Hiacynt

Który to już kryminał w realiach kraju zwanego PRL-u? Do tego grona dołącza kolejny polski film Netflixa, czyli „Hiacynt” od Piotra Domalewskiego. I to jest drugi film z naszego kraju, zrealizowany przez streamingowego potentata, który udało mi się obejrzeć do końca. A to już o czymś mówi. Czy jednak warto dotrwać do końca?

Tytułowy Hiacynt to operacja Urzędu Bezpieczeństwa organizowana w latach 1985-87 w celu spisania i stworzenia teczek osób homoseksualnych. Po co? Żeby ich szantażować i zmuszać do współpracy pod groźbą ujawnienia swojej orientacji najbliższym, kolegom z pracy itd. W samym filmie jest to tło dla poważniejszej sprawy – morderstwa niejakiego Grzegorzka. Mężczyzna był bardzo dzianym oraz wpływowym człowiekiem. Jak się potem okaże, także pederastą. Sprawa ma być poprowadzona szybko, a zabójca ma być na wczoraj. Brzmi jak łatwizna dla Roberta Mrozowskiego i Huberta Nogasia. Podczas obławy na gejów w latrynie, Robert poznaje Arka i ta relacja mocno namiesza. Zarówno zawodowo (młody student zostanie – nieświadomym – informatorem), jak i prywatnie.

Jest bardzo mrocznie, gdzie prawda jest tutaj najmniej wartościową rzeczą, a każdy skrywa tajemnice. I każdy jest poddany inwigilacji, obserwacji, by znaleźć wszelkie brudy do szantażu. Ewentualnie do założenia knebla. Intryga jest prowadzenia bardzo powoli, gdzie gliniarz z zasadami dochodzi do prawdy na własną rękę. Ale kiedy wydaje się, że znajdzie rozwiązanie, ciągle ktoś jest o krok przed nim i kolejne tropy się urywają, a świadkowie giną. Łatwo się można domyślić czyja to ręka odpowiada, ale dlaczego, na czyje zlecenie. Jednak całe to dochodzenie jest tylko pretekstem do pokazania psychologicznego portretu Roberta.

Mrozowski (bardzo stonowany, ale przykuwający uwagę Tomasz Ziętek) jest typowym młodym idealistą, która kariera bywa zależna od ojca, pułkownika milicji (solidny Marek Kalita). On – pośrednio – wręcza kolejne dochodzenia, rekomenduje go do szkoły milicyjnej itd. I to przeszkadza naszemu bohaterowi. Wszystko jeszcze komplikuje Arek (absolutnie rewelacyjny Hubert Miłkowski), który początkowo zostaje wykorzystany jako informator. Z czasem jednak zaczyna tworzyć się silniejsza więź, przez co Robert zostaje zmuszony do odpowiedzenia sobie na pytanie kim jest naprawdę. I to dla mnie esencja tego filmu oraz prawdziwe clou.

Oczywiście, nie brakuje znajomych klisz: partyjni, potężni aparatczycy, szef pragnący świętego spokoju, partner używający pięści (kradnący film Tomasz Schuhardt), działający w ukryciu tajniacy, glina-idealista, wspierająca dziewczyna-koleżanka z pracy. Ale to wszystko działa, co jest zasługą sprawnej ręki reżysera. Klimat czasów PRL-u budują także absolutnie świetne zdjęcia, pulsująca elektroniczna muzyka oraz szczegółowa scenografia. Problemem na początku jest udźwiękowienie, gdzie przez pierwsze kilkanaście minut dialogi są niewyraźne. Na szczęście potem przestaje to być problemem.

Wszystko tutaj działa dzięki świetnym rolom Ziętka oraz Miłkowskiego, gdzie te relacja mocno ewoluuje. Pierwszy jest skonfliktowany między swoją pracą, dziewczyną a poznanym chłopakiem – troszkę podobnym z charakteru. Czyli młodym, zbuntowanym idealistą, chcącym po prostu normalnie żyć. W końcu dochodzi między nimi do zbliżenia i to jest zrobione bardzo ze smakiem. Drugi plan kradnie Schuhardt jako osiłkowaty, chamski Nogaś, zaś wśród twarzy przebija się m.in. Andrzej Kłak, Tomasz Włosok i Sebastian Stankiewicz. Każdy z nich ma swoje pięć minut.

