Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie

Dawno, dawno temu, czyli jakieś 40 lat narodziła się legenda, czyli „Gwiezdne wojny”. Produkcja tak otoczona kultem, że każdy szanujący się kinoman powinien ją przynajmniej raz w życiu zobaczyć. Po realizacji całej sagi (jeszcze będzie część VIII i IX), właściciele praw do sagi postanowili zrealizować cykl spin-offów znanych jako „Gwiezdne wojny – historie”, gdzie będzie poznawać poboczne wątki z tego bardzo bogatego uniwersum. Początkiem tego cyklu jest zrobiony przez Garetha Edwardsa „Łotr 1”.

otr11

Cała historia skupia się na Jyn. Kobieta jest kryminalistką, która trafiła do kolonii karnej i ukrywa swoją prawdziwą tożsamość (jest córką inżyniera pracującego dla Imperium), ale przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. Zostaje schwytana i odbita przez Rebelię. W zamian za wolność ma wykonać jedno zadanie: dotrzeć do swojego ojca pracującego nad potężną bronią (Gwiazdą Śmierci). By to zrobić razem z oficerem wywiadu Cassiana Andora wyruszają do Jedhy, by znaleźć pilota Imperium, który zdradził. I to początek całej eskapady.

otr12

Edwards bardzo powoli rozkręca cała opowieść, konsekwentnie budując ekspozycję bohaterów oraz całego świata, ale reżyser idzie w stronę kina niemal wojennego. Poza naszą dwójką do grupy dochodzi jeszcze pilot Bodhi, dwóch strażników Świątyni i robot K-2SO. Przenosimy się z miejsca na miejsce, akcja jest bardzo dynamiczna, by w finale zagrać o najwyższą stawkę. Odwiedzamy Jedhę, siedzibę inżynierów, by dojść do ostatecznej konfrontacji (Scarif). Jednocześnie reżyser pokazuje Rebelię w bardziej szarych barwach jako podzieloną grupę, pozbawioną prawdziwego lidera, nie bojącą się dokonywać czynów wątpliwych moralnie. To jest pewna nowość, tak samo jak bardzo gorzki finał pokazujący, jak wielką cenę trzeba było zapłacić za zdobycie tych planów. Jest to kapitalnie zrealizowane (świetny montaż równoległy w finale) kino, pełne adrenaliny, pomysłowo sfilmowanych scen akcji i ciągłym napięciem (mocne wejście samego Vadera walczącego z rebeliantami).

otr13

Aktorsko jest to różnie, ale udało się stworzyć wyraziste, pamiętne postacie, którym chce się kibicować. Felicity Jones jako Jyn, ewoluująca z szorstkiej kobiety w wojowniczkę, której zaczyna zależeć, daje radę i przekonuje. Ale to drugi plan jest tak bogaty, że zawłaszcza ekran. Nie ważne czy mówimy o niepozbawionym humoru K-2 (Alan Tudyk), zabójczym duecie Imwe/Malibus (świetni Donnie Yen i Wen Jiang), niepozbawionym skrupułów Andorze (dobry Diego Luna) czy troszkę nerwowo mówiącym Bodhim (Riz Ahmed). Interakcje między nimi są prawdziwą siłą napędową całości. Plus bardzo wyrazisty czarny charakter, czyli dyrektor Krennic (Ben Mendelsohn) – pyszny, pełen ambicji urzędnik.

otr15

„Łotr 1” to bardzo smutny film w świecie „Gwiezdnych wojen”, gdzie dopiero wydarzenia z tego tytułu, pozwoliły stworzyć tą Rebelię jaką znamy z klasycznej trylogii. Na szczęście nie jest tylko bezczelnym skokiem na kasę, tylko spójną, mroczną i bardziej „brudną” historią, dającą nadziej na kolejne udane części. Moc czuć w tym wielką.

8/10

Radosław Ostrowski

Pasażerowie

Ludzkość rozwinęła się do tego stopnia, że jest w stanie odbywać loty kosmiczne do kolonii poza naszą galaktyką. W tym kierunku leci statek międzygalaktyczny Avalon z 5 tysiącami pasażerów i załogą. Wszyscy są uśpieni, a lotem sterują komputery. Na skutek awarii spowodowanej zderzeniem z meteorytem budzi się jeden z nich i to grubo przed zakończeniem lotu, czyli 90 lat przed czasem. Jak żyć w tej klatce, gdzie wszelkie możliwe sposoby spędzenia czasu (siłownia, kino, majsterkowanie, pogawędki a barmanem-androidem), ale samemu spędzić tak dużo czasu to słabizna. Taki problem ma mechanik Jim Preston. Aż widzi w jednej z komór taką fajną i piękną kobietę o imieniu Aurora. Tylko, czy zmarnować jej życie, choć może coś z tego będzie, a może wytrwać samemu w tej eskapadzie? Wytrzymał rok.

