Sweet Country

Australia kiedyś była słodkim krajem dla Aborygenów, lecz kiedy pojawił się pierwszy biały człowiek, wszystko się wywróciło do góry nogami. Jesteśmy w kraju już po I wojnie światowej i tutaj żyje Sam Kelly – poczciwy, porządny Aborygen mieszkający u pastora Freda Smitha razem ze swoją żoną i siostrzenicą. Ale spokojnie życie zmienia się z powodu sąsiada Harry’ego Marcha, który prosi Sama o pomoc w swojej farmie. March wypędza ich od siebie, gwałcąc wcześniej żonę Sama. Następnie wyrusza do ich domostwa w poszukiwaniu zbiegłego służącego, a kłótnia kończy się strzelaniną oraz śmiercią Marcha.

sweet_country1

Zapuszczenie się w australijską przeszłość przez Warwicka Thorntona to jedna z najciekawszych rzeczy tego roku. „Sweet Country” jest reklamowane jako western i po części jest to prawda. Mamy piękne krajobrazy, które są też bardzo niebezpieczne, szeryfa (tak naprawdę sierżanta armii) pilnującego porządku oraz ranczerów, próbujących żyć w tym obcym kraju. Ale tak naprawdę wszystko jest pokazane w bardzo mrocznych tonacjach, bo ludzie nie są tu dobrzy. A nawet jak się pojawi pozytywna postać, pozostaje bezsilna wobec okrucieństwa świata, pełnego uprzedzeń, nieufności oraz nienawiści. A wszystko to reżyser prezentuje w postawach trójki Aborygenów: małomównego, prostego Sama, próbującego wkupić się w łaski za pomocą posłuszeństwa starym Archie oraz młodego Philomaca, który dopuszcza się kradzieży i częściowo jest już „skażony” mentalnością białych. Sama intryga jest prowadzona w sposób bardzo powolny, a klimat gęsty i ciężki niczym australijska pustynia, zaś od samego pościgu, strzelanin czy scen akcji (których jest tutaj na lekarstwo) liczą się postacie.

sweet_country2

Reżyser bardzo powoli zagęszcza atmosferę bardzo prostymi środkami: krótkimi przebitkami montażowymi (pozbawionymi dźwięku), kompletnym brakiem muzyki, powoli budowanym napięciem. Dialogi może nie pojawiają się rzadko, ale ich obecność jest dość ograniczona. Dodatkowo unika prostych rozwiązań czy pójścia na łatwiznę, doprowadzając do bardzo gorzkiego finału i stawiając pytania o przyszłość Australii. Jaka jest szansa na wyrwania się z tego klinczu? Na to odpowiedzi nie ma.

sweet_country3

Thornton za to znakomicie prowadzi aktorów, w większości naturszczyków. Kapitalny jest zwłaszcza Hamilton Morris w roli wycofanego, małomównego Sama. To prosty człowiek, który jest bardzo ufny i budzi sympatię aż do samego końca. Na mnie jednak większe wrażenie zrobił Bryan Brown w roli sierżanta Fletchera. Szorstki, zmęczony życiem oficer, pełen wrogości oraz uprzedzeń. Ale ta sprawa (zwłaszcza sam proces) doprowadzają do zmiany postawy, co aktor pokazuje bardzo delikatnie i subtelnie. Klasę potwierdza za to Sam Neill w roli pastora, dodając troszkę ciepła do tego mrocznego świata.

Słodki kraj tak naprawdę okazuje się piekłem na Ziemi, gdzie przetrwają ci najbardziej bezwzględni oraz okrutni. Dobroć już dawno opuściła ten świat, przypominający „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Bardzo mroczny, gorzki dramat, będący bardzo nieoczywistym westernem, miejscami walący po gębie.

8/10 

Radosław Ostrowski

Amerykańska opowieść. Feiwel wyrusza na Zachód

Pamiętacie Fiewela Myszkiewicza? Ten rosyjski imigrant mieszkający w Nowym Jorku razem z rodziną nadal jest rozbrykanym dzieckiem. Ale tym razem kręcą go opowieści z Dzikiego Zachodu oraz legendarnym szeryfie Wylie Burpie. Jednak całe to spokojne życie zostaje zniszczone z powodu ataku kotów, niszczących dom, ale nie atakujących małych stworzonek. W zamian otrzymują od pewnego handlarza bilety do Green River – miasteczka na Dzikim Zachodzie, gdzie koty z myszami żyją w symbiozie. To wszystko jednak jest naprawdę pułapką, którą odkrywa Fiewel.

