Listy do M. 3

Dla mnie pierwsze „Listy do M.” to była jedna z niespodzianek na naszym podwórku. Jasne, to było skopiowanie pomysłu z „To właśnie miłość” (choć wtedy jeszcze tego filmu nie wiedziałem), ale była w tym pewna magia, sporo humoru oraz ciepła, który w tego typu produkcjach jest potrzebne. I nawet ograne twarze (Adamczyk, Karolak, Dygant) miały tutaj sporo do pokazania oraz zagrania. Nagle ktoś się zorientował, że można na tym zbudować franczyzę. Powstała nawet kontynuacja, ale to już był tylko skok na kasę. Widownia jednak tłumnie poszła, więc można było zrealizować kolejną część. I ja miałem bardzo wielkie obawy, ale za kamerą stanął Tomasz Konecki – reżyser kultowego „Pół serio” oraz „Ciała”. Czy może tym razem będzie zwyżka formy, a może jest to dalszy skok na kasę?

listy do m3-1

Powiem tak: jest progres, chociaż do części pierwszej troszkę brakuje. Nasi starzy bohaterowie znowu mają masę wydarzeń. Szczepan z Kariną próbują się odnaleźć w roli dziadków, co kobiecie idzie z oporami. Melchior razem z synem, niejako wbrew swojej woli, szuka swojego ojca, który zostawił go, gdy był dzieckiem, zaś Wojciech nie może się pozbierać po śmierci żony. Do tego stopnia, że zwalnia gosposię, a jej córka z zemsty kradnie laptopa. Ale pojawią się jeszcze nowe postacie w tej potrawie: pracujący w schronisku jako wolontariusz Rafał, bardzo skuteczny glina Gibon polujący na bandziorów oraz na serducho pewnej prezenterki radiowej, dziewczyna związana z pewnym korpo-szefem.

listy do m3-2

Innymi słowy, troszkę do śmiechu oraz do wzruszenia, zaś zmiana reżysera działa bardziej na plus. Nie ma tu nachalnego product placementu, nie jest to aż tak pocztówkowe jak dwójka, zaś zniknięcie paru postaci (zwłaszcza tych nowych z „dwójki”) zdecydowanie pomaga w seansie. Także poziom humoru, choć nadal oparty na charakterach i odrobinie slapsticku, potrafi bardziej rozbawić. Jasne, że wszystkie wątki muszą skończyć się dobrze, ale nie oznacza to, iż twórcy nie serwują kilku niespodzianek po drodze. Wszystko toczy się w jednym dniu, zamiast Warszawy jest Kraków (też ładny), śniegu jest od groma (tego akurat dawno nie widziałem na ulicy o tej porze roku), w tle gra bardzo sympatyczna muzyka. To nie wywołuje odruchów wymiotnych, czego troszkę się obawiałem, choć jest parę momentów odlotu (finałowy wątek Gibona), ale Koneckiemu udaje się zbalansować powagę, lekkość oraz przywrócić magię znaną z pierwszej części.

listy do m3-3

I aktorzy też się postarali, nawet ci już zużyci oraz przemieleni przez kino. Z tej tzw. starej ekipy najlepiej prezentuje się tutaj Tomasz Karolak jako Melchior oraz jego relacja z synem, gdzie coraz bardziej zaczyna dojrzewać, co już było widać w poprzedniej części. Drugim mocnym punktem jest Malajkat, coraz mocniej naznaczony przeszłością, z którą musi się zmierzyć. Z nowych postaci wiele uroku dodaje Filip Pławiak (Rafał) oraz Katarzyna Zawadzka (Zuza), choć sam wątek jest bardzo przewidywalny. Nawet Borys Szyc (Gibon) czy niezbyt lubiana przeze mnie Magdalena Różczka (Karolina) sprawdzają się tutaj dobrze, pokazując troszkę komediowe oblicze.