pasaerowie1

Kino SF zawsze dawało spore pole do popisu dla twórców, a w przypadku „Pasażerów” reżyser Morten Tyldum chyba nie do końca wiedział co chce opowiedzieć. Początek troszkę przypominał „Moon”, gdzie mamy samotnego Jima w nieogarnionej przestrzeni, a właściwie klatce, z której nie da się uciec ani zawrócić. Bezsilność człowieka wobec technologii i samotność tak bolesna, że nie do zniesienia. Rozumiem decyzję Jima, by ją wybudzić, bo sam zapewne bym oszalał na tym okręcie. Wtedy całość skręca w stronę zgrabnego melodramatu. Ładnie jest to poprowadzone, oboje dobrze się prezentują w obrazku i ten dylemat naszego bohatera jest wygrywany kilka razy. Czuć napięcie i tajemnicę. Ale scenarzysta z reżyserem nie bardzo co z nimi zrobić, wiec co robią? Dodają parę awarii i eksplozji, by podkręcić stawkę oraz uczynić całość bardziej dramatyczną. Czy to jest dobre posunięcie?

pasaerowie2

Nie, bo przestawienie na akcję i sensację, zaczyna psuć całą relację między tą dwójką, niejako unieważniając pewne decyzję. Napięcie jest (awaria reaktora), dramatyzm jest, tylko to wszystko przestaje mnie bardzo obchodzić. Wrażenie robi scenografia – bardzo oszczędna, czasami sterylna, ale imponująca i zgrabna wizualnie, przez co całość dobrze się ogląda. Ale końcówka jest tak przewidywalna i hollywoodzka, że sprawia niemal fizyczny ból. Efekty specjalne (jak na film za ponad 100 baniek) to są takie sobie, zwłaszcza momenty, gdy znika grawitacja (to były niezłe jaja) wyglądają sztucznie.

pasaerowie3

Całość próbuje dźwigać na swoich barkach duet Chris Pratt/Jennifer Lawrence i do nich nie mam żadnych zastrzeżeń. Oboje bardzo dobrze dają sobie radę, czuć między nimi chemię, a emocje (zwłaszcza Lawrence) są wygrywane bez cienia fałszu. By nie było im nudno na statku, dostają w prezencie Michaela Sheena jako barmana. Arthur w jego wykonaniu jest elegancki i czarujący w swoim sztywnym zachowaniu, ale kradnie ten film, wnosząc odrobinę humoru. Ta trójka jest najmocniejszym elementem, ale prawdziwym kuriozum jest niewykorzystanie Andy’ego Garcii, który pojawia się dosłownie na kilka sekund.

pasaerowie4

„Pasażerowie” są miłym i sympatycznym filmem, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że zmarnowano potencjał na coś o wiele, wiele większego i głębszego. Przypomina koktajl, który szybko się wypija, ale potem się zapomina. Owszem, jest na co popatrzeć, czuć chemię między bohaterami, ale to troszkę za mało.

6/10

Radosław Ostrowski

Obcy – decydujące starcie

Na pewno pamiętacie Ellen Ripley – kobietę, która jako jedyna z załogi Nostromo przeżyła konfrontację z Obcym. Błąkała się w kapsule ratunkowej po całym kosmosie i dopiero po 57 latach została odnaleziona. I to zwykłym fartem. Zdaje raport przed korporacją, ale nikt jej nie wierzy i zostaje zawieszona. Dawna planeta, na której znaleziono Obcego, dzisiaj jest kolonią ludzką. Właśnie w tej chwili stracono z nią kontakt, więc korporacja prosi Ripley o pomoc. Kobieta razem z odziałem marines wyrusza z misją ratunkową.

obcy_21

Po mrocznym oraz trzymającym wręcz za gardło horrorze Ridleya Scotta, producenci doszli do wniosku, że to może być początek nowej i przynoszącej duże dochody serii. Tym razem za tą część odpowiadał opromieniony sukcesem „Terminatora” James Cameron. Reżyser ten postanowił kompletnie wywrócić konwencję i zamiast klimatycznego, skupionego na klimacie oraz niepokoju horroru, skręcił w to, co umiał najlepiej – wysokobudżetowe kino akcji. Sam Obcy jest tutaj zredukowany do roli mięsa armatniego koszonego przez uzbrojonych po zęby gierojów (reżyser na początku wręcz fetyszyzuje uzbrojenie oraz dryl). Jednocześnie reżyser nie zapomina o budowaniu napięcia i poczuciu strachu. Brzmi to absurdalnie? Nic z tych rzeczy – przypomnijcie sobie sceny jak Ripley dostaje ataku i wyłazi z jej brzucha Obcy, po czym… okazuje się, że to był sen, pierwszą konfrontację z Obcymi skrytymi gdzieś w mroku (scenografia jest fantastyczna), a poczucie zagrożenia tworzone jest za pomocą jednej prostej rzeczy – detektora ruchu, a dokładniej jego dźwięku. Jego pulsacja wystarczy, by oczekiwać na obecność innych istot.

obcy_22

Cameron wie, jak podnieść stawkę i dlatego obecność jedynej ocalonej z kolonii dziewczynki Newt jest uzasadniona. Budzi ona w Ripley instynkt macierzyński (w wersji reżyserskiej odkrywamy, że straciła córkę), zmuszając ją do niemal fizycznej walki o ludzkość. Napięcie budowane jest konsekwentnie (jak wtedy, gdy bohaterowie czekają na Obcych wchodzących do centrali z zamkniętymi drzwiami – rewelacja), po drodze będzie parę wymian ognia, setki nabojów polecą w powietrze, padnie kilka mocnych zdań, niepozbawionych ironii, by zakończyć finałowym starciem Ripley z Królową. I to daje prawdziwego kopa. I zostawia furtkę na część kolejną, która powstała (to temat na inną opowieść).

obcy_23

„Obcy 2” to nie tylko popis fajerwerków Camerona, ale też bardzo pewnie poprowadzona obsada. Weaver tutaj przechodzi ewolucję z przerażonej własnymi wspomnieniami kobiety w prawdziwą heroinę kina akcji, sprawnie posługującą się giwerami (sklejenie miotacza ognia z karabinem i odbicie Newt są najmocniejszym przykładem), zdeterminowaną i nieustępliwą. Na drugim planie wspomnieć trzeba aż trójkę wojaków: opanowanego, spokojnego kaprala Hicksa (świetny Michael Biehn), rozgadanego, zgrywającego hojraka szeregowego Hudsona (nieodżałowany Bill Paxton) oraz jedyną laskę w składzie, czyli Vasquez (Jenette Goldstein). No i jeszcze syntetyczny android Bishop (Lance Henriksen), który tym razem jest tym dobrym robotem, rehabilitując te postacie po Ashu.

obcy_24

„Obcy – decydujące starcie”, mimo kompletnej zmiany tonacji, pozostaje naprawdę bardzo dobrym filmem akcji, potwierdzającym predyspozycje Camerona do kina akcji. Trzyma w napięciu (nie tak jak pierwszy „Obcy”), jest bardziej widowiskowy (nie tak bardzo jak następne filmy reżysera) i potrafi zapaść w pamięć. Godny, chociaż idący innymi ścieżkami, następca „Obcego”.

8/10

Radosław Ostrowski

1000 lat po Ziemi

W niedalekiej przyszłości Ziemia stanie się planetą nie do zamieszkania przez ludzkość – mieszkańcy przebywają na Nova Prime, egzystując i walcząc z ursami, czyli zmutowanymi bestiami wyczuwającymi ludzi węchem. To tutaj przebywa się walczący z tymi istotami generał Cypher Raige. Oficer wyrusza na typową misję szkoleniową razem ze swoim synem, Kitai. Chłopiec chce bardzo być taki jak swój ojciec. Po drodze statek rozbija się, Cypher jest uziemiony, a nadajnik do wezwania pomocy oddalony o kilka dni drogi stąd, a Kitai będzie zdany na siebie.

1000_lat_po_ziemi1

Shyamalan wydawałoby się, że skończył się pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Tym razem wsparty przez samego Willa Smitha (pomysł, produkcja, główna rola) zrealizował przygodowe kino SF w starym stylu. Jeśli ktoś spodziewał się spektakularnej rozpierduchy z dużym budżetem, powinien czuć się rozczarowany. „1000 lat…” to bardzo kameralne kino, wykorzystujące sztafaż SF do opowiedzenia historii o walce z własnymi demonami. Kitai żyje z brzemieniem odpowiedzialności za śmierć siostry, jest bardzo wystraszony i reaguje bardzo emocjonalnie. Widać w nim strach, lęki i potrzebę akceptacji od oschłego, opanowanego przez wojskowy dryl ojca. Sceny wspólnych rozmów przez kombinezon wyposażony w podgląd mają swoją siłę. Chociaż nie porażają oryginalnością, mają w sobie spory ładunek emocjonalny. Jednocześnie Shyamalan nie zmienia tego w spektakularny, hollywoodzki happy end.

1000_lat_po_ziemi2

Z jednej strony widać, że postarano się zadbać o warstwę wizualną. Ziemia wygląda jak niczym nie zmącona obecnością człowieka raj – piękne lasy, wodospady, wulkany. Przyroda zachwyca, ale jednocześnie nie wybacza i bywa bezwzględna wobec obcych. Trzeba być wobec niej bardzo pokornym, by przetrwać. Z drugiej efekty specjalne (poza paskudną urgą) są takie sobie, wyglądają sztucznie, a scenografia z rozbitym statkiem wygląda bardzo teatralnie. Czuć to mocno w scenach akcji, zrealizowanych całkiem nieźle.

1000_lat_po_ziemi3

Aktorsko film opiera się wyłącznie na Willu (Cypher) i Jadenie (Kitai) Smith. I muszę przyznać, że panowie dają radę, chociaż Will dla wielu może być ciężkostrawny. Szorstki, bardzo spokojny głos oraz emocjonalny chłód sprawiają wrażenie wycofanego, zdystansowanego i pozbawionego emocji twardziela. Jaden jest bardziej ekspresyjny i widać powolną ewolucję od strachliwego, niepewnego chłopca w odpowiedzialnego, niepozbawionego sprytu wojownika.

1000_lat_po_ziemi4

„1000 lat po Ziemi” nie jest najlepszym filmem Shyamalana, ale powoli zaczyna wracać do formy. Bywa czasami nudnawy, gubi tempo, ale daje całkiem niezłą rozrywką z niegłupim przesłaniem. Ale na wielki powrót Hindusa trzeba było troszkę poczekać. 

6/10

Radosław Ostrowski

Zdarzenie

W 2008 roku pewien amerykański reżyser hinduskiego pochodzenia nakręcił film, który powszechnie był (do czasu jego następnego filmu) uważany za najgorszą rzecz w jego dorobku. „Zdarzenie”, bo o tym filmie mowa, to film jedyny w swoim rodzaju i dla mnie dość nierówny. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się w Nowym Jorku, gdzie w Central Parku dochodzi do dziwnego, tytułowego zdarzenia. Ludzie nagle stoją w miejscu, zaczynają się cofać i… popełniają samobójstwo. Czym? Wszystkim, co się nawinie pod ręką – spinką do włosów, pistoletem, samochodem wjeżdżając na drzewo. Co jest przyczyną? Atak biologiczny, awaria reaktora atomowego, terroryści, kosmici, natura się zbuntowała? Nie wiadomo. I wtedy poznajemy Elliota Moore’a – nauczyciela biologii z Filadelfii. Ostatnio jednak coś nie układa mu się z żoną, Almą. Jest jakieś spięcie, może krąży jakiś facet. Oboje decydują się – za poradą władz – wyjechać z miasta, ale po drodze dochodzi do ataków w innych miastach.

zdarzenie1

Brzmi intrygująco? Reżyser ma ciekawy pomysł i potrafi budować napięcie, co widać przez pierwszy kwadrans: sceny w Central Parku i spadający ludzie z placu budowy – mrozi krew. Dalej też potrafi wzbudzić dezorientację oraz suspens: czy to ucieczka przed wiatrem na otwartym polu (wiem, że to brzmi idiotycznie, ale jak to jest zrobione), spotkanie z żołnierzem czy scena, gdy nauczyciel matematyki jedzie na stopa razem z rodziną i jest dziura w naszyciu. Do tego świetnie budująca poczucie zagrożenia muzyka Jamesa Newtona Howarda, klimat bezradności i takiej apokalipsy. Troszkę to przypominało „Wojnę światów”, tylko bez efektów specjalnych.

zdarzenie2

Z drugiej strony, „Zdarzenie” sprawia wrażenie filmu głupiego, wręcz durnego. I to jest wina dialogów, które brzmią sztucznie. Najmocniej to czuć pod koniec, gdy bohaterowie trafiają do domu zamieszkanego przez ekscentryczną panią Jones, której zachowanie bije na głowę wszystko – oskarżenia o próbę kradzieży, zabójstwo, uderzenie dziecka w dłoń. Żarty ocierają się o absurd (hot dogi dają radę, ale tekst o aptekarce – grube jaja), dialogi sprawiają ból uszom (rozmowy z panią Jones – na samą myśl zaczynam się śmiać czy rozmowy naszej pary – poza tą finałową, która była udana), wątek państwa Moore i ich problemów małżeńskich jakiś ledwo liźnięty, niedopracowany. A samo zakończenie wielu może rozczarować brakiem wyjaśnienia na przyczynę tej sytuacji. Sytuacji, która może się powtórzyć.

zdarzenie3

Aktorsko film kładzie Mark Wahlberg, któremu Shyamalan chyba celowo postawił kłody pod nogi. Albo wypowiada zdania kompletnie bez sensu i nie na miejscu (rozmowa przed śmiercią pani Jones czy gadka z plastikowym drzewem), albo ma to spojrzenie. Miało ono chyba wyrażać zagubienie, dezorientację i strach, a mówiło ono: „Mark, w coś ty się za kabałę wpierdolił”. Na partnerującą Zooey Deschanel przynajmniej można popatrzeć (te wielkie oczy), bo też nie ma tu zbyt wiele do zaprezentowania. Chemii między nimi brak, więzi też nie czuć – spece od castingu dali ciała. Najciekawsza postać to kolega matematyk Julien (John Leguizamo), ale dość szybko znika z ekranu. I jeszcze świrnięta pani Jones (znana ze „Split” Betty Buckley) – takiego dziwadła jeszcze nie widziałem.

zdarzenie4

Shyamalan „Zdarzeniem” strzelił sobie w stopę, zaliczając spektakularną wpadkę, którą – podobno – przebił kolejnym tytułem. Realizacja solidna, suspens też jest, ale scenariusz jest słaby, aktorzy też poniżej możliwości, a o dialogach nie chce mi się gadać. Duże rozczarowanie, balansujące między śmiertelną powagą a zgrywą.

5/10

Radosław Ostrowski

Okja

Wyobraźcie sobie świat, gdzie korporacja jest dobra, porządna i życzliwa ludziom. Brzmi jak surrealistyczny sen? Dla firmy Miranda, zajmującej się wcześniej toksynami, pod wodzą nowej szefowej Lucy zmieniła swoje wcielenie. Teraz zajmuje się hodowlą świnek i przekazała swoje wielkie stworzonka 25 farmerom z 25 krajów świata, by za 10 lat wybrać tą najlepszą. Wybór pada na pochodzącą z Korei Okję, którą zajmuje się Mi-ja razem ze swoim dziadkiem. Dziewczynka jednak tak silnie związana ze zwierzątkiem, że nie chce dopuścić do spełnienia jej przeznaczenia, czyli przerobienia na mięsko dla wszystkich ludzi i wyrusza za nim aż do Nowego Jorku.