Od razu wyjaśnię sprawę: „Hiacynt” nie jest najlepszym filmem w dorobku Domalewskiego i jego wejście w kino gatunkowe nie jest spektakularne. ALE jest to na tyle solidnie zrobione, z masą dobra do zaoferowania, a wątek LGBT ubarwia całą historię. Jest pozostawiona furtka do kontynuacji, jednak wątpię, by do tego doszło.

7/10

Radosław Ostrowski

Nie oddychaj 2

Nie pamiętam bardziej niepokojącego seansu w ostatnich latach niż „Nie oddychaj”. Drugi film Fede Alvareza był thrillerem z gatunku home invasion. Troje nastolatków z Detroit decydowało się na włam do domu niewidomego weterana wojennego, który miał rzekomo duży majątek. Finał był krwawy, mroczny i szokujący, gdzie każdy z bohaterów był zły albo jeszcze gorszy. Tym bardziej byłem zaskoczony, iż powstaje sequel do tego filmu. Bo co jeszcze można było wycisnąć z opowieści o Normanie? Jak się okazuje zaskakująco sporo.

nie oddychaj2-1

Druga część zaczyna się osiem lat po wydarzeniach z części pierwszej. Mężczyzna opiekuje się 11-letnią dziewczyną o imieniu Phoenix, którą znalazł na ulicy i przyjął jak własną córkę. Wmówił jej nawet, że jest jej ojcem. Wychowanie jej bardziej przypomina szkolenie w szkole przetrwania, trzymając ją niemal na uwięzi i z daleka od ludzi oraz cywilizacji. Podczas jednej z wizyt poza domem zostaje zauważona przez nieznajomego. Wieczorem mężczyzna razem z kumplami nawiedzają dom Normana.

nie oddychaj2-3

Współodpowiedzialny za scenariusz Rodo Sayaguez zastępuje Alvareza na stanowisku reżysera, ale klimat – na szczęście – pozostaje niezmieniony. To mroczny, miejscami bardzo brutalny i krwawy film, gdzie znamy mroczną tajemnicę i przeszłość, która nie daje spokoju. A ta jest związana z Phoenix (świetna Madison Grace) – otoczona nicią kłamstw, odkrywa prawdę o sobie oraz biologicznej rodzinie. Ale jeśli myślicie, że jej życie od tej pory będzie ładne, ciepłe i spokojne, pomyliliście drzwi. To jest thriller pełen przewrotek oraz niespodzianek, gdzie rodzice dziecka mają wobec niego dość niepokojące plany. I wierzcie mi, po tym twiście znowu poczułem się niekomfortowo – znowu nie wiedziałem komu kibicować, bo był wybór między Złem a ZŁEM.

nie oddychaj2-2

Więcej wam nie mogę zdradzić, ale jeśli spodobała się część pierwsza, tutaj też będziecie się dobrze bawić. Nadal to krwawa i brutalna, która w połowie zmienia otoczenie. Też są pewne nielogiczności, a nasz heros o aparycji Stephena Langa wydaje się niemal superherosem z wyostrzonymi zmysłami. Może nawet za bardzo, ale nie przeszkadza mu to balansować między bezwzględnością i szorstkością a bardziej… ludzkimi odruchami (co może niepokoić). Drugi plan też ma wiele do roboty (zwłaszcza wspomniana Grace oraz Brendan Sexton III), zaś finał wali w mordę z całej siły.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ręka Boga

Połączenie horroru z tematyką religijną potrafi tworzyć bardzo interesujące połączenie. Tak jest w przypadku nakręconego w 2001 roku psychologicznej „Ręce Boga”. Ten reżyserski debiut Billa Paxtona przypomina klasyczne opowieści grozy w starym stylu.

Wszystko zaczyna się w budynku FBI, gdzie pojawia się mężczyzna o imieniu Fenton Meiks. Człowiek ten zgłasza się, by przekazać informacje w sprawie seryjnego mordercy zwanego Ręką Boga. Ma być nim brat, który popełnił samobójstwo. Dlaczego zabijał? Gdzie są ciała ofiar? Co go motywowało? Fenton zaczyna agentowi Doyle’owi opowiada swoją historię, a dokładnie swojej rodziny roku 1978. Wtedy Fenton był chłopcem mieszkającym razem z bratem oraz samotnie wychowującym ich ojcem. Nic dziwnego, spokojna familia w cieniu szarości dnia. Aż do czasu kiedy w nocy dzieci budzi ojciec z informacją, że miał wizję od Boga. Anioł rzekł mu, że będzie walczył z demonami, co ukrywają się wśród ludzi i będzie w stanie rozpoznać ich. I dostanie trzy magiczne bronie, by z nimi walczyć. Adam coraz bardziej zaczyna wierzyć w te wizje ojca, ale Fenton jest przekonany, iż to jest bzdura oraz urojenia.