Pojawiły się słuchy, że ma powstać część czwarta, choć szczerze mówiąc nie wiem, co jeszcze można w tym cyklu wymyślić. Trójka jest o wiele lepsza od części drugiej (co akurat nie było takie pewne), ale nie jest w stanie dorównać oryginałowi. Jest tak odpowiednio po środku oraz wraca tej fajny klimat.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Warsaw by Night

Kolejny film nowelowy z Polski, który mignął przez kina i tyle go widzieli. Tym razem za kamerą stanęła Natalia Koryncka-Gruz wracająca po długiej przerwie do dużego ekranu. Ale czy pobyt i praca przy serialach telewizyjnych nie pozbawiła intuicji reżyserki Jeden lokal, cztery kobiety w różnym wieku i ich historie: od młodej nastolatki z niebieskimi włosami (czyżby ktoś oglądał „Życie Adeli”?) przyjeżdżającej do Warszawy przez niby żyjącą w związku młodą dziewczynę, dojrzałą kobietę próbującą pomóc swojej rozhisteryzowanej siostrze po rozwiedzioną starszą panią śledzącą swojego byłego męża.

warsaw_by_night1

Wszystkie te opowieści skupiają się na tej jednej nocy (ewentualnie dniu przed nią), lecz sprawiają wrażenie bardzo takich pourywanych, z wieloma niedopowiedzeniami – zbyt wieloma – oraz bardzo krótkim czasie skupionym na każdej postaci, co bardzo mocno mnie zabolało. Jednak niemal wszystkie bohaterki (poza wizytą w toalecie) łączy jeszcze jedna rzecz: poczucie samotności, znudzenia, odrzucenie. Tylko, że te obserwacje reżyserki wydają się kompletnie pozbawione emocji, zaś zachowanie niektórych osób (niekoniecznie na pierwszym planie) wydaje się co najmniej zastanawiające. O ile jeszcze Igę, decydującą się pójść na rozmowę zamiast siostry z kochanką jej męża jestem w stanie zrozumieć, o tyle najbardziej drażni mnie Maja. Niby jest w związku, ale traktuje swojego partnera jak śmiecia (pyskuje, jest egoistką, do restauracji ubiera się jak na dyskotekę, nie słucha go), nie liczy się z jego zdaniem i jest tak odpychająca, że brakuje słów. Jeszcze uwagę potrafi skupić niebieskowłosa Renata oraz jej pobyt w Warszawie, zakończony gwałtowną wizytą u – nie, tego wam nie zdradzę – czy ubarwiony odrobiną humoru wątek Igi oraz jej rozmowy z kochanką.

warsaw_by_night2

Tylko, że reżyserka nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału swojego filmu o różnych aspektach miłości, polanych melancholijnym sosem. Dialogi miejscami przyprawiają o ból głowy, zaś obecność taksówkarza pytającego o pewien nadprzyrodzony problem, wydaje się zbyteczna. Muszę przyznać, że ładnie to wygląda, w tle gra bardzo pulsująca muzyka i nie jest to produkcja w stylu TVN-u. To wszystko jednak jest mocno nijakie, sztuczne, bez początku oraz końca, lekko telenowelowe. Gdyby każdy z tych wątków rozbudować, dodając jakieś 15-20 minut, dałoby się z tego wycisnąć dużo soczystości.

warsaw_by_night3

Najlepiej z tej kosmicznej obsady robi Stanisława Celińska, czyli najbardziej doświadczona przez życie Helena. Troszkę zgorzkniała, rozczarowana i pełna żalu, bólu, poczucia niespełnienia, gdy wypowiada swoje pretensje swojemu partnerowi (mocny Marian Dziędziel) nie czuć w niej fałszu. Drugim mocnym punktem jest wtedy kompletnie nieznana Marta Mazurek (Renata) – zbuntowana, skrywająca pewną tajemnicą, chociaż jej tło pozostaje niezbyt zarysowane (chociaż wybija się Gabriela Muskała jako matka). Za to kompletnie drażniła mnie Roma Gąsiorowska (Maja), wywołująca sprzeczne emocje niż sobie założyli twórcy. A drugi plan jest wręcz przebogaty, że głowa mała, a najbardziej z tego tłumu wybija się Łukasz Simlat (tajemniczy Filip) oraz Joanna Kulig (kochanka).

Jak wygląda Warszawa nocą? Bywa ładna, czasami potrafi poruszyć, jednak przez większość czasu zwyczajnie nuży. Przerwa od realizacji filmów była zdecydowanie za długo, chociaż czuć było duży potencjał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Stanisława Celińska – Malinowa…

malinowa-w-iext52789968

Sukces “Atramentowej” okazał się niespodzianką dla wszystkich zaangażowanych. Status podwójnej platyny, masa koncertów spowodowały, że trzeba było pójść za ciosem. Najpierw był suplement do poprzednika, ale w tym roku pojawiło się premierowe dzieło, gdzie Celińska (razem z Maciejem Muraszko) wyruszyła w kolejną wyprawę pełną dźwięków oraz własnych tekstów. Co z tego wyszło?