okja1

Koreański reżyser Jo-Hoon Boog zapadł w pamięć wielu kinomanom, dzięki swoim specyficznym filmom, wymykającym się jakimkolwiek szufladkom gatunkowym jak w „Snowpiercerze”. Wsparty finansowo przez Netflixa, dostał wolną rękę i znowu to zrobił. Czego tu nie ma: jest kino akcji, SF, gorzka satyra na współczesny świat i dramat, pomieszany, szalony oraz dziki. Reżyser wymierza swoje ostrze przeciwko wszystkim: korporacyjnym praktykom opartym na dezinformacji (albo na braku informacji), celebrytom ograniczonym do roli maskotek i łaknącym sławy jak ćma światła, eko-terrorystom walczącym niby o zwierzęta, ale tak naprawdę uzależnionymi od adrenaliny „narkomanami” w eleganckich gajerkach. Wreszcie zwykłym ludziom ograniczającym się do roli obserwatorów czy pragnących być w stanie niewiedzy. Bo czy tak naprawdę nas obchodzi, co jemy czy po prostu nie chcemy wiedzieć jak to jest robione?

okja2

Losy dziewczynki i zaprzyjaźnionej z nią superświni (nie, nie nosi lateksowych ciuchów, nie walczy ze światem), wyglądającej jak zmutowana, gigantyczna istota z aparycją buldoga, po prostu chwytają za serduszko. Widać silne przywiązanie oraz to, jak bardzo zależy na niej, mimo pewnej niezdarności (ucieczka oraz demolka sklepu). Oboje są tak naprawdę tylko pionkami w rozgrywce między eko-terrorystami a korporacją, próbującą zachować swój wizerunek. Wielu może odstraszyć groteskowość całego projektu oraz ta dziwaczna mieszanina, ale jest ona po prostu świetnie zrealizowana. Nawet jeśli w tle gra „bałkańska” galopka a’la Goran Bregović (niesamowita próba odbicia Okji przez „ekologów” i ucieczka z tempem jakby to był Bourne) czy stonowane dźwięki spod znaku kina niezależnego. Reżyser prowokuje, atakuje i zmusza do myślenia, nie pozostawiając obojętnym (mocna scena pokazu wymykającego się spod kontroli czy próba odbicia Okji wprost spod rzeźni).

okja3

Do tego jest to świetnie, wręcz rewelacyjnie zagrane. Najbardziej zachwyca debiutująca Seo-hyeon Ahn jako Mi-ja, stanowiąca niemal ideał dla rodziców – odpowiedzialna, troskliwa, ale też uparta i nie dająca się tak łatwo manipulować. Tak samo świetnie wygenerowana komputerowo Okja – duża, lekko niezdarna (przejście skrótem), ale tak urocza, że tylko pozbawiony wrażliwości człowiek mógłby przejść obojętnie. Szoł jednak skradła aktorska trójca Swinton/Gyllenhaal/Dano. Tilda w roli Lucy (oraz jej siostry Nancy) jest ucieleśnieniem wszystkiego, co znany z „szefów Mordoru” – pozornie spokojna, wręcz wycofana, na scenie tryska niemal dziką energią, odgrywając rolę otwartej oraz kreatywnej szefowej. Z kolei Gyllenhaal tutaj wciela się w dr  Wilcoxa – żałosnego celebryty, nie potrafiącym żyć bez kamery, poza nią zmieniając się w zgorzkniałego pijaka (rewelacyjna scena w laboratorium, gdy po kilku głębszych wylewa cały swój smutek i żal). Z kolei Dano jako szef Frontu Wyzwolenia Zwierząt – Jay zaskakuje swoją wysoką kulturą osobistą, przywiązaniem do tradycji swojego ruchu, a jednocześnie jest w tym bardzo niepokojący.

okja4okja5

Jeśli ja, człowiek nie będący wielkim fanem kina azjatyckiego ze względu na swoją hermetyczność oraz dziwaczność, docenia taki film jak „Okja” to znaczy, ze coś się stało. Hybryda skutecznie trzyma w napięciu, miesza konwencję i porusza do ostatniego kadru (jest scenka po napisach końcowych – jak w Marvelu). Ciekawe, ile osób po obejrzeniu przejdzie na wegetarianizm.

8/10

Radosław Ostrowski

Ratchet i Clank

Zdarzały się już wcześniej próby przenoszenia na duży ekran bohaterów gier komputerowych, ale o żadnej z nich nie można powiedzieć wiele ciepłych słów. Teraz postanowiono dokonać transferu Ratcheta i Clanka – bohaterów serii gier na konsolę. Jednak filmowa ekranizacja jest prequelem przeznaczonym głównie dla osób nieznających tej marki.

ratchet1

Pierwszy z nich jest lombaxem mieszkającym w małym wygwizdowie, gdzie pracuje jak mechanik. Mierzy jednak znacznie wyżej, gdyż chciałby być kosmicznym strażnikiem (nie mylić ze Strażnikami Galaktyki). Drugi jest niskim robotem, który miał dołączyć do armii paskudnego Draxa, który zaczął niszczyć planety i wybierać pojedyncze fragmenty. Ale podczas budowy coś poszło nie tak (znaczy piorun strzelił w fabrykę produkującą) i zamiast niszczyć oraz siać zamęt, staje po stronie dobra. Duet zaczyna się powoli zgrywać i dzięki obronie miasta bohaterów. Wystarczy teraz tylko pokonać Draxa i wszystko będzie dobrze.

