Człowiek-demolka

Niby były połączenia kina akcji z SF, jednak takiej jazdy jak „Człowiek-demolka” nie da się wymazać z pamięci. Jedyny film zrobiony przez Marco Brambillę ma w zasadzie to, co lubicie w akcyjniakach z lat 90. i nawet o wiele więcej. Akcja toczy się w przyszłości roku 1996, gdzie policjant John Spartan (tytułowy Człowiek-demolka o aparycja Sylvestra Stallone’a) ściga niebezpiecznego bandziora Simona Phoenixa (Wesley Snipes w czasach wielkiej formy), który porwał zakładników. Udaje się przestępcę schwytać, lecz akcja kończy się rozpierduchą i wrobieniem policjanta w zabójstwo zakładników. Za karę obaj panowie zostają zamrożeni w komorach kriogenicznych na 70 lat. W 2032 roku Los Angeles, Santa Monica oraz San Diego połączyły się w jedną metropolię, zaś przemoc to pieśń przeszłości. Ale właśnie wtedy Phoenix ucieka z więzienia, a policja jest wyjątkowo bezsilna. Pozostaje jedyne rozwiązanie: wybudzić Spartana i dorwać Phoenixa.

Może i sam początek filmu zapowiada coś konwencjonalnego, to złudzenie trwa kilka minut. Gdy trafiamy w przyszłość, nagle film idzie w satyrę na dystopijne społeczeństwo. Świat, który wskutek katastrofy zmienił się totalnie. Ludzie noszą stroje przypominające kimona, przestrzeń jest nieznośnie sterylna, zaś wiele rzeczy (mięso, przemoc, seks, niezdrowa żywność, broń palna) w zasadzie nie istnieją. Nawet przeklinać nie można, bo dostaje się za to mandat. Nowy, wspaniały świat, będący zasługą wizjonera dra Cocteau. Ale technologicznie jest wiele gadżetów bardzo blisko naszej rzeczywistości jak telekonferencje, tablety czy automatycznie prowadzące samochody. Zaś dominacji tylko jednej fast-foodowej sieci wydaje się być kwestią czasu. Krótko mówiąc – niby zdrowe, ale jakieś pozbawione jaj społeczeństwo.

I to komediowe zacięcie w scenach, gdzie Spartan próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości to najmocniejszy punkt filmu. Nie oznacza to jednak, że sceny akcji nie są interesujące. Walki są zdominowane głównie przez bijatyki, z bardzo płynnym montażem (kolejny popis umiejętności Stuarta Bairda) oraz czasami nietypowymi kątami kamery. To wyróżnia „Człowieka-demolkę” z grona innych filmów akcji tego okresu. Nie brakuje też one-linerów oraz przewidywalnych kierunków historii, co absolutnie nie jest wadą.

No i całość bardzo mocno trzyma się aktorsko. Stallone bardzo dobrze wypada jako bezkompromisowy stróż prawa, próbujący się odnaleźć w nowej rzeczywistości. W scenach akcji robi to, do czego nas przyzwyczaił, ale tutaj pokazuje spore predyspozycje komediowe. Świetnie też wypada Snipes, tworząc bardzo przerysowanego łotra z mocno psychopatycznym rysem. Ma w sobie coś z Jokera, a granie Phoenixa sprawia mu najwięcej frajdy. Ale największą niespodzianką jest tutaj Sandra Bullock, czyli porucznik Huxley. Policjantka niby z przyszłości, lecz mentalnie mocno zafiksowana na punkcie lat 90., tworząc bardzo zgrabny duet ze Stallonem. I ta trójka jest prawdziwym paliwem napędowym tego szaleństwa.

Dla mnie to specyficzny oraz niedoceniony film akcji, który miejscami mógłby być osadzony w świecie RoboCopa. „Człowiek-demolka” miesza sensację, fantastykę z satyrycznym spojrzeniem na przyszłość, dając bardzo dużo frajdy fanom gatunku. Absolutna perełka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pasażer nr 4

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że wyrusza misja kosmiczna na Marsa. Jej celem jest hodowla roślin, by stworzyć ziemską atmosferę. Statek jest dwuosobowy, lecz został tak zaadaptowany, by mogły w nim przebywać trzy osoby: dowódca, lekarz oraz biolog. Dotarcie do celu ma potrwać dwa lata, jednak pojawia się tytułowa komplikacja. W przegrodzie z systemem podtrzymywania tlenu znajduje się mężczyzna, który… stracił przytomność. Sam system zostaje uszkodzony i cała misja jest zagrożona.

pasazer4-2

Joe Penna jako reżyser zaskoczył survivalowym dramatem „Arktyka”, a teraz zrobił w zasadzie podobną opowieść. Ale lepszą, bo w kosmosie!!!!!!! Prawda? Troje członków załogi, pasażer na gapę oraz coraz bardziej kurczący się tlen. I jak rozegrać tą sytuację? Ktoś musi umrzeć, bo potencjalne opcje (próba dotarcia do przodu statku ze zbiornikiem z tlenem, użycie roślin) przestają działać. Początek wydaje się spokojny, a z odkryciem tajemniczego pasażera (Michaela) pojawia się parę pytań. Skąd się tu wziął? Czemu nikt go nie zauważył? I co dalej? Ale z każdą minutą wszelkie dyskusje zaczynają tracić na sile, zmieniając się tylko w deklaracje. Dość łatwo jest ustalić kto jaki ma plan (komandor trzyma się wytycznych, biolog jest bardzo pragmatyczny, lekarka empatyczna i walczy o pasażera). Ale napięcie szybko gaśnie przez bardzo wolne, wręcz ospałe tempo. Brakuje tutaj silniejszych, bardziej intensywnych emocji. To wręcz niewiarygodne!!!

pasazer4-1

Zaskakuje bardzo minimalistyczna warstwa wizualna, ale w końcu jesteśmy wewnątrz statku kosmicznego. Scenografia względnie trzyma się realizmu, zaś kamera ma parę fajnych mastershotów jak choćby załoga idącą w sztucznej grawitacji po wnętrzu. Ale w decydującym momencie dochodzi do wyjścia na zewnątrz i wtedy – dopiero! – zaczyna odzywać się suspens. Jednak dla samego filmu było już za późno. Nie pomagały ani efekty specjalne, ani (poza zdjęciami) warstwa techniczna.

pasazer4-3

Sami aktorzy wyciskają co mogą ze scenariusza i dają radę stworzyć przekonujące postaci. Pod tym względem najbardziej wybija się Toni Collette jako komandor Marina Barnett oraz Anna Kendrick jako lekarka Zoe. Obie te role są bardzo rozbudowane i interesujące. Za to bardzo zawodzi tytułowy bohater o aparycji Shamiera Andersona, bo jest zwyczajnie nijaki i stanowi tylko zapalnik dla całej sytuacji. Kompletnie mnie nie interesował, co mnie wprawiło w osłupienie. Dawno nie byłem jeszcze aż tak rozczarowany filmem z potencjałem. To mogła być intrygująca historia o człowieczeństwie w sytuacji ekstremalnej, jednak pomysł zostaje rozwodniony przez bardzo średnią realizację. Niedogotowany film z ciekawymi składnikami.

5/10

Radosław Ostrowski

Ad Astra

W ostatnim czasie nie brakuje ambitnych filmów SF za duże pieniądze. „Interstellar”, „Marsjanin” czy „Pierwszy człowiek” – to niektóre przykłady, do których zdecydowanie próbuje dołączyć nowy film Jamesa Graya. Historia skupia się na astronaucie, majorze Royu McBride, który dostaje bardzo poważne zadanie. Ziemia zostaje zaatakowana przez coś, co nazwano Udarem – fale antymaterii, które niszczą elektryczne urządzenia na planecie i może doprowadzić do zniszczenia życia. Major wyrusza z tajną misją rozwiązania źródła problemu.

Dziwaczny to film, na pewno nie dla ludzi, którym kino SF kojarzy się z epicką napierdalanką, wybuchami oraz wszelkimi komputerowymi bajerami. Tak naprawdę jest to psychologiczne kino drogi, skupione na wędrówce naszego bohatera. Tylko, ze ta podróż nie obejmuje tylko częściowo skolonizowanego kosmosu, ale przede wszystkim w głowie McBride’a. Kamera niemal przyklejona jest do jego twarzy, pokazując każde spojrzenie, grymas twarz. A jego portretu dopełnia także narracja z offu Roya – zazwyczaj taki zabieg wydaje się drogą na skróty.

Jeśli miałbym do czegoś porównać nowy film Graya, zdecydowanie najbliżej jest do… „Czasu Apokalipsy”. Ekspedycja ta ma dla bohatera charakter osobisty, jednak więcej wam nie powiem. Im więcej zaczniecie odkrywać tajemnic, niespodzianek oraz twistów, tym bardziej ten film was złapie. I zmusi do zastanowienia, pokazując niezbyt przyjemną stronę człowieka. Może technologicznie zdolnego do osiągnięcia niemożliwego, ale tak samo egoistycznego, niszczącego, samotnego, ogarniętego swoimi własnymi obsesjami i demonami. Wielki i mały jednocześnie, zdolny do poświęcenia jak także do zabijania, eksperymentowania, szaleństwa.

By jednak nie zanudzić tymi ważkimi refleksjami, reżyser dodaje odrobinkę akcji jak choćby podczas ucieczką przed piratami na Księżycu. Jednak Gray znany jest z tego, że do oczywistych elementów podchodzi w nieoczywisty sposób. Wizualnie „Ad Astra” to prawdziwa perła w koronie, gdzie niemal każdy kadr mógłby spokojnie być tapetą na komputerze. Znakomite zdjęcia Hoyte van Hoytemy podkreślają klimat poszczególnych miejsc, które – niby osadzone w niedalekiej przyszłości – wyglądają jakby z filmów SF lat 70. i 80. bez widowiskowych efektów specjalnych, z nieobecnym dźwiękiem w przestrzeni kosmicznej. Poczucie odrealnienia oraz samotności potęguje jeszcze minimalistyczna muzyka Maxa Richtera, a powolne tempo pozwala rozsmakować się estetyce kina.