amerykanska_opowiesc21

Sukces pierwszej części „Amerykańskiej opowieści” spowodował, że ciąg dalszy był tylko kwestią czasu. Ale ten przybył dopiero po sześciu latach, już bez Dona Blutha na pokładzie. Pierwsze, co się rzuca w oczy to wtórność. Fabuła idzie szlakiem znanym z poprzednika, czyli przeniesienie się do nowego miejsca, rozdzielenie Feiwela od rodziny, samodzielne dotarcie oraz ostateczna konfrontacja. Niemniej przeniesienie całości do realiów Dzikiego Zachodu dodaje wiele świeżości, a także klimatu. Historia jest bardzo prościutka, postacie prosto zarysowane, a intryga poprowadzona bardzo gładko, przez co nie czuć tak mocno napięcia ani stawki. Jedynie końcowa konfrontacja w formie klasycznego pojedynku zaskakuje kreatywnością, suspensem oraz zaangażowaniem (poza oczywistym finałem). Także sama kreska wygląda nadal pięknie, utrzymując styl poprzednika. Animacja cieszy oko, postacie są dość szczegółowo zarysowane, a cieniowanie i oświetlenie wypada cudnie. Także muzyka Jamesa Hornera ciągle zachowuje poziom, zaś partie wokalne (tutaj zaskakująco dwa utwory pozostały w oryginalnej ścieżce dźwiękowej) nie wywołują irytacji.

amerykanska_opowiesc22

Polski dubbing nadal trzyma poziom, a znani z poprzednich części aktorzy (Krylik, Pawlak, Szydłowski, Sztejner) ciągle sprawiają przyjemność. Z nowych bohaterów najlepiej prezentują się Burp (świetny Sławomir Pacek) oraz pan Kociokwik (potwierdzający klasę Janusz Bukowski). Ten pierwszy jest już zmęczonym stróżem prawa, decydującym się na ostatnią akcję (szkolenie Tygrysa na następcę), ten drugi to klasyczny czarny charakter, ukrywający swoją demoniczność w szaty eleganckiego, dobrodusznego dżentelmena. Obydwaj panowie wznoszą całość na wyższy pułap.

amerykanska_opowiesc23

Druga część przygód Fiewela nadal potrafi sprawić przyjemność. Owszem, to powtórka z rozrywki i jest to przewidywalne, jednak klimat Dzikiego Zachodu potrafi dodać troszkę świeżości, zaś przygoda nie wywołuje znużenia. Czyli da się zrobić udany sequel?

7/10 

Radosław Ostrowski

Godless

Małe miasteczko La Belle wyróżnia się jednym istotnym detalem – bardzo niewielką ilością mężczyzn w okolicy, gdyż większość z nich zginęła w kopalni. I właśnie do jednej z farm na obrzeżach miasteczka trafia tajemniczy, raniony nieznajomy. W tym samym czasie okolica jest terroryzowana przez Frank Griffina oraz jego bandę, szukającą byłego członka Roya Goode’a. człowiek ten skradł jego łup podczas ostatniej akcji, za co mieszkańcy pobliskiego miasteczka zapłacili swoim życiem. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, że te dwa zdarzenia nie są zbiegiem okoliczności.

godless1

Ten krótki opis nowego serialu Netflixa, będącego westernem (!!!) nie zdradza zbyt wiele, ale i nie powinien, gdyż na tajemnicy opiera się cała historia. Początek jest bardzo ostry i krwawy, godny Sama Peckinpaha – masa trupów, wykolejony pociąg, spalone domy. I to dostajemy na dzień dobry. Dalej powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę naszego nieznajomego, a jednocześnie losy oraz życie w miasteczku, gdzie najważniejsza jest siostra szeryfa, Mary Agnes. Jest kilka wyraziście zarysowanych postaci, posiadające mroczną przeszłość, próbujące dalej trwać w swojej egzystencji. A jednocześnie mamy polowanie Griffina oraz jego bandy, siejącej śmierć oraz spustoszenie. I te momenty potrafią chwycić za gardło, a jednocześnie nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest tu o kilka wątków za dużo. Próba pokazania życia w miasteczku, gdzie panie muszą stawić czoła przeciwnościom losu, wychodzi całkiem nieźle, ale tylko parę postaci zostaje zarysowanych (była burdelmana – obecnie nauczycielka, szeryf z pogarszającym się wzrokiem, jego szybki zastępca czy Alice, oskarżania o rzucenie „klątwy” na miasteczko). A niektóre osoby (szef ochrony firmy kopalnianej, redaktor prasy) sprawiają wrażenie zbędnych, bez których można było pewne rzeczy lepiej zarysować. Także czarnoskórzy mieszkańcy pobliskiej osady, składającej się z byłych żołnierzy, pełnią tylko rolę solidnego tła, przydatnego do odtworzenia realiów epoki.

godless2

Ogląda się to z zainteresowaniem, przenosząc się z postaci oraz wątków aż do finałowej konfrontacji. Z jednej strony jest ona dynamicznie zrealizowana, pełna krwi, brutalności i… za grosz realizmu. Przełknąłem jakoś slow-motion, ale że kobitki (w sporej części niezaznajomione z bronią) dają łupnia, a nasi banditos są kompletnie na widoku, do odstrzelenia niczym kaczki. O mały włos niemal doprowadziło serial do katastrofy. Drugim problemem były retrospekcje, niepozbawione pewnych repetycji dialogów (dotyczy to naszego protagonisty, Roya) oraz dość wolne tempo całej opowieści.Wrażenie robi za to bardzo porządna realizacja. Piękne zdjęcia z bardzo plastycznymi plenerami czy sceny z burzą piaskową wyglądają zachwycająco, podobnie jak wiernie oddająca realia scenografia z kostiumami. Plastyczność idzie tu w parze ze świetnie prowadzonym oświetleniem, dobrym tempem oraz pięknymi końmi. Także muzyka przypomina, gdzie jesteśmy i co robimy.

godless3

Ale i aktorzy pomagają wejść w ten klimat. Solidnie wypada Jack O’Connell w roli Roya, który nie jest do końca prawym facetem, a jego przeszłość długo intryguje. Ale okazuje się być całkiem przyzwoitym facetem, mogącym być dobrym ojcem oraz kochającym zwierzęta. Po drugiej stronie jest brodaty Jeff Daniels, czyli Frank Griffin. Mroczny, naznaczony krwawą przeszłością jegomość, potrafiący cytować Biblię, sprawiający wrażenie porządnego faceta (koloratka), ale to bezwzględny i ostry zawodnik. Zawsze opanowany i bezwzględnym. Drugi plan zdominowany jest przez trzy postacie, czyli naznaczonej trauma Alice Fletcher (wspaniała Michelle Dockery), poczciwy i dzielny szeryf (świetny Scott McNeiry) oraz jego siostra (Merritt Wever), nie dająca sobie w kaszę dmuchać. No i jeszcze sympatyczny, szybki oraz gdy trzeba twardy zastępca szeryfa (imponujący Thomas Brodie-Sangster).

godless4

„Godless” mogło być lepszym westernem, niemniej potrafi dostarczyć oraz zaintrygować aż do niemal samego końca. Konie są, strzelaniny też, przemoc miejscami aż wali po oczach, tylko pod koniec powoli napięcie zaczyna siadać, powoli nadrabiając w finale. Ciągu dalszego raczej nie będzie, ale czuć duszę klasyków gatunku.

7/10

Radosław Ostrowski

Aferim!

Wołoszczyzna, rok 1835. Sierżant policji Constantin razem ze swoim synem Lonitą wyrusza, by znaleźć uciekiniera. Jest nim Cygan zbiegły z majątku bojara. Panowie ruszają w drogę, spotykając po drodze różnych ludzi i szukając informacji o zbiegu.

aferim1

Rumuński film historyczny – brzmi to co najmniej eklektycznie i być może dlatego dałem się skusić tej historii. Reżyser Radu Juhe pokazuje jak bardzo niewiele zmieniło się mentalnie na świecie, zdominowanym przez rasizm i pogardę wobec innych: Rosjan, Turków, ale przede wszystkim Cyganów, traktowanych tutaj jak czarnoskórych mieszkańców USA przez (niemal) cały XIX wiek. Są po prostu tanią i łatwą do nabycia siłą roboczą, kupowaną na targu (dzieci też), wykorzystywaną zarówno przez bogatych panów, jak i Kościół. To jeszcze są czasy feudalne, które powoli zaczynały wygasać, ale jeszcze nie do końca. Całość toczy się bardzo powoli, a klimatem przypomina wręcz western. Te bardzo tajemnicze plenery, uchwycone na czarno-białej taśmie i ojciec z synem jadący na koniu niczym kowboje z Dzikiego Zachodu. To buduje bardzo specyficzny klimat, chociaż fabuła wydaje się bardzo prościutka, a tempo więcej niż spokojne. Wszystko to okraszone jest niezłymi dialogami oraz czarnym humorem aż do bardzo gorzkiego finału.

aferim2

Zarówno dla ojca, który widział wiele, ale świat dla niego był bardzo prosty, oparty na regułach prawa i sypiącego ciągłymi aforyzmami oraz młodego, troszkę naiwnego syna, któremu przekazuje swoje spojrzenie na świat. Obaj panowie są autentyczni, a wspólne rozmowy mówią o nich więcej niż cokolwiek. Widać silną zażyłość, a kilka scen (mocny monolog księdza czy powrót do magnata) zostanie w pamięci na długo.

aferim3

To miejscami bezwzględne spojrzenie na przeszłość oraz próba rozliczenia się z demonami Rumunów. Zrealizowana bardzo oszczędnie, ale stylowo. Do tego świetnie zagrany i pewnie poprowadzony, dotykający pozornie ogranego tematu z zupełnie innej perspektywy, którą warto docenić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pojedynek

Małe miasteczko gdzieś na pograniczu Teksasu z Meksykiem. To tutaj rządzi „Kaznodzieja” Abraham Blunt, który jest duchowym przywódcą oraz szeryfem. Ale w okolicznej rzece koło miasteczka znaleziono zwłoki Meksykanów, co budzi pewne podejrzenia. Tam zostaje skierowany (pod przykrywką) Strażnik Teksasu razem ze swoją żoną, Meksykanką.

pojedynek_20161

„Pojedynek”, choć jest ubrany w otoczkę westernu, bardziej jest kryminałem i skupia się na śledztwie niż na pojedynkach jeden na jeden czy akcji. Śledztwo prowadzone jest dość spokojnie i ospale, jednak od początku zachowanie gospodarza (Abrahama) wydaje się bardzo podejrzane. Az zbyt przyjazny, sprawia wrażenie godnego zaufania człowieka z przeszłością. Ale im dalej w las, tym dziwaczniej się dzieje – jakieś elementy magii (dziwaczna modlitwa z wężami) i wszystko musi skończyć się w konfrontacji jeden na jeden. Problem w tym, że cała ta historia kompletnie nie angażuje, chociaż stara się mocno ubarwić portret mieszkańców rządzonych przez charyzmatycznego guru. A wszystko to snuje się bez ładu i składu – czary, tajemnicza choroba, zdrada, wreszcie „polowanie” za pieniądze do porwanych Meksykanów. Brzmi to jak z kina klasy B, tylko ubranego w realia Dzikiego Zachodu. I jak na western przystało, film ma znowu przepiękne plenery oraz klimatyczną muzykę, która pasuje do tych realiów. Jest parę pięknych scen jak otwierająca całość scena pojedynku w deszczu czy finałowa konfrontacja na otwartej przestrzeni, ale to wszystko za mało, by poruszyć do końca.

pojedynek_20163

Sytuację próbują ratować aktorzy i do pewnego stopnia dają radę. Liam Hemsworth (tak bardzo podobny do brata Chrisa, lecz bez tej charyzmy) jest całkiem niezły w roli prawego oraz uczciwego Strażnika Teksasu, ale i tak całość kradnie Woody Harrelson. Blunt ma charyzmę oraz silną osobowość, która jest wręcz nie do zdarcia, chociaż sprawia wrażenie sympatycznego oraz głęboko wierzącego. Ta konfrontacja jest siłą napędową tego filmu i wnosi go na troszkę wyższy poziom, czego nie da się powiedzieć o Alice Braga (Marisol, żona Strażnika), mocno obniżająca poziom, a jej ostatnie zachowanie jest co najmniej dziwaczne.

pojedynek_20162

„Pojedynek” brzmiał dobrze i mógł być fajnym westernem, ale tylko nieco ponad przeciętną się wybija. Spokojne tempo potrafi wielu znudzić, czasami dialogi wydają się wzięte z czapy, a rozwiązanie intrygi wywołuje zdumienie. Ale ma swoje momenty, pokazujące ogromny potencjał.

6/10

Radosław Ostrowski

The Ballad of Lefty Brown

Tytułowy Lefty jest już niemłodym kowbojem z Montany. Razem z przyszłym senatorem, panem Johnsonem, współpracują od 40 lat i Lefty ma zostać w domu oraz pilnować rancza. Wszystko się zmienia, gdy zostają skradzione jego konie. Johnson z Brownem ruszają w pościg, ale ten pierwszy zostaje zamordowany. Lefty wyrusza na własną rękę znaleźć sprawcę.

lefty_brown1

Od paru ładnych lat western przeżywa renesans, choć wydawałoby się, że nie da się niczego w tym gatunku dać czegoś świeżego. Ale Jared Moshe sprawia wrażenie, jakby zapomniał o tym i opowiada historię niemal w duchu tego gatunku. Zderzenie dawnego świata z postępem kolei, a tak naprawdę liczy się tutaj piętrowa intryga związana z morderstwem. A w tym wszystkim próbuje się odnaleźć poczciwy, chociaż troszkę niezdarny Lefty, bo ma zasady i jest lojalny w tym zgniłym, upadłym świecie. skoro to jest western, to nie brakuje klasycznego repertuaru w postaci strzelanin, przepięknych krajobrazów oraz zderzenia wyobrażeń bohaterów westernu (te słynne powieści) z rzeczywistością. Niby znamy te wszystkie klisze oraz elementy, ale mimo to kibicowałem bohaterowi oraz wciągnąłem się. Wielu może zniechęcić dość spokojne tempo, jednak po jednej wolcie, film zmienia kompletnie klimat oraz styl, skupiając się na politycznych grach, podejrzeniach oraz wieszaniu. Ten film ma swój brudny klimat, przerywany rzadkimi scenami akcji. Niby kończy się to happy endem, jednak nie jest on w żaden sposób oczywisty czy banalny.

lefty_brown2

A to wszystko jest także zasługą znakomitego Billa Pulmana – zmęczonego, troszkę niezdarnego, ale bardzo uczciwego oraz poczciwego kowboja. Może nie jest zbyt mądry, jednak kieruje się sercem oraz pozostaje do samego końca człowiekiem. Nie skażonym kłamstwem, oszustwem czy podłością. Jak nie lubić tego człowieka? Nie da się. Na drugim planie bardziej wybija się Tommy Flanagan (szeryf Tom) oraz James Caviezel (gubernator Jimmy), dający potwierdzenie swojej klasy.

lefty_brown3

Tytułowa Ballada nie zmieni oblicza westernu, ale pokazuje, że jest sens wsiąść na konia, do ręki strzelbę albo rewolwer i ruszyć ku zachodzącemu słońcu. Warto dać szansę Lefty’emu Brownowi, bo takiego Pullmana dawno nie było widać.

7/10

Radosław Ostrowski

Wendeta

Dziki Zachód nie jest krajem dla kobiet, które są potrzebne do tego, by spełniać zachcianki i pragnienia mężczyzn. Nie inaczej było z Liz – tajemniczą kobietą, pozbawioną głosu oraz pełniącą rolę akuszerki. Żyje z mężem, córką i pasierbem w małym miasteczku gdzieś daleko stąd. Jej spokój jednak zostaje zmącony z powodu nowego wielebnego. Mężczyzna zna kobietę i chce z jakiegoś powodu uprzykrzyć jej życie. Kobieta podejmuje trudną walkę.

wendeta1

Holenderski reżyser Martin Koolhaven tym razem połączył mocny dramat z mrocznym thrillerem, pokazując jak beznadziejnie miały kobiety w XIX wieku, kiedy jeszcze feminizm nie był nikomu znany. Ale nie jest to w żadnym wypadku kino łatwe, lekkie i przyjemne. To bardzo mroczny, depresyjny, krwawy dramat bezsilności świata, gdzie kobieta nie jest w stanie samodzielnie kierować swoim losem. Będziemy mieli zderzenie z religijną hipokryzją oraz symboliką, a po drodze czekają takie fajne rzeczy jak zabijanie zwierząt, obcinanie języków, wychodzące flaki, gwałty, kazirodztwo i pedofilię. Nadal czujecie się świetnie? Surowy krajobraz tylko bardziej potęguje poczucie niepokoju, ciągłego zagrożenia, choć zdjęcia wyglądają przepięknie. Jest coraz bardziej krwawo, makabryczne, chociaż najostrzejsze elementy zostały nam pominięte. Całą historię poznajemy z retrospekcji w środkowej partii filmu, przez co wiele razy będziecie odwracali wzrok oraz kibicowali głównej bohaterce. Bo przecież ona zasługuje na lepszy los, prawda?

wendeta2

Reżyser jednak niczym samo życie nie zamierza być łaskawy. I zakończenie niby daję nadzieję, że następna z rodu wyjdzie na prosto, tylko szkoda, że cena za to była tak wysoka. To naprawdę bolało, doprowadziło do przygnębienia, co w kinie ostatnio zdarza się bardzo rzadko. I za to Koolhavena zwyczajnie szanuję, chociaż nie polubicie tego filmu.

wendeta3

Do tego jestem pod wrażeniem, jak prowadzi aktorów. Najtrudniejsze zadanie miała Dakota Fanning w roli naszej protagonistki, pozbawionej mowy. Mając do dyspozycji jedynie oczy oraz dłonie, buduje postać pełną tajemnicy, ale jednocześnie balansującej między delikatnością a siłą. Pojawiający się w retrospekcjach Kit Harrington daje radę jako tajemniczy rewolwerowiec, chociaż dość szybko odchodzi. Tak naprawdę liczy się tutaj Guy Pierce w roli największego skurwysyna, jakiego nie widziałem od bardzo dawna. Wielebny w jego interpretacji to człowiek nie potrafiący walczyć z własną chucią, hipokryta cytujący i interpretujący Biblię wedle własnego upodobania oraz niebezpieczny psychopata, zdolny praktycznie do wszystkiego. Na pierwszy rzut oka wydaje się przerysowany i komiksowy, ale ta postać budzi prawdziwe przerażenie, bo to czysta, niepowstrzymana siła.

wendeta4

„Wendeta” nie jest filmem dla każdego widza, nawet przyzwyczajonego do okrucieństwa. Brutalne, krwawe, niepokojące kino pokazujące jak wiele trzeba siły, by walczyć o swoją wolność. Zwłaszcza, gdy twój los wydaje się od początku przypieczętowany. I będziecie chcieli, by jak najszybciej się skończył.

7/10

Radosław Ostrowski

Na pokuszenie

Jest rok 1864, ciągle trwa wojna secesyjna. Gdzieś w Luizjanie znajduje się pensja dla młodych dziewczyn, kierowana przez pannę Marthę. Dziewuchy uczą się szycia, muzyki, języka francuskiego, gotowania – czyli wszystkiego, co potrzebuje młoda kobieta, by prowadzić szczęśliwe i dostanie życie u boku mężczyzny. Wtedy w okolicach pensji jedna z dziewczyn znajduje rannego żołnierza. Bez zastanowienia postanawia przyjąć go do domu, by mógł się wykurować.

na_pokuszenie1

Nowe dzieło Sofii Coppoli dawało spore pole do popisu, by zrobić dzieło między dramatem a thrillerem. On jeden, a panien jest kilkoro, co musi doprowadzić do zgęstnienia atmosfery. Zwłaszcza, że kobiety są tutaj same, większość (poza właścicielką oraz młodą nauczycielką, Edwiną) nie miały jeszcze styczności z mężczyzną. Wydawałoby się, że facet trafił do raju, a każdą z dziewczyn na swój sposób przyciąga. Kusi je niczym wąż Ewę, budząc w nich kobiety, ich seksualność. Jest niczym lustro, w którym można się przejrzeć. Przynajmniej w teorii, bo emocji tutaj jest jak na lekarstwo. Wszystko toczy się bardzo powoli, spokojnie, lecz to wszystko nie angażuje, nie prowokuje i niejako jest przyjmowane na wiarę. Może końcówka troszkę robi robotę, ale dla tego dzieła jest już za późno. Postacie są ledwo liźnięte (najbardziej wybijają się panna Martha, nauczycielka Edwina oraz pannica Jane), nie do końca zarysowane i brakuje im charakteru.

na_pokuszenie2

Jednego, czego nie mogę odmówić temu dziełu to przepiękne zdjęcia, bardzo plastyczne. I nie chodzi tu tylko o krajobraz, lecz także o oświetlenie, dodające lekko mrocznego klimatu. Coppola próbuje iść w poważniejsze rewiry, ale ta taktyka się nie sprawdza. Choć całość trwa około półtorej godziny, strasznie się ten seans dłuży.

na_pokuszenie3

Nawet aktorzy nie są w stanie uratować tego dzieła. Colin Farrell daje sobie radę jako ranny wojak, bardziej powściągliwy i spokojniejszy niż zwykle (chociaż, gdy puszczają mu nerwy robi się ciekawiej), ale najwięcej do pokazania mają Nicole Kidman oraz Kirsten Dunst, wykorzystując spore pole do popisu. Zwłaszcza Dunst jako przytłumiona, wyciszona kobieta, na nowo odkrywająca pożądanie.

na_pokuszenie4

Sofia Coppola próbuje kusić i stworzyć takie bardziej feministyczne kino, próbujące pokazać kolejny przykład zderzenia kobiet z mężczyzną. Próbuje pokazać kuszenie, ale tak naprawdę nie ma niczego do zaoferowania. I za co ta Złota Palma? Za bycie ładną wydmuszką?

5/10

Radosław Ostrowski

Siedmiu wspaniałych

Dawno, dawno temu był sobie taki film „Siedmiu wspaniałych”. To był pierwszy western jaki oglądałem i pierwszy jaki pamiętam. Sama historia była bardzo prosta: mieliśmy biedaków terroryzowanych przez bandytów. Ludzie ci decydują się (za bardzo skromne pieniądze) zatrudnić rewolwerowców do ochrony. Produkcja Johna Sturgesa do dziś uważana jest za klasykę westernu. Kiedy pojawiły się wieści o remake’u byłem przerażony i obawiałem się najgorszego – że to będzie tylko i wyłącznie skok na kasę. Ale po kolei.

Rose Creek jest małym, spokojnym miasteczkiem, gdzie ludzie próbują żyć sobie w spokoju, bez spięć i konfliktów. Ale wtedy pojawia się niejaki Bartholomiew Bogue – chciwy kapitalista, który chce wykupić cała dolinę, gdyż znajduje się tam złoto. Stosuje prostą zasadę, jak nie prośbą, to groźbą, a jak ktoś postawi opór, zostanie zabity. Wdowa po jednym z zamordowanych postanawia znaleźć kogoś, kto pomógłby w rozwiązaniu sprawy Bogue’a i jego ludzi. I właśnie wtedy pojawia się łowca głów Sam Chilsom, który zgadza się i decyduje się zebrać grupkę ludzi do pomocy. Niektórzy z nich to dawni znajomi: strzelec wyborowy Robicheaux i jego skośnooki przyjaciel-nożownik Billy, tropiciel Jack Horne, ale też przypadkowo poznani po drodze ludzie (irlandzki pijak-hazardzista, ścigany przez prawo Meksykanin, indiański wojownik).

7_wspaniaych1

Jak widać z fabuły, film Antoine’a Fuqua mocno trzyma się ścieżki wyznaczonej przez oryginał. Sama historia jest bardzo prosta, ale jednocześnie bardzo uniwersalna. Wiele było historii o ludziach, ryzykujących swoje życie kompletnie obcym ludziom. Dlaczego to robią? Motywacja jest różna: zemsta, poczucie przygody, skłonność do ryzyka, walka z własnymi demonami, dla zasad. Reżyser powoli, ale konsekwentnie opowiada, mocno zarysowując tło. Z jednej strony nie korzystający z broni mieszkańcy, z drugiej chciwy Bogue z armią zbirów do wynajęcia, a pośrodku tego starcia ta siódemka straceńców. Nie wszyscy dożyją końca i zobaczą zachód słońca, ale może było warto to zrobić? Wszystko przebiega według sprawdzonego szablonu: zbieranie zespołu, pierwsze starcie z siłami w mieście, przygotowania do ataku i szkolenie mieszkańców, wreszcie ostateczna potyczka na rewolwery, karabiny, działo i dynamit.

7_wspaniaych2

Jednak mimo przewidywalności oraz klasycznego sposobu opowiadania, „Siedmiu wspaniałych” potrafi poruszyć. Fuqua pokazuje jak silna zaczyna się tworzyć więź miedzy bohaterami, których pozornie nie łączy zbyt wiele. I właśnie ta chemia jest najmocniejszym punktem tego filmu. Jeśli dodamy do tego świetne zdjęcia, pełne pięknych plenerów oraz budującą napięcie muzykę Jamesa Hornera, a także fantastycznie zrealizowane strzelaniny, tak jak klasycy gatunku przystali. Czuć stawkę w tej grze, choć pojawia się czasami (wisielczy) humor, lecz nie łagodzi sytuacji.

7_wspaniaych3

No i wreszcie obsada, chociaż na pierwszy rzut oka wygląda jak zbieranina chłopaków z boys bandu. Nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, każdy z siódemki wyróżnia się kolorem skóry, co jest tylko świadectwem naszych czasów, które nie są już tak jednowymiarowe pod względem bohaterów, co 50-60 lat temu. Każdy z nich ma kilka cech, chociaż nie wszyscy są w pełni rozbudowani i nie mają wiele czasu tylko dla siebie. Nie zawodzi Denzel Washington jako chłodny, opanowany Chisolm, czyli przywódca tej grupy szaleńców. Tuż za nim jest niby-śmieszek w postaci Chrisa Pratta, jednak nie zmienia kompletnie klimatu całości. Na drugim planie wyróżniają się świetni Ethan Hawke (skrywający mroczną tajemnicę Robicheaux) oraz Vincent D’Onofrio (obdarzony piskliwym głosem, wyglądem niedźwiedzia oraz silną wiarą Horne), dodający odrobinę głębi. Pochwalić też należy Petera Saarsgaarda w roli chciwego, bezwzględnego Bogue’a.

7_wspaniaych4

Wiele osób może powie, że remake „Siedmiu wspaniałych” nie jest potrzebny. Może i tak, ale tak dobrego, klasycznego westernu, trzymającego w napięciu nie było od dawna. Świetnie zrobione, pełne mroku i pazura kino rozrywkowe. Wystarczy osiodłać konia, naładować Colty i ruszyć na kolejną misję.

7/10

Radosław Ostrowski

Jeremiah Johnson

Z czym wam się kojarzy Dziki Zachód? Z kowbojami, Indianami, szulerami, strzelaniną, skalpami. A czy można przedstawić ten okres historii Ameryki z zupełnie innej perspektywy, pokazując równie ważną postać z tego gatunku – trapera? Kimś takim jest tajemniczy Jeremiah Johnson – tytułowy bohater mało znanego filmu Sydneya Pollacka z 1972 roku.

jeremiah_johnson1

Kim on jest? – przybyszem, którego przeszłość pozostaje tajemnicą. Ma konia, karabin i wyrusza w góry, nie chce mieszkać w osadzie. Wyrusza w niebezpieczne góry, nie mając kompletnie pojęcia o polowaniu, zdzieraniu ze skóry. Wtedy na jego drodze trafia się pewien doświadczony kolega po fachu – „Niedźwiedzi Pazur”. Ten jednak zamiast zabić i zabrać wszystko, co mógłby wykorzystać, dzieli się swoją wiedzą. Dalej historia będzie zaskakiwać, poruszać i niemal rozsadzać od środka.

jeremiah_johnson2

Reżysera bardziej interesuje interakcja człowieka z przyrodą, z dala od wszelkiej cywilizacji, technologii i ludzi. To miejsce, w którym jest się zdanym na siebie, swoje umiejętności oraz szczęście. Natura wygląda imponująco (te góry, piasek pustyni i sawanny, las), budząc respekt i strach, bywa bezwzględny oraz szyderczy (pierwsze 20 minut). Zdjęcia wyglądają znakomicie, pokazując to królestwo fauny i flory. Jakbyśmy mieli możliwość czystej kontemplacji. Łatwiej w takim świecie żyć, będąc samotnikiem, gdyż łatwo tutaj trafić na Indian, z którymi lepiej nie zadzierać i żyć w zgodzie. Wskutek okoliczności Johnson trafi na obłąkaną kobietę, która razem z synem przeżyła rzeź rodziny dokonaną przez Indian, ożeni się z córką wodza Indian. Ten wątek zgrabnie rozwija postać bohatera, który tym razem staje się odpowiedzialny za innych ludzi, którzy stają się jego rodziną. Nie brakuje tutaj humoru (żona zna francuski – Indianie przyjęli wiarę katolicką, mieszając ją ze swoją, on tylko angielski), czułości i tworzących się więzi. Chciałoby się powiedzieć, że jest jak w raju, bo można postawić sobie domek. Ale jedna zła decyzja doprowadza do śmierci najbliższych, zostawiając po sobie pustkę oraz taką żądzę zemsty, że nie można uniknąć porównań ze „Zjawą” (tylko bez pretensjonalnego bełkotu i oszałamiającej oprawy, a Jeremiah jest większym kozakiem niż Hugh Glass), stawiając na bardziej realistyczną stronę zemsty.

jeremiah_johnson3

Dialogów nie pada tutaj zbyt wiele, tempo jest bardzo wolne i spokojne (wielu miłośników kina stawiającego bardziej na akcję może tego nie znieść), a całość jest spuentowana świetną muzyką z piosenkami idealnie opisującymi stan emocjonalny naszego bohatera. Imponuje też pokazanie Indian jako nie tylko łowców, mściwych wojowników, ale też inteligentnych, oczytanych ludzi (wielki wódz uczony przez misjonarzy zna biegle francuski), co wtedy było kompletnym zaskoczeniem. Jedyna rzecz mocno kłująca dziś w oczy to chaotyczny montaż podczas scen akcji – przebitki i zmiana perspektywy jest tak gwałtowna, że trudno jest się w tym wszystkim ogarnąć. Nie zdarza się to zbyt często, ale psuje to przyjemność z seansu.

jeremiah_johnson4

Aktorsko jest bardzo dobrze, ale całość podporządkowana jest tylko jednemu człowiekowi – Robertowi Redfordowi, który tym razem musi grać bardziej swoją twarzą, nie wyrażającą niemal prawie nic. Jest bardzo skupiony, nieufny i wycofany, powoli jednak odkrywamy inne cechy jego charakteru: upór, determinację, spryt oraz odpowiedzialność. Trudno zapomnieć sceny nauki zastawiania pułapek razem z „synem” czy to puste spojrzenie po znalezieniu swojej rodziny martwej. Niby drobne detale, ale mówią o tej tajemniczym wędrowcu więcej niż jakiekolwiek słowa – kreacja kapitalna i intrygująca do samego końca.

jeremiah_johnson5

Mało ktoś dziś pamięta o tym nietypowym westernie, a szkoda. Prawdziwa perła w gatunku, która pokazuje pewien świat z zupełnie innej perspektywy niż wskazywałby na to ten gatunek – mieszanina goryczy, dramatu, odrobiny humoru, a jednocześnie wielka pochwała Matki Natury. Postać trapera mogła być inspiracją dla ludzi szukających wolności oraz życia z dala od szeroko pojmowanej cywilizacji. Kawał pięknego, choć wymagającego kina.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski