozwijająca się AI, niejako działająca niezależnie i zdolna do wszystkiego. Podczas tej próby włamu, Flynn zostaje „wessany” do wnętrza GPK i musi podjąć walkę o przetrwanie.

tron1-2

Może i historia wydaje się prosta, ale reżyser Steven Lisberger postawił tutaj na wizję świata wewnątrz komputera. Mimo prawie 40 lat na karku, wygląd tego świata jest imponujący. Wszystko za pomocą grafiki komputerowej oraz ręcznej animacji, scalonej w jeden system. Ale to miejsce bardziej przypomina kraj rządzony przez dyktatora. Tutaj wszystkie programy biorą udział w grach (m.in. kultowy wyścig cyklotronów), by zostać ostatecznie pokonane i wchłonięte przez GPK. Programy te, będące zmaterializowanymi bitami o ludzkiej budowie ciała mają twarze swoich twórców zwanych Użytkownikami. Oni są traktowani przez nich jak bogowie, wręcz wyzwoliciele, mogący o wiele więcej od nich. Cała ta otoczka oraz sam wygląd tego świata nadal robi piorunujące wrażenie. Tak jak wygląd pojazdów czy zdolności manipulacyjne Flynna w tym świecie.

tron1-3

Dla mnie jednak sporym problemem była fabuła. Nawet nie chodzi o to, że jest prosta, ale same postacie – poza Flynem (świetny jak zawsze Jeff Bridges) – nie są zbyt głęboko zarysowane i stanowią tylko tło dla głównego bohatera. Nawet sam Tron (program ochronny, który walczy w imię użytkowników) zostaje zepchnięty na drugi plan. Zaś sam świat wewnątrz komputera wydaje się troszkę pusty, ale to wynika z założeń twórców. W końcu to walka dobra ze złem, więc po co rozbudowywać to miejsce?

„TRON” przeszedł do historii ze względu na imponujące efekty specjalne, które bardzo dobrze znoszą próbę czasu. Historia może nie dorównuje warstwie technicznej, lecz jako doświadczenie samo w sobie jest niezapomniane.

7/10

Radosław Ostrowski

Kierunek: Noc

Lotnisko w Brukseli wygląda jak typowe lotnisko na świecie. Są samoloty, terminale, pasażerowie oraz załogi samolotów. Jeden z lotów ma wyruszyć do Moskwy i powoli schodzą ludzie na pokład. Sytuacja staje się dramatyczna, gdy na pokład wchodzi włoski wojskowy z karabinem w dłoni. Żąda jednej rzeczy: natychmiastowego startu ku zachodowi, inaczej wszyscy zginą. I to nie z jego ręki, tylko przez… wschód słońca.

kierunek noc1-2

Na pierwszy rzut oka „Kierunek: Noc” brzmi jak obraz ludzkości w czasie dokonującej się apokalipsy. Grupka ludzi, różnych narodowości, religii w jednym miejscu, gdzie postój może być bardzo krótki. Bo słońce zabije. Brzmi to niedorzecznie, ale to jest bardzo sensownie poprowadzone. Twórcy serialu z jednej strony muszą trzymać w napięciu, bo pojawiają się zderzenia charakterów oraz kolejne przeszkody do pokonania (zbieranie żywności, paliwa czy trudne decyzje związane z zostawieniem innych na pewną śmierć). A w takich sytuacjach często zachowanie człowieczeństwa nie jest łatwe, a instynkt przetrwania wydaje się być najważniejszy. W wielu momentach sytuacja staje się nerwowa, wręcz dramatyczna (ciężka niedyspozycja kapitana, zmuszonego do roli kapitana czy mający mieć w Moskwie operację chłopak z mukowiscydozą), przez co niemal ciągle czuć zagrożenie i niepewność. Widać tutaj skromny budżet oraz w zasadzie brak efektów specjalnych, jednak kilka scen potrafi mocno uderzyć (korytarz pełen zwłok w szpitalu czy bardzo intensywna, finałowa ucieczka) oraz podnieść adrenalinę.

kierunek noc1-3

Twórcy cały czas skupiają się na bohaterach, którzy są zderzeni z nienormalną sytuacją. Większość z nich jest ciekawie zarysowana, zaś kolejne odkrywane informacje zmuszają do weryfikacji swoich sympatii i antypatii. Włoski oficer NATO, matka Rosjanka z chorym dzieckiem, ochroniarz w zaawansowanym wieku, młoda wdowa z doświadczeniem pilota, starszy Rosjanin z czarnoskórą pielęgniarką, włoska influencerka, polski mechanik (członek załogi) czy bardzo opanowany i niezbyt rozmowny Turek. I to budowane tutaj relacje między nimi, zmieniające się układy stanowią esencję tego tytułu. Owszem, czasem pojawi się w dialogach pewien patos, jednak  twórcy nie walą tym po twarzy w hurtowych ilościach, nie ma łopoczącej flagi czy podniosłej muzyki. Może troszkę przeszkadzać zakończenie sugerujące ciąg dalszy oraz próbę rozwiązania tajemnicy.

kierunek noc1-1

By jeszcze bardziej wejść w „Kierunek: Noc” obsadzono mniej znanych aktorów. Chociaż nie, jest pewien znany polski aktor w ostatniej scenie, ale sami sprawdzicie kto to. Pewnym istotnym szczegółem jest fakt, że wielu z nich w swoich scenach mówi w swoim języku. Innymi słowy nie słyszymy tylko francuskiego, ale też rosyjski czy polski. Niby drobiazg, ale dodaje realizmu.

Powiem szczerze, że nie oczekiwałem wiele, a dostałem jeden z lepszych seriali Netflixa tego roku. Jest to przykład tego, że nie potrzeba znanych twarzy oraz dużych pieniędzy, by skupić uwagę widza. Mam bardzo silne przeczucie, że ciąg dalszy nastąpi.

8/10

Radosław Ostrowski

The First. Misja na Marsa

Wyobraźcie sobie przyszłość za nieco ponad 20 lat. Technologia jest na tyle spora, używając sztucznej inteligencji czy automatycznych samochodów. Więc czemu by nie wyruszyć na podbój Marsa? Zostaje podjęta misja Providence, z 5-osobową załogą na czele. Dowódcą miał być Tom Hagerty, lecz został zastąpiony. Po wystrzeleniu statku dochodzi do eksplozji, co zaskoczyło i zszokowało niemal wszystkich. Szefowa korporacji Vista, która finansowała oraz współpracowała z NASA, chce ruszyć kolejną ekspedycję za dwa lata. Tylko czy tym razem uda się uniknąć katastrofy oraz zyskać fundusze?

thefirst2

Beau Willimon stał się rozpoznawalny w świecie telewizji dzięki serialowi „House of Cards” (tylko do 4 serii). Po opuszczeniu pracy dla Netflixa zrealizował dla Hulu dramat SF. Wizja przyszłości jest zaskakująco przyziemna, a technologia jest tak naprawdę tylko dodatkiem. Nie jest najważniejsza, więc nie spodziewajcie się jakichś widowiskowych scen czy dynamicznej akcji. „The Frst” jest zaskakująco kameralnym dramatem, bardziej skupiającym się na astronautach. Na ich dylematach, rozterkach wynikających z misji oraz poświęceniu jaki trzeba dokonać. Zwłaszcza, że niemal każdy z przyszłych członków załogi ma lekko pomieszane życie. Nieudane relacje z córką, naznaczone traumą, ciągłe skupianie się na karierze, samotność, pogarszające się zdrowie – niemal każdy odcinek próbuje skupić na jednej z postaci. Są pewne momenty, gdzie potrafi to poruszyć oraz zaangażować (relacja Hagerty’ego z dorosłą córką-ćpunką czy wątek Sadie i jej małżeństwa).

thefirst3

Ale to, co może być – i przez pewien czas było – problemem jest forma. Nie mogę nic złego powiedzieć o zdjęciach, bo te potrafią zachwycić. Zarówno kiedy jest skupiony na detalach, jak i pokazuje krajobrazy jakby z filmów Terrence’a Malicka. A propos Mallicka – podczas tych rozbuchanych krajobrazów, w tle pojawiają się dialogi niemal patetyczne, przez co miałem nieprzyjemne skojarzenia z „Drzewem życia” (do tej pory nie obejrzałem do końca i nie obejrzę). Jakby mało było problemów, chronologia jest zaburzona, przez co czasem fabułę bardzo ciężko się śledzi. A w tle jeszcze mamy mieszankę americany (podniosła trąbka) z przemielonymi dźwiękami elektronicznymi. Schizofrenia wręcz namacalna. Rozumiem, że przez to wiele osób odbiło się, a serial został skasowany po pierwszej serii. Tym bardziej mnie to boli, iż miała być kontynuacja. Ale się nie dowiemy jak przebiegła ta misja.

thefirst1

Aktorsko jest tutaj bardzo solidnie. Swoją robotę wykonuje Sean Penn jako kapitan Hagerty, który zostaje nowym dowódcą misji kosmicznej. Próbuje ułożyć sobie relacje z córką (świetna Anna Jacoby-Heron), choć nad tym wszystkim przewija się cień matki/żony. Najlepiej wypadają w scenach kłótni, gdy postaci granej przez Penna puszczają nerwy. Równie kluczową postacią jest szefowa Visty prowadzona przez Natashę McElhone. Wydaje się być chłodna, bardzo opanowana i nie pozwalająca sobie na jakiekolwiek emocje, ale widać zaangażowanie w swoje przedsięwzięcia. Sami astronauci też wypadają dobrze, chociaż nie zawsze poznajemy ich bliżej, a największe wrażenie robi LisaGay Hamilton (Kayla Price, niedoszła dowódczyni misji) oraz Hannah Wire (Sadie).

thefirst4

Czy warto poświęcić czas „The First”? Jest to bardzo wymagający serial, który wiele razy testuje cierpliwość widza i miejscami skręca w pretensjonalne rewiry. Czuć jednak w tym wiele serca, a i realizacyjnie wygląda to bardzo porządnie. Jeśli szukacie w SF skupieniu się na ludziach, znajdziecie wiele.

7/10

Radosław Ostrowski

Undone – seria 1

Alma pozornie wydaje się młodą kobietą po 30-tce. Mieszka z chłopakiem pochodzącym z Indii, straciła słuch (korzysta z aparatu), nie przepada za nadopiekuńczą matką i nie chce stabilizacji. Jeszcze ma młodszą siostrę, która wychodzi za mąż za bogatego białasa. Czy wspomniałem, że Alma jest Meksykanką? Jakby tego było mało, jej ojciec zginął w wypadku samochodowym, gdy była jeszcze dzieckiem. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy kobieta ma wypadek samochodowy. Przed zderzeniem z ciężarówką na czerwonym, ukazał się przed oczami… jej ojciec i prosi ją o pomoc. Mężczyzna jest przekonany, że wypadek, w którym zginął, nie był tylko wypadkiem.

undone1-2

Jak to możliwe, że w Polsce Prime Video od Amazona nie jest tak popularne jak Netflix? Ich oryginalne produkcje nie są wcale gorsze od amerykańskiego potentata, też zdobywając nominacje do wielu prestiżowych nagród. Sam opis „Undune” sugeruje bardzo intrygującą historię, mieszającą wątek kryminalny z obyczajowym oraz… fantastyką. Bo jak inaczej potraktować możliwość zaginania czasu i przestrzeni? A jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia oraz mózg? Pod tym względem serial Raphaela Boba-Waksberga (tak, tego kolesia od „BoJacka Horsemana”) przypomina klimatem powieści Philipa K. Dicka. Jawa to czy sen? Naprawdę istniejemy w rzeczywistości, którą możemy zmieniać wolą umysłu czy mamy do czynienia z chorobą psychiczną? Ten pierwszy wariant brzmi zbyt pięknie, drugi jest przerażający. Co jest prawdą, a co jedynie wytworem zwichrowanego umysłu? Te pytania pojawiają się w głowie dopiero pod koniec oglądania, bo bardzo chciałem wierzyć Almie. Wszystko widzimy z jej perspektywy, więc musi mówić prawdę, no nie? Ciągle twórcy kombinują i do samego końca nie mamy jednoznacznej odpowiedzi.

undone1-1

Podróże w czasie, możliwość zmiany przestrzeni, kontakty z przodkami – niby wszystko tutaj ma swoje jakieś naukowe wytłumaczenie, ale nie brzmi to jak bełkot. Jest bardzo fascynujące i to wszystko podane jest w bardzo nietypowej formie. „Undone” to jest animacja, ale zrobione w technice rotoskopowej. Innymi słowy nakręcony materiał z żywymi aktorami zostaje ręcznie, klatka po klatce, kolorowane i wygląda jak rysowana kreska. To jeszcze bardziej wywołuje surrealistyczne doświadczenie na granicy jawy i snu. Stąd to skojarzenie z Dickiem czy zrobionymi w tej formie filmami Linklatera, pozwalając twórcom się pobawić. Najbardziej tą zabawę widać na początku, kiedy – tak jak bohaterka – jesteśmy zdezorientowani, chronologia jest zaburzona, zaś obraz powstaje tuż przed naszymi oczami. Ogarnięcie tego dla wielu osób może być barierą nie do przeskoczenia, ale poziom skomplikowania całej historii to tak naprawdę zasłona dymna. I nie bójcie się zaryzykować.

undone1-3

Aktorsko jest tutaj więcej niż bardzo dobrze, ale najważniejsze są tutaj dwie postacie, czyli Alma i jej ojciec. Pierwszą gra Rosa Salazar, która jest absolutnie fenomenalna i bardzo trudna do rozgryzienia. Z jednej strony bardzo wrażliwa, delikatna, z drugiej bardzo zdeterminowana, sarkastyczna oraz ironiczna. Zderzenie tych sprzecznych emocji nie gryzie się ze sobą, nawet jeśli używa tylko mowy ciała czy spojrzeń. Bardziej stonowany jest jej ojciec, w którego wciela się Bob Odenkirk. Wydaje się mocno stąpającym po ziemi naukowcem, nawet jeśli jego teorie brzmią wariacko, nie pokazującym emocji, zaś jego motywacja owiana jest tajemnicą. Dynamika tego duetu to najmocniejszy punkt tego serialu, przez co ogląda się go z takim zainteresowaniem.

undone1-4

Amazon już wcześniej ogłosił, że będzie druga seria „Undone”. Ja się z tego powodu cieszę, bo to jedna z najbardziej frapujących produkcji zeszłego roku, przepięknie wyglądająca oraz bardzo poruszającą historią. Dla fanów „BoJacka” oraz poszukiwaczy treści pozycja zdecydowanie obowiązkowa.

8/10

Radosław Ostrowski

Riddick

Nasz stary Riddick. Byłem już pewny, że nigdy więcej o nim nie usłyszę, iż został władcą Necromongerów. Jednak spokój i stabilność to coś, czego nasz bohater nie może być pewien. Po pięciu latach zostaje zdradzony i porzucony na rozpaloną planetę, która – miała być pierwotnie jego Furią – oraz zawiera równie paskudne monstra. Mężczyzna jest zdany tylko na siebie, klimat jest nieprzyjazny, ale udaje mu się znaleźć bazę należącą do najemników. Wysyła stamtąd sygnał i wkrótce pojawiają się dwa statki, kierowane przez różne ekipy.

riddick1

9 lat trzeba było czekać na nową część przygód Riddicka, choć mało kto wierzył w powrót łysego zabijaki z kocimi oczyma. Mniejszy budżet, brak wsparcia dużej wytwórni (tylko jako dystrybutor), ale ten sam scenarzysta oraz reżyser. „Riddick” to w pewnym sensie powrót do korzeni, czyli horror SF z mieszanką kina akcji. Niemal pierwsza połowa to Riddick kontra obca planeta, gdzie słów nie pada zbyt wiele. Poznajemy jak doszło do zdrady oraz powrót Riddicka do dzikości, brutalności, a także pewnej relacji ze zmutowanym psem. Wszystko toczy się powoli, nie brakuje napięcia, zaś surowa przyroda potęguje klimat niepewności. Kiedy na ekranie pojawiają się dwie drużyny najemników, klimat zaczyna się zmieniać i bliżej jest tutaj do… „Predatora”. Tylko, że tutaj Riddick robi za myśliwego, zaś najemnicy – choć stereotypowi – próbują ogarnąć całą sytuację. Co oczywiście im nie wychodzi, a ich liczba zaczyna spadać. Wracają podchody, nieufność, niejasne motywacje oraz poczucie tykającego czasu. Czy w tym całym porąbanym świecie jest jeszcze szansa na zachowanie człowieczeństwa? Te pytania padają między wierszami i są tak naprawdę tylko pretekstem dla jatki, wisielczego humoru oraz poczucia grozy.

riddick2

W zasadzie jest to spory skok jakościowy, zdjęcia oraz efekty specjalne prezentują się bardzo dobrze. Same zwierzaki oraz bestie prezentują się szczegółowy, animacja ich jest płynna. Technicznie się trudno przyczepić i nie czuć tutaj, że film powstał za niezbyt duże pieniądze. Szacunek. Problemem dla mnie jest wtórność i poczucie deja vu wobec części pierwszej. Jednak jest parę fajnych przerzutek, dostarczając frajdy. Plus mamy R-kę, czyli nie brakuje bluzgów oraz posoki. To jest to.

riddick3

Vin Diesel bardzo dobrze się odnajduje w roli Riddicka, mając tutaj o wiele więcej do pokazania. Wraca do swojego niejednoznacznego charakteru. Jest szorstki, cyniczny, niepozbawiony sprytu, działając kilka kroków do przodu. Nie jest pozbawiony ludzkich cech (początek filmu), ale bardzo mocno je w sobie tłumi. Bo instynkt przetrwania jest najważniejszy. Drugi plan jest tutaj ciekawy, gdzie każdy bohater – nawet stereotypowy – ma swoje pięć minut: od opanowanej ekipy Johnsa Sr (tu wybija się szef i jego prawa ręka Dahl) po bardziej narwanego Santanę.

„Riddick” przywraca reputację łysemu zabójcy z super wzrokiem. Po raz kolejny okazuje się, że Riddickowi bardziej pasuje walka o przetrwanie niż bycie zbawcą świata czy władcą czegokolwiek. Czuć pewną wtórność, ale reżyserowi udaje się utrzymać napięcie oraz zainteresować do końca. Niby jest otwarta furtka na kontynuację, lecz raczej nie spodziewałbym się jej zbyt szybko.

7/10

Radosław Ostrowski

Kroniki Riddicka

Trudno było zapomnieć kogoś takiego jak Richard Riddick. Zabójca oraz zbieg z więzienia po pięciu latach od ucieczki z planety pełnej potworów nadal jest ścigany. Porusza się po różnych planetach, lecz najemnicy oraz łowcy głów nie odpuszczają. Jednak tym razem sprawa jest o wiele poważniejsza. Na świecie pojawili się Necromongerzy, pochodzą z pod-wszechświata, są wojownikami niszczącymi planety, zaś ich mieszkańców albo zabijają, albo przekształcają na swoje podobieństwo. Czyli na pół-umarłych, zaś kieruje nimi bezwzględny Lord Marshal. Jedyną osobą, którą może go powstrzymać jest Riddick.

kroniki riddicka1

Po sukcesie „Pitch Black”, studio Universal postanowił uczynić Riddicka bohaterem franczyzy. Między pierwszą a drugą częścią pojawił się animowany sequel oraz dwie (bardzo dobre) gry komputerowe. „Kroniki” tym razem miały większy budżet, kategorię PG-13, zaś wśród reżyserów rozpatrywani byli tacy twórcy jak Alex Proyas, Guillermo del Toro czy David Cronenberg. Ostatecznie projekt zrealizował twórca oryginału, czyli David N. Twohy. Ale sama historia nie porwała tak bardzo jak w oryginale. Szanuję to, że postanowiono rozszerzyć świat, w którym przybywa Riddick, zaś sami Necromongerzy to intrygująca… rasa, sekta. Jak to cholerstwo nazwać? Nieważne zresztą. Ale większy rozmach (i czuć tą kasę, jaką władowano) powoduje, że Riddick dokonuje czegoś, co jest absolutnie niedopuszczalne. Zostaje zmieniony z antybohatera w zbawcę świata. A wszystko z powodu pewnej… przepowiedni, która doprowadziła do wymordowania wszystkich jego pobratymców. Że co k***a?

kroniki riddicka2

Jeśli myślicie, że większej bzdury się nie da wcisnąć, to… jesteście w błędzie. Nie brakuje tutaj knowań, mających na celu obalenie Lorda, wciśniętą na siłę niby romantyczną relację Riddicka z ocaloną dziewczyną z pierwszej części (tutaj też morduje ludzi i chce być jak Riddick), destrukcja i przemoc – jednak bez nadmiaru krwi, bluzgów. To wszystko kompletnie niszczy charakter groźnego, nieobliczalnego mordercy. Rozumiem, że chodziło o pokazanie innej twarzy tej postaci, lecz wywołuje to silny zgrzyt. Dodatkowo po obiecującym początku (do ucieczki Riddicka przed Lordem Marshalem), całość traci tempo oraz impet.

kroniki riddicka3

Żeby nie było, „Kroniki” mają kilka świetnych momentów (użycie kubka – bezcenne) i wygląda niesamowicie. Efekty specjalne świetnie znoszą próbę czasu, scenografia oraz kostiumy są imponujące, zaś muzyka ma ten space-operowy rozmach. Zdjęcia też prezentują się dobrze, a kilka scen akcji potrafi podnieść adrenalinkę. Tylko, że wszystko jest zabijane przez ugrzecznienie Riddicka, wjazd na patos i podniosłość.

kroniki riddicka4

No i nie za bardzo jest co grać. Diesel robi, co może i ma momenty, by wykazać się, lecz nie ma tego zbyt wiele. Nadal błyszczy i ma charyzmę, lecz staje się tutaj pionkiem bez możliwości decydowania o sobie. Oprócz niego najbardziej wybija się tutaj Karl Urban z Thandie Newton (Vaako i jego żona), będącymi odpowiednikami państwa Makbeth. Colm Feore jako główny antagonista radzi sobie nieźle, choć jego motywacja jest oklepana i szablonowa.

Niestety, „Kroniki Riddicka” to piękna wydmuszka, która przez większość czasu zostawia widza obojętnym. Komercyjna wpadka doprowadziła do zagrzebania oraz zniszczenia serii nim złapała rozpędu. I wtedy zdarzył się cud, ale o tym innym razem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Pitch Black

To miał być prosty lot, gdzie grupa miała wyruszyć na inną planetę. Jednak w trakcie ekspedycji dochodzi do jakiejś awarii i pojazd musi przymusowo lądować na nieznanym miejscu. Dochodzi do zderzenia, pojazd się nie nadaje do lotu, a wielu pasażerów zginęło, w tym kapitan. Wśród ocalonych jest szeryf Jones oraz przetrzymywany przez niego więzień Riddick. Planeta na której się znajduje okazuje się być niezbyt przyjazną przestrzenią, gdzie przebywają bardzo niebezpieczne monstra.

pitch black1

David N. Twohy to twórca intrygujący, pełniący głównie rolę scenarzysty. Napisał – lub współtworzył – fabuły do takich filmów jak „Czarnoksiężnik”, „Ścigany” czy „Impostor”. Próbował swoich sił jako reżyser, jednak mało kto słyszał o jego produkcjach. Wszystko zmienił rok 2000 oraz film „Pitch Black”. Na pierwszy rzut oka ten horror SF może wydawać się zmodyfikowaną wersją „Obcego” czy „Coś”. Jest garstka ludzi próbująca uciec przed monstrami, niby otwarta, lecz niezbyt przyjazna przestrzeń. No i nie wszyscy dożyją do końca. Powoli są odkrywane kolejne tajemnice związane z planetą, dochodzi do spięć w grupie, zaś jucha leje się mocno. Nadal wrażenie robią zdjęcia (sceny za dnia mają bardzo mocną kolorystykę, tak samo wykorzystywanie mroku nocą) oraz bardzo atmosferyczna, lekko orientalna muzyka, a efekty specjalne i wygląd kreatur godnie znosi próbę czasu.

pitch black2

Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że reżyserowi udaje się zbudować klimat grozy oraz poczucie izolacji. Wystarczy sam odgłos stworów, by zacząć się bać, a po drodze będzie parę niespodzianek. Czuć tutaj mały budżet, jednak jest on bardzo efektywnie wykorzystany. Nie ma tutaj zbyt wielu (wtedy) znanych aktorów, oprócz Keitha Davida jako Imama, głęboko religijnego muzułmanina. Jest jeszcze jedna rzecz, która wybija „Pitch Black” z grona klonów dzieła Ridleya Scotta. Jest to postać Richarda Riddicka zagrana przez Vina Diesla. Morderca, potrafiący widzieć po ciemku, nie jest zbyt rozmowny, ale kiedy mówi, potrafi skupić na siebie uwagę. To klasyczny antybohater, którego największą zaletą jest nieprzewidywalność. Nigdy nie możemy być całkowicie pewni, czy wymorduje resztę ekipy, czy ucieknie, czy zdradzi. A może ma w sobie bardzo głęboko stłumione resztki człowieczeństwa? To jedna z najbardziej zniuansowanych postaci w dorobku tego aktora, czego nigdy bym się nie spodziewał, w czym pomaga początkowe budowanie jego historii z ust Johnsa. Reszta obsady też się sprawdza dobrze, ze szczególnym wskazaniem na Radhę Mitchell (kapitan mimo woli) i Cole’a Hausera (Johns), ale to Riddick zostaje w pamięci na długo.

pitch black3

„Pitch Black” miało odpalić całą franczyzę związaną z postacią Riddicka i nie ma się co dziwić. To jedna z bardziej fascynujących postaci kina SF, który w horrorowym entourage’u sprawdza się znakomicie. Nawet jeśli czuć inspiracje kultowym „Obcym”, film stoi na własnych nogach, co nie jest zbyt częste.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatni samotnik

Graliście kiedyś w „Stalkera”? Szukacie jakiegoś filmu w podobnym klimacie? Pojawiła się pewna fanowska produkcja, która może tą lukę zapełnić. Akcja „Ostatniego samotnika” toczy się w terenie zwanym zoną. To radioaktywna przestrzeń w okolicy Czarnobyla powstała po wybuchu elektrowni atomowej. Na terenie pojawiła się duża, skażona przestrzeń, zmutowana przyroda, anomalie oraz naukowcy. Ale bohaterem jest Michał Szewczenko – młody chłopak, który wyrusza do niebezpiecznej strefy. Cel jest jeden: odnaleźć brata, który wyruszył tam i już nie wrócił.

ostatni samotnik1

„Ostatni samotnik” próbuje być mieszanką kina akcji oraz otoczką SF. Widać, że nie ma tutaj zbyt wielkiego budżetu, ale twórcy próbują maskować. Sama historia prowadzona jest za pomocą narracji z offu, co samo w sobie nie porywa tak bardzo. Jest prowadzona bardzo skokowo, nie pozwalając zbyt dokładnie wejść w ten cały świat. Mamy stałe elementy tego świata jak przechodzenie za pomocą śrubek, zmieniające się otoczenie, tajemniczy oddział najemników, stalkerzy. Dzieje się wiele, ale całość jest bardzo krótka. Są dziury fabularne, przeskoki na wątki poboczne, zaś zakończenie wydaje się urwane. Jest dość chaotycznie, fabuła nie porywa, ale to ma swój klimat.

ostatni samotnik2

Bardzo mnie zaskoczyła praca kamery oraz montaż. Zdjęcia są bardzo porządne, efekty specjalnie prezentują się więcej niż przyzwoicie. Jeszcze bardziej zadziwiło mnie wykonanie scen akcji, gdzie nie ma wielu cięć montażowych. Za to jest wiele slow motion, a wiele momentów jest wręcz urwane. Widoczne jest to niemal pod koniec i irytuje.

ostatni samotnik3

Jeśli chodzi o aktorstwo, mamy do czynienia z grupą naturszczyków oraz… artystów kabaretowych. A nie jest to komedia. Z tego grona najlepiej wypada Karol Kopiec jako szef najemników Gari. Bardzo opanowany, spokojny, ale w oczach widać wiele. Nie kłuje to aż tak mocno po uszach, niestety, z jednym wyjątkiem. Grający główną rolę Damian Ziembiński jest po prostu bardzo drewniany, doprowadzając moje uszy do bólu egzystencjalnego. To płaska postać, na której mi nie zależało, a motywacja była wręcz nudna.

Jest to fanowska produkcja, więc należało się spodziewać niezbyt wysokiej jakości. „Ostatni samotnik” jest średniakiem ze sporym, zmarnowanym potencjałem. Wielka szkoda.

5,5/10

Radosław Ostrowski