Aktorsko pojawia się tu wiele znajomych twarzy na drugim planie, ale prawda jest taka, iż są tak naprawdę tylko drobnymi epizodami. Całość na swoich barkach musiał dźwigać Brad Pitt, co troszkę mnie zaskoczyło. Zwłaszcza, iż reżyser bardzo często współpracuje z Joaquinem Phoenixem. Ale to Pitt był producentem, więc ta zmiana ma więcej sensu. Aktor gra tutaj w bardzo wyciszony sposób, co wynika z charakteru bohatera, który ma być profesjonalistą oraz jest nauczony tłumić emocje w sobie. Bardzo drobnymi detalami pokazywana jest powoli odbywająca się przemiana McBride’a, mierzącego się ze swoimi demonami.

Choć film ma nierówne tempo, dialogi w większości to ekspozycja i czasami jest sporo repetycji „Ad Astra” pozostaje intrygującym doświadczeniem. Ambitnym SF z niesamowitą warstwą audio-wizualną oraz klimatem samotności i alienacji. Mnie to wystarczy, a czy wy spróbujecie wyruszyć w tą podróż?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Universum

Człowiek-Pająk ostatnio się nam rozmnożył i na przestrzeni 20 lat pojawiał się z różnymi twarzami: od Toby’ego Maguire’a przez Andrew Garfielda aż do Toma Hollanda. Co nowego w materii jednego z bardziej przyziemnych superherosów można opowiedzieć? Animowany oddział Sony postanowił pójść w kompletnie innym kierunku: Spider-Wersum. Czyli co by się stało, gdyby w Nowym Jorku pojawiło się kilku Spider-Manów z różnych wersji świata? A głównym bohaterem nie byłby Peter Parker?

spider-verse1-1

To po kolei. naszym bohaterem jest Miles Morales – czarnoskóry chłopak z Brooklynu, który trafił do elitarnej szkoły. Jest strasznie nieśmiały, nie do końca odnajduje się w nowym otoczeniu, a jego wielką jest graffiti oraz hip-hop. Z tym ostatnim problem ma jego ojciec-policjant, kompletnie inaczej niż jego wujek. Podczas tworzenia swojego graffiti, chłopak zostaje pogryziony przez pająka. Reszty się pewnie domyślacie, ale nie do końca. Odkrywa w sobie moce, ale nie czuje się na siłach. Próbując odnaleźć pająka, odkrywa przypadkiem tajemniczą maszynę zwaną Zderzaczem. Wskutek odpalenia dochodzi do trzęsienia ziemi oraz śmierci Spider-Mana, który próbował powstrzymać Kingpina. W tym samym czasie w Nowym Jorku pojawia się kilku Spider-Manów z różnych wymiarów świata.

spider-verse1-2

Już na samym początku twórcy sugerują wizualne szaleństwo, gdzie czołówki zaczynają się nakładać na siebie. Stylistyczny kolaż, od którego można dostać oczopląsu, sprawiający wrażenie niemal żywcem wzięty z komiksu (włącznie z użyciem paneli czy onomatopei). Wynika to z obecności różnych Spider-Manów: od dziewczyny z mangi i towarzyszącym jej robotem przez detektywa z czarnego kryminału, pstrokatą Gwen Stacy po kreskówkowego Spider-Hama (pół pająk-pół świnia) oraz Petera Parkera w wieku dorosłym. Każdy z nich – mimo różnych czasów i konwencji – ma bardzo zbliżoną historię, co dla twórców staje się źródłem jednego z gagów. Ale jeśli nasze Pajęczaki nie wrócą do siebie, zginą, więc stawka jest wysoka.

spider-verse1-3

Akcja niemal non-stop pędzi na złamanie karku, bardzo rzadko sobie pozwalając na chwilę oddechu oraz przetrawienie wszystkiego. Kamera niemal dostaje ADHD, a jednak wszystko jest bardzo jasne i czytelne. Każde starcie – czy to kradzież laptopa z laboratorium, konfrontacja w domu ciotki May czy finał pod Zderzaczem – wygląda niesamowicie, balansując między powagą a zgrywą. Spora ilość humoru może być wielkim zaskoczeniem, gdzie żarty są jak w szwedzkim stole: od slapsticku przez popkulturowe odniesienia czy mignięcia dla fanów komiksów o Pajęczaku. Dość szybko poznajemy różne wersje Spider-Manów i każda z nich jest na tyle wyrazista, że mnie obchodził ich los. Mimo faktu, że „Uniwersum” jest origin story Milesa Moralesa jako Spider-Mana. Szalenie satysfakcjonującym, z obłędną muzyką Daniela Pembertona, która miesza symfoniczne brzmienia z hip-hopem, tworząc kolejny dźwiękowy koktajl Mołotowa.