ratchet2

Innymi słowy jest to klasyczne kino przygodowe w otoczce SF. Znamy takich opowieści setki, więc nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek zaskoczeniu. Sama kreska przypomina tą z gier, tylko zrobioną dzięki obecnej technologii. Czyli jest całkiem nieźle, kreska wygląda miło, chociaż troszkę koślawo. Tak jednak miało być, twórcom udaje się podrzucić kilka żartów (to akurat zasługa tłumaczenia), a całość jest bardzo lightową i lekką zabawą. Można było troszkę podkręcić gazu, ale to skierowana dla młodego odbiorcy oraz dorosłych zachowujących w sobie dziecko. Efekciarskie, bajeranckie i mocno przewidywalna opowieść o odpowiedzialności i stworzeniu w pełni zgranego kolektywu.

ratchet3

Z kolei polska wersja językowa jest dość nierówna. Tłumaczenie pełne jest żartów i drobnych aluzji do naszego podwórka (afera podsłuchowa), a obecność lektora (Tomasz Knapik) w przeskokach z miejsca na miejsce ma wiele uroku. Co do głosów postaci, to zostało tylko kilkoro aktorów powtarzających swoje role z gier. Mowa tu o dobrym Jerzym Kryszaku (robot Clank), świetnym Mirosławie Wieprzewskim (demoniczny naukowiec, dr Nefarius) oraz wspierających nasz duet Karolinie Kalinie (twardej Elaris) i Annie Sroce (jajogłowa Cora). Zmiany dotknęły Ratcheta oraz szefa strażników, kapitana Quarka. O ile w drugim przypadku, czyli nierozgarniętym i posiadającym wielkie ego kapitanie zmiana ta wyszła na plus (kapitalny Łukasz Nowicki godnie zastąpił Roberta Tonderę), o tyle nasz antagonista w wykonaniu Macieja Musiała jest zaledwie poprawny. Nie mogłem pozbyć się wrażenie bycia na siłę cool oraz wyluzowania. Zdecydowanie warto też pochwalić Waldemara Barwińskiego jako głównego antagonisty.

ratchet4

O ogólnym rozrachunku wychodzi z tego całkiem niezła zabawa, chociaż mało odkrywcza i zaskakująca. Gdyby nie bohaterowie oraz zderzenie ich charakterów, byłoby bardziej nudno niż zwykle. A tak jest fajna i niezobowiązująca rozrywka, głównie dla młodego kinomana.

6/10

Radosław Ostrowski

Pogromcy duchów

Wierzycie w zjawiska paranormalne? Po obejrzeniu tylu horrorów, przeczytaniu masy książek Stephena Kinga oraz seriali typu „Stranger Things” odpowiedź powinna brzmieć tak. Ale to przecież tylko filmy i nie inaczej jest z pewnym klasykiem, który oglądałem wielokrotnie i za każdym razem działał tak samo. Jeden z pierwszych horrorów, jaki widziałem. Chociaż z dzisiejszej perspektywy jest bardziej zabawny niż straszny.

pogromcy_duchw1

Kim są tytułowi „Pogromcy duchów”? to trzech naukowców uniwersytetu w Nowym Jorku, zajmujący się zjawiskami paranormalnymi. Peter Venkman, Egon Spengler i Raymond Stantz sprawiają wrażenie kompletnych wariatów. Tak też uznały władze uczelni likwidując ich wydział za zbyt niską efektywności. Za namową Venkmana panowie zaciągają kredyt w banku i zakładają własny interes – wyłapywanie duchów. A w mieście panoszy się masa tego tałatajstwa, to trio zdobywa coraz większy rozgłos. I tylko oni będą mogli powstrzymać miasto przed przybyciem paskudnego Gozera, który chce przerobić miasto w proch i pył.

pogromcy_duchw2

Jak widzicie sama historia nie jest jakaś super skomplikowana, ale twórcy bardzo zgrabnie lawirują między horrorem a komedią. Delikatną atmosferę grozy czuć już w otwierającej film scenie w bibliotece. Nie brakuje odrobiny złośliwości, ale prawdziwym popisem dużego komizmu są pierwsze próby łapania istot nie z tego świata. Są w tym bardzo ciapowaci, a wrogowie są wyjątkowo brzydcy. I nie chodzi tu o kiepskie efekty specjalne, bo te nieźle wytrzymują próbę czasu (wyglądają świadomie tandetnie), ale zostawiają po sobie nieprzyjemną wydzielinę. Na szczęście, nabierając doświadczenia, są coraz lepszymi kosiorami i żaden duch nie jest dla nich obcy. A finałowa konfrontacja z niejakim Gozerem Gozerskim to idealna kombinacja grozy (mroczna przestrzeń, perwersyjnie obrzydliwy stwór) z rzuconymi żartami. Są pewne poboczne wątki (podryw klientki Dany przez Venkmana czy będący wrzodem na dupie urzędnik z działu ochrony środowiska) i zgrabnie uzupełniają się z resztą historii.

pogromcy_duchw3

To wszystko nie miałoby takiej siły rażenia, gdyby nie pewna reżyseria oraz kapitalnie dobrana obsada. Film bezczelnie kradnie zawadiacki Bill Murray. Venkman w jego interpretacji to pyszałkowaty playboy, który nawet badania naukowe wykorzystuje do podrywania dziewczyn, ale potrafi w odpowiednim momencie zachować powagę. Wspiera go duet Dan Aycroyd/Harold Ramis (także autorzy scenariusza) jako niemal zamkniętych na resztę świata naukowców Stantza i Spenglera, a kiedy ten drugi z kamienną twarzą wypowiada pseudonaukowe wyjaśnienia pewnych kwestii, trudno powstrzymać się od śmiechu. Czuc tutaj silną, kumpelska relację, co jest dużym plusem. Jedyną wyrazistą kobietą jest tutaj Sigourney Weaver, która tym razem nie morduje obcych, lecz pada ofiarą opętania (i wygląda wtedy BARDZO apetycznie – nawet gdy udaje Megan z „Egzorcysty”). Fani „Obcego” mogą się poczuć skonsternowani.

pogromcy_duchw4

Ivan Reitman tym filmem potwierdził, ze komedia to jego prawdziwy żywioł. Ale nawet te „mroczniejsze” sceny zostają całkowicie wygrane. Twórcy są świadomi, że nie robią poważnego kina grozy, więc fani krwawszych i brutalniejszych tytułów mogą się poczuć rozczarowani. Ci, co chcą dopiero rozpocząć przygodę z gatunkiem horror und groza, mogą bez wstydu sięgnąć po „Pogromców”. I broń Boże, nie oglądajcie remake’u.

8/10

Radosław Ostrowski

Stranger Things – seria 1

UWAGA!
Tekst może zawierać spojlery, chociaż autor stara się tą ilość zredukować do niezbędnego minimum.

stranger_things1

Hawkins, stan Indiana, rok 1983. To właśnie tutaj mieszka paczka kumpli: Mike Wheeler, Will Byers, Lucas Sinclair i Dustin Henderson – bardzo młodych dzieciaków, którzy fajnie spędzają ze sobą czas, grając w gry fantasy (ale nie na komputerze), działają w kołku naukowym. Są zżyci ze sobą po prostu, prawdziwi przyjaciele. Ale pewnego wieczoru jeden z czwórki, Will nie wraca do domu. Po prostu znika bez śladu. Matka przeżywa załamanie nerwowe, brat chłopca (Jonathan), policja kierowana przez komendanta Jima Hoppera oraz kumple Willa, niezależnie od siebie prowadzą poszukiwania. I w tym samym czasie pojawia się łysa dziewczynka w szpitalnym ubranku, która może wiedzieć, gdzie jest Will.

stranger_things2stranger_things3

Tym razem Netfilx wsparła projekt braci Duffer, którzy z wielką pasją i sentymentem odtwarzają lata 80., a jednocześnie garściami biorą z kina tego okresu. Czyli mamy dziecięcą, ale szczerą przyjaźń, tajemniczą osobę z paranormalnymi mocami, outsidera, nastolatki z typowymi problemami oraz tajną organizację przeprowadzającą nielegalne eksperymenty. A że jeden z nich (jak to w tego typu produkcjach przystało) wymknął się spod kontroli i wszystko się spier…, to inna kwestia. Skojarzenia nasuwają się same: książki Stephena Kinga (główna intryga), filmy Stevena Spielberga, muzyka pełna syntezatorowej palety barw niczym Carpenter, Tangerine Dream czy Brada Fiedela. Wszystko to wygląda i brzmi znajomo, ale nie jest to absolutnie żadna wada, a najfajniejsze jest to, że twórcy skupiają się tylko na jednym wątku – poszukiwaniach dziecka.

stranger_things4stranger_things6

Historia na początku toczy się dość spokojnie, ale chodzi tutaj o zarysowanie tła oraz bohaterów. Nie brakuje tutaj dorosłych zajętymi swoimi sprawami oraz dzieci (także nastolatków), ukrywający przed nimi swoje tajemnice i lęki. Bo przecież nikt nie uwierzyłby, że widzieli potwora grasującego po okolicy i zjadającego ludzi, prawda? Dodatkowo twórcy wplatają retrospekcje zarówno związane z Willem i jego rodziną, jak i przede wszystkim tajemniczej Nastki (to skrót od Jedenastki, który brzmi lepiej jak na imię dla dziewczynki) – przetrzymywanej w podziemiach laboratorium. Tam też poznajemy jej moce – telepatia, lokalizacja za pomocą dźwięku, wkraczając do niepokojącego Innego Świata (Drugiej Strony), bardzo chłodnej wizualnie oraz pełnej paskudnej wydzieliny zarąbanej Obcemu. Znakomicie to buduje klimat tajemnicy oraz grozy, jak w scenie „kontaktu” z zaginionym za pomocą lampek. I jeszcze to monstrum, będące krzyżówką kwiatka z… Predatorem (ugry motherfucker), którego w pełnej krasie widzimy dopiero pod koniec odcinka 5. Pochwalić należy też scenografów, którzy z takimi detalami jak plakaty filmów z tego okresu („Coś”, „Martwe zło”, „Szczęki”) tworzą klimat tej epoki. Każdy detal robi ogromne wrażenie – budynek szkoły, laboratorium i mroczny portal, wreszcie piwnica Mike’a z grami planszowymi. To wszystko po prostu pochłaniałem niczym dziecko słodycze, a ostatnie dwa odcinki to prawdziwe mistrzostwo w budowaniu napięcia oraz intensywności emocji.

