Przekładaniec

Bohaterem jest pewien młody, inteligentny chłopak w kolorze blond. Jest biznesmenem, który dostarcza towar, dostaje za to kasę i płaci działkę szefowi. Niby pierze swoje pieniądze, a ma ich dużo, dzięki biznesowi: dilerce narkotyków. Jednak coraz bardziej zaczyna myśleć o emeryturze. Przed tym dostaje dwie robótki do wykonania. Pierwsza dotyczy odnalezienia córki starego przyjaciela, która za bardzo lubi ćpać i zniknęła bez śladu. Druga sprawa to standard, czyli dobicie targu i sprzedaż tabletek ecstasy. Problem w tym, że jest to towar kradziony.

przekladaniec1

Na hasło brytyjskie kino gangsterskie dzisiaj wymawiane jest jedno nazwisko: Guy Ritchie. Nakręcony w 2004 „Przekładaniec” miał być kolejnym jego filmem, ale Brytyjczyk był zajęty innym projektem. Zamiast niego pojawił się jeden z jego współpracowników, czyli producent Matthew Vaughn. Czuć ten klimat znany z „Porachunków” i „Przekrętu”, chociaż jest to bardziej serio niż w/w. Bliżej jest do późniejszej „Rock’n’Rolli”, gdzie mamy zderzenie grubych ryb z drobnymi płotkami, nie brakuje gangsterów wykorzystujących policję dla własnych celów. Jest też w końcu prosty plan, który z każdą minutą coraz bardziej zaczyna się sypać, a poczucie bycia sprytnym od reszty wydaje się iluzoryczne. Pojawia się też humor, jednak jest go o wiele mniej niż w pierwszych film Ritchiego czy tego montażowego stylu. Zabawa w podchody, serbscy zabójcy, drobne cwaniaczki, kompletni idioci – dzieje się tu dużo, a posklejanie elementów układanki potrafi dostarczyć wiele frajdy. Nie brakuje trzymania w napięciu (akcja ze snajperem czy zabicie szefa mafii), jak i poważniejszych momentów.

przekladaniec2

Wygląda to bardzo porządnie i stylowo. Vaughn jeszcze nie jest tak efekciarski jak w „Kingsman”, ale potrafi bawić się równoległym montażem. Wszystko podbite bardzo fajną muzyką oraz eleganckimi zdjęciami. Vaughn spokojnie prowadzi narrację i potrafi ciągle zaskakiwać aż do finału zakończonego cliffhangerem.

przekladaniec3

Do tego mamy prawdziwą plejadę aktorów, którzy – w większości – nie są tak rozpoznawalni jak teraz. W roli naszego bezimiennego protagonisty wciela się Daniel Craig i to dosłownie przed zagraniem agenta 007. Pan X wydaje się bardzo pewny siebie, działa według określonego planu, jakby mając wszystko pod kontrolą. Niby wydaje się taki cool, ale to wszystko jest kamuflaż i parę razy widać, że w tej głowie coś się dzieje. Magnetyzująca, charyzmatyczna postać. Nie zawodzi Colm Meaney jako bardzo lojalny Greg, będący gangsterem starej daty, nie znoszący sprzeciwu Kenneth Granham, czyli szef Jimmy oraz bardzo śliski Michael Gambon (Eddie Temple). Gdybym miał wymienić wszystkie rozpoznawalne twarze, nie starczyło by czasu, ale mamy choćby znanych z „Porachunków” Jasona Flemynga i Dextera Fletchera, jest też Tom Hardy, Sally Hawkins czy Sienna Miller. Każde z nich ma te swoje przysłowiowe pięć minut, dodając swoją cegiełkę.

Największym grzechem debiut Matthew Vaughna jest pewne poczucie deja vu. Niemniej „Przekładaniec” to ciągle świetny brytyjski kryminał z przełomu wieków oraz wprawka do kolejnych, droższych produkcji tego producenta.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Szpieg

Rok 1974. Wiecie, co to jest Cyrk? Tak określano w Wielkiej Brytanii wywiad, który jeszcze walczył z największym zagrożeniem dla świata – komunizmem. Jego reprezentantem jest bardzo niebezpieczny szpieg znany jako Karla – nieuchwytny, nieobliczalny, demoniczny. Tak zakamuflowany, że mało kto wierzy w jego istnienie. Oprócz szefa Cyrku znanego jako Kontroler. Rok wcześniej wysłał do Budapesztu jednego ze swoich ludzi, Jima Prideaux na spotkanie z sowieckim generałem. Cel był prosty: zebrać dowody na obecność kreta w samym szczycie wywiadu brytyjskiego. Cała akcja kończy się wpadką oraz śmiercią agenta, co doprowadza do odejścia Kontrolera i jego prawej ręki, George’a Smileya. Ten drugi zostaje zmuszony wrócić z emerytury, a wszystko przez jeden telefon. Wygląda na to, że paranoiczny Kontroler miał rację i gdzieś na szczycie Cyrku przebywa sowiecki agent.

szpieg1

„Druciarza, krawca, żołnierza, szpieg” już raz przeniesiono na ekran (telewizyjny, ale jednak), choć dzisiaj mało kto pamięta o tym mini-serialu. Ale w 2011 roku na dużym ekranie George Smiley powrócił w czym pomógł mu Tomas Alfredson. Ten utalentowany szwedzki reżyser ostatnio jest troszkę w niełasce (wtopa zwana „Pierwszym śniegiem”), ale w swoim pierwszym anglojęzycznym filmie zaskoczył wszystkich. „Szpieg” – dystrybutor uznał, że krótszy tytuł będzie łatwiejszy do zapamiętania – to film w bardzo starym stylu. Spokojnie, nie jest on niemy, czarno-biały, ale fabuła toczy się w tempie dla wielu bardzo powolnym. Pościgów tu nie ma, strzelanin też nie (choć jest parę brutalnych momentów), a jednak opowieść potrafi wciągnąć. Jak to możliwe? Alfredson bardzo dokładnie i konsekwentnie buduje napięcie, opierając się niemal tylko na rozmowach, analizowaniu dokumentów oraz wyciąganiu wniosków. Kto jest zdrajcą, komu można zaufać, co jest prawdą, kłamstwem, a co podstępem i pułapką? To bardzo gorzkie spojrzenie na szpiegowski świat, gdzie jedyną szansą na wyjście z sytuacji jest zaufanie własnemu instynktowi oraz samotność. Dlaczego? Bo związanie się z kimkolwiek (lub czymkolwiek) może zostać wykorzystane przeciwko nim. Smutne jest życie szpiega.

szpieg2

Realizacyjnie film jest po prostu znakomity. Odtworzenie lat 70. na ekranie zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Te stroje, fryzury, samochody i maszyneria są bardzo przyjemne dla oka. A stonowana kolorystyka oraz fenomenalne zdjęcia Hoyte van Hoytemy budują klimat tajemnicy. Sama siedziba Cyrku od środka wygląda wręcz futurystycznie (w czym także pomaga faktura oraz paleta barw), skupienie na detalach budzi podziw (scena spotkania w Budapeszcie – jak tutaj pomaga w budowaniu napięcia – majstersztyk!!!) czy absolutnie bezbłędny montaż. To wszystko czyni bardzo atrakcyjną układankę, gdzie widz nie jest prowadzony za rączkę. Z drugiej strony jest to na tyle czytelne, by się nie pogubić. Niemniej trzeba być skupionym w trakcie oglądania, bo raz odwrócić wzrok czy odpiszesz na SMS-a i przeoczysz coś istotnego.

szpieg3

No i do tego absolutnie rewelacyjna obsada tak brytyjska, że już bardziej się nie dało. Smileya gra sam Gary Oldman, co samo w sobie było sporym zaskoczeniem. Aktor znany głównie z grania czarnych charakterów tutaj tworzy najbardziej wycofaną postać w swojej karierze. Bardzo doświadczony, zmęczony szpieg, dopiero w pracy znajduje sens swojego życia. Niby wydaje się pozbawiony emocji i wygląda jak cyborg, ale samą obecnością sprawia wrażenie silnego i to on nadaje ton całej rozmowy. Fascynująca i niesamowita kreacja. Ale obok niego też mamy zarówno starych wyjadaczy (intrygujący Colin Firth, mocny John Hurt i poruszający Mark Strong) oraz kilku wówczas młodych wilczków (absolutnie kradnący film Tom Hardy i opromieniony sukcesem „Sherlocka” Benedict Cumberbatch). Każdy z tej grupy stworzył bardzo wyrazistą postać, pozwalając błyszczeć i dając każdemu czas na zbudowanie złożonej roli. Nawet jeśli wydaje się pozornie nieistotna dla całej układanki.

szpieg4

„Szpieg” to prawdziwa uczta dla fanów filmowych puzzli, chcących stymulować swoje zwoje mózgowe. Kompletne kino dopracowane do najdrobniejszego detalu i za każdym razem wciągającego do swojego brudnego, okrutnego, bezwzględnego świata. Fani książek le Carre poczują się jak w domu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Venom

Po sukcesach MCU niemal każda wytwórnia próbuje zbudować jakieś swoje własne uniwersum. Część praw do postaci z komiksów firmy śp. Stana Lee miało 20th Century Fox (seria X-Men) oraz Sony Pictures (Spider-Man), więc było z czego budować. A po sukcesie wspólnego filmu o Spider-Manie z Tomem Hollandem („Spider-Man: Homecoming”), studio uznało, że jest w stanie pociągnąć samodzielnie serię wokół przeciwników Pajączka. I na pierwszy ogień ruszył „Venom”. Ale po kolei.

venom1

Poznajcie Eddie’ego Brocka – bardzo ostrego i bezkompromisowego dziennikarza śledczego, prowadzącego bardzo popularny program „Raport Brooka” (Internetowy hicior). Oprócz tego ma piękną dziewczynę, prawniczkę i bardzo trudny charakter, co doprowadził do zwolnienia z poprzedniej pracy. Dlatego zamiast Nowego Jorku, jesteśmy w San Francisco. I Eddie znów popełnia błąd, przeprowadzając wywiad z szefem Life Foundation, przez co traci wszystko. Z gwiazdy mediów w menela w ciągu pół roku. Ale wszystko się zmienia z powodu pewnej pani doktor, która prosi go o pomoc. Eddie się włamuje i zostaje zarażony symbiontem – kosmiczną flegmą, łączącą się z ludzkim ciałem.