spider-verse1-4

Również oryginalny dubbing robi fantastyczna robotę. Shameik Moore cudownie spisał się jako Morales, pokazując bardzo przekonującą przemianę z nieśmiałego i wystraszonego chłopaka aż po troszkę bezczelnego i odważnego chłopaka, co podąża swoją drogą. Jednak dla mnie absolutnym strzałem w dziesiątkę był 40-letni Peter Parker, czyli głosowo Jake Johnson. Parker w jego wykonaniu to facet, któremu życie się posypało i w zasadzie nie ma żadnego celu. Spotkanie z Milesem przypomina początkowo zderzenie cynicznego, wypalonego herosa z zapalonym entuzjastą, jednak z czasem – choć w dość nieoczywisty sposób – staje się wspierającym mentorem. Sporo też dodał rozbrajający Spider-Ham (John Mulaney), bardzo wycofana Gwen (cudowna Hailee Steinfeld) oraz twardy Spider-Man Noir z głosem samego Nicolasa Cage’a (nie sądziłem, że dożyję chwili, gdy Cage zagra Człowieka-Pająka). Jest jeszcze wiele innych znanych głosów, ale odkrycie ich pozostawię wam.

spider-verse1-5

Ja widziałem w życiu wiele animacji, ale czegoś takiego jak „Spider-Man: Uniwersum” nie potrafię porównać do czegokolwiek. Surrealistyczno-awangardowo-mainstreamowa hybryda, po obejrzeniu której chce się tylko jednej rzeczy: sequela. Głównie, by lepiej poznać działanie multiwersum i zobaczyć, co jeszcze twórcy wymyślą.

9/10 + znak jakości

PS. Scena po napisach w tym filmie to jedna z najlepszych scen w historii adaptacji Marvela.

Radosław Ostrowski

Wojna o jutro

Kolejna produkcja zrobiona za dużą kasę, która nie trafiła do kinowej dystrybucji. Szkoda, bo na kinowym ekranie zrobiłaby o wiele większe wrażenie niż przed telewizorem czy laptopem. Nowy film Chrisa McKaya, czyli twórcy „LEGO: Batman” nie jest animacją, tylko blockbusterem za ponad 200 baniek sklejającym znane pomysły w nową jakość. Przynajmniej taki jest plan.

wojna o jutro1

Akcja toczy się w Boże Narodzenie roku 2022, kiedy trwają Mistrzostwa Świata w piłkę nożną w Katarze. A naszym bohaterem jest Dan Forester – kiedyś wojskowy, obecnie nauczyciel biologii, chcący rozwijać swoją karierę naukową. Ale szanse na to drugie są niezbyt wielkie. I podczas meczu dochodzi do dziwnej sytuacji: na boisku pojawiają się… żołnierze z przyszłości. A konkretnie sprzed 30 lat od tej chwili, gdzie prowadzona jest wojna z kosmicznymi bestiami zwanymi kolcami. Walka wydaje się przegrana, więc o pomoc zostają poproszeni obecni wojskowi oraz cywile, by pomogli. Wśród nich trafia też Dan, którego zadanie zostaje przez dłuższy czas tajemnicą. A na miejscu okazuje się, że oddziałem R (naukowcy), gdzie zostaje oddelegowany nasz bohater, dowodzi jego… dorosła córka.

wojna o jutro2

„Wojna o jutro” jest miksem kina akcji i SF o temacie w zasadzie tak znanym, że bardziej się już nie dało. Bo ile było opowieści o walce z kosmitami? Do tego wpleciony motyw podróży w czasie (zaskakująco świeżo), paskudne monstra w CGI niewiadomego pochodzenia oraz kilka potencjalnie ciekawych wątków, które są w zasadzie ledwo liźnięte. Czuć tutaj spory budżet, a wiele scen jest w bardzo dużych przestrzeniach. Kiedy trzeba reżyser w scenach akcji bardzo spokojnie buduje napięcie, idąc nawet wręcz ku horrorowi (dotarcie oraz ucieczka z laboratorium). Niemniej jednak do tych momentów trzeba dotrzeć, bo McKay nie atakuje nimi od początku, tylko po kilkudziesięciu minutach.

wojna o jutro3

Na pewno chodziło o budowania świata, gdzie ludzie jednoczą się wspólnie przeciwko wspólnemu wrogowi. Czasu jednak jest niewiele, bo przejście na dwie linie czasowe jest tylko jedno. I to jeszcze podnosi stawkę. Poza walką z kosmitami, reżyser w chwilach oddechu skupia się na paru interesujących wątków. Od próby zbudowania relacji Dana ze swoją dorosłą córką, znającą jego przyszłość (i ten wątek działa najmocniej) przez bardzo trudną i szorstką relację Dana ze swoim ojcem – przed podróżą w czasie – powolny skręt świata ku zagładzie aż do proekologicznego przesłania. Nie wszystkie wątki zostają w pełni wykorzystane, jednak dodają pewnego kolorytu do całości. Tak samo mamy bardzo dobrą realizację (zdjęcia miejscami przypominały mi kolorystyką „Na skraju jutra”) oraz elektroniczno-militarną muzykę.

wojna o jutro4

Aktorsko jest tutaj naprawdę nieźle, ale psychologicznej głębi raczej tu nie szukajcie. Niemniej jest parę ciekawych rzeczy do docenienia. Czy Chris Pratt pasuje do roli everymana, zmuszonego do dokonywania heroicznych czynów kosztem prywatnego życia? Daje sobie radę, chociaż z tym kaloryferem troszkę nie wygląda na szarego człowieka. Jednak kiedy zaczyna wchodzić w tryb dowódcy, trudno się do niego przyczepić. Dla mnie najbardziej błyszczy Yvonne Strahovski wcielająca się w pułkownik Forester, czyli dorosłą córkę Dana. Ma najlepsze cechy swojego ojca, choć naznaczona jest pewną tajemnicą. Sceny wspólnych rozmów były najmocniejsze emocjonalne i zależało mi na tej dwójce. Szoł jednak kradnie obecny głównie w trzecim akcie J.K. Simmons, czyli ojciec Dana, naznaczony wojennymi demonami twardziel. Nie widziałem jeszcze tego aktora tak przykokszonego.

Film McKaya to sklejka „Na skraju jutra”, „Interstellar” i „Żołnierzy kosmosu”, z której powstaje smaczne oraz bardzo przyzwoite widowisko. Ma rozmach, kilka ciekawych pomysłów i porządnych efektów specjalnych, a kiedy trzeba poruszy. Bardzo smaczny hamburger.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Poziom mistrza

Czy można zrobić porządny, prosty film akcji klasy B, by trzymał poziom produkcji z wyższym budżetem? Oczywiście, że tak. tylko trzeba mieć na to pomysł, nie traktować filmu śmiertelnie poważnie, dodać parę znanych twarzy i czerpać frajdę z kręcenia. Czyli wszystko to, czego nie było w „W nieskończoności”.

Co nie wyszło Antoine’owi Fuqua, udało się za to Joe Carnahanowi. W swoim „Poziomie mistrza” bohaterem uczynił byłego wojskowego, kapitana Roya Pulvera. Mężczyzna wpadł w pętlę czasową, co może brzmieć świetnie, ale nie jest. Bo po przebudzeniu nasz bohater jest atakowany i choćby nie wiadomo czego próbował, zawsze kończy się to śmiercią. Ale kto i dlaczego? Czemu się budzi tego samego dnia? Roy nic nie pamięta, jednak powoli zaczyna układać kolejne elementy układanki. Zwłaszcza, że jest to spowodowane wydarzeniami z dnia poprzedniego i jego byłą żoną.

boss level1

Taki „Dzień świstaka” polany sosem kina akcji? A czemu kurde nie. Reżyser jest świadomy z czym się mierzy i momenty repetycji przyspiesza montażem, by uniknąć nudy. Jeszcze jest polane humorem, głównie dzięki ironicznym komentarzom bohatera o aparycji Franka Grillo. Aktor dźwiga swoją postać kilogramami charyzmy oraz wyczyniając szalone piruety kaskadersko-pirotechniczne. Strzały świszczą na prawo i lewo, wybuchy są na porządku dziennym, nawet broń biała ma swoje pięć minut. Wszystko w bardzo pomysłowy i kreatywny sposób, pokazując pewną rękę Carnahana. Nieważne, czy mówimy o pojedynku na broń białą z Guan-Yin, włamaniu do siedziby złola za pomocą auta czy ucieczce z domu. Szaleństwo jest tutaj normą. Tak samo jak samoświadome poczucie humoru z masą odniesień do popkultury.

boss level2

Jednak najbardziej złapały mnie momenty, kiedy Roy przypadkiem spotyka syna i zaczyna z nim spędzać więcej czasu. Tutaj bardziej czuć stawkę dla naszego wojaka, pokazując jego ludzką stronę oraz szansę na poprawę relacji. Ale też daje możliwość dokonania wolty oraz doprowadzenia do poruszającego finału.