stranger_things7

Więcej wam nie zdradzę, bo muszę was jakoś namówić do spotkania z ferajną. Powiem tylko tyle, że bracia Duffer pewnie prowadzą całą historię, mają świetną rękę do dialogów, a aktorsko jest to zagrane znakomicie. Wiem, że dla wielu osób ością w gardle może być to, co robi Winona Ryder jako matka Willa. Jej lęk, obsesje i paranoja na pierwszy rzut oka wydają się nadekspresyjne i przeszarżowane, jednak jest to w pełni uzasadnione (ten rozedrgany głos i pełne przerażenia oczy), ale już pod koniec coraz bardziej zaczyna się uspokajać. Film bezczelnie kradną młode dzieciaki (Gaten Matarazzo, Finn Wolfhard, Caleb McLaughlin) pełni naturalności i chemii, mimo że to debiutanci. Zgrani, autentyczni w każdym wypowiedzianym słowie i geście, przypominający troszkę Goonies. Jest jeszcze Nastka, czyli Millie Bobby Brown – bardzo delikatna, nadwrażliwa, zagubiona dziewczyna poznająca nowy świat. Ale w chwilach zagrożenia zaczyna atakować i gryzie bardzo mocno, nie do końca panując nad swoimi mocami. Tą postać kupiłem najbardziej, tak jak komendanta Hoppera (rewelacyjny David Harbour). Pozornie glina z małego miasteczka, ale cechują go dwie rzeczy: zdrowy rozsądek oraz nieufność do władz (grany przez Matthew Modine’a dr Brenner), przez co zachowuje zimną krew w najbardziej ekstremalnych sytuacjach.

stranger_things8

Wiadomo już, że będzie druga seria, na którą trzeba będzie poczekać aż do Halloween (czyli 31 października) i warto będzie tak uczynić. „Stranger Things” to destylat wszystkiego, co było najlepsze w latach 80., będący idealną mieszanką kina familijnego, SF, horroru i… kina przygodowego. Na takie seriale zawsze jestem otwarty, mimo tego, iż twórcy troszkę grają znaczonymi kartami. To będzie klasyk, robiący furorę jeszcze przez następne dekady.

stranger_things5

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kokon

Filmy o seniorach i ludziach starszych mają to do siebie, że można podzielić je na dwie grupy. Pierwsza to depresyjne kino pokazujące mroczną stronę tego okresu: fizyczna ułomność, zmęczenie życiem. Druga grupa to pokazanie tego okresu jako sytuacji, gdy jeszcze można być głodnym życia. Tak jest w przypadku filmu Rona Howarda z 1985 roku.

kokon1

Poznajcie Arta, Bena i Joego – to trzej pensjonariusze domu opieki w St. Petersburgu (ale nie tego w Rosji). Ci ludzie jeszcze nie zamierzają się nudzić. Dlatego w tajemnicy zakradają się do opuszczonego domu, by popływać w znajdującym się tam basenie. Problem jednak zaczyna się, gdy budynek zostaje wynajęty przez tajemniczego Waltera, a na dnie basenu pojawiają się bardzo duże kamienie. Jedno nie ulega wątpliwości: podczas kąpieli nasi emeryci stają się coraz bardziej ożywieni i zdrowieją. Sami odkrywają, iż tajemniczy goście to przybysze z kosmosu.

kokon2

Akcja „Kokonu” przebiega dwutorowo: z jednej strony mamy naszych emerytów, co stają się coraz młodsi i bardziej energiczni niż zwykle. Nawet do tego stopnia, że wszelkie choroby i dolegliwości znikają automatycznie. Drugi wątek skupiony jest wokół Waltera oraz wplątanego w całą eskapadę z kokonami Jacka Bonnera (kapitana statku wynajmowanego przez kosmitów). Prędzej czy później musi dojść do zderzenia tych bohaterów. Po drodze nie brakuje odrobiny humoru oraz troszkę rubasznych żartów (aczkolwiek scena w dyskotece, gdy Art wykonuje breakdance – wow), ale Howard potrafi też wzruszyć oraz zastanowić. Nie da się zapomnieć nagłego odejścia jednej z pensjonariuszek (Rose), zgonu jednego z kokonów czy dramatycznego, finałowego pościgu z gęstą mgłą. To wszystko pokazuje, że starość też może być piękna, a staruszkowie to też ludzie. Potrafiący kochać, cierpieć, sprawić innym ból lub być mentorami (relacja Bena z wnukiem).

kokon3

To ładne kino z pięknymi zdjęciami podwodnymi oraz genialną muzyką Jamesa Hornera. Howard troszkę tutaj przypomina Stevena Spielberga, a historia pierwszego kontaktu z obcymi utrzymana jest w duchu ciepłego humanizmu. Do tego jest świetnie zagrany przez niesamowitych aktorów, choć już dzisiaj zapomnianych. Dominuje trio Don Ameche/Wilford Brimley/Hume Cronyn, między którymi czuć silną chemię oraz prawdziwą przyjaźń. Widać, że wiele przeszli i nie zamierzają godzić się na nudne życie. Po drugiej stronie mamy troszkę nieśmiałego Steve’a Guttenberga (Jack) oraz opanowanego i spokojnego Briana Dennehy’ego jako przywódcę kosmitów Waltera, który jest bardzo ludzki i życzliwy. To nie wszyscy, bo wyliczyć każdego byłoby trudno.

kokon4

„Kokon” jest bardzo ciepłym, sympatycznym, a jednocześnie pogodnym filmem. Howard pozostaje twórcą życzliwym, a chociaż efekty specjalne zestarzały się mocno, to klimat pachnący nostalgią oraz kinem nowej przygody pozostaje. Refleksyjne, pełne serca kino.

7/10

Radosław Ostrowski