The Mandalorian – seria 1

„Gwiezdne wojny” – ile emocji wywołuje nadal ta marka, pozostaje dla mnie rzeczą niepojętą. Ostatnimi czasy dominują jednak emocje negatywne wokół tego cyklu. Mocno podzielił wszystkich „Ostatni Jedi”, a i ostatnia część sagi okazała się dla wielu sporym rozczarowaniem. Czyżby Disney nie miał kompletnie pomysłu na franczyzę, mając sobie za cel jak największe wyciśnięcie kasy z fanów? Oraz ciągłe obracanie się wokół znanych z poprzednich części wydarzeń, postaci oraz nostalgii? Przełamaniem tego wizerunku miał być zrealizowany dla (niestety, nieobecnej w Polsce) platformy Disney+. Stworzony i napisany (w sporej części) przez Jona Favreau „The Mandalorian” miał iść w zupełnie innym kierunku, z nowymi postaci oraz klimatem bardziej przypominać westerny czy filmy o samurajach. Czy udało się spełnić założenia?

mandalorian1-1

Akcja serialu toczy się między 6 a 7 częścią „Gwiezdnych wojen” i osadzona jest w bardziej odległych częściach galaktyki. Bohaterem zaś jest tytułowy Mandalorianin – noszący się w pełnym rynsztunku łowca nagród pracujący dla Gildii. Innymi słowy, klasyczny twardziel, co poluje na różnych bandziorów i z tego się utrzymuje. Jednak w obecnych czasach przedstawicieli tej grupy nie ma zbyt wielu, a i zleceń coraz mniej. Innymi słowy, obalenie Imperium nie przyniosło wszystkim wiele korzyści. Jednak nowe zlecenie może zmienić wiele, ale sprawa jest bardzo tajemnicza. Zlecenie jest ustne, klient jest bardzo tajemniczy, a o celu wiadomo tylko, gdzie przebywał ostatnio oraz ile ma lat.

mandalorian1-2

I muszę szczerze przyznać, że „Mandalorian” ma rozmach godny produkcji kinowej. Można odnieść wrażenie, że ktoś podzielił film na odcinki, a następnie wrzucił na mały ekran. Nie brakuje wręcz batalistycznych scen (finał 7 odcinka oraz cały 8), pościgów (Mando na tropie Javów) czy bardzo zaskakujących intryg (odbicie więźnia z kosmicznego statku). I kiedy wydaje nam się, że najważniejsza będzie nitka główna (tajemnicze zlecenie oraz postać, nazwana przez widzów Baby Yodą), twórcy zaczynają nas przenosić po różnych częściach kosmosu, a konstrukcja fabuły staje się epizodyczna. Te fragmenty wydają się dość nierówne (zwłaszcza odcinek 4 i 5), przez co odczuwa się znużenie, mimo krótkiego trwania odcinków (maksymalnie 45 minut). W tym miejscach albo historia jest średnio angażująca (wątek zlecenia na Tattoine), albo kompletnie nudna i po łebkach (obrona wioski przed bandytami jak w „7 wspaniałych”). Z tego grona najbardziej wybija się odcinek z odbiciem więźnia, serwując woltę oraz świetnie trzymając w napięciu aż do samego końca.

mandalorian1-3

Mimo tej nierówności tempa oraz narracji (co może wynikać z udziału kilku reżyserów, m.in. mocno odstającej od reszty Bryce Dallas Howard i Dave’a Filoni), czuć lekko westernowy vibe. Małomówny, tajemniczy protagonista (znakomity Pedro Pascal), którego przeszłość powoli odkrywamy w retrospekcjach, ogromne i różnorodne krajobrazy (od pustyni po wioskę koło wód i lasu). Jest nawet bójka w barze (pierwszy odcinek), zaś otwarty finał sugeruje znacznie ciekawszy drugi sezon.

mandalorian1-4

Równie dobre wrażenie robi aktorstwo, mimo faktu, że o postaciach nie dowiadujemy się zbyt wiele. Pedro Pascal jest absolutnie kapitalny w roli małomównego twardziela, cały czas obecnego w zbroi i masce, przez co emocje były wyczuwalne tylko za pomocą mowy ciała oraz samego głosu. Robi to bez zarzutu, a jego relacja z Baby Yodą to najmocniejszy punkt. Serial samą obecnością kradnie Werner Herzog w roli tajemniczego klienta z bardzo opanowanym, wręcz kojącym głosem oraz pewnością siebie, a także Taika Waititi jako droid IG-88 (momenty, gdy grozi autodestrukcją – perełki). Swoje trzy grosze dorzuca zadziorna Gina Carano (Cara Dune), twardy Carl Weathers (szef Gildii, Greef Carga) oraz świetny Nick Nolte (trzymający się z dala Kuill) czy budzący grozę swoją determinacją Giancarlo Esposito (Moff Gideon).

mandalorian1-5

Pierwszy sezon „Mandaloriana” to obietnica wielkiej przygody. Może jeszcze nie do końca spełniona, zostawia wiele zagadek, ale wygląda bardzo imponująco i okazale. Robi też jedną, istotną rzecz: przywraca nadzieję na odwiedzenie bogatszego świata Gwiezdnych wojen. Moc chyba wracać do Galaktyki.

8/10

Radosław Ostrowski

Diuna

Wielu przez lata próbowało przenieść na ekran powieść Franka Herberta z 1965 roku. najpierw w 1971 przymierzał się meksykański wizjoner Alejandro Jodorovsky, jednak nie udało mu się zebrać funduszy na realizację swojego szalonego pomysłu (film miał trwać 12 godzin!!!). W końcu prawa do ekranizacji nabył włoski producent Dino De Laurentiis i po odrzuceniu propozycji wyreżyserowania przez Ridleya Scotta na stołku reżyserskim trafił David Lynch. Z dzisiejszej perspektywy wybór ten może wydawać się absurdalny, a efekt… no, cóż. Powiedzmy, że dla fanów książek filmowa adaptacja nie spełniła ich oczekiwań, a w box office też poszedł na dno. Czy słusznie?

diuna1

Jest rok 10191. Wszechświatem rządzi Imperator Shaddam IV, a najcenniejszą substancją jest przyprawa zwana melanżem. I nie daje ona odporności na poimprezowego kaca, ani nie zmienia w króla parkietu. 😉 Narkotyk ten poszerza świadomość, przedłuża życie i jest jedynym sposobem na podróżowanie po kosmosie. Wydobywana na zlecenie Gildii Planetarnej znajduje się tylko na planecie Arrakis zwanej Diuną. Planetę dostaje w lenno książę Leto Atryda, jednak władca tak naprawdę chce wykorzystać sytuację do usunięcia lennika, który zaczyna stanowić dla niego zagrożenie. Wykorzystuje do tego celu pełniących dotychczasową rolę nadzorców ród Harkonnenów.

Osoby spodziewającego się klasycznego SF mogą poczuć się zdezorientowani zawiłą, polityczną intrygą oraz bardzo intrygującym światem. Wprowadzenie do tego świata trwa godzinę, zaś rzucane terminy (memtaci, zakon Bene Gennesit, Kwisatz Haderach, Fremeni, Czerwie) oraz galeria postaci jeszcze bardziej mieszają w głowie. I to powoduje, że całość należy oglądać w ogromnym skupieniu, by wiedzieć kto jest kim dla kogo, kto jest zdrajcą, kto komu służy. Bez znajomości powieści Herberta można bardzo łatwo się pogubić. Sytuację troszkę ratuje narracja z offu od księżniczki Irulany (śliczna Virginia Madsen) oraz dialogi wypowiadane spoza kadru przez bohaterów. Niemniej jednak od momentu przybycia Atrydów na Arrakis sprawa zaczyna się komplikować, by w połowie filmu (ucieczka Paula i lady Jessiki) sytuacja zaczynała nabierać jasności. Widać tutaj bardzo interesujące wątki jak kwestia przeznaczenia czy prób wejścia w konkretną rolę (motyw Mesjasza planety/nadnaturalnej istoty Kwisatz Haderacha) lub sterowania losami ludzi przez rodzenie dzieci konkretnej płci, ale to wszystko tylko nadbudowa do tego świata.

diuna3

Ale mimo tego chaosu oraz niezbyt jasnej narracji, „Diuna” potrafi zafascynować oraz intrygować. Sama wizja świata ma w sobie coś unikatowego oraz politycznych knowań, gdzie mamy walkę o władzę. Bo melanż jest tak cenny, że osoba posiadająca ją jest w stanie w zasadzie być istotnym graczem i wykorzystać do zmiany układu sił. Nadal wrażenie robi niesamowita strona wizualna z bardzo szczegółową scenografią oraz kostiumami. Pałac Imperatora, stroje Fremenów czy bardzo niepokojąca siedziba Harkonnenów zostają w pamięci na długo, budząc skojarzenia troszkę z pracami H.R. Gigera. Nie brakuje też onirycznych scen snów Paula, które mogą budzić skojarzenia z późniejszymi filmami Lyncha. Nawet efekty specjalne godnie znoszą próbę czasu, chociaż nie wszystkie (kuleją sceny z użyciem blue screenu czy niszczenia statków są tandetne). Także zakończenie wydaje się strasznie niedorzeczne, przez co wywołuje ono śmiech.

diuna4

Za to dobrze dobrano aktorów, którzy wywiązują się ze swoich zadań, bez względu na swoją ekranową obecność. W główną rolę, czyli Paula Atrydy wcielił się debiutujący na ekranie Kyle MacLachlan. I trzeba przyznać, że podołał zadaniu, niemal od początku kupując sympatię, z czasem nabierając sporej dawki charyzmy. Oprócz niego najbardziej wybija się przerysowany, lecz przerażający Kenneth McMillan w roli barona Harkonnena oraz bardzo eteryczna Francesca Annis (lady Jessica, matka Paula), tworząca bardzo opanowaną, ale i władczą kobietę z nieprzeciętnymi mocami. Nie brakuje też bardzo znajomych twarzy (m.in. Max von Sydow, Jurgen Prochnow, Brad Dourif czy Sean Young), ładnie uzupełniających pierwszy plan.

diuna2

„Diuna” była bardzo ambitnym projektem SF, do którego jeszcze próbowano wrócić w formie miniserialu. Teraz z dziełem Herberta zmierzy się Denis Villeneuve i czy podoła zadaniu? W międzyczasie warto wrócić do najdroższego filmu Lyncha, który – mimo niedoskonałości – intryguje i wygląda nadal zjawiskowo.

7/10

Radosław Ostrowski

Hellboy (2019)

Po dwóch częściach od Guillermo del Toro, fani Hellboya oczekiwali na część trzecią. Lata jednak mijały, a z planów nic nie wychodziło. Bo filmy meksykańskiego reżysera, choć wysoko cenione przez krytykę, nie przyciągnęły zbyt wielkiej widowni. Więc co postanowiono zrobić? Reboot, czyli lekko zmutowaną wersję pierwszej części. Tylko z R-ką i osadzony w Wielkiej Brytanii, zaś Czerwony stanie do najtrudniejszego zadania: powstrzymać Brexit. 😉

Ale bądźmy na chwilkę poważnie. Hellboy nie zna swojego pochodzenia, ale wie, że jest inny od reszty. Jego relacje z ojcem są bardzo napięte, a kolejne zlecenia coraz bardziej zaczynają go męczyć. No i niemal wszyscy chcą go sprzątnąć, gdyż – zgodnie z dawną przepowiednią – ma on doprowadzić do końca świata. I tego chce pochodząca z V wieku wiedźma zwana Królową Krwi, która została pocięta na kawałki przez samego króla Artura. Tak, tego króla Artura. Ktoś zaczął zbierać jej rozćwiartowane członki. No i nasz Czerwony będzie musiał dokonać wyboru.

hellboy3-1

Reżyser Neil Marshall kompletnie odcina się od poprzednich części i próbuje zaproponować swoją własną wizję. Wizję pełną krwi, rozpaćkanych ciał, paskudnych monstrów w CGI oraz rzucanych faków na prawo i lewo. A wszystko zrobione w bardzo kampowym stylu, gdzie wszystko na siłę jest dośmieszniane, fabuła jest jednym wielkim żartem. Zbyt lekki ton czyni całą tą opowieść nieangażującą, pozbawioną napięcia, gdzie niemal wszystkie problemy są rozwiązywane bardzo szybko. Niby są tu dylematy naszego bohatera, który nie należy za bardzo do żadnego ze światów i mierzący się ze swoim przeznaczeniem. Tylko, że to sprawia wrażenie troszkę ciała obcego, gryząc się z całą resztą. Zaś same wizje piekła czy dokonująca się apokalipsa są bardzo krótkie (parę minut) i bardzo gwałtownie ucięte. A sama R-ka wydaje się kompletnie niepotrzebna.

hellboy3-2

Kolorystycznie jest bardzo szaro-bury i pozbawiony własnego charakteru. Kilka scen niemal jeden do jeden przypomina sytuacje z pierwszego „Hellboya” (transformacja Czerwonego w demona), przez co miałem poczucie wtórności. Jest tutaj parę fajnych scen (walka z gigantami zrobiona w jednym ujęciu, konfrontacja w Tijuanie czy spotkanie z Babą Jagą w chatce na kurzej łapce) oraz odrobinkę dowcipnych tekstów. W tle gra jeszcze lekko rockowa muzyczka, nawet niezła, ale to jest za mało, by nazwać całość udaną.

hellboy3-3

Aktorsko najbardziej tutaj bronią się dwie kreacje, czyli Hellboy oraz profesor Broom. Pierwszego gra David Harbour, który wypada tutaj bardzo dobrze. Jest odpowiednio szorstki, cyniczny oraz ciętym twardzielem, mierzącym się z przeznaczeniem. Godnie zastępuje Rona Perlmana i stanowi najmocniejszy punkt całej obsady. W drugiego wciela się Ian McShane, który jest odpowiednio cięty, z bardzo szeroką wiedzą oraz troszkę dupek. Docinki między tą dwójką wypadają świetnie, ale reszta wypada zaledwie solidnie. Brakuje tutaj interakcji między resztą postaci a Hellboyem, co mogło wnieść całość na wyższy poziom. A Milla Jovovich jako główna antagonistka? Absolutnie przerysowana, przeszarżowana i sztuczna, a jej motywacja zwyczajnie nudzi.

hellboy3-4

Chłodny odbiór tej części doprowadził do tego, że cała franczyza ostatecznie poszła do piachu. Marshall tutaj mierzy się ze studiem, co do wizji filmu i nie mogę pozbyć się wrażenia, że w trakcie realizacji zmieniły się reguły gry. Kompletnie nudny, pozbawiony charakteru i z bardzo bzdurną intrygą. Totalne zaprzeczenie dobrego kina rozrywkowego.

4/10

Radosław Ostrowski

Hellboy: Złota armia

Wszyscy pamiętamy Hellboya vel Czerwonego? Kiedy w 2004 roku pojawił się po raz pierwszy na ekranie nie zgarnął zbyt wiele pieniędzy, choć opinie miał bardzo pozytywne. I kiedy wydawało się, że nie zobaczymy naszego demonicznego (anty)herosa – wytwórnia Columbia wycofała się – znaleziono nową wytwórnię, a Guillermo del Toro mógł spokojnie pracować nad kontynuacją.

I jeśli myśleliście, że syn Szatana będzie miał wolne oraz święty spokój, zapomnijcie. Ale tym razem przeciwnik będzie o wiele trudniejszy, bo to książę elfów, pragnący zniszczyć coraz bardziej chciwą oraz niszczącą świat ludzkość. By tego dokonać potrzebuje stworzonej przez swoich pobratymców Złotej Armii, która jest niezniszczalna, a do sterowania nią potrzebna jest specjalnie wykuta korona. Problem w tym, że między elfami a ludźmi jest zawarte przymierze, a korona została podzielona na trzy części. Jakby nasz heros miał mało problemów, dochodzi do coraz większych spięć między nim a Liz, zaś do komórki zostaje przydzielony nowy agent, który ma kontrolować Hellboya.

hellboy2-1

Z sequelami do filmów bohaterskich jest zazwyczaj tak, że nie mając już problemu w postaci bliższego pokazania korzeni protagonisty, można bliżej skupić się na relacjach czy bliższemu pokazaniu świata. Del Toro tym razem wyrusza ku bardziej baśniowym klimatom, znanym już choćby z „Labiryntu Fauna”. Ale jednocześnie bardziej jest tutaj zarysowany pewien dylemat wobec Hellboya – jest „innym”, wręcz nazywany potworem, a staje w obronie ludzi, którzy go nie znoszą, wręcz gardzą nim. Czy niejako zabijając istoty swojego rodzaju nie czyni tego świata uboższym? A może należało doprowadzić do zagłady ludzkości? To czyni naszego bohatera bardziej ludzkim, ale nie czyni z całości poważnego, napuszonego dramatu egzystencjalnego.

hellboy2-4

Bo drugi „Hellboy” to akcja oraz humor rozładowujący napięcie, przez co nie jest strasznie patetycznie oraz sztywno jak na pogrzebie (lub filmie Zacka Snydera 😉).Reżyser pomysłowo inscenizuje rozróbę (jak choćby walka z Drzewcem, książę zarzynający strażników ojca czy finałowa konfrontacja ze Złotą Armią w tle), zaś montaż nie wywołuje chaosu czy dezorientacji jak w przypadku drugiego „Blade’a”. Wykonane to jest lepiej, efekty specjalne i charakteryzacja jeszcze bardziej podnoszą poprzeczkę, tak jak design nowych postaci (Krauss z tym hełmem pełnym pary). Nadal położony jest nacisk na relację między bohaterami (Czerwony z Abem – kapitalna scena picia z Barrym Manilowem w tle!!! czy interakcje z Kraussem), przez co zwyczajnie na nich nam zależy, a stawka jest odczuwalna.

hellboy2-2

Aktorsko nadal starzy znajomi zachowują poziom, dostarczając masy frajdy. Ron Perlman, Doug Jones, Selma Blair po prostu pasują do swoich postaci znakomicie, a ten drugi w roli Abe’a pokazuje troszkę inne oblicze tej postaci. Z nowych osób, najbardziej wybija się Krauss obdarzony głosem Setha MacFarlaine’a. Pozornie wydaje się sztywnym służbistą, bardzo twardo trzymającym się przepisów i regulaminu, przez co może budzić antypatię. Niemniej trudno nie szanować go za profesjonalizm oraz finał, gdzie decyduje się postąpić niejako wbrew sobie. Intrygujący jest Luke Goss w roli księcia Nuali, któremu ciężko nie przyznać racji w kwestii oceny naszej rasy. Żądny zemsty wojownik, pragnący przywrócenia dawnej chwały elfom i niejednoznaczna w ocenie postać. Plus bardzo delikatna siostra, czyli Anna Walton.

hellboy2-3

Mało kto się spodziewał, ale drugi „Hellboy” przebiła poprzednika już na samym starcie. Wszystko jest lepsze, ciekawsze oraz bardziej intrygujące. Zakończenie raczej sugeruje zamknięcie historii i jakiekolwiek szanse na sequel są niewielkie. Bardzo dobre kino rozrywkowe.

8/10

Radosław Ostrowski

Hellboy

Był rok 1944, czyli czas wojny powoli dobiega końca. Naziści desperacko szukają rozwiązania, więc decydują się skorzystać z usług okultyzmu i magii. W Szkocji grupa pod wodzą Grigorija Rasputina próbuje otworzyć portal do drugiego świata, by wezwać istotę zdolną pokonać aliantów. Cała jednak operacja zostaje przerwana przez mały oddział żołnierzy amerykańskich oraz profesora Brooma. Po przebadaniu terenu okazuje się, że przez portal przeszła istota o wyglądzie diabła, z dużą niczym cegła ręką. Nazwany Hellboyem i wychowywany przez Blooma zostaje członkiem specjalnej komórki FBI zajmującej się zjawiskami paranormalnymi. 60 lat później ci, co przywołali bestię, będą chcieli dokończyć robotę i sprowadzić zagładę na ten świat.

hellboy1-1

Postać Hellboya na kartach komiksu stworzył Mike Mignola w 1994 roku dla firmy Dark Horse. Seria zdobyła sporą popularność, więc przeniesienie losów Czerwonego na duży ekran było tylko formalnością. Ta powstała dziesięć lat po debiucie komiksowym, a za kamerą stanął Guillermo del Toro. Powiedzmy to sobie wprost: „Hellboy” to origin story, gdzie poznajemy narodziny bohatera oraz jego otoczenie z perspektywy nowej postaci. Jest nią niejaki John Myers – świeżo upieczony agent FBI, który zostaje przydzielony Czerwonemu. Razem z nim poznajemy resztę członków Biura, ich relację oraz powoli odkrywamy plan głównych antagonistów. I trzeba przyznać, że ta historia potrafi zaciekawić, a wizualny styl reżysera pomaga w kreowaniu tej wizji.

hellboy1-3

Nadal wrażenie robi scenografia (siedziba Biura, sanktuarium Rasputina), a także odpowiednio wykorzystana kolorystyka. Mimo, że film ma kategorię wiekową PG-13, jest to kino mroczne i niepokojące. Każde wejście zabójczego Kroenera potrafi podnieść adrenalinę, zaś potyczki Hellboya z kolejnymi wcieleniami Sammaela (wyglądającego jak jedna z bestii Lovecrafta) są bardzo sprawnie zrealizowane i nie wywołują nudy. Ale największą zaletą jest fakt, że całość nie traktuje siebie zbyt poważnie, pozwalając sobie na sporo humoru i luzu. Troszkę złośliwego, cynicznego i pełnego dystansu, kłując balonik pełen patosu.

By jednak nie było słodko, jest parę problemów. Po pierwsze, historia jest bardzo przewidywalna. Po drugie, tworzony jest tutaj (troszkę na siłę) miłosny trójkąt między Czerwonym, jego dziewuchą Liz – podpalaczką – a Myersem, co z jednej strony wnosi troszkę humoru (Hellboy obserwujący parkę z ukrycia), ale samo w sobie wydaje się zbędnym wątkiem. No i po trzecie, sam Myers wydaje się niezbyt interesującą postacią. Wiem, że ma być niedoświadczonym, troszkę nieporadnym facetem, ale brakuje mu charyzmy i własnego charakteru.

hellboy1-2

Na szczęście reżyserowi udało się dobrać świetnych aktorów do tego przedsięwzięcia. Absolutnym strzałem w dziesiątkę jest Ron Perlman w roli tytułowej. Świetnie scharakteryzowany, bardziej przypomina cynicznych detektywów z czarnych kryminałów (chodzi w płaszczu, a jego spluwa to powiększony rewolwer), który robi to, co umie, bo nic lepszego nie potrafi. Największe wrażenie robi, gdy puszczają mu nerwy albo rzuca jakimś ciętym tekstem. Taki bardziej przyziemny heros. Wspiera go absolutnie wyborny Doug Jones w roli rybokształtnego Abe’a. Jest on bardziej opanowany i czerpiący wiedzę z książek oraz nadprzyrodzonych mocy (za pomocą dotyku odczytuje przeszłość), tworząc bardzo fajny duet z Czerwonym. Oprócz tego duetu jest demoniczny Karel Roden (Rasputin), bardzo delikatna Selma Blair (Liz Sherman) oraz będący figurą ojca John Hurt (profesor Broom).

hellboy1-4

Pierwszy „Hellboy” jest solidną adaptacją kina superbohaterskiego z elementami akcji i horroru. Odpowiednio mroczny, ze świetnie dobranymi aktorami oraz bardzo charakterystycznym stylem del Toro. Jednak to druga część okazuje się dziełem lepszym i bardziej wciągającym.

7/10

Radosław Ostrowski

Ja teraz kłamię

Wyobraźcie sobie takie show, gdzie wy jesteście osobami decydującymi. Konfesjonał Gwiazd – tutaj celebryci opowiadają o swoich rzeczach i grzechach, a w zamian dostają dużą kasę. I wy, widzowie, głosujecie telefonami: wierzycie im lub nie. Przed wami troje postaci: aktorka poruszająca się na wózku, reżyser nie mogący znaleźć zatrudnienia oraz piosenkarka po uzależnieniu od narkotyków. Prowadząca, ubrana w turban Kai, wierzy im, ale widownia nie. Od tego momentu poznajemy historię każdego z nich.

ja teraz klamie1

Reżyser Paweł Borowski wraca po 10 latach przerwy. Artysta-plastyk oraz felietonista tworzy tutaj bardzo odrealniony świat przyszłości z perspektywy tzw. wyższych sfer. Ludzi bogatych, pragnących sławy i uwielbienia takich szarych ludzi jak ty i ja. Ludzi podatnych na manipulację oraz oszustwo, bo przecież pragniemy sensacji, makabry oraz tragedii. Z kolejnymi wydarzeniami dostajemy kolejne informacje oraz tajemnice skrywane przez naszych bohaterów. Kolejne tajemnice, jakieś morderstwo, kłamstwa, pęknięcia oraz trzy relacje. Kto kłamie, kto mówi prawdę, kto manipuluje i steruje innymi? Niby nic nowego, ale reżyser robi wszystko, by tutaj pogmatwać, skomplikować oraz namieszać we łbie.

ja teraz klamie2

Najbardziej wybija się tutaj strona wizualna oraz osadzenie w retro-futurystycznej otoczce. Scenografia jest wręcz piorunująca, przypominająca klasyczne kino SF (komputery w kształcie lekko powiększonych maszyn do pisania, „pocztówki”, telewizory czy stare samochody). Także pozornie minimalistyczne studio Kai potrafi zaintrygować. Nie wspominam jeszcze o bardzo wyrazistych kostiumach czy bardzo staroświecko brzmiącej muzyce elektronicznej. Ale największą robotę wykonuje praca kamery Arka Tomiaka. I nie chodzi o pokazanie tej rozbuchanej wizji, lecz sztuczki związane ze zmianami perspektywy, co jeszcze bardziej podkręca tą rzeczywistość. Obłędna robota, jakiej na naszym podwórku zwyczajnie nie widziałem, chyba nigdy.

Problem mam jednak z samą fabułą – pozornie prostą i szczątkową, coraz bardziej komplikującą się. Tylko, że w połowie zacząłem podejrzewać jakąś grubymi nićmi szytą mistyfikację. Pokazywanie tych samych scen zaczyna robić się monotonne i nie prowadzi donikąd. Zaś samo rozwiązanie zagadki jest mało satysfakcjonujące i skręca w stronę jakiejś opery mydlanej. Chociaż może to też jest jakieś oszustwo (ostatnia scena), ale nawet wtedy rozczarowuje.

ja teraz klamie3

I nawet aktorstwo nie jest do końca wykorzystane, a wiele znanych twarzy (Więckiewicz, Chabior, Woronowicz, Dziędziel, Kulig) pełni tak naprawdę role epizodyczne. Z tego całego grona najbardziej wybijają się cztery kreacje, czyli Agata Buzek (prowadząca Kai z turbanem na głowie przypomina uważną korbę), Maja Ostaszewska (aktorka Celia), Rafał Maćkowiak (reżyser Matt) oraz Paulina Walendziak (piosenkarka Yvonne). Choć pozornie nie są za bardzo zarysowani, to cały ten kwartet wyciska ze swoich postaci wszystko, co się da.

ja teraz klamie4

Ciężko mi jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest oszałamiający wizualnie oraz ma świetną stylizację na retro-futuryzm, ale z drugiej wydaje się troszkę wydmuszką i niewykorzystującym potencjał całej obsady. Nie mniej jest to jeden z bardziej intrygujących polskich filmów SF.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Re-Animator

Wszystko zaczyna się na uniwersytecie w Zurichu, gdzie studiował niejaki Herbert West pod okiem dr Hansa Grubera. Niestety, studencik zostaje wyrzucony z uczelni za… zabicie swojego pryncypała. I tak nasz bohater trafia do szpitala w Arkham, gdzie jednym ze studentów jest niejaki Daniel Cain – lubiany, pracowity i szanowany facet. A jego dziewczyną jest córka dziekana, co jest trzymane mocno w tajemnicy. Ale nasz poczciwina będzie miał pecha, bo to West zostanie jego współlokatorem. Ten zaczyna się brać do roboty ze swoim specyfikiem, co wskrzesza ludzi.

reanimator1

Może i opis zapowiada makabryczną wersję „Frankensteina”, ale reżyser Stuart Gordon nie traktuje tego wszystkiego poważnie. Ta adaptacja opowiadania H.P. Lovecrafta jest czarną komedią, będącą wariacją ponadczasowej historii Mary Shelley. Z tą różnicą, że wszystkie wskrzeszone osoby okazują się zombie. Przynajmniej na początku: od kota po dziekana, bo nie tylko West ma obsesję na punkcie wskrzeszania. Jednak fabułka jest bardzo szczątkowa. Jest romantyczna relacja między Cainem a córką dziekana, mający obsesję na punkcie wskrzeszania West oraz żądnego sławy dr Hilla. Czarna komedia, która dla mnie kompletnie nie działała. Ani pokręcony West (dobrze pasujący do roli Jeffrey Combs), ani cała sytuacja ze wskrzeszanie nie wywołała we mnie żadnego śmiechu. Może poza wariackim finałem, gdzie dochodzi do konfrontacji między Hillem (kradnący film David Hill) a Westem, gdy cały plan wydaje się sypać. Jeszcze pojawia się bardzo niepokojące zakończenie, pozostawiające furtkę na ciąg dalszy.

reanimator2

Nawet to nieźle wygląda, tylko kompletnie mnie to nie interesowało. „Re-Animator” mnie wynudził, a powstała późniejsza „Martwica mózgu” wydaje się bardziej zwarta treściowo i wiele zabawniejsza. Ale może fakt, że film Jacksona widziałem wcześniej wypaczył moją ocenę.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Śmiertelny rejs

Gdzieś na otwartym morzu płynie Argonautica – statek wycieczkowy w swój pierwszy rejs. Trwa akurat sztorm i burza, więc warunki nie za dobre. Do tego dochodzi do gigantycznej awarii, przez co nie ma szans na ratunek. Mało nieszczęść? Dołóżmy do tego atak tajemniczych monstrów plus wejście grupki najemników na pirackim statku, dowodzonym przez Flanagana. A na statku jest jeszcze czarująca złodziejka, która została przyłapana na gorącym uczynku.

smiertelny rejs1

Jak możecie wywnioskować po fabule, nakręcony w 1998 roku film Stephena Sommersa to B-klasowy film grozy zmieszany z kinem akcji. Tylko, że zrobionym za duże pieniądze jak na tamte czasy (ponad 50 milionów dolców). Fabuła nie jest specjalnie zaskakująca ani skomplikowana, czyli grupka ludzi w odizolowanej przestrzeni walczy z paskudnym monstrum. Jeśli kojarzy wam się to z „Obcym” (zwłaszcza częścią drugą), to powinniście poczuć się jak w domu. Tylko, że zamiast Ellen Ripley oraz komandosów, są chciwi najemnicy oraz lekko łobuzerski Flanagan. Czyli taki współczesny Han Solo, chcący szybkiego zarobku i nie zadaje pytań o nic. Intryga wydaje się mieć drugie dno (innymi słowy chodzi tylko o hajs), ekipa zaczyna coraz bardziej się wykruszać – spryt i giwery nie wystarczą do pokonania paskud. Tylko, czemu o tych istotach opowiada właściciel statku, a nie jakiś naukowiec obecny na statku? Niby pierdoła, lecz takie drobiazgi troszkę psują frajdę. Są drobne bzdury w rodzaju krzyczenia pod wodą czy dość przewidywalny zdrajca w grupie, ale nikt nie miał tutaj większych ambicji niż dostarczanie rozrywki.

smiertelny rejs2

Sama akcja jest poprowadzona sprawnie, a kilka scen (ucieczka na skuterze w finale czy ciągłe bieganie w środkowej części) potrafią ekscytować. Stricte horroru tu nie ma, bo jest monstrum – w bardzo paskudnych efektach specjalnych (znaczy się brzydko zestarzał) – z mackami. A te połykają ludzi żywcem, zostawiając po sobie morze krwi. Jest brutalnie, a scena z pozostawionymi szkieletami w magazynie robi piorunujące wrażenie. Jeszcze pozostaje finał, mogący sugerować ciąg dalszy. Ale poległ w kinach, więc nic z tego nie wyszło. Ale i zdjęcia czy scenografia także robią wrażenie, tak jak muzyka Jerry’ego Goldsmitha.

smiertelny rejs4

Nie ma tutaj jakiś wielkich gwiazd w tym przedsięwzięciu, choć parę znajomych twarzy się tu pojawia. Flanagan ma tutaj aparycję Treata Williamsa, który swoją rolę traktuje z dużym dystansem i ma taki błysk awanturnika w oczach. Drugim najmocniejszym punktem jest trzymający poziom Wes Studi w roli szefa najemników, będącym opanowanym profesjonalistą. Troszkę humoru dodaje Kevin J. O’Connor (mechanik Pantucci), oko przyciąga Famke Janssen (złodziejka Trillian), zaś z grupy najemników najbardziej wybija się lekko nerwowy Jason Flemyng (Mulligan).

smiertelny rejs3

„Śmiertelny rejs” może i jest kalką klasycznych horrorów, niemniej jest tego w pełni świadomy. Bardzo lekka rozrywka, zrobiona bardzo porządnie, czego po filmie klasy B nie jest częste. Może nie jest to najlepszy film klasy B, lecz swoje zadanie wykonuje bez zarzutu.

6/10

Radosław Ostrowski

Śmierć nadejdzie dziś 2

Kiedy usłyszałem o planie kontynuacji „Śmierć nadejdzie dziś” byłem więcej niż sceptyczny. No bo pętla wobec Tree została przerwana, morderca zabity, więc co należałoby wymyślić do stworzenia tej kontynuacji? I pozornie reżyser Christopher Landon znajduje wyjście, choć pierwsze paręnaście minut wydaje się prostym pomysłem przeniesienia pętli na kogoś innego. Ale jednak po kolei.

smierc nadejdzie dzis 2-2

Na początku bohaterem jest jeden ze studentów, Azjata Ryan. Razem z kumplami stworzył maszynę zwaną Suzi – reaktor kwantowy. Po samoczynnym wystrzeleniu wynalazku, który doprowadza do paru zniszczeń dziekan zamyka projekt. A potem chłopak zostaje zamordowany przez gościa z maską bobasa. I budzi się tego samego dnia, czyli 19 września. Ryan opowiada Carterowi i Tree, co się stało, a dziewczyna (co sama przeżyła czasową pętlę) decydują się mu pomóc. Udaje się schwytać mordercę, którym jest… Ryan z innego wymiaru. Ten mówi, że trzeba zabić swojego dublera, bo inaczej pętla się nie zamknie. Przestraszony oryginał odpala Suzi, co doprowadza do sytuacji, że Tree… budzi się 18 września. Czyli wraca do sytuacji z pierwszej części, tylko że… w innym wymiarze.

smierc nadejdzie dzis 2-1

Jeśli oczekujecie więcej horroru (a dokładnie slasherowej wersji „Dnia świstaka” 2.0), to nie macie czego szukać. Nadal jest to samoświadoma czarna komedia, gdzie widzimy dość zaskakujące i rozbrajające momenty zgonów Tree. Tylko, że nadbudowa przypomina jeden odcinek „Teorii wielkiego podrywu”, gdzie grupka nerdów próbuje naszej bohaterce wrócić do swojego wymiaru. Czyli taki uwspółcześniony „Powrót do przyszłości 2”. Niby jesteśmy u siebie, lecz pewne elementy są tutaj inaczej poprowadzone. Wracają stare elementy (morderca w masce, zbrodniarz w szpitalu i starzy znajomi), jednak klocki są tutaj inaczej poukładane, co daje pewnej świeżości. Nadal mamy tutaj fajnie poprowadzone napięcie (wariacje scen w szpitalu czy pulsujący), nie brakuje paru niespodzianek oraz wolt.

Jednocześnie mamy przebijające się pytanie o możliwość wyboru między przeszłością a teraźniejszością. Czy chcielibyście jeszcze raz spotkać osoby zmarłe w wersji żywej, ale w nie swoim życiu, czy może jednak żyć tak jak jest? Ale to jest przede wszystkim dobra rozrywka i takie refleksje są niejako mimo woli rzucane.

smierc nadejdzie dzis 2-3

Dawno się nie uśmiałem na horrorze i to w sposób zamierzony. Bohaterowie nadal są sympatyczni i fajnie zagrani ze świetną Jessicą Rothe na czele, zaś finałowa scena po napisach sugeruje ciąg dalszy. Ten sequel idzie w zupełnie innym kierunku niż można się było spodziewać i to dla mnie plus. Jest lepiej poprowadzony, śmieszy oraz sama historia jest ciekawsza.

7/10

Radosław Ostrowski

Rebelia

Było już wiele filmów o inwazji kosmitów na Ziemię. Jednak tym razem cała akcja została poprowadzona w sposób pokojowy, czyli politycy postanowili skapitulować i oddać świat (przynajmniej tak zrobili Amerykanie) w pakowanie istot zwanych złośliwie karaluchami. Wszystkie miasta zostały otoczone murem, kosmici zneutralizowani system komputerowy (zagłuszanie sieci), panuje permanentna inwigilacja, a za wiele zbrodni grozi deportacja na obcą planetę. Dziewięć lat po pierwszym kontakcie w Chicago planowany jest zamach terrorystyczny przez ruch oporu zwany Feniksem. Już wcześniej próbowano dokonać zamachu, który zakończył się klęską oraz kompletnym zniszczeniem w pył powierzchni Wicker Park. Organizację próbuje wytropić oficer policji William Mulligan, a do tego celu chce wykorzystać brata zmarłego członka grupy. Tylko, że Gabriel chce uciec z tego miasta.

captive state1

Film Ruperta Wyatta, mimo skromnych środków, poległ w kinach nie zwracając nawet połowy budżetu. Czyżby to był aż tak słaby film, czy może marketing był tak słaby, że nie wiadomo było czym tak naprawdę jest „Rebelia”. Nie jest to klasycznie rozumiane SF, bo technologia jest tutaj praktycznie niewykorzystywana, zaś sami Obcy pojawiają się bardzo rzadko. Bardziej to przypomina kryminał, gdzie mamy tutaj śledzenie, tropienie oraz infiltrację. Dlatego nie ma tutaj efektownej akcji, popisów efektów specjalnych, a wszystko wydaje się bardzo dziwnie znajome. Wszystko utrzymane jest w klimacie kina noir, pełnym szarości, brudu oraz pewnej beznadziei. Sama intryga jest prowadzona w sposób bardzo spokojny i wyważony, ale wymaga bardzo uważnego skupienia, bo można się pogubić w tym wszystkim. Przez większość filmu obserwujemy przygotowania do realizacji zamachu, obserwując całą mechanikę funkcjonowania ruchu oporu: od sposobu komunikacji przez oszukiwanie systemu inwigilacji (wszczepione implanty).

captive state3

Ta konspiracja naprawdę działa, zaś sam przebieg oraz konsekwencje całego zamachu potrafią zaangażować, mimo faktu, że główni bohaterowie zostają zepchnięci na daleki plan. I to mnie bardzo bolało, jakby twórcy sobie o tych postaciach przypominają pod koniec (znaczy przez ostatnie 40 minut). Mam też wrażenie, że cały ten społeczny podział mógł zostać o wiele bardziej zarysowany, bo przez większość czasu jestem w dzielnicach biedoty. Praktycznie nie jesteśmy w prywatnych mieszkaniach osób u władzy. Sama scenografia pomaga w budowaniu klimatu, rzadko wykorzystując technologiczne cuda wianki (może poza dronami oraz dziwacznymi statkami w kształcie kamieni). A w tle gra bardzo pulsująca elektronika, co pomaga w budowie niepokojącego klimatu. Tak samo jak bardzo zaskakujący finał.

captive state4

Aktorsko dominują tutaj mniej znane przeze mnie twarze, przez co dodają tego klimatu. Ale prawdę mówiąc najważniejsze są dwie postacie: gliniarza Mulligana oraz Gabriela Drummonda. Pierwszego gra niezawodny John Goodman, który wydaje się bardzo zblazowany, wręcz emanujący spokojem (co słychać w głosie), ale jednocześnie wydaje się bardzo śliskim stróżem prawa. Niemniej pod tą postacią skrywa się coś więcej, jednak to wymaga obejrzenia całości do samego końca. Drugim bohaterem jest Gabriel w wykonaniu Ashtona Sandersa, który jest bardzo wycofanym bohaterem i niejako wbrew sobie zostaje wplątany w całą intrygę. I ta postać potrafi wzbudzić sympatię, mimo niewielkiego czasu na ekranie. Poza nimi na drugim planie mamy tak rozpoznawalne twarze jak Vera Farmiga (prostytutka Jane Doe), Jamesa Ransome’a (Patrick Ellison) czy rapera MGK’a (drobny epizod Jurgisa).

captive state2

Warto dać szansę „Rebelii”, bo widać bardzo inne podejście w kwestii opowieści o inwazji kosmitów oraz ich pobycie na Ziemi. Bardziej stonowany wizualnie, z bardzo brudnym klimatem oraz nieoczywistym zakończeniem. Kawał bardzo porządnego kina.

7/10

Radosław Ostrowski