venom3

Powiem krótko – „Venom” w reżyserii Rubena Fleischera („Zombieland”) jest dziwaczną hybrydą, nie wykorzystującą w pełni swojego potencjału. I niestety, ale studio wpierdoliło się w robotę reżyserowi. I tak z małego, skromnego filmu grozy z kategorią R, zrobił się klasyczny origin story z PG-13. Sama zamiana nie musiała być niczym złym, jednak historia jest zrobiona po sznurku, nie dając nic w zamian. Po drodze mamy wiele ciekawych wątków: dziwna relacja Eddiego z Venomem (okraszona odrobinką złośliwego humoru), która osłabia organizm naszego dziennikarza, szefa korporacji prowadzącego nielegalne eksperymenty czy samych symbiontów, próbujących wykorzystać ludzi jako „nosicieli”.

venom2

Ale sama intryga jest bardzo szablonowa i nie angażująca, żaden wątek nie zostaje w pełni rozwinięty. Niby toczy się dwutorowo (poza Eddiem jest jeszcze drugi symbiont próbujący dotrzeć do Life Foundation i ten wątek zajmuje sporo czasu), a wszystko kończy się standardową, nudną napierdalanką dwóch symbiotów oraz ich nosicieli. Same sceny akcji wyglądają całkiem nieźle (zwłaszcza pościg na motorze), ale efekty specjalne mocno walą po oczach. Wyjątkiem jest sam design Venoma, bardzo przypominający swój komiksowy pierwowzór. Miejscami aż się prosi o krew i posokę (sceny umierania „gospodarzy” i opuszczenia symbiontu aż chciałyby wyglądać niczym z body horrorów Davida Cronenberga – czemu odpuszczono to?), by dodać troszkę mroczniejszego klimatu. Jak choćby w scenie pierwszej walki Venoma, która bardzo skojarzyła mi się z „Upgrade”.

Jedyna rzecz, która trzyma ten film do samego końca, jest Tom Hardy w roli głównej. Zarówno, gdy trzeba pokazać jako zgorzkniałego, zmęczonego człowieka (w stylu klasycznego, cynicznego antyherosa), jak i ostatniego sprawiedliwego w tym świecie. Jego rozmowy z Venomem dodają troszkę pieprzu oraz charakteru temu filmowi. Bardzo przekonujący wariat. Cała reszta postaci jest tylko i wyłącznie dodatkiem, zmarnowanym przez twórców. Michelle Williams jako (była) dziewczyna tylko się snuje po planie, Riz Ahmed jako czarny charakter jest zwyczajnie nijaki (klasyczny korposzef), a cameo ze sceny po napisach wygląda zbyt groteskowo, by traktować go poważnie.

Niestety, ale mimo szczerych chęci nie jestem w stanie powiedzieć niczego dobrego o „Venomie”. Bez Toma Hardy’ego byłby to bezwartościowy śmieć, od razu skierowany na VOD, DVD czy inne streamingi. Być może powstanie ciąg dalszy, ale raczej nie będę na niego czekał.

5/10

Radosław Ostrowski

Dunkierka

Rok 1940. Niemieckie wojska dokonują niemożliwego, rozbijając w pył armie francuską. Połączone wojska francusko-brytyjskie są otoczone zarówno przez Niemców, jak i przez morze. Jak ich stamtąd wydostać? Tak zaczęła się Operacja „Dynamo”, czyli ewakuacja na szeroką skalę. I o tym postanowił opowiedzieć Christopher Nolan. A na ten film czekałem bardzo, bardzo, bardzo. I co wyszło?

dunkierka1

Całość toczy się na trzech przestrzeniach czasowych, które toczą się równoległe. Pierwszy dotyczy młodych wojaków na molo, czekających na statek. I to trwa tydzień. Drugi (trwa dobę) dotyczy cywilnego marynarza, który razem z synem oraz jego przyjacielem wyruszają do Dunkierki. Trzeci zaś dotyczy pilota myśliwca, ruszającego do walki. Ten wątek to godzina. Żeby jednak nie było to takie proste, Nolan przeskakuje z wątku na wątek, przez co na początek czułem wielką dezorientację. jednak im dalej w las, tym bardziej zaczynało się to wszystko zazębiać. Sama konstrukcja była bardzo interesująca, a napięcie jest wyczuwalne od samego początku. Pierwsza scena, czyli chłopaki są w mieście i nagle zaczynają padać strzały, buduje poczucie ciągłego zagrożenia (w tle jeszcze ta tykająca niczym zegar oraz wyjąca syrena alarmowa od Hansa Zimmera). Kamera z jednej strony jest bardzo statyczna, ale cały czas czuć zagrożenie. Jest to o tyle paradoksalne, że niemieckich żołnierzy… nie widzimy, jednak słyszymy ich samoloty, strzały z ich broni, bomby oraz torpedy.

dunkierka2

Nolan chce nas rzucić w sam środek, jednak nie po to, by pokazać walkę (w końcu mowa tu o ewakuacji), lecz byśmy poczuli strach, rozgoryczenie, bezsilność oraz oczekiwanie. Na pomoc, na cud, na śmierć. A kiedy dochodzi do walki o przetrwanie (mocna scena w okręcie na mieliźnie), wyłazi najciemniejsza strona człowieka, widać też psychiczne wyniszczenie (pierwszy ocalony przez cywila wojak) dokonywane przez wojnę. To wszystko potrafi trzymać za gardło, a kilka scen robi piorunujące wrażenie.

Ale największy problem mam z bohaterami, którzy są niemal kompletnie nieznani. To tylko twarze pozbawione jakiegokolwiek tła, nic o nich praktycznie nie wiemy, są tylko trybikami wielkiej wojennej machiny. Jak miałem polubić czy kibicować postaciom, o których nie wiem praktycznie nic. Nie zawsze nawet pada imię, a wszyscy wojacy (poza oficerami) zmieniają się w bezkresną, ogromną masę. Drugi problem to zbyt patetyczne zakończenie ku pokrzepieniu brytyjskich serc z przemową Churchilla.

dunkierka3

A jak w tej całej warstwie prezentują się aktorzy? W dużej mierze to ocean mało znanych twarzy jako statystów, zaś w mojej pamięci najbardziej utkwiły trzy postacie. Po pierwsze pan Dawson, czyli świetny Mark Rylance – bohater, o którym dowiadujemy się najwięcej, mieszanka doświadczenia, determinacji oraz tajemnicy. Cały czas zachowuje spokój, jakby ratowanie ludzi było dla niego rutyną. Drugim typem jest pilot, w którego wcielił się Tom Hardy, który kolejny raz musiał grać tylko oczami, bo cała reszta twarzy była schowana. A jednak jego los bardzo mnie obchodził i liczyłem, że się wykaraska z opresji. Wreszcie trzecim jest ocalony żołnierz z aparycją Cilliana Murphy’ego, który bardzo sugestywnie pokazał wyniszczoną psychikę przez wojnę, który nie chce wracać do Dunkierki.

dunkierka4

Christopher Nolan w „Dunkierce” próbuje pokazać wojnę z zupełnie innej perspektywy, co jak najbardziej należy docenić i szanować. Tylko, że nie łatwo jest zaangażować się emocjonalnie, skoro nie mamy specjalnie komu kibicować (z paroma wyjątkami). Technicznie znakomite kino, które sprawiło mi lekki niedosyt na polu emocjonalnym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rock’n’Rolla

Londyński półświatek zawsze był interesującym miejscem pokazywanym przez brytyjskich filmowców. Renesans brytyjskiej gangsterski zawdzięczamy Guy’owi Ritchie, który pokazywał to środowisko z dużym przymrużeniem oka oraz ogromnym dystansem. Nie inaczej jest w przypadku „Rock’n’Rolla”, która była pierwszym filmem zrealizowanym po rozwodzie z Madonną, mający zakończyć ten mroczny okres w karierze reżysera. Czy udało się odbić od dna?

rocknrolla2

Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Archie – prawa ręka trzęsącego miastem Lenny’ego Cole’a. Facet ten ma wpływy, koneksje i jest bardzo cwany. Właśnie dobija interes z pewnym rosyjskim biznesmenem, chodzącym ze swoimi karkami. Chodzi o kupno działki, na którą trzeba mieć pozwolenie. Kosztuje to siedem milionów euro, więc trzeba zorganizować forsę, a by przypieczętować transakcję, Jurij ofiarowuje swój szczęśliwy obraz jako rękojmię. Niestety, obraz zostaje skradziony, podobnie jak forsa. Cole, a dokładniej Archie ma poruszyć niebo i ziemię, by znaleźć obraz oraz doprowadzić sprawę do gładkiego końca. W cała aferę są wplątani pewna znudzona księgowa, jej kochanek oraz jego paczka znana jako Dzika Banda, a także pewien rockowy muzyk, Johnny Quid, uważany za zmarłego.

rocknrolla1

Całość jest poszatkowana oraz mocno w stylu Ritchiego. To znaczy, mamy muzyczną mieszankę różnych stylów i gatunków oraz okresów, szybki, wręcz teledyskowy montaż w kilku scenach (sam początek to rewelacja), wyraziste postacie, smolisty czarny humor. Brzmi to jak stary, dobry Guy Ritchie. Intryga coraz bardziej się komplikuje, a kilka wątków dodaje smaczku: wychudzony, naćpany Quid, ukrywający się przed swoim ojczymem, poszukiwania obrazu Ruska, kradzież forsy oraz (pozornie zbędny) poszukiwania kreta wśród gangsterów. I pytanie: kto kogo wpuszcza w maliny, oszuka i wyjdzie z tego mając kupę forsy i bez szwanku. Nie zabraknie pomysłowo zainscenizowanych scen akcji (druga kradzież forsy, zakończona strzałami i gonitwą), dużo postrzelonych gagów (taniec One-Two ze Stellą i obok napisy, byśmy zrozumieli o czym gadają) oraz smolistego humoru (amerykańskie rybki!!!). No i ten akcent, dodający smaczku. Nie zabraknie niespodzianek, retrospekcji i chociaż zdarzają się drobne przestoje, nie ma tutaj mowy o nudzie.

rocknrolla3

No i jeszcze ci aktorzy, którzy dają z siebie kopa. Prawdziwymi gwiazdami są tutaj Mark Strong oraz Tom Wilkinson. Ten pierwszy jako Archie bardzo dobrze wykonuje swoją robotę jako przewodnik po świecie podejrzanych spelun, ulicznych informatorów oraz budzi respekt swoim obojętnym, lecz groźnym spojrzeniem. Drugi z łysiną na głowie potrafi wzbudzić strach, ale tak naprawdę jest facetem z ogromnym ego oraz przekonaniem o swojej niezachwianej potędze. Razem tworzą mocny duet niczym niezniszczalna stal. Po drugiej stronie mamy drobnego cwaniaka One Two (Gerard Butler w świetnej formie) oraz partnerującym mu kumpli Mumblesa (Idris Elba) iukrywającego swoją orientację Przystojnego Boba (Tom Hardy). Tutaj czuć chemię, widać jak zgrana to jest paczka. Do tego dodajmy jeszcze szarżującego Toby’ego Kimbella (Johnny Quid) oraz apetyczną Thandie Newton (Stella) i mamy brytyjski koktajl gangsterski a’la Ritchie.

rocknrolla4

Brytyjczyk wrócił na swoje stare śmieci i chociaż „Rock’n’Rolla” nie ma takiej mocy jak „Porachunki” i „Przekręt”, to nadal kawałek dobrego, wyspiarskiego kina gangsterskiego, zrobionego z klasą oraz kopniakiem niczym riffy elektrycznej gitary. Udany powrót i mocna zwyżka formy.

7/10

Radosław Ostrowski

System

Rok 1953, Moskwa. Jeszcze rządzi wujek Józef Stalin, co kochał dzieci i w ogóle był super przywódcą, a Związek Radziecki był rajem na Ziemi. I to właśnie tutaj pracuje oficer śledczy milicji politycznej MGB, zajmującej się likwidowaniem szpiegów – Lew Demidow. Otrzymuje proste zadanie: schwytanie niejakiego Anatolija Brodskiego oraz wyciągnięcie od niego listy współpracowników. Jednym z nich okazuje się być żona oficera, Raisa. Mężczyzna nie wydaje jej, za co oboje zostają zesłani na prowincję do Wołska. W tym samym czasie w niejasnych okolicznościach zaczynają ginąć dzieci, co jest tuszowane przez władze. Demidow na własną rękę podejmuje śledztwo.

system_1

Szwedzki reżyser Daniel Espinoza tym razem przenosi na ekran bestsellerowa powieść Toma Roba Smitha. Nie da się ukryć, że to rasowy thriller ubabrany brudem, nędzą oraz powszechną degrengoladą. Śledztwo jest o tyle trudne, że toczy się ono w raju, gdzie przecież nie ma morderstw, prawda? Władza nie może sobie pozwolić na jakąkolwiek pomyłkę, a morderstwo to produkt zgniłego kapitalizmu. Mimo to twórcom udaje się stworzyć klimat niepokoju, bezradności i osaczenia. Tutaj władza wie o tobie więcej niż ty sam wiesz, zna twoje potrzeby i by nie zwariować, nie możesz sobie pozwolić na mówienie prawdy. Poza prywatnym – bo inne nie może być – dochodzeniem, Espinoza próbuje też pokazać różnego rodzaju rozgrywki na linii władzy, gdzie wywiad woli stosować przemoc i tuszować, a także jak kłamstwo ma wpływ na ludzi ich używających. Każdy chce tutaj przetrwać i każde kłamstwo jest dobre (fałszywa ciąża Raisy), nawet jeśli trzeba ukryć morderstwo.

system_2

Dobre wrażenie robi scenografia – podniszczone domy, brud, umeblowanie, alkohol (nie lejący się dużym strumieniem), papierosy. Od momentu przeniesienia na prowincję, jeszcze bardziej czuć poczucie beznadziei oraz kompletnego zobojętnienia na zło. Klimat też buduje stonowana muzyka oraz utrzymane w tonacji sepii, naturalistyczne zdjęcia.

system_3

Problemem dla mnie było dość wolne tempo oraz nadmiar ambicji, który nie daje pełnej satysfakcji podczas seansu. Śledztwo prowadzone jest przy okazji, co jest w pełni zrozumiałe, jednak tożsamość oraz motywację zbrodniarza poznajemy w połowie filmu. Nie wiem czy to troszkę nie za szybko, ale gęsta atmosfera i brudny klimat pozwalał wybaczyć te grzechy. Natomiast nie wybaczę chaotycznego montażu podczas scen bójek – finałowa konfrontacja czy próba morderstwa w pociągu wyglądają po prostu brzydko oraz nieczytelnie, jakby w stylu Borune’a. To nie jest potrzebne.

system_4

Ale za to jak to jest zagrane – moi drodzy. Kolejny raz wspaniale prezentuje się Tom Hardy jako bohater troszkę przeniesiony z kina noir. Ostatni sprawiedliwy stojący po stronie prawdy, porządku i walczący o swoje małżeństwo, do tego sprawne wykorzystanie rosyjskiego akcentu (brzmi on bardzo naturalnie), znający bezwzględność terroru. Równie złożona postać odgrywa Noomi Rapace (Raisa) – urocza, lojalna, ale powoli mecząca się w związku. Poza nimi warto docenić także zaskakującego Joela Kinnemana (odpychający Wasilij), Paddy’ego Considine’a (morderca) oraz Vincente’a Cassella (major Kuźmin).

system_5

I a propos akcentu jeszcze – nie wszyscy aktorzy grający w tym filmie mówią z rosyjskim akcentem (głównie postacie trzecioplanowe), co czasami psuje efekt realizmu. Przypomina się troszkę „Park Gorkiego” Michaela Apteda, czyli mroczny, brudny dreszczowiec w świecie pełnym kłamstwa, oszustwa i tajemnic. Tak się właśnie żyło w tych czasach.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Legend

Każdy kraj ma swoich ulubionych mafiozów, których sława i reputacja przeszła do historii. W Londynie lat 60. było dwóch niebezpiecznych zbirów – bracia bliźniacy Kray. Dzieliło ich wszystko, a łączyły więzy krwi. Reggie był przystojnym, opanowanym i inteligentnym dżentelmenem, a Reggie był psychicznie chorym zbirem z pulchną twarzą oraz gejem. I tak one nie były w stanie go wyleczyć.

legend1

Reżyserujący całość Brian Helgerand bardziej znany jest jako scenarzysta, który zrobił takie dzieła „Tajemnice Los Angeles”, „Rzeka tajemnic” czy „Człowieka w ogniu”, więc podejście w stronę kina gangsterskiego wydawało się logicznym posunięciem. Czuć tutaj garściami inspiracje dziełami Scorsese czy brytyjską klasyką gatunku. I chociaż wiemy jak to się skończy, to i tak oglądałem z niekłamaną frajdą. Przede wszystkim jest tutaj stylowo – imponuje tutaj scenografia. Wyglądu klubów, knajp i spelun (ładnie sfotografowane przez Dicka Pope’a) trudno się przyczepić. Tak samo jak kostiumów, muzyki z epoki, jak i drugiego planu, pełnego wyrazistych zbirów, zakapiorów oraz nieprzyjemnych gęb. Widać, że z tymi ludźmi nie warto zadzierać – faceci nie bojący zabijać. Wszystko to poznajemy z perspektywy kobiety – Frances Shea, która jest zauroczona Reggie’m, co akurat mnie nie dziwi. Ale sam film taki wybitny nie jest, chociaż ma swój klimat. To kompletna mieszanka: z jednej strony gangsterka (pranie pieniędzy, zabijanie), z drugiej melodramat w starym stylu, a z trzeciej smolista komedia, a z czwartej konflikty między braćmi. Są one nieuniknione, co widać od rozmowy z psychiatrą. I nie można odnieść wrażenia, że reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon, przez co żaden z wątków tej wydawałoby się epickiej (trwającej dwie godziny) historii. Ale – paradoksalnie – wcale mi to nie przeszkadzało. Wsiąkłem w ten klimat Londynu, gdzie gliniarze, gangsterzy, politycy mieszają się w tej układance.

legend2

Dodatkowo reżyser ma dwa mocne asy w talii, które wnoszą ten film na wyższy poziom – Toma Hardy’ego oraz… Toma Hardy’ego. Jeden aktor w dwóch rolach i jest on po prostu rewelacyjny. Zarówno, gdy jest bardziej stonowanym, powściągliwym Reggiem, jak i psychopatycznym Ronem. Każdego gra inaczej, od fizycznej postury przez barwę głosu aż po mimikę. Obydwaj bracia są mocną mieszanką wybuchową, chociaż łączy ich toksyczna relacja, która musi zakończyć się dla nich źle, chociaż były powody, by Rona zwyczajnie skasować. Poza tym duetem trudno oderwać wzrok od ślicznej Emily Browning (Frances), chociaż nie dostała zbyt wiele do pokazania oraz trzymający fason David Thewlis (Leslie Payne) z Christopherem Ecclestonem (inspektor Nippon Read).

legend3

„Legend” nie zostanie legendą kina gangsterskiego jak „Ojciec chrzestny” czy „Chłopcy z ferajny”, ale takiego Toma Hardy’ego nie widziałem od dawna. I dla jego podwójne roli absolutnie warto zapoznać się z tym dziełem. Nawet jeśli to kalka znanych dzieł.

7/10

Radosław Ostrowski

Zjawa

Początek XIX wieku, gdy Stany Zjednoczone zaczęło tworzyć swoją potęgę.  Naszego bohatera poznajemy podczas polowania – Hugh Glass to traper i przewodnik grupy kierowanej przez kapitana Henry’ego, której zadaniem jest upolowanie zwierzyny, by mieć z czego zrobić mięso i skóry. Niestety, wszystko nie idzie po myśli naszych dzielnych Jankesów, gdyż zostają zaatakowani przez Indian z plemienia Arikarów. Osłabieni, zdziesiątkowani i zmęczeni ludzie, próbują wrócić do obozu, zakopując po drodze część swojego łupu. I wtedy Glass zostaje zaatakowany przez niedźwiedzia, a bez niego grupka nie da rady przejść.

zjawa1

Alejandro Gonzaleza Inarritu pokochałem za rewelacyjnego „Birdmana”. Tym razem postawił za cel opowiedzenie czegoś, co nazwałbym artystycznym kinem zemsty. Cała ta opowieść zostaje rozbita na co najmniej dwa wątki. Pierwszy związany jest z Glassem, jego walką o życie. Drugi dotyczy niejakiego Fitzgeralda, który miał się zająć rannym przewodnikiem (za sowitą opłatą), ale zostawia go na pastwę losu, wsadzając do symbolicznego grobu. Są jeszcze przebijający się ludzie Henry’ego oraz polujący Arikarowie, którzy poszukują zaginionej córki wodza. Te wszystkie wątki Meksykanin próbuje scalić i stworzyć z tego epicki fresk o bezwzględności człowieka, jego mrocznej naturze oraz podłości, do jakich jest zdolny. Ale całościowo „Zjawa” bardziej rozczarowuje, co wynika z kilku czynników.

zjawa2

Po pierwsze, nadmiar tych wątków nie pozwala w pełni im się rozwinąć. Przeskakiwanie z postaci na postać wywołuje konsternację i rozbija – tak już nierówne – tempo. Po drugie, Inarritu pozwala sobie polać to wszystko sosem pełnym oniryzmu, co najbardziej przebija się w scenach „wizji” nawiedzających Glassa. Samo w sobie nie jest niczym złym, jednak tutaj te repetujące ujęcia oraz słowa wypowiadane przez zmarłą żonę, tylko drażnią i sprawiają wrażenie zbędnego balastu. Jednak jeśli coś wbija w fotel, to monumentalne zdjęcia Emmanuela Lubezkiego. Zarówno piękne ujęcia przyrody, jak i niemal filmowane w jednym ujęciu sceny akcji (pierwsza walka z Indianami, ucieczka Glassa na koniu zakończona skokiem w przepaść) zapadają mocno w pamięć, podobnie jak przypominająca sen – bardziej koszmar – muzyka.

zjawa3

Reżyseria chaotyczna, scenariusz nierówny, oprawa audio-wizualna kapitalna, to co w takim razie z obsadą? Jest, ale nie na tyle mocna, by powalczyć o najważniejsze nagrody. To, że Leonardo DiCaprio fantastycznym aktorem jest, wiem od kilku lat. Tutaj w roli Glassa radzi sobie dobrze i widać w jego oczach ból oraz żądzę zemsty. Czy to jednak rola warta Oscara, którego ten aktor powinien był dostać dawno temu? Moim zdaniem nie. Wystarczy zestawić rolę Glassa z Jordanem Belfortem („Wilk z Wall Street”), by zobaczyć różnicę. Znacznie ciekawszy jest Tom Hardy jako zdrajca Fitzgerald – pragmatyczny, myślący o własnym zysku, bez względu na cenę. Powinniśmy go znienawidzić, ale trudno nie przyznać mu racji. Intrygująca postać, która kradnie każdą scenę.

zjawa4

„Zjawa” wydawała się być szansą na otrzymanie epickiego filmu z krwawą wendettą w tle. Zamiast magnetyzować, porywa tylko momentami. Ma kilka świetnych ujęć i scen, ale jako całość nie porywa. Może z innym reżyserem na pokładzie. Może.

6/10

Radosław Ostrowski

Mad Max: Na drodze gniewu

Max Rochatansky to legendarny bohater post-apokaliptycznych pustkowi. Został powołany do życia przez George’a Millera w 1979 roku i otrzymał twarz mało znanego wtedy aktora Mela Gibsona. Następne dwie części (zwłaszcza znakomity „Wojownik szos„) potwierdziły status kultowego herosa. Familijny „Mad Max pod Kopułą Gromu” nadszarpną tą reputację (przynajmniej w moich oczach). Wydawałoby się, że już na pustkowia nie wrócimy, bo niby po co i z kim? Aż tu nagle rozeszły się wieści, że Szalony Max powraca. Czy warto było czekać 30 lat?

mad_max4_1

Każdy fan serii wie, że Max Rochatansky to były gliniarz, którego rodzina została zamordowana przez gang. Od tamtej chwili porzuca swoją profesję i samotnie odmierza post-apokaliptyczny świat, gdzie rządzi silniejszy. A silniejszy jest ten, kto ma ropę i wodę. Tak jak Wieczny Joe, który w swojej Cytadeli trzyma tysiące niewolników oraz fanatyków (Wojennych Chłopców), którzy pójdą za nim w ogień. I tam trafia schwytany przez jego ludzi Max. Jednak ktoś z tego „Raju” chce uciec i to nie byle kto, bo prawa ręka Joe – Imperatorka Furiosa. Razem z ciężarówką pełną benzyny, zabiera ciężarne „żony” Joe, które służyły mu jako reproduktorki. W całą ta potyczkę zostaje wplątany Max.

mad_max4_2

Fabuła nie jest jakoś specjalnie skomplikowana (zresztą jak w klasycznej trylogii) i służy jako pretekst do pokazania wizji świata przyszłości, zdominowana przez pustynię i maszyny. Pojazdy są tu niemal czczone jak bogowie, kierownice prawie jak relikty, a silniejszy wygrywa. Całość to niemal niekończący się pościg, w którym gra wszystko. I jestem pod ogromnym wrażeniem zarówno rozmachu, z jakim są zainscenizowane poszczególne sceny akcji (kamera dosłownie jest wszędzie, gdzie się da, montaż pełen dynamiki i adrenaliny – takiego kopa nie miałem od czasu „Wyścigu”, a pościg w burzy piaskowej czy finałowa konfrontacja to są prawdziwe perły w koronie), jak wygląda świat (scenografia imponująca – pustkowie wygląda jak nieskończony ocean piachu) oraz kapitalny design pojazdów (m.in. potężny wóz z głośnikami oraz kolesiem z gitarą elektryczną, która bucha ogniem – co Miller brał w trakcie kręcenia tego filmu, nie ma pojęcia). To jest po prostu obłęd, dodatkowo genialnie sfotografowany (powracający z emerytury po pięciu latach John Seale, dokonuje prawdziwych cudów), gdzie każdy – od kaskaderów po gości od efektów specjalnych wykonuje kapitalną. Najbardziej klimatem przypomina „dwójkę”, gdzie Max bronił na pustyni rafinerii oraz konwoju z paliwem. Więcej wam nie zdradzę, bo dzieje się tu sporo.

mad_max4_3

Muszę przyznać, że na początku byłem zawiedziony nieobecnością Mela Gibsona w tej historii. Był on nierozerwalnie kojarzy z postacią Maxa, że każdy aktor (choćby nie wiem jakby się starał) wydawał się z góry skazany na przegraną. Sytuacji nie uspokoił fakt, że legenda będzie miała twarz Toma Hardy’ego. Ku mojemu zaskoczeniu aktor dał radę i bardzo dobrze odnalazł się w roli złamanego bohatera, prześladowanego przez demony przeszłości. Charczący głos, małomówność i strach w oczach dopełniają tego mrocznego portretu. Gdy trzeba kogoś ratować, Max dokonuje cudów i odnajduje się w swoim żywiole. Jednak ten film został „skradziony” przez genialną (inaczej to napiszę GENIALNĄ) Charlize Theron. Furiosa w jej wykonaniu to zbuntowana szefowa i twarda kobieta, walcząca o sprawę. I powiem tyle – tak ostrej laski nie widziałem od czasu… „Obcego”.  Czuć chemię między nią a Maxem, choć są zmuszeni do zawarcia porozumienia. Żadnego romansu miedzy nimi nie ma i nie będzie. Na szczęście.

mad_max4_4

Na chwilę obecną „Mad Max” to największy i najlepszy blockbuster AD 2015. Raczej nie zanosi się na to, by cokolwiek było w stanie ten film przebić (może nowe „Gwiezdne wojny”, ale gwarancji nie ma). Mówiąc krótko i brutalnie: nie ma tu czasu na pierdoły i zbędną gadaninę, to jedna, ciągła akcja z kilkoma momentami na złapanie oddechu. Jestem absolutnie przekonany, że będzie to też standard, jeśli chodzi o realizację scen pościgów samochodowych. Zobaczcie koniecznie i dajcie się zatracić tej wizji.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Brudny szmal

Tytułowy „The Drop” oznacza zrzutnię – miejsce, gdzie gangsterzy zgarniają swoją kasę z całej dzielnicy. Jedna z takich zrzutni jest bar, który kiedyś należał do Marva, ale przejęli go Czeczeni. Marvowi w interesie pomaga stojący przy barze Bob. Życie obu facetów zmienia się pod wpływem dwóch wydarzeń: najpierw Bob znajduje pobitego psa i go przygarnia, ale potem dochodzi do napadu na bar i trzeba oddać szmal skradziony gangsterom.

brudny_szmal1

Coraz częściej w Hollywood można dostrzec dwie rzeczy. Po pierwsze, zapraszają do siebie osoby spoza USA do realizacji swoich filmów. Po drugie, scenarzystami staja się pisarze. „Brudny szmal” to wypadkowa obydwu tych tez, albowiem reżyserem jest Belg Michael Roskam, a scenariusz napisał ceniony autor kryminałów Dennis Lehane, który przeniósł akcję z ukochanego Bostonu do Nowego Jorku. Sama historia jest opowiedziana w sposób bardzo spokojny, bez żadnych fajerwerków i toczy się dwutorowo. Watek sensacyjny ma mocne fundamenty i jest prowadzony w sposób konsekwentny do finału. Z kolei obyczajowa obserwacja środowiska, gdzie ludzie są skazani na samotność wskutek swoich decyzji, jest bardzo celna i trafna. Wizyta w kościele nie jest w stanie niczego załatwić – to na ulicy dochodzi do ostatecznych wyjaśnień. Roskam trzyma puls i potrafi trzymać mocno w napięciu (napad na bar). Fatalistyczny klimat opowieści psuje troszkę zakończenie, sprawiające wrażenie dopisanego na siłę. Niemniej ostatnio takich porządnych filmów sensacyjnych jest przy mało.

brudny_szmal2

Także psychologicznie postacie są wiarygodne, a ich relacje bywają ważniejsze niż intryga. I są po prostu świetnie zagrani. Największe brawa należą się Tomowi Hardy’emu, potwierdzającemu swoją formę oraz dyspozycję, a postać Boba zostanie w pamięci na długo. Zwłaszcza w kulminacyjnym finale (którego zdradzić jednak nie mogę) dokonuje zaskoczenia. Wyglądająca zwyczajnie Noomi Rapace (Nadia) świetnie sobie radzi w roli pozornie silnej kobiety, a Matthias Schoenaerts (Eric Deeds) budzi przerażenie, ale tutaj najbardziej wybija się wyborny James Gandolfini. Kuzyn Marv w jego interpretacji to jednocześnie zgorzkniały i porywczy facet, marzący o powrocie do gry oraz emeryturze.

brudny_szmal3

Kolejna pozytywna niespodzianka zeszłego roku, która miała trafić do polskich kin, ale dystrybutor w ostatniej chwili się wycofał. Po obejrzeniu filmu nie jestem w stanie tego zrozumieć, bo to jeden z ciekawszych kryminałów ostatniego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski