Predator

Kto nie pamięta Predatora? Ten kosmiczny przybysz, specjalizujący się w polowaniu, mordowaniu istot, którym wyrywa kręgosłupy. No i jest ostrym, bezwzględnym sukinsynem. Pierwsza część zrobiona przez Johna McTiernana to otoczony wielkim kultem klasyk, będący mieszanką kina akcji z horrorem SF. Potem kolejne części mocno osłabiły całą serię, która jest już dawno zaorana, pozamiatana i niemal uznana za martwą. Teraz postanowił do niej wrócić Shane Black – ceniony (przynajmniej przeze mnie) scenarzysta i reżyser, który grał w pierwszym „Predatorze” jako Hawkins. No i zginął pierwszy. Teraz przyszedł czas zapłaty. 🙂

Ku mojemu zdumieniu, nowy film Blacka to… sequel franczyzy, mocno czerpiący z poprzednich części. Naszym głównym herosem jest Quinn McKenna – snajper, który wyrusza do Meksyku z zadaniem odbicia zakładników z ręki kartelu narkotykowego. Jednak cały plan idzie w pizdu, gdyż wkrótce rozbija się statek kosmiczny. Mężczyzna odnajduje troszkę sprzętu niejakiego Predatora i decyduje się wysłać te cacka jako paczkę do swojej rodziny (żona oraz syn z autyzmem), z którą jest w separacji. Na jego nieszczęście syn uruchamia i zaczyna bawić się tym, doprowadzając do pojawienia się kolejnego Predzia, który wziął więcej koksu niż wszyscy przypakowani twardziele kina akcji razem wzięci. To oznacza jedno: wielkie kłopoty.

predator_20181

Szczerze mówiąc, nikt nie był pewny, co z tym wszystkim można jeszcze zrobić. A reżyser postanowił się troszkę tym uniwersum pobawić. Mamy tu klasyczne elementy franczyzy z różnych części. Jest obowiązkowy Predator, czyli kosmiczny bydlak z wypasionym sprzętem zdolnym do mordowania i likwidowania swoich przeciwników, że głowa mała. I ten design nadal się świetnie trzyma, chociaż – spojler – Predzio dość szybko ginie, przez jeszcze bardziej przykokszonego SuperDuperPredatora. Jest tej tajny agent oraz spore laboratorium, badające technologię kosmicznego łowcy, gdzie dołącza pani biolog. No i jeszcze przypadkowo zbieranina wojaków z lekko odchyloną psychiką pod wodzą Quinna. Do tego jeszcze zostaje wplątany syn żołnierza, który ma spektrum autyzmu (co jak się okaże, jest dość istotne dla intrygi) i mamy dość spory bigos, w którym ciężko się połapać.

predator_20182

Zresztą sam Black komplikuje wszystko zmieniając wiele niemal kanonicznych kwestii (motywacje Predatorów) oraz robiąc z tego… komedię polaną sosem z horroru akcji. Reżyser znany był z tworzenia opowieści pełnych czarnego humoru, jednak tutaj wszystko jest obrane w żart. O ile jeszcze w przypadku naszej wariackiej ekipy, byłbym w stanie to zrozumieć, bo to wariaci, czubki i świry. Ale w przypadku głównego ludzkiego antagonisty, który podchodzi do sprawy zbyt luzacko, jest to niedopuszczalne. Przez to pajacowanie i śmichy hihy kompletnie nie czuć napięcia, a postacie praktycznie mnie nie obchodziły. Oprócz tego, że są bardzo słabo zarysowane (troszkę wojacy są pogłębieni, ale bez przesady), to ich ewolucja bywa wręcz niewiarygodna (pani biolog z wystraszonej kobiety zmienia się w twardego niczym Rambo superstrzelca – jak wiadomo na lekcjach biologii strzelanie to podstawa). Bzdura pogania tutaj bzdurę, akcja zasuwa jak szalona, zaś sens i logika postanowiły zrobić sobie wolne.

predator_20183

Żeby jednak cesarzowi, co cesarskie, są pewnie plusy tego dzieła. Po pierwsze, Black fetyszyzuje tytułowego bohatera oraz jego ekwipunek. Po drugie, nie brakuje odniesień do klasycznego „Predatora” (włącznie z finałową konfrontacją w lesie), co może wywoływać sentyment fanów starego dzieła. Po trzecie, jest krwawo i brutalnie, a sama akcja wygląda naprawdę porządnie. Także jest chemia między naszą pokręconą ekipą żołdaków, która z każdą sekundą zaczyna nabierać kolorytów (najbardziej zapada w pamięć niejaki Nebraska „Gaylord” Williams oraz pokręcony duet Coyle-Baxley). I nawet ten humor miejscami potrafi trafić, dostarczając sporo śmiechu.

Ciężko mi ocenić to, co odpierdolił tutaj Shane Black. Z jednej strony potrafi dostarczyć odmóżdżającej rozrywki, ale z drugiej to nie takiego „Predatora” się spodziewałem. Niby jest krwawo i brutalnie, ale zbyt śmiesznie i niepoważnie, przez co nie czuć napięcia ani zagrożenia. Dobrze się to ogląda, jednak nie jest to tak fajny film, jaki mógłby powstać. Mimo niezłej oceny, to jeden z największych rozczarowań tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Power Rangers

Lata 90., czyli czas mojej młodości. Jak się było dzieciakiem, oglądało się różne (niekoniecznie mądre) produkcje na małym ekranie, którymi wtedy bardzo się jarałem. A jedną z tych rzeczy było pokazywane na Polsacie „Power Rangers”. Z dzisiejszej perspektywy wygląda to co najmniej koszmarnie, fabuła jest pretekstowa, a sceny bijatyk – Jezus Maria. Jednak w zeszłym roku postanowiono wskrzesić tą markę w formie fabularnego filmu (już raz w latach 90. podjęto taką próbę). Ktoś mógłby powiedzieć, że to nie ma sensu i jest jedynie haczykiem dla takich widzów, co serial pamiętają.

Sam fabuła jest bardzo prosta i skupia się na piątce nastolatków, co trafili do kozy (prawie jak w „Klubie winowajców”). Mamy chłopaka, dające się podpuszczać na najbardziej idiotyczne numery, dzieciaka z autyzmem, outsiderkę (świeżak), troszkę krnąbrnego Azjatę oraz dość złośliwą dziewuchę. Przypadkiem znajdują w opuszczonej kopalni znajdują monety oraz ukryty statek. A tam jest niejaki Zordon, z małym robotem i krąży po okolicy Rita – reszty możecie się domyślić.

power_rangers1

Powiem szczerze, gdy usłyszałem o tym przedsięwzięciu nie wiedziałem, czego oczekiwać, spodziewać się. Tandetnej, kiczowatej bzdury czy może jednak jakiegoś totalnego restartu? I reżyser Dean Israelite próbuje ugryźć ten materiał z innej strony. Po pierwsze, to origin story opowiadający o tym, jak nasi bohaterowie uczą się korzystania ze swoich mocy oraz współpracy. Dlatego przez lwią część filmu twórcy skupiają się na interakcji między przyszłymi wojownikami, ich problemach z jakimi muszą się zmierzyć. To było dla mnie największą niespodzianką, a sama naparzanka zostaje rzucona niemal na sam koniec, co wielu może bardzo rozczarować. Jednak jak już do scen akcji dochodzi, wyglądają więcej niż ładnie, są w miarę czytelne (finałowe starcie troszkę mi przypominało… „Pacific Rim” – tylko troszkę biedniejsze), chociaż efekty specjalne mogłyby być lepsze (jacyś skamieniali kitowcy – co to ma być?).

power_rangers2

Mimo pewnej powagi, nie jest to film kompletnie zrobiony serio. Twórcy są w pełni świadomi, z czym mają do czynienia i nie zapominają o „klasycznych” elementach tej produkcji (kitowcy, mechy Rangersów, „Go, Go, Power Rangers”), jednak nie robią z tego kompletnej wiochy czy strasznego kiczu. W końcu to nie jest szekspirowski dramat, ale całkiem przyzwoita historia, chociaż nie wszyscy Rangersi dostali tyle samo czasu na zarysowanie swoich charakterów (dominuje tutaj Jason oraz Billy). Ale o dziwo, bardzo mi zależało na tych bohaterach i kibicowałem im.

Jeszcze bardziej mnie zaskoczył fakt, że w rolach głównych obsadzono kompletnie nieznanych aktorów (w każdym razie mi nieznanych), którzy są przekonujący w swoich kreacjach. Serducho skradł kompletnie RJ Cyler jako autystyczny (!!!) Billy. Z jednej strony jego zachowanie bywało źródłem humoru, z drugiej ma parę poważnych scen wynikających z reakcji otoczenia na jego przypadłość. Podobnie wybijał się Debre Montgomery (Jason), powoli wyrastający na frontmana grupy. Najbardziej rozpoznawalnymi osobami są trzy. Po pierwsze: Elizabeth Banks jako Rita jest kompletnie nie do rozróżnienia i świetnie balansuje między zgrywą a powagą, tworząc bardzo wyrazisty czarny charakter. Po drugie: Bryan Cranston, który już wcześniej uczestniczył w tej franczyzie, teraz wraca jako Zordon, próbującym być kimś w roli mentora i radzi sobie naprawdę nieźle. No i po trzecie: Bill Hader użyczający głosu Alpha 5, dodając odrobinkę luzu.

power_rangers3

Szczerze mówiąc nie wierzyłem w ten projekt, ale film okazał się bardzo solidnym origin story z szansą na kolejne części. Może nie jest niczym zaskakującym w dobie kina superbohaterskiego (które ostatnio mocno się rozpanoszyło i nie zamierza odpuścić), jednak bardzo sympatycznie spędza się czas. A może to sentyment tak zaburzył moją percepcję?

6/10

Radosław Ostrowski

Oni żyją

Wszystko zaczyna się jak w klasycznym westernie: pojawia się przybysz znikąd do wielkiego miasta. Nie chodzi mu o wiele: szuka pracy, która została mu odebrana, a całe życie ma w dość sporym plecaku, jaki nosi ze sobą. Wszystko przebiega bardzo spokojnie, nawet znajduje lokum w dużym obozie. Ale wszystko się zmienia z powodu pewnego nawiedzonego kaznodziei oraz dziwnym informacjom z telewizji, które są zagłuszane. Jeszcze są te tajemnicze okulary, po założeniu których świat wygląda jakoś dziwacznie.

oni_zyja1

To był jeden z pierwszych filmów Johna Carpentera jakie zobaczyłem. Jest to dziwne kino SF, w którym element fantastyczny jest tylko pretekstem do bardziej satyrycznego spojrzenia na ówczesną rzeczywistość. Czasy prezydenta Reagana, mające być czasem wielkiej prosperity (to wtedy powstał „Wall Street” Olivera Stone’a, gdzie padło hasło: „Chciwość jest dobra”), niby rozpędziły gospodarkę, tylko że – jak zawsze – skorzystali na tym nieliczni. Reszta albo znajdowała się na marginesie społeczeństwa, albo byli robolami do wynajęcia. Reżyser mocno drwi z konsumpcyjnego stylu życia (czarno-biały świat po założeniu okularów, gdzie zamiast reklam są hasła typu: „Bądź posłuszny”, „Żeń się i rozmnażaj”, „Śpij”), który okazuje się być tak naprawdę pułapką i zmienia ludzi w niewolników. A jak widzimy naszych rządzących, możemy odnieść wrażenie, że nie pochodzą z tego świata, prawda? Jeśli tak uważacie, to Carpenter potwierdzi wasze obawy, zaś policja jest tu podporządkowana prawdziwym mocodawcom i dlatego nie przebiera w środkach.

oni_zyja2

Ale „Oni żyją” nie są poważnym, głębokim dramatem z filozoficznym zacięciem. To kolejny niskobudżetowy film, mieszający westernowy szablon z pięknymi widokami miasta, wątkiem SF, odrobiną humoru oraz akcji. I ta hybryda tworzy całkiem niezły koktajl. Chociaż sama fabuła toczy się początkowo dość ospale, by troszkę przyspieszyć, polać sosem niedorzeczności (Nada po założeniu okularów jest w takim szoku, że zaczyna obcych zabijać – zamiast znaleźć kogoś, kto objaśni ten cały bajzel) oraz dziwacznych zachowań postaci (bijatyka między Nadą a Frankiem – to tylko pretekst, by pokazać kilka sztuczek wrestlerowskich), dorzucić popisami strzeleckimi, by zakończyć bardzo śmieszno-gorzkim finałem. By jeszcze bardziej namieszać we łbie, w tle słyszymy westernową muzykę (harmonijka ustna z gitarą robią robotę).

oni_zyja3

Aktorsko jest całkiem nieźle, choć szału nie ma. Naszego protagonistę, który jest prosty jak konstrukcja cepa zagrał wrestler Roddy Pipper i daje sobie radę. To prosty chłop z twardym kręgosłupem oraz sucharami w zapasie. Lepiej wypada Keith David (Frank), który staje się mimowolnym wspólnikiem naszego bohatera, a moment poznania prawdy poprzedzony jest solidnym łomotem. Ale ten duet zgrabnie się uzupełnia. Drugi plan dominuje Meg Foster (bardzo chłodna Holly) oraz zdystansowany George „Buck” Flower (przewodnik w finale).

Jak dla mnie, „Oni żyją” to dziwaczna hybryda w bardzo komiksowym sosie, gdzie Carpenter miesza satyryczne spojrzenie, otoczkę SF oraz kino akcji. Miejscami bywa mocno ciosane, tempo jest mocno niestabilne, a aktorstwo wręcz śladowe, to można się na nim całkiem przyjemnie bawić, jak się wyłączy myślenie.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Deadpool 2

Trudno było mi zapomnieć tego kolesia w czerwonym, lateksowym stroju, który miał dość luźne podejście do życia. Wade Wilson, bardziej znany jako Deadpool, pojawił się na dużym ekranie z hukiem w 2016 roku. ten moment był dla kina superbohaterskiego tym, czym pierwsza erekcja u nastolatka – punktem granicznym, po którym już nic nie będzie takie samo. Żaden film o superherosach nie był tak samoświadomą parodią tego gatunku, co przygody Najemnika z Nawijką. Film zgarnął w chuj hajsu, więc musiał nadejść ciąg dalszy. Pytanie tylko, czy jest to zwykły skok na kasę, czy może jednak coś więcej?

deadpool_21

W jedynce fabuła była tylko pretekstowym origin story, gdzie poznawaliśmy losy naszego (anty)bohatera po bardzo ciężkich przejściach. Ale teraz Wade wydaje się być szczęśliwy ze swoją kobietą Vanessą. Poza tym, normalnie pracuje: a to trzeba odrąbać łeb kilku kretynom, pozarzynać kilku złych typków, by pokój i miłość zapanowały na świecie. Szczęście jednak nie trwa długo, a świat dla Wade’a stanie się jednym wielkim kurestwem, pozbawionym sensu i nadziei. Czy jest dla niego szansa? Na jego drodze pojawia się dwóch kolesi, którzy wywrócą jego życie do góry nogami: młody, narwany mutant Russell oraz przybywający z przyszłości Terminator (z powodu problemów związanym z prawami autorskimi nazywany jest tutaj Cable).

deadpool_22

Choć zmienił się reżyser (debiutującego Tima Millera zastąpił troszkę bardziej doświadczony David Leitch), to Deadpool w zasadzie pozostał tym samym kolesiem, co zwykle. Nadal pajacuje i wykorzystuje każdą sytuację, by przyłożyć jakimś żartem (od seksualnych podtekstów oraz olania politycznej poprawności poprzez popkulturowe aluzje oraz całą konwencję kina superhero), ale jednocześnie pozostaje troszkę bardziej serio. W końcu to przecież film familijny, w którym nasz bohater próbuje odnaleźć swoje miejsce na ziemi po wielkiej tragedii, przy okazji odkrywając siłę rodziny (niczym ekipa Vina Diesela w „Szybkich i wściekłych”). I jak to w każdym filmie familijnym, muszą pojawić się – cytując pewnego rapera – „pościgi, strzelaniny, skurwysyny” z krwią oraz bluzgami. A co mnie najbardziej uderzyło to fakt, jak płynnie te dwa tony przeplatają się ze sobą, bez wywoływania poważniejszych zgrzytów.

deadpool_24

Także sceny akcji są po prostu lepiej zrealizowane, jest troszkę więcej efektów specjalnych oraz bardzo dynamicznego montażu zmieszanego z kreatywną choreografią. Co w przypadku tego reżysera nie jest niczym zaskakującym (w końcu pomógł zabić psa Johna Wicka oraz uruchomił zabójczą Atomową Blondynę), ale jak przyjemnie się to ogląda (atak na więzienie czy próba odbicia Russella z konwoju), odpowiednio podkręcając adrenalinę. Takiej dzikiej frajdy nie miałem przy filmie o gościach w lateksowych ciuchach od czasu obydwu części „Strażników Galaktyki”. Nadal film pozostaje zgrywą z konwencji (skomentowanie punktu zwrotnego, początek, walka dwóch postaci wygenerowanych komputerowo, czy finałowa scena umierania, ciągnięta tak długo, by docenić ją mogli członkowie Akademii Filmowej), ale robi to po prostu lepiej. Jest tylko jeden, poważny problem: dwójka to w zasadzie jedynka, tylko na sterydach. Nie ma tego zaskoczenia, co w przypadku jedynki. Z czego ono wynikało? Że poza wielkimi fanami komiksów nikt nie widział, kim do chuja Pana jest Deadpool. Dla szaraczka wyglądał jak Spider-Man noszący katany.

deadpool_25

Drugi „Deadpool” to nadal one man show Ryan Reynoldsa, który ewidentnie czuje tą postać i bezczelnie drwi z samego siebie. Różnica między aktorem a postacią odgrywaną przez niego jest praktycznie niezauważalna, co jest tutaj ogromnym plusem. Bo nie wiadomo, czy Reynolds gra Deadpoola, czy Deadpool gra Reynoldsa. Stara ekipa nadal radzi sobie bardzo dobrze, ale to nowe postacie tutaj intrygują. Świetnie wypadł Josh Brolin jako Thanos, eee, znaczy Kabel (przy „Deadpoolu 2” dystrybutor powinien nakleić: Nie pomyl roli Brolina 😉  ) – naznaczony tragedią mściciel z przyszłości. Poważny dramat bohatera świetnie uzupełnia się z nie do końca poważnym Deadpoolem, dodając jeszcze więcej ognia w tej pokręconej relacji. Coś czuję, że w sequelu jeszcze namiesza (i dobrze). W podobnym tonie krąży Julian Dennison w roli młodego, wkurwionego Russella. To osobnik, potrzebujący wsparcia, z mroczną przeszłością oraz żądzą zemsty. Ta mieszanka słabości oraz napędzającego go gniewu działa bardzo mocno i pozwala stworzyć pamiętną postać. Równie wyrazista jest Zazie Beats w roli „fuksiary” Domino – jak jej moc jest pokazana, staje się kolejnym pretekstem do żartów, chociaż w dalszych scenach nie praktycznie wiele do roboty.

Powiem to krótko i oszczędnie: drugi Deadpool jest zajekurwabistym filmem. Co z tego, że w zasadzie daje to samo, skoro jest nadal soczystym stekiem z bluzgów, polanym sosem z czarnym humorem, nie uznając litości dla nikogo (poza politykami – ci oberwą w „Deadpoolu 3: Zrobieni w chuja”), jednocześnie dostarczając mnóstwo frajdy. Boję się myśleć, co filmowcy odjaniepawlą w trójce.

deadpool_23

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fahrenheit 451

Kolejne podejście do powieści Raya Bradbury’ego, tym razem dokonane przez stację HBO. Czyli świat, w którym książki w formie papierowej są zakazane (poza trzema tytułami), a strażacy wywołują pożary. Ale tym razem Guy Montag jest samotnikiem, mieszkającym w domu, pracującym 16 lat w straży (tak jak jego ojciec) kierowany przez kapitana Beatty’ego. Cały świat jest podłączony do Internetu, nazywanego tutaj Dziewiątką, który obserwuje wszystko i wszystkich, umieszczając obrazy wszędzie – na ścianach, w szybach, jednak ci poza systemem (mątwy) ukrywają się wśród ludzi, czytając książki i próbując je zachować.

fahrenheit_451_20181

Reżyser Ramin Bahrani uwspółcześnia powieść Bradbury’ego, czerpiąc garściami z innych klasyków kina oraz literatury SF. Bo nie brakuje neonowych bajerów z „Blade Runnera”, inwigilacji znanej z „Roku 1984” (kamery, drony) i tutaj bardziej czuć bezwzględne działanie systemu. Tu nie brakuje klimatu zagrożenia, momentów niepewności, ale też czegoś, co nawet mnie zaskoczyło. Pewien dość prosty podział na dobrych i złych: dobrzy to mątwy, źli to strażacy. I jeszcze jedno: reżyser zamiast dylematów na temat sztuki, pokazania antyutopijnej wizji świata, gdzie doszło do poważnej modyfikacji historii świata (po II wojnie secesyjnej), skupia się na samej akcji. Sceny palenia książek robią niesamowite wrażenie (zwłaszcza ta w domu starszej pani, która się podpala), stonowana kolorystyka dodaje poczucie niepokoju, tak samo jak oszczędna muzyka. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia pewnej płytkości tematu (książki czynią ludzi nieszczęśliwymi i by uniknąć ataków pewnych grup społecznych są niszczone), zaś finał nie dał mi zbyt wiele satysfakcji. Nawet przemiana głównego bohatera wydaje się – tak jak w wersji Truffauta – zbyt mechaniczna, nie przekonująca. Aczkolwiek wplecenie scen retrospekcji oraz sposobu „czyszczenia” pamięci za pomocą… kropel do oczu jest pewną zaletą. Jest kilka ciekawych pomysłów (świetna czołówka z płonącymi książkami czy sceny szkoleń), ale miejscami zbyt galopuje.

fahrenheit_451_20182

Jeśli coś broni i przykuwa uwagę, to chemia między głównymi bohaterami granymi przez Michaela B. Jordana oraz Michaela Shannona. Ten pierwszy w roli Montaga radzi sobie całkiem nieźle w roli protagonisty, który zaczyna mieć wątpliwości, ale bardziej interesował mnie ten drugi. Shannon zawsze sprawdza się w rolach mrocznych postaci, chociaż Betty nie boi się manipulować (kiedy zmusza Montaga do przeczytania książki na głos), jednak wydaje się być kimś więcej niż narzędziem systemu. Relacja tych dwóch postaci przypomina uczeń-mistrz, ale także niby ojciec-niby syn, elektryzując także w finale.

Ta ekranizacja wydaje mi się na podobnym poziomie, co wersja Truffauta, która też nie była do końca udana. Na pewno przemawia współczesnym językiem, czerpiąc z bardziej znanych dzieł SF, ale jednocześnie wydaje się pozbawiona własnej tożsamości, co działa bardzo negatywnie. Można obejrzeć, jednak lepiej sięgnąć po pierwowzór literacki.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Marjorie Prime

Wyobraźcie sobie świat, gdzie dla ludzi zaczynają tworzyć hologramowe wersje ludzi zwane Prime. One pomagają radzić osobom z Alzheimerem. Tak jak w przypadku Marjorie – bardzo niemłodą kobietą, zaś jej towarzyszy Walter, czyli hologramowa wersja jej zmarłego męża. Kobieta ma też córkę Tess – niezbyt wielką fanką nowoczesnej technologii – oraz jej zięcia Jona.

marjorie_prime1

Niby niepozorny film SF, który skupiony jest na rozmowie dwojga bohaterów. Ale dla Michaela Almayedę ten tytuł staje się pretekstem do dyskusji. I nie chodzi tu tylko o wykorzystywanie sztucznej inteligencji, ale w ogóle o pamięć, wspomnienia. Tego, co możemy zrobić z nimi, czy możemy pewne rzeczy zapomnieć, przeinaczyć dla dobra najbliższych. Nie ważne, czy mówimy o cierpiącej na Alzheimera staruszce, niepogodzonej ze stratą córką czy samotnym mężczyźnie po odejściu żony. Samo tempo przypomina żółwia pędzącego w maratonie, ale wymaga to skupienia, bo łatwo można przeoczyć pewne detale, zagubić się w niektórych sytuacjach, a pewne sytuacje mogą być mętne. Uderza tutaj pewna ascetyczność realizacyjna, bez wielkich fajerwerków, popisów operatorskich czy zabawy montażem. Aczkolwiek pojawiają się pewne retrospekcje (elegancko wplecione w całą opowieść), dodające wiarygodności, zaś w tle gra bardzo intensywna muzyka Miki Levi.

marjorie_prime2

Wszystko jest tutaj oparte na dialogach, rozmowach, gdzie poznajemy zarówno interakcje między postaciami oraz powolnym odkrywaniu kto jest kim w tym świecie. Przez to reżyser parę razy potrafi zaskoczyć, zmusić do pewnego zastanowienia się. Nie tylko nad technologią oraz sposobem wykorzystywania jej, ale tego jak nasze wspomnienia mogą być modyfikowane (finałowa rozmowa), by ochronić innych, dać szczęście, radość. Widać to w drobnych gestach, spokojnej reżyserii oraz wielu poruszających scenach.

marjorie_prime3

A całość jest fantastycznie zagrana. I nie ważne, czy mówimy o Jonie Hammie (Walter), Lois Smith (Marjorie – zarówno starsza, jak i… troszkę inna), przypominająca o sobie Geena Davis (Tess) lub absolutnie wybijający się Tim Robbins (Jon), każdy z tej postaci wyciska ze swoich ról soki. Zwłaszcza ten ostatni jako pełen empatii, życzliwości mężczyzna weryfikujący swoje przekonania podczas rozmowy z hologramem swoje żony, rozsadza ekran. Nie potrafię tego wyrazić słowami.

„Marjorie Prime” jest przykładem kameralnego, wyciszonego SF, gdzie efekty specjalne nie są tutaj najważniejsze. Tutaj kwestie bardzie filozoficzno-etyczne wybijają się na pierwszy plan, rozmowy oraz obserwowanie ludzi. Niby nic wielkiego, ale ma w sobie to słynne coś.

7/10 

Radosław Ostrowski

Fahrenheit 451

Był taki czas w literaturze, kiedy sporą popularnością cieszyły się powieści SF, będące wszelkiego rodzaju antyutopiami. Były to światy, który – pozornie szczęśliwe – reprezentowały najciemniejszy ustrój państwowy, jaki kiedykolwiek powstał: państwo policyjne, totalitarne, jakie znamy z nazistowskich Niemiec, faszystowskich Włoch czy komunistycznego ZSRR. „Nowy, wspaniały świat”, „Opowieść podręcznej” czy nieśmiertelny „Rok 1984” to najbardziej znane przykłady mrocznych wizji przyszłości. W ten nurt wpisało się także „Fahrenheit 451” Raya Bradbury’ego, które już parę lat po premierze zostało zekranizowane przez Francoisa Truffauta w 1966 roku.

fahrenheit_451_1

Wyobraźcie sobie świat, gdzie niemal każdy mieszkaniec mieszka w domu z ognioodpornych materiałów, a w każdym jest telewizor. W telewizji leci m.in. interaktywny program, gdzie na pewne pytania odpowiada się w trakcie. Jeśli jesteś smutny, wystarczy wziąć pigułkę. A książka? Ten towar jest zakazany. Dlaczego? bo zmusza do myślenia, bo tworzy fikcyjny świat i sprawia, że ludzie nie są równi. A takie jest założenie tego nowego świata. Jeśli jakaś książka się znajdzie, zostanie zniszczona przez… strażaków. Takich jak Montag, którzy wykonują polecenia bez szemrania, żyją z żonami w swoich pięknych domach. Wszystko jednak zmienia rozmowa z pewną kobietą, która zadaje jedno proste pytanie: czy czyta pan książki, które pali? Ciekawość zmusza strażaka do zrobienia czegoś, co żaden przedstawiciel tej profesji nie zrobił.

fahrenheit_451_2

Sama koncepcja świata, gdzie książki są uważane za źródło nieszczęście (szczęściem jest telewizja, praca, kariera), zaś ludzie są pozbawionymi głębszych emocji robotami, był więcej niż intrygujący (nawet jeśli brzmi znajomo: patrz „Equilibrium”). Dla mnie problemem jest fakt, że całe to państwo totalitarne nie wywoływało we mnie przerażenia. Niby strażacy sprawdzają ludzi na placu zabaw, po okolicy jedzie patrol, skutecznie działa propaganda, zaś sami strażacy także mają latające pojazdy, tylko nie wywołuje to we mnie żadnego zaangażowania. Szczegóły tego świata są bardzo skąpe, wręcz mętne – niby jest policja, skrzynki na donosy, ale też działający poza miastem „ludzkie książki”, które bardzo łatwo by było wykryć i zniszczyć. Tak się jednak nie dzieje, bo… bo tak? Również sami strażacy wydają się bardzo pobłażliwi wobec Montaga i jego dziwnych zachowań (już po przeczytaniu książek czy gdy jeden z kolegów widzi go z kobietą, a potem dowiaduje się od kapitana, że Montag jest chory w domu i… nie robi nic). Niby jest stosowany terror (sceny palenia książek czy samobójstwo pani posiadającej ogromny zbiór książek w domu), ale bardziej reżyser skupia się na samej egzystencji w wypranym z emocji świecie. Płytkość tych ludzi jest spotęgowana w scenie, gdy Montag zaczyna czytać (na głos) przyjaciółkom żony, zaproszonym do domu. Także i sama przemiana naszego bohatera wydaje się być poprowadzona dość szybko, ale i bardzo płytko. Montag nie zmienia się w herosa, ale wywołane wątpliwości czynią z niego człowieka, dodają pewnych kolorów do jego świata i sprawiają (przynajmniej reżyser tak zakłada), iż dostrzega szarość swojego życia.

fahrenheit_451_3

Pod względem realizacji jest kilka ciekawych pomysłów jak nieszablonowa czołówka, gdzie lektor czyta czołówkę, zaś w tle mamy anteny telewizyjne czy montaż w trakcie ostrzeżenia, gdzie sylwetka człowieka ulega powiększeniu. Z jednej strony mamy typowe blokowiska, z drugiej lokum Montaga to dziwaczna mieszanka niby futuryzmu (telewizor, wygląd kuchni czy łazienka) z przeszłością (XIX-wieczne telefony), co wywołuje lekką schizofrenię. Także wygląd wozu strażackiego jest dość ciekawy, a jedynym mocnym punktem filmu pozostaje muzyka Bernarda Herrmanna, idealnie scalając się z filmowymi wydarzeniami, dodając troszkę emocji.

Aktorstwo trudno mi jednoznacznie ocenić, bo same dialogi miejscami brzmią bardzo sztucznie, bardziej deklaratywnie. Sam Oskar Werner jako Montag jest dziwnie wycofany i bardzo empatyczny, jednak jego przemiana dopiero od momentu samobójstwa zaczyna nabierać sensu, jednak sam aktor nie wywołuje sympatii ani nici porozumienia ze mną. Za to nie do końca rozumiem obsadzenia Julie Christie zarówno w roli znużonej żony Montaga, jak i Clarisse, która wywraca życie naszego protagonisty do góry nogami, choć sama aktorka jest najlepsza z całej ekipy. O co tutaj chodzi?

Truffaut mierzył się z gatunkiem, nie mając kompletnie doświadczenia i chociaż doceniam samą koncepcję oraz przesłanie, sam film bardzo brzydko się zestarzał. Jest wiele dziur logicznych, fabuła jest bardzo szczątkowa, a wizja świata (jak na antyutopię) niezbyt mroczna i nie przeraża tak, jak by mogła to zrobić. Szkoda, szkoda, szkoda, bo są tutaj przebłyski czegoś wielkiego.

6/10

Radosław Ostrowski

Han Solo: Gwiezdne wojny – historie

Moc w serii „Gwiezdne wojny” zawsze była obecna, choć nie zawsze było to intensywne doświadczenie.  Dla mnie klasyczna trylogia była jednym z pierwszych filmów jaki pamiętam i zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, przez co – pośrednio – wsiąkłem w kino. Prequele mnie zawiodły, zaś nowa trylogia jest dla mnie troszkę nierówna (epizod 9 pozostaje zagadką). Co w takim razie ze spin-offami z cyklu „Gwiezdne wojny – historie”? Czy dobrze się sprawdzają jako poboczne opowieści, czy to już jest bardzo bezczelny skok na kasę? „Łotr jeden”, ku mojemu zaskoczeniu był świetny, uzupełniając fabułę miedzy 3 a 4 epizodem sagi. Jednak następny film miał opowiadać o młodym Hanie Solo i… pojawiły się w głowie poważne wątpliwości. Nie tylko z powodu sięgnięcia po ikoniczną postać tego uniwersum (choć jej geneza mogła być interesująca), ale też zamieszania z realizacji tego tytułu. Zmiana reżyserów (duet Lord/Miller został zastąpiony przez Rona Howarda), spięcia ze scenarzystą Lawrencem Kasdanem oraz ostateczny wybór odtwórcy głównej roli – Aldena Elrenreicha budził wątpliwości. Bo każdy aktor w roli Hana Solo byłby świetny, pod warunkiem, że jest to Harrison Ford ;). Co z tego wyszło?

han_solo1

Kiedy poznajemy Hana jest drobnym cwaniakiem, wychowywanym przez ulicę jako złodziejaszek, wykorzystywany przez lady Proximę. Trzymają go przy życiu dwie sprawy: Qi’ra, którą bardzo kocha oraz marzenie o zostaniu pilotem. W końcu decyduje się zrobić jedną szaloną rzecz, czyli uciec stamtąd z Qi’rą, co udaje mu się połowicznie, bo on zwiał, ale ją złapali. Szkoli się w Akademii Imperium, lecz nie wychodzi na tym najlepiej. A w ogniu bitwy poznaje kudłatego stwora oraz grupkę złodziejaszków pod wodzą Bekcetta, z którym decyduje się zrealizować duży skok: kradzież hyperpaliwa.

Więcej nie zdradzę, bo inaczej musiałbym wejść na spojlerową minę, ale Ron Howard stara się skupić uwagę widzów. Początek jest szybki, pełen akcji, by rzucić nas wręcz w prawdziwe pole bitwy niczym z „Szeregowca Ryana”, a dalej mamy wręcz klasyczny heist movie z kryminalno-gangsterskim półświatkiem w tle. I to tło robi dużą różnicę, chociaż nie do końca zostaje wykorzystane. Mafijne porachunki, drobni gangsterzy, przemytnicy działający gdzieś z tyłu Imperium, dodając trochę brudu oraz szarości w świecie z odległej galaktyki. Fabuła skupia się na akcji, wyglądającej bardzo pomysłowo (napad na transport paliwa przypomina niemal westernowy napad na pociąg), z dynamiczną praca kamery, montażem, podkręcając napięcie wręcz do granic możliwości (kulminacyjny skok, gdzie zadyma jest ostra, lecz wszystko pozostaje czytelne). Nie brakuje znajomych postaci i elementów: Chewbacca, Sokół Millennium, Lando, wspominane jest Tatooine oraz pewne zaskakujące cameo, co pozwala osadzić w konkretnych czasach. Nawet muzyka Johna Powella zachowuje ducha franczyzy.

han_solo2

Ale problemy mam dwa z tym tytułem. Po pierwsze przekombinowany finał, gdzie jest masa zaskoczeń, wolt, zmian układów sił, co wywołuje spory zamęt. Do tego film mógł zakończyć się o wiele szybciej, co zadziałałoby na duży plus. Drugim problemem są dla mnie dwie postacie, które nie do końca są wygrane, o czym jeszcze opowiem później.

han_solo3

Jak sobie radzą aktorzy? Alden Eldenreich daje sobie radę jako młody Solo, który jeszcze nie jest aż tak cyniczny, zdystansowany i samotny – to młody chłopak z dobrym sercem, próbujący wygrywać za pomocą mieszanki sprytu, blefu i brawury. I ma w sobie wiele łobuzerskiego uroku, dodając wiarygodności tej postaci, zwłaszcza w relacji z Chewbaccą. Fantastyczny jest Woody Harrelson w roli Becketta, którego można uznać za mentora. Ta postać jest już troszkę zmęczona swoim fachem, jednak ma mnóstwo charyzmy, szelmowskiego sprytu oraz twardego stąpania po ziemi. I kiedy wydawało się, że nic tego nie przebije wchodzi Donald Glover jako młody Lando. To jest castingowy strzał w dziesiątkę – pewny siebie, wyluzowany, elegancki cwaniak i narcyz w jednym, ale czarujący jak nikt. Żeby jednak nie było tak słodko, są dwie wpadki. Po pierwsze, główny złol w wykonaniu Paula Bettany’ego, który jest zwyczajnie nijaki. Pozbawiony charyzmy, demoniczności, jest tylko pionkiem skupionym na realizacji celu. Po drugie Emilia Clarke jako obiekt uczuć Hana – nie czułem tej chemii między nią a Eldenreichem, a sama postać wydaje się jedynie zbiorem istotnych informacji, pomocnych dla przebiegu fabuły.

Ron Howard jest na tyle dobrym rzemieślnikiem, by opanować wszelkie gatunki. „Han Solo” jest porządnym rollercoasterem, pełnym akcji filmem w duchu awanturniczo-przygodowym niczym klasyczna trylogia. Pod koniec zaczyna się potykać, jednak Moc i klimat jest bardzo mocno obecne. Czy chciałbym kolejną część tej historii? Tak, bo jeszcze nasz heros się jeszcze nie ukształtował, ale ponieważ nie zarobił dużo kasy, sprawa stoi pod znakiem zapytania.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Test pilota Pirxa

Na hasło polskie kino SF wielu ludzi albo łapie się za głowę, albo stuka się w czoło, bo brzmi to jak jakaś nieprawdopodobna wizja. Nie oznacza to jednak, że nie było prób stworzenia kina z nurtu fantastyki naukowej. Jednak kompletnie zostały one zapomniane, nie wytrzymując zbyt dobrze próby czasu, rażąc archaiczną stroną techniczną. Czy to znaczy, że nie miały nic do zaoferowania? Jedną z takich realizacji jest zrealizowany 40 lat temu film Marka Piestraka „Test pilota Pirxa”.

Komandor Pirx jest bohaterem wielu książek Stanisława Lema. Tutaj nasz bohater ma wziąć udział w dość eksperymentalnym locie kosmicznym. Załoga ma dość łatwe zadanie: wystrzelić dwie satelity na Saturnie. Cały jednak myk polega na tym, że wśród załogi jest tzw. nie liniowiec, czyli android, zaś lot ma wykazać ich przydatność w sytuacjach ekstremalnych, zastępując człowieka. By jeszcze utrudnić sprawę, nikt z załogi nie wie kim jest, a także nie wolno mu podać swojej prawdziwej tożsamości. Co może pójść nie tak?

test_pirxa1

Sam reżyser bardzo powoli buduje całą intrygę, bo dopiero w połowie odlatujemy w kosmos. Początek wywołuje lekką dezorientację. Najpierw widzimy jak zostaje „stworzony” robot, co troszkę przypomina futurystyczną wersję „Frankensteina”, później jest przewiezienie produktu przez konwój, wreszcie dyskusja w sprawie tego, kto ma dokonać oceny maszyn. Bo Pirx nie jest jedynym kandydatem do tej roli, co pewnej korporacji jest wybitnie nie na rękę. Jest nawet próba likwidacji Pirxa (wygląda to całkiem nieźle), chociaż sama scena wydaje się dość zbędna oraz wiele rozmów w kwestii światopoglądu dotyczącego robotów, ich przydatności oraz niezawodności.

test_pirxa2

Ale całość zaczyna nabierać ciężaru od drugiej połowy, czyli lotu kosmicznego. Pirx niby próbuje zachować dystans, ale jednocześnie coraz bardziej zaczyna się przyglądać pozostałym członkom załogi. Tylko, jak ustalić kto jest kim, skoro sami członkowie wywołują dezorientacje (jeden z góry przyznaje się, że jest robotem), a jednocześnie dokonuje się ciągły sabotaż. Napięcie wtedy jest powoli budowane drobiazgami jak niewyraźna sylwetka podczas scen uszkodzenia sondy czy pytania komputera o możliwe błędy. Tutaj udaje się zbudować poczucie zagrożenia i paranoi w czym pomagają stonowane zdjęcia, w tym gra oświetleniem oraz rytmiczny montaż. Problem w tym, że cała estetyka „Testu” jest dość biedna, bardziej przypominająca dawnego „Star Treka” (zwłaszcza w scenach, gdzie , zaś wygląd maszynerii nie robi takiego wrażenia jak kiedyś. Tak samo sceny, gdy widzimy nasz statek w przestrzeni kosmicznej czy bardzo zmęczone efekty specjalne (strzelanie do asteroidów).

test_pirxa3

Samo aktorstwo prezentuje się całkiem nieźle, w czym sporą zasługę mają aktorzy radzieccy z „wklejonymi” głosami polskimi. Pirx (solidny Sergiej Desnitsky) tutaj jest bardzo nieufny i uprzedzony wobec maszyn, starając się jednocześnie zachować zdrowy rozsądek. Jego monologi dopełniają tą wizję zagubionego człowieka. Ale drugi plan kradnie bezwzględnie znany ze „Stalkera” Aleksandr Kajdanowski (dr Tom Nowak), sugestywnie sprawiający wrażenie androida (sam się za takiego uważa), zaś głos Henryka Talara nie wywołuje zgrzytu. I to z tą postacią związana jest pewna drobna przewrotka pod koniec, ale tego nie zdradzę.

Wiem, że dla wielu „Test pilota Pirxa” może odstraszać swoją stroną wizualną oraz technicznym poziomem realizacji. Jednak pod tą warstwą znajduje się poważna refleksja na temat relacji człowiek-maszyna, stanowiąc wręcz bardziej przekonującą wersję testu Voight-Kampfa, gdzie wręcz czuć stawkę. Ale reżyser daje też nadzieję, że jesteśmy w stanie pokonać maszyny z powodu swojej niedoskonałości, co jest pocieszające.

6/10

Radosław Ostrowski

Predator 2

Pierwsze spotkanie z Predatorem w 1987 roku było wielkim hitem, więc sequel był tylko formalnością. Jednak czy można było dać coś nowego, by rozwinąć całe uniwersum? Albo w ogóle je budować? W 1990 roku postanowiono zrobić część drugą, tym razem pod wodzą Stephena Hopkinsa. Czy warto było czekać?

Tym razem trafiamy do dżungli miejskiej roku 1997. Los Angeles stało się prawdziwym polem bitwy, gdzie gangi voodoo oraz Kolumbijczyków walczą ze sobą. Policja znajduje się gdzieś pośrodku tego bajzlu. Wtedy poznajemy naszego protagonistę, porucznika Mike’a Harrigana. Facet, jak na klasycznego glinę przystało, niekoniecznie sobie radzi z dyscypliną, wykonywaniem rozkazów i działa troszkę na partyzanta. Ale wszystko się zmienia, gdy kryjówka Kolumbijczyków zmienia się w jedno wielką rzeźnię. Potem do akcji wchodzą tajemniczy faceci w gajerkach, ciemnych okularach oraz wypasionym helikopterem. O co tu do cholery chodzi?

predator_23

Reżyser nie chce korzystać z prostego szablonu znanego z jedynki, czyli mała grupka kontra jeden potężny skurwiel z nowoczesną technologią. Przeniesienie akcji do miasta wniosło wiele świeżości, a przeskakiwanie z dachu na dach, jeszcze bardziej wywołuje poczucie zagrożenia. A i sam Predator pojawia się częściej, z bardziej wypasionym sprzętem w postaci włóczni, podrasowanego kasku (więcej opcji podglądania) czy okrągłego bumeranga. Same sceny akcji robią imponujące wrażenie zarówno dynamiką (pierwsza strzelanina, próba odbycia rytuału), jak i odpowiednio potęgowanym napięciem (Predator w metrze). Twórcy coraz bardziej rozwijają mitologię tytułowego przybysza, nie tylko z powodu wypasionego sprzętu czy tajemniczej jednostki pod wodzą Petera Keyesa, ale finałowej sceny na statku. Tam się okazuje, że w polowaniach nie uczestniczy tylko jeden przedstawiciel tego gatunku, ale też odbywały się w różnym czasie oraz miejscach. I to zaczyna rozpalać wyobraźnię do czerwoności.

predator_21

Swoje też próbuje zrobić obsada, która jest naprawdę niezła. Co prawda nie wrócił Arnold „Get to the choppa” Schwarzenegger, ale zastępujący go Danny Glover bardzo dobrze sobie radzi. Jest bardzo charakternym, bezkompromisowym gliniarzem, bardziej upartym niż osioł. Drugą wyrazistą postacią jest enigmatyczny agent Keyes w wykonaniu Gary’ego Buseya, dodając pewnego mroku tajemnicy. Szkoda tylko, że partnerzy Harrigana (poza Billem Paxtonem) nie zapadają zbyt mocno w pamięć, co jest sporym minusem. Tak samo jak rezygnacja z klimatu horroru znanego z poprzedniej części, dodającego poczucia niepokoju.

predator_22

Drugi „Predator” to świetnie zrobiony film akcji, rozwijający konsekwentnie uniwersum kosmicznego myśliwego. I za to ogromny plus, tak jak za nową przestrzeń oraz podrasowany design. Do poziomu części pierwszej wiele zabrakło, niemniej intryguje, dostarcza rozrywki i świetnie wygląda.

7,5/10 

Radosław Ostrowski