Nadal poruszamy się po brzmieniach bardziej latynoamerykańskich, czyli bossa novy, fado itp. Nadal dominują wszelkiej maści gitary, co potwierdza lekko melancholijny “Już nie trzeba mi”, gdzie znalazło się miejsce dla skrzypiec oraz akordeonu. Cieplej przygrywa gitara w “Drzewie”, dodając pogodności, by potem przyspieszyć w “Mija raz dwa” z zadziornymi smyczkami. Troszkę mroczniej (fortepian oraz oszczędna perkusja) zaczyna się dziać w “Ja – tu, Ty – tam”, gdzie gościnnie pojawia się sam Piotr Fronczewski. A wiadomo, że obecność pana Fronczewskiego czyni wszystko lepszym, nawet skrzypce graja bardziej szlachetnie. Całość jest zdominowana przez bardziej refleksyjne i nastrojowe melodie, w których gra gitara z fortepianem (“Słowa”, “Nie chcę inaczej”), ale pojawiają się pewne drobiazgi w postaci klarnetu (“Wybacz”), bardzo dynamicznego akordeonu Marcina Wyrostka (bossa nova “Gdzie jesteś dziewczyno”), zwiewnego fletu (“Korali sznur”), cymbałki (lekko “cyrkowa” w brzmieniu “Maskarada”) czy jazzowego saksofonu (ciepła “Malinowa herbatka”), więc nie można go nazwać monotonnym.

Sama Celińska z bardzo spokojnym, ale pełnym emocji głosem tworzy niesamowity, angażujący spektakl, pełen refleksji na temat życia w ogóle. Nie tylko relacji z innymi ludźmi, ale też przemijaniem, fałszem, radością życia, co słychać w szczerych tekstach. Na coraz bliżej nadchodzącą jesień, będzie to idealna propozycja. Najlepiej w duecie z herbatką.

8/10

Radosław Ostrowski

Stanisława Celińska – Atramentowa… Suplement

atramentowa suplement

Płyta „Atramentowa” Stanisławy Celińskiej odniosła gigantyczny sukces, osiągając status Platynowej Płyty. Okazało się, że nie wszystkie piosenki zmieściły się w podstawowej edycji płyty. Dlatego wyszedł drugi album zwany „suplementem”, gdzie znów za produkcję odpowiada Maciej Muraszko.

Stylistycznie nic się nie zmieniło – to jazz zmieszany z bossa novą, a piosenek jest dziewięć. Znów są covery i to aż dwa – czarujący „Manha de Carnaval” (temat z „Czarnego Orfeusza”) z polskim tekstem napisanym przez samą Celińską oraz „Pod papugami” z melancholijnym akordeonem i czarującym fortepianem. Dalej jest dość różnorodnie – od spokojnych, płynących melodii („Za spokojnie” – rzeczywiście dość spokojny utwór) po te żwawsze i przebojowe („Trudny dzień” czy „Wybierz się w drogę”), gdzie błyszczy zwłaszcza saksofon. I tak jak „Atramentowa” jest to muzyka pełna refleksyjnych tekstów na temat życia w ogóle. Niespodzianką jest gitarowe „W głębokich cieniach”, będące coverem kołysanki z „Dziecka Rosemary” oraz pachnące dancingami lat 70. „W imię miłości”.

Sam głos Celińskiej to prawdziwa bomba, która niby spokojna, ale z potężną siłą rażenia i idealnie współgrająca z tekstami oraz muzyką. I nie miałem wrażenia, że był to tylko skok na kasę, ale kontynuacja raz obranej ścieżki. Dojrzała i konsekwentnie realizowana opowieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Stanisława Celińska – Atramentowa…

Atramentowa

Ta jedna z charakterystycznych aktorek filmowych i teatralnych flirtowała z muzyką i estradą od dłuższego czasu. W ostatnim czasie pojawiły się dwie płyty z muzyką sygnowane jej nazwiskiem – projekt „Nowa Warszawa” oraz koncertu z radiowej Trójki poświęcony Agnieszce Osieckiej. „Atramentowa…” to pierwszy samodzielny projekt Celińskiej.

Mamy tutaj aż piętnaście zarówno napisanych na ten album, jak i śpiewanych przez Celińską w dawnych czasach. Jeśli ktoś jednak spodziewa się czegoś mocnego czy agresywnego, jeśli chodzi o brzmienie czy instrumentarium, to się rozczaruje ogromnie. Jest tu spokojnie, delikatnie, klimatem troszkę przypominając dokonania Cesarii Evory (singlowa „Czerń i biel”). Wiec gra tutaj fortepian, akordeon, gitara akustyczna, kontrabas i perkusjonalia różnego rodzaju (z klasyczną perkusja na czele).  Klimat przypomina tutaj stare knajpy, gdzie występowali artyści z własnym zespołem. Nie brakuje spokoju i refleksji, ale też pewnej magii (bogato zaaranżowana „Atramentowa rumba” ze świetną grą fortepianu, perkusji oraz solówki skrzypiec) odrobiny orientalnego sznytu (jazzująca wersja „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” z gościnnym udziałem Nosowskiej), a nawet delikatnego rocka (gitara w „Wakacjach z deszczem”). Dominuje tutaj refleksyjny nastrój („Obfitość”, „Jego portret” czy „Nie strasz” ze wstępem „pożyczonym” od Chopina), ale nie brakuje też trudnych wyznań („Wielka słota” z Muńkiem Staszczykiem czy „Nie strasz”) i z tych historii rysowany jest portret doświadczonej i pogodzonej z życiem kobiety.

Delikatny, ale pełen emocji głos Celińskiej stanowi idealną symbiozę z muzyką oraz tekstem. Pozornie „Atramentowa…” wydaje się być płyta dla dojrzalszego słuchacza, dla którego ważny jest przekaz i klimat, a nie tylko rąbanka spod znaku komercyjnych stacji radiowych oraz telewizyjnych. Obok „Muzyki wieczorem” Czyżykiewicza to najlepsza płyta poetycka, skręcająca w łagodniejszą formę popu. Klasa, elegancja i szyk, a bonusowa „Pieśń cygańska” to rewelacja, ale to musicie sami przesłuchać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Joanna

Polski film można poznać po kilku czynnikach. Jednak ostatnio kilka z nich zostało konsekwentnie wytępionych (słaba jakość zdjęć i dźwięku), jednak tematyka pozostała w zasadzie stała. Wiadomo, musi być albo o wojnie (że tak strasznie cierpieliśmy) albo że życie u nas jest do dupy, bez względu na to kto rządzi. O podobnej tematyce opowiada ostatni film Feliksa Falka „Joanna”.

Tytułowa bohaterka jest samotną kobietą mieszkającą w Krakowie i czekającą na powrót męża. A wokół trwa wojna, jest rok mniej więcej 1943. Pracuje jako kelnerka w kawiarni i przypadkiem po łapance, znajduje w kościele mała dziewczynkę, która jest prawdopodobnie Żydówką, a imię jej Róża. Jej matkę zabrano podczas obławy. Kobieta podejmuje się trudnego zadania i bez pracy, próbuje pomóc dziewczynce przetrwać. Ale nie może o tym powiedzieć nikomu – ani rodzinie, ani sąsiadom, a tym bardziej Niemcom, którzy szukają Żydów.

joanna2

Z „Joanną” mam spory problem i nie chodzi mi o wałkowanie tego samego tematu, co zawsze (czy warto być przyzwoitym w czasie wojny, gdzie panuje strach?). Nie chodzi tez nawet o kwestię realizacyjne czy technicznie, bo tutaj naprawdę nie ma się czego przyczepić (zwłaszcza pochwalić należy zdjęcia Piotra Śliskowskiego). Cały numer polega na tym, że film pozostawił mnie w stanie kompletnego zobojętnienia, a nawet można przewidzieć jakie będą następne ruchy postaci (szlachetna i pomocna Polska, urocza Żydówka i także dobry Niemiec), bo one są aż nadto czytelne. Nic mnie nie ruszyło, ani ofiarność głównej bohaterki, ani tym bardziej cena tej ofiary – ostracyzm od rodziny, sąsiadów, oskarżenia o kolaborację. To wszystko po prostu spłynęło po mnie jak po kaczce i prawdę mówiąc nie dowiedziałem się niczego nowego, a także emocjonalnie nic mnie to nie obchodziło. I nie pomaga tutaj nawet całkiem przyzwoite aktorstwo z Urszulą Grabowską na czele.

joanna1

Papier z tego filmu leci strumieniami, a mimo poczucia realizmu wszystko jest takie sztuczne, nudne i fałszywe. Tym bardziej dziwi, że nie jest to robota początkującego reżysera, tylko bardzo doświadczanego i nagradzanego. Coś tu jest nie tak.

5/10

Radosław Ostrowski