reka boga2

Reżyser skupia się na tej kwestii wokół wizji ojca i walki z „demonami”. Czy to naprawdę są potwory w ludzkim ciele, czy może ojciec ma urojenia i powinien się leczyć psychiatrycznie? A to wszystko w czasach, kiedy ojciec wymaga posłuszeństwa od swoich dzieci. Paxton, który także gra ojca, przez jakieś ¾ filmu nie daje na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Powoli prowadzi narrację bardzo powoli, budując bardzo atmosferę niepokoju i to bez pokazywania scen przemocy. Samo zabijanie odbywa się niejako poza kadrem, co potrafi jeszcze bardziej przerazić. Jeszcze bardziej intryguje fakt, że mimo zabijania (przepraszam: zniszczenia) demonów/ludzi, nadal potrafi wyrazić miłość wobec swoich synów, nie staje się przerysowanym psychopatą. Nawet podczas dokonywania zbrodni, na jego twarzy bardziej widać przerażenie i strach niż satysfakcję czy sadystyczną przyjemność.

reka boga1

Ta dwutorowa narracja działa także w momencie, gdy dorosły Fenton (świetny Matthew McConaughey) prowadzi swoją opowieść. Prowadzący śledztwo agent (chłodny i opanowany Powers Boothe) początkowo wydaje się mieć wątpliwości. Czyżby to było zbyt przerażające? Czy poza jego słowami są jakieś inne dowody? A może to wszystko nieprawda? Odpowiedź początkowo jest bardzo szokująca, ale jednocześnie rozczarowuje i rozwiązanie nie daje satysfakcji. Choć jest pewna przewrotka, która walnęła mnie po łbie.

reka boga3

Nie zmienia to faktu, że „Ręka Boga” jest bardzo udanym debiutem reżyserskim Paxtona. Pewnie prowadzona narracja, bardzo stonowane i świetne zdjęcia, bardzo mroczny klimat oraz przykład do czego może doprowadzić religijne szaleństwo. Chociaż czy aby to było szaleństwo?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Horror w Wesołych Bagniskach

Rok 1923, czyli już po wojnie polsko-bolszewickiej. Tytułowe Wesołe Bagnisko to dworek znajdujący się gdzieś na wschodzie Polski, otoczony wielkimi bagnami, gdzie wejść (i wyjść) można za pomocą dużej kładki. Tutaj podczas wizyty Sowietów doszło do tragedii. Pani dworu oraz jej zięć obwiniają o wszystko niejakiego Jerzego Wawickiego. Mężczyzna dostaje zaproszenie do dworu nie wiedząc, że jest to zastawiona pułapka.

To jeden z mniej znanych filmów w dorobku Andrzeja Barańskiego, który znany był z portretowania życia na prowincji. Ale adaptacja powieści Michała Choromańskiego to mieszanka tajemnicy, thrillera oraz groteskowego poczucia humoru. Nie jest też stricte horrorem, choć atmosfera niepokoju oraz mroczna tajemnica potrafi czasem złapać za gardło. Co tak naprawdę stało się we dworze? Jaką rolę miał w tym wszystkim Wawicki? I czy zapach bagien naprawdę wywołuje kiłę?

Reżyser powoli odkrywa całą układankę, pozwalając działać dość ekscentrycznym i pokręconym bohaterom. Od księdza proboszcza lubiącego miód (cudny Roman Kłosowski) oraz jego siostrzeńca, badającego gaz bagienny (solidny Grzegorz Damięcki) przez lubiącego wypić, melancholijnego dziedzica (rozbrajający Krzysztof Kowalewski), demoniczną, twardą teściową (kradnąca cały film Nina Andrycz) po przebywającego na dworze komisarza NKWD (straszno-śmieszny Alosza Awdiejew) oraz bardziej eleganckiego, światowego Wawickiego (świetny Jan Frycz). Wszyscy grają bardzo teatralnie, lecz idealnie pasuje do tej wariackiej, groteskowej konwencji.

Ale „Horror w Wesołych Bagniskach” nie jest stricte horrorem, choć ma wiele elementów tego typu kina. Od plastycznych zdjęć Dariusza Kuca z bardzo szerokimi plenerami i retrospekcjami w kolorze żółci po nerwowo-smyczkową muzykę Henryka Kuźniaka – nastrój działa bardzo. Tylko, że pod tym wszystkim skrywają się losy ludzi nieszczęśliwych, samotnych oraz zbyt pokręconych, by traktować ten film całkiem poważnie. Być może dlatego tak mało się o nim mówi, bo był zbyt zakręcony oraz doprowadzony do granicy przesady. Nie brakuje w nim przewrotek oraz zaskoczeń, zaś ostatecznie rozwiązanie w pełni satysfakcjonuje.

Tytuł nie oddaje w pełni charakteru, bo to bardziej groteskowy thriller ze zbyt barwnymi postaciami, by uznać za konwencjonalny film. Barański niby idzie w znane środowisko, ale w zupełnie innym tonie. Intrygujące, choć zapomniane dzieło.

7/10

Radosław Ostrowski

Zaginiony

To zadziwiające jak wiele filmów robionych za amerykańskie dolary, gdzie – bardziej lub mniej bezpośrednio – dotykają bardzo niewygodnych dla Stanów Zjednoczonych tematów i/lub są aktami oskarżenia wobec ich działań poza krajem są tworzenie przez filmowców spoza USA. O mniejsze lub większe pośrednictwo w obalaniu rządów dla krajów, które później doili w zamian za przymknięcie oczu na rządy dyktatury czy innych radykalnych fanatyków. Taki akt oskarżenia w 1982 roku zrealizował urodzony w Grecji francuski reżyser Costa-Gavras, opierając się na prawdziwej historii.

zaginiony1

„Zaginiony” opowiada historię młodego chłopaka, Charliego Harmona, który działał w kraju gdzieś w Ameryce Południowej (w filmie nie pada nazwa kraju, ale jest to Chile) AD 197x. Chłopak działał pisząc artykuły dla tworzonej przez kumpli lewicowej gazety, mieszkając razem z żoną Beth. Spokojne i w miarę szczęśliwe życie rozsypuje się w momencie przewrotu dokonanego przez wojskowych. Godzina policyjna, zerwana wszelka komunikacja, zablokowane drogi – każde wyjście na ulicę może skończyć się śmiertelnym strzałem. Któregoś dnia, mężczyzna znika bez śladu, a kobieta – nie bez problemów – trafia do domu, gdzie zastaje totalny chaos. Mimo próśb i pomocy urzędników ambasady, wszelkie próby znalezienia śladu mężczyzny prowadzą donikąd. W końcu ojciec zaginionego, bogobojny biznesmen Ed, decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce. Przyjeżdża do kraju i razem z synową próbuje odnaleźć chłopaka, ale łatwo nie będzie.

zaginiony2

Reżyser już na samym początku nie cacka się i pokazuje kraj jako miejsce nie należące do bezpiecznych. Wszędzie słychać świszczące kule, widać wojskowe pojazdy na ulicy i każdego można zatrzymać, aresztować i przetrzymać. Gavras, także mający lewicowe poglądy, coraz bardziej podkreśla beznadzieję sytuacji Harmonów. Urzędnicy ambasady wydają się bezużyteczni, kolejni świadkowie początkowo przedstawiają sprzeczne informacje, a każdy trop prowadzi donikąd. Z czasem zaczynają dochodzi do bardzo przerażających i trudnych faktów. Zwłaszcza dla ojca, który jest takim wzorcowym obywatelem, nie mającym żadnego powodu ufać komukolwiek z osób reprezentujących rząd. W przeciwieństwie do Beth, będącej wręcz wrogo nastawionej do tej elity.

zaginiony3

I to zderzenie tych dwóch światopoglądów było dla mnie najmocniejszym punktem „Zaginionego”, co też wynikało z rewelacyjnie dobranych aktorów, czyli Jacka Lemmona oraz Sissy Spacek. Obje wobec siebie są początkowo nieufni, jakby wzięci z dwóch planet obcy ludzie. Niby rodzina, a tak naprawdę obcy ludzie, mieszanka siły i słabości. Z każdą kolejną chwilą te mury zaczynają się zakopywać i buduje się silna więź („Jesteś najbardziej odważną osobą jaką poznałem w życiu. Mówię szczerze”), przez co oboje zaczynają dostrzegać to samo i tak samo.

zaginiony4

To jednak jeden z bardziej depresyjnych filmów, pokazujący bezwzględność władzy junty oraz bezsilność jednostki wobec systemu. Zwłaszcza skupiającego wobec siebie ludzi silnych, wpływowych i dający w zasadzie bezkarność ludzi władzy, a prawa obywatelskie zostają zabrane. Bo nie są one wyryte na kamieniu. I przed tym ostatnim trzeba uważać.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bez skrupułów Toma Clancy’ego

Fanom thrillerów nazwisko Toma Clancy’ego nie wymaga przedstawienia. Zmarły w 2013 roku pisarz specjalizował się w technothrillerach, gdzie skupiał się na napiętej sytuacji geopolitycznej, technologicznych wynalazkach, intrygach na szczycie władzy oraz próbujących ich powstrzymać agentach CIA lub wojskowych. To Clancy stworzył postać Jacka Ryana, a także wojskowego Johna Clarka, tworząc o nim osobną serię rozpoczynającą się powieścią „Bez skrupułów”.

Plany adaptacji tej książki zaczęły się na początku lat 90., kiedy Clarka miał zagrać Keanu Reeves. Ostatecznie jednak wszystko zaczęło się krystalizować w 2018 roku, gdy obsadzono w tej roli… Michaela B. Jordana, zaś za kamerą stanął włoski reżyser Stefano Sollima. Z kolei historia została uwspółcześniona i zaczyna się od odbicia agenta CIA z rąk Syryjczyków w Aleppo. Dopiero na miejscu John Kelly razem z dowódczynią, komandor Karen Green odkrywają, że miejsce przetrzymywania to tak naprawdę magazyn wojskowy… Rosjan. Trzy miesiące po akcji zaczynają ginąc jej uczestnicy, ale zamiast Kelly’ego zostaje zabita ciężarna żona. Dla mężczyzny pozostaje już tylko jedno – zemsta.

Na papierze brzmi to bardzo interesująco, prawda? Zemsta, grubszy spisek, nieczyste zagrywki osób gotowych podpalić świat dla własnych korzyści, wywiad, wojsko. Niby akcja dzieje się w wielu częściach świata, a wygląda to jakoś strasznie tanio. Sama akcja ogranicza się do bijatyk (świetna walka Kelly’ego w celi więziennej) oraz strzelanin, którym zwyczajnie brakuje kopa czy adrenaliny. Wiem, że u Clancy’ego akcja była tylko dodatkiem do trzymającej w napięciu opowieści. Problem w tym, że historia jest bardzo przewidywalna, napięcie siada w połowie i już nie wraca, a samo wykonanie jest w najlepszym wypadku poprawne. Brakuje w tym wszystkim ognia oraz serca.

Jedyną w pełni działającą rzeczą jest Michael B. Jordan jako Kelly, który później staje się Clarkiem.  Wygląda groźnie, ma tonę charyzmy i bardzo przekonująco wypada jako bezwzględnie dążący do celu mściciel. Taki o wiele lepszy i wyrazistszy Liam Neeson, potrafiący w samotności pokazać swój ból i stratę. Ale tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. Reszta obsady nie dorównuje mu poziomem – najbliżej jest Jodie Turner-Smith jako komandor Karen Greer, czyli dowódca Kelly’ego. Jedyna osoba, przed którą czuje respekt i tworzy silną więź. Ale Guy Pierce jako sekretarz stanu stanowi przykład człowieka-spojlera, wokół którego główny twist jest aż nadto widoczny.

Wielka szkoda, że „Bez skrupułów” to takie rozczarowanie. Po takim reżyserze jak Sollima oraz takim scenarzyście jak Taylor Sheridan należało oczekiwać dużo więcej. Niby finał sugeruje ciąg dalszy, ale po chłodnym odbiorze nie liczyłbym na to.

5/10

Radosław Ostrowski

Zombie express 2: Półwysep

Pierwszy „Zombie express” był bardzo świeżym spojrzeniem na filmy o zombie prosto z Korei Południowej. Epidemia i ucieczka pokazywała, że większymi potworami od żywych trupów byli ludzie walczący o przetrwanie. Ta mieszanka dramatu z horrorem potrafiła poruszyć i trzymała w napięciu bardziej niż większość filmów tego gatunku, co było zasługą reżysera Sang-ho Yeona. Tym bardziej byłem zaskoczony, że postanowiono zrealizować sequel. Historia wydawała się być zamknięta, więc nie widziałem żadnego sensu.

zombie express2-1

Od czterech lat Koreę Południową opanowała epidemia zombie. By uniknąć rozpowszechniania zarazy, cały półwysep został odizolowany od całego świata. Nie pojawia się żadna pomoc, żadne statki nie przypływają i nie przyjmują cywilów. Jednym z niewielu uciekinierów jest były wojskowy Jung-seok, który razem ze szwagrem przebywają w Hongkongu. Obaj czekają na azyl i są traktowani nieufnie wobec mieszkańców. Dostają jednak szansę na poprawę swego statusu społecznego, ale jest pewien warunek: muszą dotrzeć na półwysep, zabrać ciężarówkę z forsą (20 milionów dolarów), wrócić do portu. W trzy dni. Brzmi jak prosty plan? Tylko brzmi.

zombie express2-2

Druga część z podtytułem „Półwysep” idzie w zupełnie innym kierunku niż oryginał. Zamiast horroru kino akcji z kupą kasy w tle, klimatem bardziej przypominającym „Ucieczkę z Nowego Jorku”. Mamy opustoszałą okolicę, pełną zombie. Może nocą słabo widzą, ale i tak są bardzo groźne. Do tego jeszcze w tej układance mamy matkę z dwójką bardzo zaradnych córek oraz nawiedzonym ojcem, a także coraz bardziej zwyrodniali wojskowi. Mieli chronić cywili, sami jednak zmienili się w ogarniętych szaleństwem egoistów, z których najbardziej wybija się nieobliczalny sierżant oraz oderwany od rzeczywistości dowódca.

zombie express2-3

Na papierze ten konflikt i wyścig o pieniądze brzmi jak coś trzymającego w napięciu, mogącego zaangażować czy chwytać za gardło. Problem w tym, że dla mnie ten sequel jest zbyt efekciarski, za bardzo skupiony na akcji i paroma przegięciami. Bo jak wyjaśnić sytuację, gdy niepełnoletnia córka zasuwa samochodem niczym kierowca rajdowy? Dużo jest, niestety, przewidywalnych zbiegów okoliczności, zaś finał jest tak heroiczny, patetyczny i hollywoodzki, iż byłem pewny, że film produkowali Amerykanie. Kompletnie mnie nie obchodził główny bohater, czyli były wojskowy po stracie żony i dziecka. Takich historii znałem wiele, a reżyser nie interesuje się odświeżeniem ogranych klisz. Same sceny akcji są zrobione świetnie, choć głównie dzieją się w nocy – od pościgów i strzelanin po ucieczkę przed zombiakami.

Ktoś tą koreańską potrawę, będącą pomieszaniem z poplątaniem, próbował przerobić na hamburgera, by łatwiej sprzedać zachodniemu podniebieniu. „Półwysep” kompletnie zmienia ton, zmieniając trzymający w napięciu horror, idzie ku kinu akcji, tracąc wiele ze swojego charakteru. Jedno z większych rozczarowań tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Ci, którzy życzą mi śmierci

Dawno nie zdarzyło mi się obejrzeć filmu tak durnego i głupiego, że w trakcie seansu nie wierzyłem, w co widzę. Tak się stało z nowym filmem Taylora Sheridana – aktora oraz scenarzysty, odpowiedzialnego za fabuły do „Sicario” oraz „Aż do piekła”. Sheridan drugi raz postanowił spróbować swoich sił jako reżyser i… spadł z wielkim hukiem. Ale po kolei.

pragna smierci1

Fabuła skupia się na Hannie – strażaczce, naznaczonej pewną akcją, która poszła kompletnie nie tak i zachowuje się jak wariatka. Nie mogąc w pełni wrócić do fachu, zostaje przydzielona do wieży w środku lasu. By obserwować i przekazywać informację o pożarach. W tym samym czasie do miasteczka dociera księgowy, który przekazał ważne dane prokuratorowi, razem z synem. Problem w tym, że prokurator został zabity, a śladem dwójki bohaterów wyrusza para morderców.

pragna smierci2

Możecie się domyślić, co będzie się działo po drodze: mężczyzna zostaje zabity, chłopakowi udaje się uciec, trafia do Hanny, zaś para morderców sieje śmierć i spustoszenie. Przy okazji doprowadzają do pożaru, by odwrócić uwagę od poszukiwań. Takiego natężenia klisz nie widziałem od dawna, zaś para cyngli (duet Aiden Gillen/Nicholas Hoult) to po prostu banda idiotów, działająca niekonsekwentnie. Zabicie matki z niemowlakiem to pryszcz, ale załatwienie ciężarnej kobiety (żony zastępcy szeryfa) jest niewykonalnym zadaniem. Do tego dają się jej podejść, zostawiając nieogarnięty bajzel. Nie byłbym w stanie zatrudnić takich niekompetentnych idiotów. Głupich scen w rodzaju nagle przerwanej burzy czy ucieczki przed piorunami jest jeszcze więcej.

pragna smierci3

Sheridan gubi całą akcję, choćby z powodu kretyńskiego punktu wyjścia. Czemu nasz księgowy przekazuje ważne informacje na kartce i daje swojemu synowi, by ten przekazał je mediom? Nie mógł ich wysłać mailem, zamiast bawić się w takie udziwnienie? Inaczej nie mielibyśmy całej historii. Nawet Angelina Jolie w roli głównej wydaje się zbyt dobrze wyglądać do tej roli, czego nie dało się zakryć szorstką charakteryzacją czy podniszczonymi ubraniami. O ogniu w scenach pożarów (bardzo dobrze sfotografowanych), gdzie ewidentnie jest zrobiony komputerowo, nie chce mi się mówić.

pragna smierci4

„Ci, którzy życzą mi śmierci” to przykład filmu, który ma być w założeniu thrillerem, jednak po kilkunastu minutach napięcie siada, a zainteresowanie wyparowuje niczym ziemia po spaleniu. Ewidentnie coś poszło nie tak, zaś forma Sheridana jest bardzo chwiejna. Trudno przewidzieć jak dalej potoczy się kariera tego zdolnego scenarzysty.

4/10

Radosław Ostrowski

Małe rzeczy

Żaden inny film nie miał wpływu na thriller/kryminał bardziej niż „Siedem”. Seryjny morderca z niejasnymi motywami, makabrycznymi zbrodniami oraz detektywi, dla których rozwiązanie sprawy staje się wręcz obsesją. Wszystko w estetyce kina noir, zaś sprawca wydaje się być o krok przed wszystkimi. Niewiele brakowałoby, a mógł powstać wcześniej film, który obecnie jest uznawany za inspirowany klasykiem Davida Finchera. Niestety, film według scenariusza John Lee Hancocka (także reżyser) powstał dopiero po niecałych 30 latach od napisania. Co z tego wyszło?

Akcja jest osadzona w Los Angeles roku 1990, gdzie miasto terroryzuje seryjny morderca. Zabija młode kobiety, szlachtując je nożem, zaś policja jest bezsilna. Sprawę dostaje młody i ambitny policjant  Jim Baxter. W sprawie, niejako przypadkowo pakuje się zastępca szeryfa z hrabstwa Kern, John Deacon. Mężczyzna przyjechał do miasta, by odebrać dowód w innej sprawie. Okazuje się, że Deacon prowadził podobną sprawę wiele lat wcześniej.

male rzeczy1

Innymi słowy, mamy tak naprawdę jedną dużą sprawę, dwie retrospekcje oraz bardzo powolnie prowadzoną narrację. No i jeszcze lata 90., czyli czasy bez szeroko dostępnej technologii, budek telefonicznych oraz bardziej analogowego dochodzenia do prawdy. Miało to pomóc w budowaniu mrocznego klimatu i to nawet działa. Ale szkoda, że zostało to sfilmowane cyfrową kamerą, przez co nie widać tej faktury (choć same zdjęcia są solidne). Mamy tu wiele znajomych klisz od relacji młody idealista/cyniczny weteran, niejednoznaczny podejrzany, zabawa w kotka i myszkę oraz tajemnica. Niby klocki zaczynają się układać, a parę scen ma potencjalny ładunek emocjonalny (przesłuchanie na komisariacie czy śledzenie na autostradzie).

male rzeczy2

Niestety, całość kładzie reżyseria Hancocka oraz chaotyczna narracja. Przeskoki do przeszłości Deacona wydają się przypadkowo umieszczone, napięcia w zasadzie brak i schematy są aż za bardzo znajome. Nawet próba rozwiązania, czy podejrzany naprawdę jest tym, kogo szukamy rozczarowały mnie. Wszystkim tym kluczowym momentom brakowało emocjonalnego ciężaru. Jakby przeoczono istotne detale, tytułowe małe rzeczy, od których tak wiele zależy. A sam film wydaje się za krótki, mimo 2-godzinnego czasu trwania.

male rzeczy3

Nawet aktorstwo jest tutaj nierówne, zaś każdy z odtwórców głównych ról gra jakby w innym filmie. Najbardziej zaskakuje Jared Leto jako podejrzany Sparma. Wydaje się bardzo spokojny i opanowany, bez szarżowania, samym spojrzeniem budzi strach. Ewidentnie facet ma fioła na punkcie zbrodni i lubi być w centrum uwagi, ale czy jest mordercą? Zbyt manieryczny (i niestety, najsłabszy) jest Rami Malek w roli detektywa Baxtera, który zwyczajnie irytuje swoimi grymasami oraz barwą głosu. Dla mnie to jest rola źle obsadzona, pozbawiona charakteru. Z kolei Denzel jest Denzelem i nawet nie mając nic do roboty buduje wyrazistą postać. Nie inaczej jest tutaj ogrywając postać cynicznego, prześladowanego przez demony przeszłości glinę.

Dziwne to kino jest, gdzie niby wszystko jest na miejscu, lecz przyglądając się bliżej brakuje jakiegoś kluczowego elementu. „Małe rzeczy” nie zostaną mrocznych thrillerów w rodzaju „Siedem”, stojąc w cieniu filmu Davida Finchera. Jak można zmarnować taką obsadę i intrygę?

6/10

Radosław Ostrowski

Gry wojenne

Dzisiaj reżyser John Badham pracuje przy produkcjach telewizyjnych. Ale w latach 80. był bardzo rozchwytywanym filmowcem, realizującym hit za hitem. Tylko, że o niewiele z nich się pamięta. Na pewno taką produkcją była przełomowa „Gorączka sobotniej nocy” z 1977 roku (o niej innym razem) oraz powstałe sześć lat później „Gry wojenne”.

gry wojenne2

Zaczyna się niby spokojnie, gdzie dochodzi do zmiany warty w jakimś punkcie wojskowym. I pojawia się alarm o zagrożeniu atakiem nuklearnym. Trzeba przekręcić klucze i odpalić pociski, ale jeden z oficerów waha się. Czas ucieka i ostatecznie nie decyduje się na przekręcenie klucza. Później okazuje się, że to był tylko test, zaliczony jedynie przez 22% oficerów. Dlatego dochodzi do wyłączenia ludzi z łańcucha decyzyjnego, całkowicie zdając się na komputer zwany WOPR-em. Wszystko pewnie działałoby w porządku, gdyby nie pewien chłopak. David to licealista, mający kompletną fiksację na punkcie gier komputerowych. Chcąc zdobyć dostęp do nowych gier, włamuje się do komputera… WOPR. Myśląc, że znalazł gry, odpala „Globalną wojnę termonuklearną”. I to doprowadza, że wojskowi są przekonani o planowanym ataku Sowietów na USA. Oj, niedobrze.

gry wojenne1

Najbardziej zadziwiające jest to, że – mimo osadzenia akcji w czasach współczesnych twórcom – koncepcja wydaje się niebezpiecznie aktualna. Możliwość włamania do komputera, zbytnia ufność technologii oraz zderzenie mentalności wojskowej z naukową – mieszanka ta może doprowadzić do zagłady. Reżyser z jednej strony serwuje prostą opowieść o (przyspieszonym) dojrzewaniu do odpowiedzialności, gdzie nastolatkowie (tutaj akurat uzdolniony haker) w zasadzie robią, co chcą. I to właśnie nasza dwójka bohaterów (David i jego koleżanka Jenny) podejmuje najrozsądniejsze decyzje.

gry wojenne3

Z drugiej jednak jest to thriller, gdzie jest wojsko, technologia w postaci dużego komputera oraz potencjalny koniec świata w tle. Jak przekonać osoby decyzyjne do zachowania rozsądku? Czy można nauczyć komputer odpuszczenia walki i pokazanie jej bezsensu? Czy należy tylko i wyłącznie opierać się na obrazkach komputera? Niby jest to rozrywkowy film, a pytania zadaje bardzo poważne. I nie wywołuje to żadnego zgrzytu, co nie jest takie proste do osiągnięcia.

Czuć ducha epoki i dzisiaj niektóre „włamania” mogą wydawać się zabawne niż poważne. Ale nie umniejsza to „Grom wojennym”. Film nadal trzyma w napięciu, jest świetnie zagrany i potrafi zmusić do myślenia. Więcej niż tylko zgrabne kino rozrywkowe z lat 80.

7,5/10

Radosław Ostrowski