Nowy początek

Ile razy już to mieliśmy? Pierwszy kontakt z cywilizacją pozaziemską to jeden z archetypowych motywów kina SF. Najczęściej oznaczało to siłową, brutalną konfrontację między kosmitami chcącymi przerobić naszą planetę w proch i pył, a dzielnymi, prawymi Amerykanami. Jakoś dziwnie ufoludki pokochały USA, by lądować tam. Nie inaczej jest i tutaj, ale to tylko jeden z dwunastu statków pojawiających się na Ziemi. Kim są? Czego chcą? Dlaczego akurat wylądowali tam? Do jednego z takich miejsc trafiają wojskowi, naukowcy, agenci rządowi, wśród nich bardzo ceniona lingwistka Louise Banks, wspierana przez matematyka i fizyka Iana Donnelly’ego.

nowy_pocztek1

Tym razem jednak całość pilotuje Denis Villeneuve, który potrafi pokazać pazur w kinie gatunkowym, co pokazał w mrocznym „Labiryncie”. Ale kino SF rządzi się innymi prawami niż thriller czy kryminał, chociaż jak każdy gatunek można poprowadzić na kilka sposobów. Od razu uprzedzę, że nie ma tu miejsca na strzelaniny, popisy pirotechniczne czy gości od efektów specjalnych. Tak naprawdę ufo jest tylko papierkiem lakmusowym, a najważniejsi jesteśmy my, ludzie. Jak reagują ludzie? Strachem, lękiem, agresją, co jest absolutnie zrozumiałe. A politycy kłócą się ze sobą i nie potrafią wznieść się ponad swoje podziały, lęki, strachy, dążąc do siłowej konfrontacji jak przywódca Chin. I jak my mamy znaleźć kontakt z obcą cywilizacją, gdy sami ze sobą nie potrafimy się dogadać, mimo nowoczesnej technologii oraz różnych gadżetów? Czy jesteśmy w stanie wznieść się ponad swoimi strachami czy tak jak zawsze najpierw będziemy chcieli spuścić łomot?

nowy_pocztek2

Sceny, gdy powoli odkrywamy język naszych kosmitów to małe perełki, które oglądałem niczym w rasowym kryminale. Tajemnica, która musi zostać rozwiązana, gdyż od niej zależą losy naszego znanego świata. Nie zapomnę sceny pierwszego spotkania Louise z obcymi, mającymi macki niczym ośmiornice w szczelnym, wręcz surowym wnętrzu statku. I jest ta szyba pełna mgły, gdzie ledwo widać kogokolwiek. Pierwsze ruchy, pierwsze tajemnicze kółka i próba wgryzienia – wtedy Villeneuve podkręca napięcie kolejnymi spojrzeniami, znakami i pytaniami. Wszystko zrobione bardzo prostymi środkami, bez efekciarstwa i zadymy.

nowy_pocztek3

To jednak jeden z aspektów, bo drugim jest nieuchronność podjętych przez nas decyzji oraz wejść do naszego niemal wnętrza. I w końcu Louise (jedyna kobieta w tym całym męskim świecie) musi dokonać pewnego wyboru. Czy gdybyś mógł się cofnąć w przeszłość, zmieniłbyś coś w swoim życiu? – pyta nasza bohaterka. Ciągle pojawiają się przebitki na zdarzenia z życia prywatnego Louise – rozpadu małżeństwa, śmierci dziecka. Początkowo może to wprawić w konsternację, ale nie ma tutaj niczego przypadkowego, włącznie z zakończeniem, które wprawiło mnie w zakłopotanie i jedno wielkie WTF? Nie zdradzę wam dokładnie o co chodzi, ale ma to związek z czasem. To na szczęście jedyna skaza tego filmu.

nowy_pocztek4

Villeneuve pewnie prowadzi całą fabułę pewną ręką i nie traktuje nas jak idiotów. Owszem, są pewne sceny tłumaczące działania naszej bohaterki (świetne pokazanie związane z zadaniem pytania o cel obcych), ale ponieważ jest jedyną lingwistką w grupie, to te wyjaśnienia pomagają rozgryźć całą pracę. Do tego jest to fantastycznie zagrane. Film bezczelnie kradnie wszystkim zjawiskowa Amy Adams jako delikatna, wyciszona, ale bardzo skupiona, inteligentna i bardzo cierpliwa. Jak wobec dziecka, któremu trzeba objaśnić pewne skomplikowane rzeczy. Ma mocnych partnerów w osobach Jeremy’ego Rennera, obsadzonego wbrew swojemu emploi, który daje radę jako inteligentny naukowiec oraz Forresta Whitakera wcielającego się w wojskowego.

„Nowy początek” to jeden z najciekawszych filmów SF ostatnich lat, gdzie fantastyczna otoczka jest tylko pretekstem do pokazania i spojrzenia tak naprawdę na człowieka – jego lęki, wątpliwości oraz działań. A co wy byście zrobili w sytuacji pierwszego kontaktu? Reżyser daje bardzo wiarygodną i przekonującą wizję, skupioną na realizmie oraz psychologii postaci niż tylko na rozwałce. I to lubię, a mam wrażenie, że jeszcze wrócę do tego filmu. 

8/10

Radosław Ostrowski

Lobster (Homar)

Wyobraźcie sobie świat, w którym można żyć tylko w jeden sposób – życie w parze. Jeśli jesteś samotnikiem, to masz dwa wyjścia: albo ukrywać się i unikać wszelkiego kontaktu z ludźmi albo trafisz do Hotelu, gdzie dostaniesz szansę na odnalezienie drugiej połówki. Dokładnie 45 dni, które możesz przedłużyć, jeśli upolujesz jakiegoś samotnika ukrywającego się w Lesie. Co jeśli się uda? Wtedy zostaniesz zamieniony w zwierzątku i trafisz do Lasu, by przetrwać. W takiej sytuacji znalazł się David, którego żona zostawiła po 11 latach pożycia.

homar1

Brzmi to absurdalnie, prawda? Ale taką wizję przyszłości postanowił pokazać grecki reżyser Yorgos Lathimos. I powiem to od razu: to nie jest świat, w którym chciałbym zamieszkać. Świat, w którym zostaje nam narzucony pewien porządek i jedyna słuszna droga egzystencji oraz szczęścia. Narzucanego odgórnie i kontrolowanego przez kierowniczkę, by nie było oszukiwania. Mając tak ograniczony czas i wybór, trzeba się zdecydować. Bo panie, tak jak panowie, są różni: kuśtykający, sepleniący, pozbawieni emocji, ale desperacko i na ślepo szukający własnego szczęścia w parze. Są jednak pewne obostrzenia: zakaz palenia, masturbacji, korzystania z miejsc dla par, a także wieczorki pokazujące dlaczego warto być w związku (nie zadławicie się na śmierć i nie zostaniecie zgwałceni). Jeśli po związaniu będą problemy, to dostaniecie… dzieci. Ale jak wybrać? Czy dostosowywać do swoich znaków rozpoznawczych (krwotok z nosa, seplenienie, brak emocji) czy może być sobą?

homar2

Jest też inne wyjście, czyli ucieczka do lasu, gdzie działa partyzantka samotników, jednak za próbę zbliżenia czy okazania miłości grozi odcięcie ust lub kastracja. I jak żyć w takim absurdalnym świecie? Wizja reżysera jest przerażająca i dlatego chciałem znaleźć jakąś nadzieję czy receptę na wyrwanie się z tych możliwych opcji. Kiedy w połowie, gdy nasz bohater trafia do Lasu i poznaje narratorkę tego filmu, kibicowałem im do samego końca. Szyfry, notatki, drobne spojrzenia i gesty nabierają gigantycznego znaczenia. Wszystko to bardzo stonowane wizualnie, nie pozbawione spowolnień (pierwsze polowanie) oraz melancholijnej muzyki. Miasto jest równie ponure i sterylne. I jeszcze niejednoznaczny finał, który nie daje odpowiedzi na dalszy ciąg.

homar3

Do tego jest to fantastycznie zagrany. Imponuje bardzo powściągliwy i niemal z kamienną twarzą prowadzoną przez Colina Farrella. Trudno było mi na początku wejść w tego bohatera: wycofanego, zdystansowanego, tłumiącego emocje. Im dalej jednak, tym bardziej widać jego desperację, alienację i nawet te wąsy nie przeszkadzały. Po drugiej stronie równie wyciszona Rachel Weisz – też krótkowzroczna, samotna, oszczędna. Ale ten związek jest poprowadzony bez fałszu, patosu i nudy. Poza tym pięknym duetem jest jeszcze bardzo wyrazisty drugi plan z fantastyczną Olivią Colman (kierowniczka) i Leą Seydoux (przywódczyni samotników) na czele.

homar4

„Lobster” jest bardzo absurdalnym, gorzkim i wręcz przygnębiającym o potrzebie bycia z kimś. A jednocześnie jest w tym sporo z Gombrowicza, gdyż pokonanie tych dwóch masek wymaga wysiłku. W końcu każdy z nas ma takie momenty, że chce być sam, ale nie na długo. Zastanówcie się po obejrzeniu nad sobą.

7/10

Radosław Ostrowski

High-Rise

Lata 70., gdzieś w Wielkiej Brytanii. Poznajemy dr Roberta Lainga – zwykłego, szarego człowieka wprowadzającego się do nowego budynku zwanego Wieżowca – samowystarczalnej chaty z basenem, sklepem, siłownią. Trafia on dokładnie na środek budynku, czyli 25 piętro. Powoli próbuje adaptować się do otoczenia i dostaje się prosto w klincz. Z jednej strony jest wyższa sfera kierowana przez Anthony’ego Royala – głównego architekta, z drugiej są szaraczki kierowane przez buntowniczego Richarda Wildera. Kiedy coraz częściej dochodzi do awarii prądu, konflikt wydaje się nieunikniony.

highrise1

Kolejna adaptacja dzieła J.G. Ballarda, który bardzo krytycznie odnosi się do obecnego świata. „High-Rise” to niby lata 70., ale nie jest to w żadnym wypadku film retro.. W zasadzie jako takiej fabuły nie ma, a reżyser wykorzystuje postać Lainga, by pokazać silny kontrast między high-life’m a szaraczkami z dołu. I to widać już na zasadzie scenografii – szczyt jest pełen przepychu, blichtru, bogactwa. Tam nawet jest koń (!!!) na dachu, a dół – skromnie, szaro i nieciekawie. Reżyser bardzo zgrabnie czerpie z estetyki kina lat 70. – kostiumy, design samochodów, wizualne skupienie na detalach oraz świetna gra oświetleniem. A im dalej w las, tym coraz bardziej dochodzi orgiastycznych imprez, gdzie obie strony unikają się jak ognia. Jest coraz bardziej przerażająco, z kolejnym zezwierzęceniem. Ktoś nagle zabija psa, ktoś próbuje zgwałcić kobietę, ktoś odbiera sobie życie (płynnie montowane ze scenami imprezy). Wszystko to doprowadza do niesamowitej formy, tylko ta dystopijna alegoria wg Whitleya była dla mnie zbyt chłodna.

highrise2

Bo że jest to dystopia oraz metafora tego, do czego jest zdolny człowiek, widzimy od samego początku, gdzie widzimy już budynek jako pobojowisko i cofamy się 3 miesiące wstecz. Wiemy, że będzie źle i brakuje tutaj elementu zaskoczenia. Przełknąłbym ten drobiazg, gdyby nie kompletna obojętność wobec postaci, które są ledwo zarysowane. To mają być konkretne postawy wobec swoich własnych aspiracji – bo każdy chce mieszkać wyżej, prawda? Ale w zamian za całkowitą izolację, agresję i przetrwanie za wszelką cenę. Daje to do myślenia i skłania do refleksji, lecz wnioski są oczywiste: zawsze będą ludzie uprzywilejowani oraz ci bez nich.

highrise3

Aktorsko Whitley dobrał bardzo znane twarze i wydaje się, że najłatwiej identyfikować się z granym przez Toma Hiddlestona Laingiem – everymenem, który chce mieć święty spokój, a w żadnej ze sfer nie czuje się najlepiej. Coraz bardziej głupieje, męczy się, nie wysypia, chce się odciąć od reszty otoczenia. Reszta obsady radzi sobie dobrze: od krnąbrnego i prymitywnego Wildera (Luke Evans), eleganckiego Royala (Jeremy Irons) oraz mająca swoje kontakty seksowna Charlotte (Sienna Miller).

highrise4

„High-Rise” próbuje stworzyć portret współczesnego człowieka – samotnego, egoistycznego, pozbawionego emocji, wrzucając go w ekstremalną sytuację. Problem w tym, że poza niesamowitą oprawą audio-wizualną, nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania. Wheatley bardziej przypomina to Davida Cronenberga, który o ważkich sprawach opowiada w chłodny wykład. Niewygodne, wymagające kino, nie dla każdego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Skanerzy

Cameron Vale jest zwykłym facetem wyglądającym jak kloszard. Niepozorny, spokojny facet nie pamiętający żadnych wspomnień i mieszkania. Ale posiada pewną moc, której siły nie pozostaje świadomy – jest skanerem. A kim jest skaner? To telepata, potrafiący wejść w umysł każdego człowiek. I nie tylko. Mężczyzna zostaje zgarnięty przez korporację ComSec posiadającą lekarstwo blokujące umiejętności skanerów. Kierowany przez dr Paula Rutha Vale ma za zadanie dorwać i powstrzymać głównego przeciwnika korporacji – Darryla Revoka.

skanerzy1

Gdy ktoś wpada na pomysł, żeby zbratać Davida Cronenberga z głównym, komercyjnym nurtem, to efekt może być kompletnie nieobliczalny. Na początku swojej drogi realizował niskobudżetowe horrory, w których przyglądał się deformacjom oraz wszelkim odstępstwom od szeroko rozumianej normy. Tutaj skupia się na telepatach, którzy potrafią być bardzo niebezpieczni (słynna scena skanowania mózgu). Cała intryga wydaje się dość prosta i oparta na kliszach znanych z filmów akcji: infiltracja, zabójstwa telepatów, zdrajca w obozie sojuszniczym, mroczna tajemnica korporacji, wreszcie ostateczna konfrontacja. Reżyser nie dysponuje dużym budżetem (nawet jak na tamte czasy), więc zapomnijcie o efektach specjalnych, epickiej muzyce. Aczkolwiek pieniądze na sporadyczne eksplozje się znalazły. Klimat jest oparty na niepokoju, oszczędnej formie i jest kilka świetnych scen. Wystarczy wspomnieć moment, gdy do przywiązanego Vale’a przychodzą ludzie i słyszy ich myśli czy spotkanie z innym telepatą w jego samotni. Aurę podkręca jeszcze świdrująca uszy muzyka Howarda Shore’a.

skanerzy2

Problem jednak mam tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze, to wszystko jest bardzo przewidywalne. Wiemy, że musi dojść do konfrontacji i kolejne klocki idą w kierunku oczywistym. Drugim jest tutaj bardzo średnie aktorstwo, z nijakim Stephenem Lackiem na czele. Przemiana Vale’a z nieświadomego swojej mocy człowieka w tajnego agenta jest tutaj zbyt skrótowo pokazana (jedna, dwie sceny i już), a konfrontacja bardziej przypominało zabawę pt. Kto pokaże głupszą minę?. Wyjątkiem od tej reguły jest tutaj magnetyzujący Michael Ironside jako psychopatyczny Revok.

skanerzy3

Z dzisiejszej perspektywy „Skanerzy” wyglądają jak rasowy kino klasy B – bidne, brutalne (chociaż nie tak mocno jak trylogia weneryczna), bezceremonialnie rozprawiające się z oczekiwaniami. Jednak nie wytrzymało w całości próby czasu i trzeba wiele cierpliwości, by w pełni docenić dzieło Kanadyjczyka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

X-Men: Apocalypse

Nowy film o mutantach i nowa dekada, w której toczy się akcja całości. Tym razem są lata 80., a drogi Magneto i profesora Xaviera odcięły się definitywnie. Pierwszy ma żonę i córkę, pracuje w fabryce w… Pruszkowie, a drugi prowadzi szkołę dla uzdolnionych, czyli mutantów. Jednak obaj znowu będą musieli walczyć. Dlaczego? Gdyż w Kairze obudził się pierwszy mutant, który spał przez tysiące lat, przejmując wszystkie nadprzyrodzone moce. Apocalypse powraca, by zniszczyć całą Ziemię, chociaż sam mówi o oczyszczeniu jej z ludzi.

xmen_apokalipsa1

Bryan Singer kontynuuje ścieżkę opowieści o naszych superbohaterach, oswajających swoje nadprzyrodzone moce, znaną z „Pierwszej klasy”. Jednak tutaj panuje większy rozgardiasz i chaos w tej historii, gdzie każdy nie dostaje w pełni swojego czasu, a na pierwszy plan wysuwa się pełniący rolę mentora profesor, próbujący się ukryć Magneto (to, że się nie uda jest to wiadome od początku) oraz Raven, miotającą się między obydwoma stronami, szukającą innych mutantów oraz prowadzących własną krucjatę. Po drodze poznajemy jeszcze grupkę młodzików, którzy przejdą niejako swój pierwszy chrzest bojowo – Cyklop, Jean Grey czy nasz stary znajomy Quicksilver. Jeszcze nie panują w pełni nad swoimi mocami, ale od nich zależy los całego świata. I to właśnie ich radzenie sobie to najciekawsze oraz najfajniejsze, co przynosi „Apocalypse”.

xmen_apokalipsa2

Sama historia ogląda się całkiem nieźle, ale jest kilka ale. Po pierwsze, sam Apocalypse – pradawny Bóg, który zamierza zniszczyć świat z powodu…. osobistej zemsty? Pogardy dla ludzkości? Dlatego, że czemu k***a nie? To nudny i nieciekawy łotr, którego moce ograniczają się do manipulacji, budowania piramidy oraz darcia ryja. Tym większa szkoda, że gra go Oscar Isaac, jeden z ciekawszych aktorów młodej generacji, tylko tutaj nie dano mu podstawy do stworzenia wyrazistej postaci. Po drugie, same sceny walki wyglądają dość biednie, chociaż reżyser stara się wykorzystywać otoczenie. To jednak niewiele pomaga, zwłaszcza w finałowym starciu na egipskim mieście, gdzie brakuje tempa, a efekty specjalne (jak na dzisiejsze standardy) są zwyczajnie słabe i nie robią dobrego wrażenia. Aczkolwiek są dwa wyjątki, czyli kolejna popi sówka Quicksilvera ratującego uczniów przed wybuchem w rytmie „Sweet Dreams” od Eurythmics oraz krótkie wejście Wolverine’a, mordującego niczym dzikie zwierzę. Jest wtedy pazur, energia oraz moc. I po trzecie, za mało miejsca poświęcono młodszym mutantów, którzy powinni (mam nadzieję, że po tej części) stać się nowymi bohaterami przejmującymi pałeczkę po Raven, Hanku, profesorze i Magneto. Relacje tej czwórki obracają się wokół tego samego (wizji X-Menów, stosunków na linii ludzie-mutanty), przez co miałem wrażenie kręcenia się w kółko. Bardzo solidne role McAvoya, Fassbendera, Lawrence oraz Houlta częściowo ratują tą sytuację, ale jest zbyt serio.

xmen_apokalipsa3

Z nowszych postaci zdecydowanie wybija się tutaj potrafiący się przenosić w różne miejsca Nightcrawler (Kodi Smit-McPhee) – ten jego uroczy niemiecki akcent, postać niepozbawiona sprytu, zagubienia, a jednocześnie pełna wiary. Drugą ważną bohaterką jest tutaj Jean Grey (znana z „Gry o tron” Sophie Turner) – młoda, ognistowłosa telepatka, której moc i potencjał jest tak ogromny, że sama nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Ona jest najmocniej zarysowana z całej paczki i ma duży potencjał, by namierzać w następnych częściach.

xmen_apokalipsa5

Ze wszystkich filmów o „X-Men” jakich widziałem, ta część mi się najmniej podobała. Najciekawiej jest wtedy, gdy skupia się na interakcjach bohaterów ze sobą, „hartowaniem się stali” oraz ich wewnętrznych rozterkach. Gdy przychodzi do rozróby i zadymy, wtedy robi się dość nudnawo, a wtedy zastanawiamy się na co poszedł ten cały budżet. Ale mimo tych wad liczę na kolejną część opowieści o naszych mutantach, tylko powinien ją chyba zrealizować ktoś bardziej świeży niż Singer.

6/10

Radosław Ostrowski

Świat Dzikiego Zachodu

Zapraszam was do Delos: niezwykłego parku rozrywki na świecie. Dlaczego? Ponieważ za tysiąc dolców dziennie możecie trafić do jednego z trzech światów: starożytnego Rzymu, średniowiecznej Europy i Dziki Zachód, gdzie będziecie otoczeni androidami, które pomogą spełnić każdą waszą zachciankę. Sterowane przez ludzi sprawiają wrażenie, że światy te są bezpieczne, ale do czasu. Coraz częściej zaczyna dochodzić do awarii maszyn, o czym mają się przekonać dwaj śmiałkowie: John Blane i Peter Martin.

swiat_dzikiego_zachodu1

Michael Crichton był jednym z popularniejszych pisarzy thrillerów, którego talent docenili filmowcy przenosząc wiele książek, z których najbardziej znanym dziełem pozostaje „Park Jurajski”. W końcu sam postanowił spróbować swoich sił jako reżyser, co pokazał w debiutanckim dziele z 1973 roku. Sam pomysł brzmi znajomo – niczym w „Parku Jurajskim” dochodzi do awarii, gdzie roboty zaczynają mordować niczym „Terminator”, którego nie da się zatrzymać. Wszystko toczy się dość spokojnie, by doprowadzić do szybkiego pościgu oraz konfrontacji. Jednak jest tutaj kilka problemów, które psują odbiór. I nie chodzi tutaj o archaiczną warstwę wizualną, zdradzającą czasy realizacji (spora, choć minimalistyczna scenografia, wolna praca kamery, elektroniczno-kowbojska muzyka), bo to ma swój urok.

swiat_dzikiego_zachodu2

Po pierwsze, jest to przewidywalne, chyba że dopiero zaczynacie przygodę z twórczością Crichtona. Wiadomo, że dojdzie do awarii, pracownicy będą próbowali zatrzymać usterkę, której nie da się naprawić. Po drugie, samo tempo jest dość powolne, a twórcy zamiast skupić się tylko na świecie kowbojów (tytuł jednoznacznie sugeruje, że to będzie najważniejsze miejsce), pokazuje dwa pozostałe światy. I samo w sobie to ma uzasadnienie, żeby zobaczyć jak mocno przebiega problem z robotami, ale jednocześnie rozbija cały rytm, a napięcie zwyczajnie siada. Po trzecie w końcu, nieciekawy i nudny protagonista. O ile Blane, grany przez Jamesa Brolina wyglądającego jak Christian Bale (naprawdę, nie zmyślam), ma w sobie zawadiackość kowboja i dobrze wpasowuje się w to miejsce, o tyle grany przez Richarda Benjamina Peter, dla którego jest to pierwszy kontakt z parkiem, jest prowadzony niespójnie. Na początku jest zagubiony i onieśmielony miejscem, ale zamiast zaaklimatyzować, myśli o byłej żonie i tylko zgrywa twardziela, stając się cały czas ofiarą. Sytuację próbuje uratować autoironiczny Yul Brynner, parodiujący siebie z „Siedmiu wspaniałych” (nawet nosi identyczne ubranie) jako bezwzględny, brutalny kowboj oraz sceny akcji (bójka w barze, strzelaniny, pojedynek w zamku).

swiat_dzikiego_zachodu3

To wszystko jednak jest za mało, by mówić o debiucie Crichtona jako o udanym dziele. „Świat Dzikiego Zachodu” nie wytrzymał próby czasu, jednak jest na tyle interesującym konceptem, że wkrótce zostanie przeniesiony na mały ekran przez J.J. Abramsa. Sam film można ocenić jako zaledwie niezły thriller SF. Późniejsze pomysły (m.in. ukazanie świata z perspektywy maszyny) zostaną lepiej rozwinięte i dopracowane.

6/10

Radosław Ostrowski

Marsjanin

Za kilka lat będzie możliwe wysłanie załogi na Marsa. Ekspedycja Hermasa podjęła się zadania założenia bazy na Czerwonej Planecie, zawiezieniu próbek i powrocie na Ziemię. Jednak podczas przymusowego powrotu (burza piaskowa), jeden z astronautów, botanik Mark Whitney, obrywa fragmentem satelity i utracono z nim kontakt. Uznany za zmarłego Mark cudem przeżył i sam na Marsie musi przetrwać. Zwłaszcza, że najwcześniej astronauci wrócą za 4 lata. Jak żyć?

marsjanin1

Nie wiem, czy jesteście fanami Ridleya Scotta, ale ja tego reżysera bardzo sobie cenię. To jeden z najlepszych technicznie twórców, precyzyjnie skupiający się na detalu oraz stronie plastycznej, specjalizujący się w blockbusterach. Ale od czasu „American Gangster” angielski twórca błąka się i zaczyna nudzić i rozmieniać się na drobne („Prometeusz”). Adaptacja powieści Andy’ego Weira wydawała się być szansą na powrót do formy, jednak efekt jest umiarkowany.

Sama historia wydaje się być uwspółcześnioną, kosmiczną wersją „Robinsona Crusoe”. Samo w sobie nie jest to niczym złym, gdyż samotność na planecie daje spore pole do popisu. Niekoniecznie w celu przeprowadzenia filozoficznej refleksji, ale choćby w celu zrealizowania dobrego kina rozrywkowego, trzymającego w napięciu do końca. Scott nie do końca chce być poważny, dlatego pozwala sobie na żarty i żarciki Marka, komentującego swoją walkę. Z jednej strony to fajne rozwiązanie, gdyż pozwala uniknąć patosu i zbyt poważnego, depresyjnego ciężaru, ale jak wiemy, nadmiar lekkości może doprowadzić do osłabienia wagi sytuacji, a stawka całej gry (uratowanie i ściągnięcie astronauty z powrotem) przestaje mieć znaczenie. „Marsjanin” to ten drugi przypadek, a jeśli chodzi o arsenał dowcipu najlepiej wypadają wplecione w fabułę przeboje ery disco (co prawda nie ma Bee Gees, ale jest Abba, Donna Summer i David Bowie). Wyjątkiem w budowaniu napięcia są finałowe sceny, troszkę przypominające mi… „Grawitację„.

marsjanin2

Dodatkowo poza Markiem, obserwujemy działania NASA. Próby odnajdywania rozwiązania przypominało mi podobne sceny z „Apollo 13„, gdzie gra też szła o wysoką stawkę. A że wszystko musi się udać, staje się to jasne od początku. Przecież to amerykański astronauta, a jak wiadomo, każdy Jankes to urodzony MacGyver, który zawsze znajdzie rozwiązanie. Nie ma jedzenia? Wystarczy stworzyć plantację ziemniaków. Brak kontaktu z NASA? Trzeba poszukać łazika z 1996 roku i użyć systemu szesnastkowego. Coś naszemu bohaterowi, za łatwo wszystko idzie, przez co trudno było przejąć się jego losem, chociaż grający tytułową rolę Matt Damon dobrze wywiązuje się ze swojego zadania.

marsjanin3

Ale trzeba przyznać jedno – Mars wygląda majestatycznie, co jest zasługą świetnych zdjęć Dariusza Wolskiego. Czerwona Planeta skontrastowana z budynkami NASA i gabinetami robi ogromne wrażenie i buduje klimat alienacji. I to jest spory plus.

Jednak poza Damonem, drugi plan jest dość stereotypowy. Jeff Daniels jest unikającym ryzyka szefem NASA, który bardziej dba o swój tyłek i reputację firmy, niczym korporacyjny szef, Chiwetel Ejiofor to racjonalny inteligencik, szukający rozwiązania, z kolei załoga Marka to znane i cenione twarze ograniczone do drobnych epizodów. I jest jeszcze Sean Bean, niemal działający na własną rękę, pomocnik dyrektora (spojler: tym razem nie ginie), na którego zawsze miło popatrzeć.

marsjanin4

Mimo wad i narzekań, „Marsjanin” jest dobry krokiem wykonanym przez Scotta. Bardzo kameralne (co przy budżecie 100 mln dolców zaskakuje), niepozbawione dowcipu, solidnie zagrane i technicznie bez zarzutu, w końcu to Scott. Jednak po takim reżyserze, należy oczekiwać znacznie, znacznie więcej. I liczę, że Anglik przebudzi się niczym Moc w „Star Wars”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce zwanej USA pewien młody szaleniec wykreował świat, który zachwyca do dnia dzisiejszego. Mowa o „Gwiezdnych wojnach” – popkulturowym fenomenie oraz uniwersum George’a Lucasa, które do dzisiaj fani darzą ogromnym sentymentem i szacunkiem, a historia Luke’a Skywalkera jest kanonem dla miłośników SF. Ale nawet oni nie są w stanie zapomnieć tego, co się stało w „Epizodach I-III”, będących niemal wyłącznie skokiem dla kasy. Więc, gdy pojawiły się informacje o nowej części, reakcje były bardzo ostre, zwłaszcza, gdy studio Lucasfilm zostało sprzedane Disneyowi. Ale w końcu się udało i wreszcie obejrzałem „Przebudzenie Mocy”, którego zadania podjął się J.J. Abrams, autor nowej wersji „Star Treka”.

Star-Wars-7-Character-Guide-Finn-Rey

Siódmy epizod toczy się 30 lat po ostatecznym zwycięstwie Rebelii oraz przywróceniu Republiki. Ale, jak wiemy ze starych opowieści, pokój nie jest dany raz na zawsze. Luke Skywalker znika i budzi się dawne Zło, tym razem pod nazwą Nowy Porządek, które chce zniszczyć Republikę i zabić ostatniego rycerza Jedi. W cała tą walkę wbrew swojej woli zostaje wplątana zbieraczka złomu – Rye, której towarzyszy przypadkowo znaleziony droid BB-8 (robot zawiera mapę do kryjówki Luke’a) oraz dezerterujący z Nowego Porządku szturmowiec Finn.

11875118_1007880092596925_2204135516599208531_o

Brzmi znajomo? Abrams nie wymyśla koła od nowa i garściami czerpie z klasycznej trylogii, co działa moim zdaniem tylko na plus. Udało się to, czego nie zrobił Lucas w latach 1999-2005 – zachował klimat poprzednich części, ale też stworzył zapadające w pamięć widowisko. Może i jest ono mocno oparte na sentymencie, jednak jedno można stwierdzić bez wahania – ogląda się to znakomicie. Chciałbym powiedzieć coś więcej o fabule, ale nie mam zamiaru spojlerować, gdyż w tych niespodziankach i smaczkach oparta jest całość. Intryga, mimo dość znajomej formy, trzyma w napięciu, naładowana jest lekkim humorem (czuć rękę Lawrence’a Kasdana) i świetną muzyką niezawodnego Johna Williamsa. Dodatkowo zdjęcia Daniela Mandela bardzo pozytywnie zaskakują – gigantycznymi plenerami, dynamicznie fotografowanymi scenami akcji (ucieczka Finna, pościg Sokołem Millennium czy finałowy atak na bazę Nowego Porządku) oraz staroszkolną formą, znaną z klasycznej trylogii. A kiedy Han Solo w końcu wchodzi do Sokoła Millennium – słowa stają się po prostu zbyteczne. Magia działa.

tumblr_nhey3gpS9j1qa4gi0o1_1280

Nie tylko Abrams fantastycznie dopisuje nowy rozdział do starej opowieści, ale też świetnie prowadzi aktorów, którzy mają spore pole do popisu (czego nie można powiedzieć o wszystkich postaciach z „nowej” trylogii). Reżyser w rolach nowych bohaterów stawia na mniej znane twarze (czytaj: nie grali w kasowych przebojach), co jest ogromną zaleta. Objawieniem jest Daisy Ridley w roli Rey. Ta dziewczyna to typowa twarda wojowniczka, która nie potrzebuje męskiego wsparcia i sama sobie radzi w siłowych starciach. Pod tym względem przypominała mi dawną księżniczkę Leę, ale czy wpadnie w objęcia faceta? Czas pokaże. Kontrastem dla niej jest wystraszony Finn (świetny John Boyega), mający zwyczajnie dość zabijania dla swoich mocodawców i szukający świętego spokoju. Jednak i on odkryje, że przed przeznaczeniem ucieczki nie ma, a to ma konsekwencje swoje. I jakże miło było zobaczyć jeszcze raz Carrie Fisher (Leia) oraz wracającego do świetnej formy Harrisona Forda (Han Solo – nic się nie zmienił), prezentującego klasę.

forceawakens4-xlarge

Jeśli do czegoś można się przyczepić, to do Nowego Porządku, który jest mniej wyrazisty. Wynika to raczej z faktu, iż epizod VII jest niejako wstępem do większej całości. Dlatego z tej strony wyróżniają się tylko dwie postacie: Kylo Ren oraz generał Hux. Pierwszy (piekielnie dobry Adam Driver) wydaje się kalką Dartha Vadera (design), ale strasznie znerwicowany i zakompleksiony swoim dziedzictwem dzieciak wepchnięty na Ciemną Stronę Mocy. Ten drugi to ślepo posłuszny wojskowy (jego przemowa w bazie budzi grozę), a twarz Domhnalla Gleesona zaczęła mi przypominać młodego… Donalda Sutherlanda.

Star-Wars-7-General-Hux-Character-Name

Powiem tylko tyle: oczekiwania była gigantyczne, ale na szczęście „Przebudzenie Mocy” nie jest bezczelnym skokiem na kasę fanów cyklu. Przyznaję, iż miałem wrażenie, że już to gdzieś widziałem, jednak było to bardzo miłe uczucie. Wrócił dawny klimat, sentyment zadziałał, a zabawa była przednia. Tylko czemu musimy czekać dwa lata na następną część? Jedno jest pewne: Moc powróciła.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kraina jutra

Wyobraźcie sobie świat niezwykły, pełen magii oraz tak rozwiniętej technologii, w której wszystko jest możliwe. Zamieszkują go wynalazcy, naukowcy, wizjonerzy, a dobro człowieka jest najcenniejszą wartością. Taka jest Kraina Jutra, gdzie mieszkał niejaki Frank Walker. Mieszkał, bo został wygnany przez rządzącego okolicą Davida Nixa. Ale Frank musi wrócić, a to z powodu pewnej młodej dziewczyny – Casey Newton, które może odmienić świat.

kraina_jutra1

Brad Bird był mistrzem animacji, na czym poznał się Pixar. Jednak reżyser doszedł do wniosku, że animacja to za mało i 4 lata temu zadebiutował w fabule. „Mission: Impossible 4” było wielką niespodzianką i najlepszą częścią serii. Tutaj nie jest aż tak fajnie. Sama historia jest bardzo pogmatwana (zwłaszcza początek, gdzie mamy retrospekcję z życia Franka, by trafić do zbuntowanej Casey. Dziewczyna przypadkowo dostaje znaczek, pozwalający zobaczyć tytułową Krainę Jutra. Widzi ja tylko ona i znajduje się ona w świecie równoległym do naszego. Ale im dalej w las, tym bardziej logika szwankuje. Dlaczego tak działa ten znaczek? Czemu Casey została zwerbowana? I o co tak naprawdę tu chodzi? No i gdzie te 200 milionów baksów, które wydano? Nie wiadomo. Jest kilka widowiskowych ujęć (ucieczka z domu Franka czy lot z rakiety znajdującej się w… wieży Eiffla – wtf?), porywająca muzyka Michaela Giacchino, wyrastającego na następcę Johna Williamsa i nie brakuje akcji, jednak to wszystko zamotane, zaplątane i większość rzeczy trzeba przyjmować na wiarę. Sam wygład Krainy (przynajmniej na początku) jest imponujący, jednak pod koniec to jest zaledwie hangar podniszczony, a finał rozczarowuje.

kraina_jutra2

Bird próbował tak bardzo zaspokoić młodszych i starszych odbiorców, że wyszedł z tego misz masz. I ani George Clooney (dobry jak zwykle) ani Hugh Laurie (zmarnowano charyzmę tego aktora) nie są w stanie tego uratować. Dodatkowo jeszcze dostajemy koszmarny polski dubbing (pomysł, by Clooney i Laurie mówili głosami Żmijewskiego i Frycza jest słaby).

kraina_jutra3

Gdyby nie to mógłby być nawet dobry film, a wyszło zaledwie niezłe widowisko.

6/10

Radosław Ostrowski

Mroczne miasto – wersja reżyserska

Wszystko zaczyna się dość tajemniczo. Gdzieś w hotelowej łazience nocą budzi się mężczyzna. Przebiera się, bierze walizkę i otrzymuje telefon z ostrzeżeniem, że jego życie jest w niebezpieczeństwie. Odkrywa ciało młodej kobiety pełne krwawych, okrągłych kręgów i kompletnie niczego nie pamięta. Ucieka ścigany przez policję oraz tajemnicze osoby w płaszczach oraz kapeluszach.

mroczne_miasto1

Reżyser Alex Proyas bawi się konwencjami i wpuszcza w maliny. Zaczyna się jak rasowy kryminał z całym arsenałem sztuczek noir – ponure zaułki, scenografia i samochody niemal żywcem wzięte z lat 40. oraz ciągły mrok obecny aż do samego końca. Powoli odkrywany razem z Murdockiem tajemnicę związaną z samym miastem oraz grupą osób, która steruje tym miastem. Bo – jak szybko można się domyślić – nic nie jest takie, jak na pierwszy rzut oka. I wtedy pojawiają się elementy SF oraz steampunku (podziemia, wygląd strzykawek). Więcej wam nie chcę zdradzić, bo po pierwsze zepsuje przyjemność z samodzielnego rozwiązania łamigłówki, a po drugie jest to clou całej opowieści. Muszę przyznać, że kolaż neo-noir z SF prezentuje się okazale. Proyas stopniowo przekazuje kolejne elementy układanki i przedstawia bardzo ponury świat. Świat, w którym ludzie pozbawiani są wspomnień (ją one wszczepiane po wybiciu północy). Świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego tylko potęgują klimat tajemnicy, idąc w stronę noir. Eleganccy gliniarze, knajpy, femme fatale – wszystko tutaj gra i pasuje.

mroczne_miasto2

Filozoficzne wątki filmu stanowią jego drugie dno i nie są tylko naddatkiem dla krytyków. Czy jesteśmy w stanie sami decydować o swoim losie, a może ktoś za nas steruje? Skoro wspomnienia mogą być kłamstwem, a świat jest ciągle zmieniany (dobudowywane budynki), sprawiając wrażenie nieobecnego, to czy w ogóle możliwe jest dojście do prawdy? Te pytania zostają w głowie na długo, a film nie daje wszystkich odpowiedzi. Czuć też inspiracje innymi dziełami – steampunkowe elementy przypominały „Brazil” (siedziba tajemniczych obcych), filmy Jeuneta czy nieśmiertelnego „Blade Runnera”, ale najbardziej oczywistym skojarzeniem jest „Matrix” (mesjanizm), który bywał – trochę na siłę – nazywany plagiatem filmu Proyasa. Całe te inspiracje jednak nie niszczą filmu i są tylko skojarzeniami, z których sklejono samodzielny twór.

mroczne_miasto3

W tej estetyce bardzo dobrze odnajdują się aktorzy. Rufus Sewell kojarzony głównie z ról czarnych charakterów tutaj świetnie wszedł w buty zagubionego i uparcie szukającego swojej tożsamości Johna Murdocka. Jest to wyjątkowa postać w tym świecie, ale to zapewne jest łatwe do rozszyfrowania. Poza nim błyszczy niezawodny William Hurt (wątpiący, dociekliwy i inteligentny inspektor Bumstead) oraz świetny Kiefer Sutherland (jąkający się i zagadkowy dr Daniel Schreber, mający istotną wiedzę na temat świata). Jest tutaj tylko jedna kobieta, ale Jennifer Connelly jest czarująca (pięknie śpiewa w knajpie, chociaż nie swoim głosem) i jako żona Murdocka dobrze sobie poradziła.

mroczne_miasto4

„Mroczne miasto” jest intrygującym i tajemniczym kinem SF. Może końcówka lekko zawodzi, ale i tak ogląda się z dużym zainteresowaniem. Aha, koniecznie oglądajcie wersje reżyserską nie tylko dlatego, że jest dłuższa, ale pozbawiona łopatologicznego tłumaczenia jakie dostajemy na samym początku. Ostatni film SF epoki industrialu.

7,5/10

Radosław Ostrowski