Grillo tutaj absolutnie błyszczy i jest najmocniejszym punktem aktorsko. Równie świetnie sprawdza się Mel Gibson jako czarny charakter o żądzy władzy. Ten błysk w oku pomaga w zbudowaniu postaci demonicznej, choć strasznie rozgadanej. Twarzy znanych jest wiele, choć wiele z nich ma tylko kilka minut jak Ken Jeong (szef knajpy) czy Michelle Yeoh (mistrzyni miecza Dai Feng). Ale i tak frajdy jest bardzo dużo.

boss level3

Prosta, bezpretensjonalna rozrywka na wysokim poziomie – tak opisać szalone dzieło Carnahana. I jest to zaskakujący przykład jak z ogranych, znajomych koncepcji spłodzić świeże, dostarczające kino. Bez ambicji i udawania, że chodzi o coś więcej niż tylko dobra zabawa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W nieskonczoność

Czasami pomysły niektórych filmowców potrafią zmrozić krew w żyłach i wprawić w konsternację. Nie inaczej jest z poronionym filmem „W nieskończoność” od reżysera Antoine Fuqua, będący zbitką „Matrixa”, „The Old Guard”, „Piątego elementu” oraz „Assassin’s Creed” (gry, nie filmu). Bo jak wyjaśnić tę pokręconą historię akcji z SF i reinkarnacją w tle.

infinite1

Bohaterem jest niejaki Evan McCauley – mężczyzna w średnim wieku ze zdiagnozowaną schizofrenią, który nie jest w stanie znaleźć jakiegokolwiek zatrudnienia. Niemniej posiada czasem takie umiejętności, jakich nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Na przykład wykucie japońskiego miecza jakby był samym Hattori Hanzo. Jak się okazuje, jest reinkarnacją jednego z wiecznych wojowników, Heinricha Treadwaya. Myk polega na tym, że żyjący w nieskończoność podzielili się na dwa obozy. Jedni traktują to jako dar, inni jako przekleństwo i chcą z tym skończyć. Ci drudzy pod wodzą Otto Bathursta skonstruowali Jajo, które jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi wszystko, co żyje i oddycha. Tylko, że ten przedmiot zaginął i obie strony go szukają.

infinite2

Na papierze brzmi jak potencjalnie sympatyczny film rozrywkowy z obiecującym światotwórstwem. Tylko, że reżysera ten świat kompletnie nie interesuje. Podaje to też tak poważnie, że aż miejscami popada w śmieszność. Za dużo tutaj efektów komputerowych, zostawiając wiele niejasności oraz znaków zapytania. Na przykład dlaczego po stronie złych jest tylko jedna osoba – Bathurst (łysy Chiwetel Ejiofor, który bawi się rolą) i jego sługusowa? Gdzie są pozostali Nihiliści? Ilu istnieje osób przechodzących reinkarnację? Czy można to wszystko przerwać? Jaką rolę pełni tu postać grana przez Toby’ego Jonesa, który pojawia się na dwie sceny? Fuqua robi ten film trochę tak jakby to miało być wprowadzenie do większego uniwersum, które dopiero będziemy poznawać.

infinite3

Zamiast tego reżyser chce się skupić na scenach akcji, które – znowu teoretycznie – są widowiskowe. Niby są pościgi i strzelaniny, a nawet mordobicie, tylko za szybko zmontowane, za mało czytelne, a poczucie stawki jest praktycznie zerowe. W paru miejscach nawet widać, że sceny akcji wykonują kaskaderzy i choć jest parę pomysłów jak finałowe starcie w samolocie a’la Incepcja, to obok jest masa bzdur (Evan wjeżdża motorem na samolot i przytrzymuje się skrzydła… mieczem samurajskim). A Mark Wahlberg w roli głównej jest po prostu sztywny, nudny, nijaki. Tak jak reszta osób sprzyjających naszemu bohaterowi pozbawiona charakteru.

„W nieskończoność” jest przykładem tego, że pozornie interesujący pomysł można spartaczyć w najbardziej spektakularny sposób. Marnotrawstwo potencjału, wtórność, brak pomysłu, za dużo CGI, za mało treści. Panie Fuqua, co się stało z panem?

4/10

Radosław Ostrowski

Ruchomy chaos

Jesteśmy na planecie zwanej Nową Ziemią w XXIII wieku. Tutaj trafili pierwsi ludzcy koloniści i założyli osadę Prentissness, po burmistrzu. Ale wszystko jest dziwne – nie ma tu żadnych kobiet, zaś mężczyźni są obdarzeni tzw. Szumem. Innymi słowy, dosłownie słyszą swoje myśli. Kimś takim jest urodzony na planecie Todd – młody chłopak, wychowywany przez dwóch facetów na ranczu. Czuje się znudzony okolicą i chciałby zostać docenionym jako facet. Wtedy dochodzi do najdziwniejszej możliwej sytuacji: rozbija się statek kosmiczny, którą jedyną ocaloną jest dziewczyna. I to jest początek ważnej wędrówki, jaką muszą odbyć oboje.

ruchomy chaos1

Dla Douga Limana praca przy tym filmie to było piekło. Zdjęcia zaczęły się w 2017 roku, w między czasie zmieniło się szefostwo studia Lionsgate, a premiera miała nastąpić w 2019 roku. Więc co poszło nie tak? Ano pokazy testowe filmu, gdzie widownia odebrała całość negatywnie. W końcu w kwietniu 2019 roku zrobiono poważne dokrętki, a premiera odbyła się na początku 2021 roku. Dlaczego w czasie największej posuchy filmowej w USA? Tak się robi, kiedy film uważany jest za niewypał. Wiec tu powinna zapalić się lampka ostrzegawcza.

ruchomy chaos2

Sam pomysł na dystopię w kosmosie, niemal opustoszałym świecie jest bardzo intrygujący. Planeta wygląda wrogo, wręcz oschle, zaś technologia padła dawno temu. Estetycznie miejscami „Ruchomy chaos” przypomina western, gdzie bohaterowie poruszają się konno i noszą charakterystyczne dla gatunku stroje. Obecność kobiety – one nie są w sobie Szumu, więc nie słychać ich myśli – początkowo intryguje, a jej cel początkowo jest niejasny, zaś plecak posiada różne technologiczne bajery. Ale jeśli spodziewacie się widowiskowego, rozbuchanego SF – nie jest to odpowiedni tytuł.

ruchomy chaos3

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że twórcy powrzucali rzeczy do gara, by sprawdzić jaka mieszanka z tego wyjdzie. Nie wiadomo skąd wziął się ten Szum, powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę wokół przeszłości planety, zaś burmistrz okazuje się przebiegłym manipulatorem. Ale czy może być kimś innym, skoro gra go etatowy spec od złoli w Hollywood – Mads Mikkelsen? Dużo jest niejasności, jakby miały być podstawą pod domyślną kontynuację. Obecność innych osad, geneza Nowej Ziemi, tajemnicza rasa Szpakli (nic o nich nie wiemy), bełkoczący kaznodzieja. Dzieje się dużo i nic się nie dzieje, przez co od pewnego momentu film ogląda się z obojętnością.

ruchomy chaos4

Gdyby nie budowana relacja między Toddem (świetny Tom Holland) a Violą (intrygująca Daisy Ridley), odpuściłbym sobie ten seans. Dynamika komplikowana przez nie do końca opanowany Szum dodaje paru iskier i działa. On – pierwszy raz trafiający na osobę innej płci, ona początkowo nieufna i milcząca. Ale o dziwo nie tworzy z naszych bohaterów romantyczną parę (nawet to zostaje potraktowane żartem), co jest sympatyczną niespodzianką. Ale nawet ta dwójka nie jest w stanie udźwignąć filmu do samego końca.

Reżyser nie daje pola znanym aktorom (poza w/w są tu jeszcze m.in. Cynthia Erivo czy Demian Bichir), zostawia wiele pytań bez odpowiedzi i zwyczajnie przynudza. Daje świat, który teoretycznie jest interesujący, ale w praktyce nie poświęca mu wiele czasu. Tak się koncertowo marnuje potencjał.

5/10

Radosław Ostrowski

Miłość i potwory

Ile już było filmów o tematyce postapokaliptycznej? Wiele i wiele jeszcze będzie, ale co można nowego wymyślić w tym temacie? Reżyser Michael Matthews poszedł w lżejszy ton, dając odrobinę świeżości i to działa. Ale po kolei.

Akcja toczy się siedem lat po zagładzie. Wtedy na Ziemię zbliżyła się asteroida Agatha, więc ludzkość podjęła jedną, słuszną decyzję: napieprzyć w nią całym arsenałem. Problem w tym, że rakiety zawierały jakiejś paskudne chemikalia, które wróciły na naszą planetę i doszło do rozpierdolu. Innymi słowy: wszelkie gady, płazy, owady zmutowały w bestie, wojsko dostało łomot, reszta ludzkości zaś ukrywa się w podziemiach. Jakbyśmy oglądali live-action wersję „Fallouta”. W jednym z bunkrów mieszka niejaki Joel – młody chłopak, ogarniający kuchnię oraz radiostację. Przed całą anihilacją miał dziewczynę, która obecnie jest w innym schronie. Po przerwanej komunikacji chłopak się ruszyć do niej. Ale są dwa problemy: po pierwsze, do pokonania jest około 100 mil, po drugie Joel jest totalnym miękkiszonem. Na widok potwora dostaje paraliżu, nigdy nie wychodził na zewnątrz, więc szansę na przetrwanie są równie duże jak wygrana naszych piłkarzy na mistrzostwach.

love & monsters1

Już sam tytuł sugeruje, że to nie będzie jakaś poważna rozkmina na temat życia w zjebanym świecie po zagładzie. Są potwory, jest miłość napędzająca głównego bohatera oraz klimat znany z masy produkcji o tematyce postapokaliptycznej. Towarzyszący bohaterowi pies? Jest i ma imię Chłopiec – właścicielem chyba była córka Kratosa 😉. Poznany po drodze mentor, udzielający porad w kwestii przetrwania? Jest, ma strój prawie jak Indiana Jones i twarz Michaela Rookera, co jest fantastyczną kombinacją. Zmutowane i powiększone monstra? Są, a mimo skromnego budżetu – 30 milionów dolców na SF to jest żart – prezentują się bardzo dobrze.

love & monsters2

Więc w czym jest problem? Tempo jest dość nierówne, przejście z poważnego w lżejszy ton potrafi troszkę zgrzytnąć, zaś trzeci akt idzie w bardziej mroczne rewiry, serwując sporo akcji. Taka sklejka różnych pomysłów i znajomych klisz, co może wywołać pewien niekontrolowany chaos. Muszę przyznać, że w tym szaleństwie jest metoda i jest wiele zalet. Przepięknie sfilmowana natura oraz opustoszała okolica trochę kojarzyła mi się z „Anihilacją”, bardzo dobrze się sprawdza muzyka. Równie cudowny jest design potworów, choć nie ma ich tu zbyt wiele – wiadomo, skromny budżet. Świat intryguje, zakończenie daje szansę na sequel.

love & monsters3

Obsada ma swoje momenty i potrafi oczarować. Nie miałem wcześniej styczności z Dylanem O’Brianem, ale jako pierdołowaty Josh wypada naprawdę bardzo dobrze. Przekonująco pokazuje przemianę z nieporadnego, zagubionego chłopaka w pełnego sprytu twardziela. Nie jest to przemiana skokowa, ale konsekwentnie poprowadzona. Ale tak naprawdę film kradnie Michael Rooker z Arianą Greenblatt, czyli duet doświadczonych mistrzów przetrwania. Są na tyle wyraziści, że zasługują na osobny film, a ich wspólne sceny z O’Brienem to najlepsze momenty tego filmu.

Jest wiele niedoskonałości i bałaganu, jednak nie mogę odmówić tego, że „Miłość i potwory” jest filmem zrobionym z serca oraz pasji. Jeśli kupicie tą konwencję, będziecie się dobrze bawić. Lekka, po prostu fajna zabawa i nic więcej. Ja to kupuję.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Titan – nowa Ziemia

Wiek XXXI dla ludzkości był czasem prosperity oraz wielkiego rozwoju technologicznego. Jednym z nowych osiągnięć jest projekt Tytan – potężny statek, który mógłby pomóc w odbudowaniu planety na wypadek jej zagłady. I wtedy dochodzi do ataku planety przez Drejów, którzy widzą w Ziemianach zagrożenie. Ziemia zostaje ostatecznie zniszczona, a ocalałe niedobitki krążą po całym kosmosie. Jednym z ocalałych jest Cale, syn twórcy Tytana, obecnie pracujący fizycznie. Po 15 latach trafia do niego przyjaciel ojca, kapitan Corso ze swoją załogą i informuje go, że chłopak ma ukrytą mapę z lokalizacją Tytana. Drejowie ruszają za nimi w pościg.

titan ae2

Ostatnia animacja zrobiona przez Dona Blutha w zasadzie jest klasyczną opowieścią przygodową w otoczce SF. Ma wiele znajomych elementów w rodzaju bohatera mimo woli, wyrazistego mentora, który okazuje się zdrajcą, romantyczną relację, wreszcie zagrożenie nie z tego świata. Fabuła jest prościutka, zaś wszystko zmierza w oczywistym, bardzo przewidywalnym kierunku. Dobrzy wygrywają, źli dostają łomot (niektórzy dostają szansę na odkupienie) i wszystko jest bardzo fajnie. Ale w tym leżała siła tego filmu.

titan ae3

Albowiem „Titan” pochodzi z czasów, kiedy postanowiono połączyć klasyczną, dwuwymiarową animację postaci z trójwymiarowym tłem. Tym ostatnim są m.in. statki kosmiczne, wygląd planet, maszyneria itd. W dniu premiery robiło to piorunujące wrażenie jak choćby w scenie lotu przez planetę starożytnych kosmitów czy niszczenia Ziemi. To się trzyma równie dobrze jak w przypadku disnejowskiej „Atlantydy”. Równie fantastycznie pasuje do tego wszystkiego muzyka, gdzie obok rockowych numerów dostajemy mocarne, orkiestrowo-elektroniczny mix od Graeme’a Revella.

titan ae1

Jednak fantastyczna realizacja plus udany dubbing ze znanymi aktorami w obsadzie (m.in. Matt Damon, Bill Pullman, Nathan Lane czy Ron Perlman) to jednak za mało, by mówić o niesamowitym filmie. Leży tu scenariusz, gdzie akcja miejscami dzieje się szybko i sprawia wrażenie troszkę niedoszlifowanego. Za dużo jest tutaj klisz i zbyt mało mnie to obchodziło, zaś zmiana zachowania u kilku postaci wydaje się za szybko. Sam świat wygląda imponująco i mógłby być interesujący, jednak to wszystko jest płytkie, za proste, przewidywalne. Warto tylko dla wizualiów.

6/10

Radosław Ostrowski