Demony wojny według Goi

Luty roku 1996. Na Bałkanach trwa wojna, mimo udziału międzynarodowych sił pokojowych. Tylko, że oni ograniczają się do roli podglądaczy, bez udziału w boju. Bośniacy, Serbowie, Arabowie i bandyci są w tyglu, który ciągle wrze. Wśród żołnierzy znajduje się batalion Polaków pod dowództwem majora Kellera. Oficerowi udaje się nie dopuścić do samosądu ludzi oraz milicji na najemnikach. I to staje się powodem, dla którego minister chce pozbawić dowództwa Kallera, zastępując go majorem Kuszem. Jednocześnie towarzyszy mu porucznik Czacki z prokuratury, by przeprowadzić śledztwo.  Nie może być gorzej? Odebrany zostaje sygnał Mayday z zestrzelonego helikoptera, który tafia na teren bandyty Skiji. Keller, bez zgody dowództwa IFOR wyrusza na pomoc z grupą żołnierzy.

demony wojny1

Władysław Pasikowski wraca do tematyki wojskowej, jednak nie jest tylko tłem jak w „Krollu”. Reżyser próbuje opowiedzieć o naszych żołnierzach na tzw. misjach pokojowych. Dlaczego tzw.? Bo tutaj nasze chłopaki chcą po prostu odbębnić swoją służbę, zarobić kasę i unikać walki. Czyli stać z boku i się przyglądać. A przygotowani są tylko nieliczni, bardziej zaprawieni w boju, wręcz szaleni. Gotowi przyjąć do wiadomości prostą zasadę: albo oni nas, albo my ich. W to wszystko wpleciona sensacyjna intryga z dwójką ocalałych pasażerów samolotu: Francuzów. Nie obejdzie się bez konfrontacji ze świszczącymi kulami, zdradą oraz chwilami załamania się wojaków, którzy stykają się po raz pierwszy z otwartą walką. Strach, przerażenie, zwątpienie, lojalność, walka, szaleństwo – z tym się spotkają chłopaki i nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

demony wojny2

Pasikowski niejako przy okazji stawia pytania o granicę honoru i gdzie ona się znajduje. Nie robi tego jednak wprost, co nie wielu wychwyci. Nie brakuje tutaj odrobiny patosu, krwi oraz bluzgów. W końcu to jest kurwa wojsko, a nie obóz harcerski. Muszę jednak przyznać, że sceny batalistyczne wyglądają dość skromnie. Niby jest pirotechnika oraz kule wystrzeliwane z karabinów, ale czasami wygląda to amatorsko jak w scenie zestrzelenia helikoptera, gdzie widać linkę, z której leci pocisk. O spotkaniu z niedźwiedziem, gdzie kamera dostaje ADHD znane z „Reichu” nawet nie wspominam. No i niestety widać, że góry tutejsze to nie Bałkany, tylko Tatry. Przez co realizm troszkę szlag trafia, ale ogląda się to dobrze. Jest to zasługa sprawnej reżyserii, kilku mocnych dialogów, niezłej intrygi oraz niepokojącej muzyki Marcina Pospieszalskiego.

demony wojny3

No i oczywiście pojawia się kwiat polskiego aktorstwa z twarzami znanymi z filmów Pasikowskiego. Linda nadal jest Lindą, czyli twardym wojakiem, co widział wiele i czasami wymaga od żołnierzy więcej niż są w stanie znieść. Mam wrażenie, że zbyt wiele przeżył, by przejmować się śmiercią, a w walce musi być bezwzględnym jak jego wrogowie. Oprócz niego mamy starych znajomych jak Tadeusz Huk (major Kusz, nowy dowódca), Olaf Lubaszenko (prokurator Czacki) czy Artura Żmijewskiego (sierżant Biniek). Z nowych twarzy największe wrażenie zrobił na mnie Mirosław Baka jako małomówny snajper „Cichy”, który z Kellerem niemal jest w stanie dogadać się bez słów i ruszyłby za nim w ogień. I jeszcze Zbigniew Zamachowski jako obrotny, cwany oraz próbujący przetrwać kapral Houdini.

Nie dziwi mnie opinia, że „Demony wojny” to jeden ze słabszych filmów Pasikowskiego. Co gorsza, czas nie zadziałał na niego zbyt dobrze, niebezpiecznie skręcając ku grotesce. O dziwo, nadal ma kilka dobrych momentów oraz solidnego aktorstwa, by przykuć uwagę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Listy do M. 3

Dla mnie pierwsze „Listy do M.” to była jedna z niespodzianek na naszym podwórku. Jasne, to było skopiowanie pomysłu z „To właśnie miłość” (choć wtedy jeszcze tego filmu nie wiedziałem), ale była w tym pewna magia, sporo humoru oraz ciepła, który w tego typu produkcjach jest potrzebne. I nawet ograne twarze (Adamczyk, Karolak, Dygant) miały tutaj sporo do pokazania oraz zagrania. Nagle ktoś się zorientował, że można na tym zbudować franczyzę. Powstała nawet kontynuacja, ale to już był tylko skok na kasę. Widownia jednak tłumnie poszła, więc można było zrealizować kolejną część. I ja miałem bardzo wielkie obawy, ale za kamerą stanął Tomasz Konecki – reżyser kultowego „Pół serio” oraz „Ciała”. Czy może tym razem będzie zwyżka formy, a może jest to dalszy skok na kasę?

listy do m3-1

Powiem tak: jest progres, chociaż do części pierwszej troszkę brakuje. Nasi starzy bohaterowie znowu mają masę wydarzeń. Szczepan z Kariną próbują się odnaleźć w roli dziadków, co kobiecie idzie z oporami. Melchior razem z synem, niejako wbrew swojej woli, szuka swojego ojca, który zostawił go, gdy był dzieckiem, zaś Wojciech nie może się pozbierać po śmierci żony. Do tego stopnia, że zwalnia gosposię, a jej córka z zemsty kradnie laptopa. Ale pojawią się jeszcze nowe postacie w tej potrawie: pracujący w schronisku jako wolontariusz Rafał, bardzo skuteczny glina Gibon polujący na bandziorów oraz na serducho pewnej prezenterki radiowej, dziewczyna związana z pewnym korpo-szefem.

listy do m3-2

Innymi słowy, troszkę do śmiechu oraz do wzruszenia, zaś zmiana reżysera działa bardziej na plus. Nie ma tu nachalnego product placementu, nie jest to aż tak pocztówkowe jak dwójka, zaś zniknięcie paru postaci (zwłaszcza tych nowych z „dwójki”) zdecydowanie pomaga w seansie. Także poziom humoru, choć nadal oparty na charakterach i odrobinie slapsticku, potrafi bardziej rozbawić. Jasne, że wszystkie wątki muszą skończyć się dobrze, ale nie oznacza to, iż twórcy nie serwują kilku niespodzianek po drodze. Wszystko toczy się w jednym dniu, zamiast Warszawy jest Kraków (też ładny), śniegu jest od groma (tego akurat dawno nie widziałem na ulicy o tej porze roku), w tle gra bardzo sympatyczna muzyka. To nie wywołuje odruchów wymiotnych, czego troszkę się obawiałem, choć jest parę momentów odlotu (finałowy wątek Gibona), ale Koneckiemu udaje się zbalansować powagę, lekkość oraz przywrócić magię znaną z pierwszej części.

listy do m3-3

I aktorzy też się postarali, nawet ci już zużyci oraz przemieleni przez kino. Z tej tzw. starej ekipy najlepiej prezentuje się tutaj Tomasz Karolak jako Melchior oraz jego relacja z synem, gdzie coraz bardziej zaczyna dojrzewać, co już było widać w poprzedniej części. Drugim mocnym punktem jest Malajkat, coraz mocniej naznaczony przeszłością, z którą musi się zmierzyć. Z nowych postaci wiele uroku dodaje Filip Pławiak (Rafał) oraz Katarzyna Zawadzka (Zuza), choć sam wątek jest bardzo przewidywalny. Nawet Borys Szyc (Gibon) czy niezbyt lubiana przeze mnie Magdalena Różczka (Karolina) sprawdzają się tutaj dobrze, pokazując troszkę komediowe oblicze.

Pojawiły się słuchy, że ma powstać część czwarta, choć szczerze mówiąc nie wiem, co jeszcze można w tym cyklu wymyślić. Trójka jest o wiele lepsza od części drugiej (co akurat nie było takie pewne), ale nie jest w stanie dorównać oryginałowi. Jest tak odpowiednio po środku oraz wraca tej fajny klimat.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zabij mnie glino

Znamy ten schemat nie od dziś: policjant ściga przestępcę. Groźnego i niebezpiecznego, który już raz uciekł. W którymś momencie pojedynek między nimi ma charakter osobisty. Jeden z nich nie przeżyje tego. Nie, to nie jest „Gorączka” Michaela Manna, ale produkcja z naszego podwórka. Ciężko to sobie wyobrazić? Ale dla debiutującego reżysera Jacka Bromskiego nie było rzeczy niemożliwych.

Schemat znamy, to poznajmy szczegóły. Przestępcą jest Jerzy Malik – inteligentny, ale i bezwzględny złodziej, którego wystawił szef podczas roboty. Ten ucieka do swojej żony, gdzie zgarnia go kapitan Popczyk. Malik zaczyna planować zemstę zarówno na gliniarzu, jak i byłym szefie, Stawskim. Udaje mu się uciec z więzienia, dzięki poznanemu w pierdlu Sewerynowi. Mężczyzna planuje zabicie Popczyka w jego mieszkaniu, ale cała akcja kończy się śmiercią kobiety i jej kochanka. I to tylko zaostrza sprawę.

zabij mnie glino1

Na pierwszy rzut oka, sama historia wydaje się być dość ograna, ale Bromski jest cwany. Dlaczego? bo trudno tak naprawdę osadzić miejsce akcji tego filmu. Niby to Polska Ludowa, a wygląda jakbyśmy byli w jakimś kraju bliżej Europy Zachodniej. Skąd to przypuszczenie? Reżyser kompletnie ubarwia ówczesną rzeczywistość. Komisariaty (przynajmniej wnętrza) wyglądają jak z amerykańskich metropolii: szklane pomieszczenia, nowoczesny sprzęt (ta ciężarówka z kamerami) i jedzenie z McDonalda. Którego jeszcze wtedy nie było. Ani razu nie pada słowo milicja, w telewizji są trzy kanały (zamiast dwóch), wszyscy jeżdżą zagranicznymi samochodami. Dopiero w finale pokazano polskie blokowisko, gdzie dochodzi do ostatecznej konfrontacji.

zabij mnie glino2

Nawet bandyci tutaj wyglądają jak wzięci z europejskiego kina. Zawsze elegancko ubrani, otoczeni drogimi przedmiotami, pięknymi kobietami. Ale są równie niebezpieczni, gdy się nadepnie im na odcisk. No i nie brakuje wyrazistych epizodów, dodających realizmu: fałszerz, paser, prostytutki. Wszystko to, choć wzięte w cudzysłów, czyni ten film odporniejszym na ząb czasu.

zabij mnie glino3

Sama intryga jest poprowadzona bardzo pewnie i zgrabnie. Poza polowaniem, Bromski wykorzystuje wiele znany elementów z gatunku: planowany skok na wagon pocztowy, informatorzy, bijatyka w barze. Wszystko to zrealizowano sprawnie, zaś historia wciąga do ostatniej sekundy. Nie brakuje tu zarówno rozładowującego napięcia humoru, ciętych dialogów oraz odpowiednio budującej klimat muzyki (syntezatorowo-rockowo, ale godnie się starzeje). Jedynym poważnym problemem był dla mnie odgłos z wystrzeliwanej broni, który psuje efekt. Nadal wrażenie robi praca kamery oraz dynamiczny montaż, a także bardzo dobrze napisany scenariusz.

zabij mnie glino4

To wszystko by nie podziałało, gdyby nie świetnie dobrana obsada. Malika zagrał Bogusław Linda i była to dla niego rola przełomowa. Aktor znany głównie z ról w kinie moralnego niepokoju, tutaj po raz pierwszy gra twardziela. Może i gra czarny charakter, nie jest jednak demoniczny. Opanowany, tajemniczy, inteligentny, ale ma w sobie coś z dzikiego zwierzęcia. Gdy poczucie się zagrożony, atakuje, zaś zdrady nie wybacza. Wprawka przed popisami u Pasikowskiego. Po drugiej stronie jest Piotr Machalica jako Popczyk. Zmęczony życiem, nie potrafiący się dogadać z żoną pracoholik, dla którego robota to jedyna rzecz, jaką umie. Do tego zamknięty w sobie, wycofany, podczas śledztwa zaczyna grać naprawdę ostro. Bliżej mu do komisarza Halskiego niż porucznika Borewicza, co jest sporym zaskoczeniem. Na drugim planie nie brakuje wyrazistych postaci, co zazwyczaj bywa problemem. Najbardziej wybija się trzech panów: rozgadany i dowcipny inspektor Jachimowski (brawurowa kreacja Andrzeja Grabarczyka), niezbyt rozgarnięty Seweryn (zaskakujący Zbigniew Zamachowski), będący na utrzymaniu prostytutki oraz bardzo śliski Donald (mocny Marek Barbasiewicz), planujący oszukać swojego szefa. Jest jeszcze Anna Romantowska, czyli Dorota – kobieta zakochująca się w Maliku, widząca w nim jaśniejszą stronę. Nawet jeśli miejscami wydaje się zbyt ekspresyjna, nie popada w parodię czy szarżę.

zabij mnie glino5

Dla wielu „Zabij mnie glino” to najlepszy film w dorobku Jacka Bromskiego. Reżyser później próbował iść w stronę kina sensacyjnego („To ja, złodziej” czy „Anatomia zła”), ale nie zbliżył się nawet do poziomu debiutu. Mimo lat nadal trzyma w napięciu i ogląda się więcej niż dobrze. A Warszawa wygląda bardziej europejsko niż kiedykolwiek.

8/10

Radosław Ostrowski

Nadzieja

Nie znam zbyt wielu kinomanów w Polsce, którzy nie kojarzyliby nazwiska Krzysztofa Piesiewicza. Mecenas, polityk, scenarzysta znany ze współpracy z Krzysztofem Kieślowskim, z którym działał aż do śmierci tego drugiego w 1996 roku. nie oznacza to jednak, że mecenas Piesiewicz nie pisał kolejnych fabuł i nie były ekranizowane przez innych twórców („Niebo” Toma Tykwera, „Piekło” Danisa Tanovicia), a w 2006 roku zmierzył się z kolejnym scenariuszem Stanisław Mucha.

nadzieja_20061

Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, kiedy nasz bohater był jeszcze dzieckiem. Razem z bratem oraz kilkoma innymi osobami grali sobie spokojnie w piłkę przy domu. Ale jedno zbyt mocne uderzenie doprowadza do tragedii – matka, chcąc ratować syna wpada pod koła ciężarówki, zaś ojciec dyrygent dostaje udaru. Teraz Franciszek ma 20 lat, chce zostać prawnikiem i skacze ze spadochronu. Poza tym obserwuje Benedykta Webera – właściciela galerii sztuki, który zajmuje się też kradzieżami obrazów. Chłopakowi udaje się sfilmować, jak Weber uczestniczy przy kradzieży obrazu z kościoła. Jednak zamiast zgłosić ten fakt na policji, szantażuje biznesmena, chcąc w zamian… zwrócenia obrazu na miejsce.

nadzieja_20062

Trzeba przyznać, że punkt wyjścia był dość intrygujący. Niejasna motywacja protagonisty jednak działa jak broń obusieczna, bo z czasem zaczyna być tylko irytująca. Nie byłem w stanie uwierzyć temu bohaterowi, w czym jeszcze bardziej przeszkadzają dość nachalne dialogi, pełne pretensjonalności (coś o aniołach) – dodatkowo niewyraźnie słyszalne – i nie wyjaśniające zbyt wiele. Sama intryga jest pełna nielogicznych bzdur (determinacja bohatera, który potrafił przewidzieć zachowanie np. dziewczyny, która niszczy sfilmowaną kasetę) oraz sposobów działania głównych złych, którzy uginają się groźbie. Wcześniej próbują pokazać, że są groźni – wysadzenie auta, wypchnięcia Franka ze skutera podczas jazdy – ale nie próbują go bardziej poturbować, grożąc śmiercią najbliższym czy ostatecznie zabijając go. To jest czysty idiotyzm, jakby rzeczywistość została podporządkowana pod wizję twórcy, a kilka scen (skoki ze spadochronu) wydaje się tylko zbędnym zapychaczem czasu.

nadzieja_20063

No i muszą pojawić się sceny, gdzie postacie stoją, dumają, milczą. Ewentualnie słuchają podniosłej muzyki poważnej, niby nadając pewnej głębi (wlatujący gołąb podczas napadu czy puste ramy po kradzieży). Jest parę ciekawych kadrów (sceny rozmów Webera z paserem Gustawem), zaś muzyka Richtera potrafi uderzyć (zwłaszcza na początku). Tylko, że to wszystko tworzy dziwaczny, niezrozumiały film, pozbawiony sensu. Nawet aktorzy nie mają co tu grać, zwłaszcza grający główną rolę Rafał Fudalej jest tak irytujący, że ma się ochotę go sprać. Weterani robią, co mogą, jednak nie dają rady ożywić swoich postaci. Najbardziej wybija się tutaj Zbigniew Zapasiewicz (ojciec Franka) oraz Zbigniew Zamachowski (inspektor Sopel), ale nawet oni nie byli w stanie udźwignąć tej historii.

„Nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi” – śpiewał Kazik. Mucha nie podołał przeniesieniu fabule Piesiewicza, która sama w sobie mocno rozczarowywała. To miała być część trylogii, która jednak – na szczęście – nigdy nie powstała, bo jeśli pozostałe filmy miały być na poziomie „Nadziei”, zasypiałbym częściej niż kiedykolwiek. Totalna porażka.

3/10

Radosław Ostrowski

Czuwaj

Wyobraźcie sobie, że jedziecie na obóz harcerski. A na obozie wiadomo: ognisko, granie na gitarze, śpiew i tematyka powstańcza. Do tego ładna druhna-lekarka, apele, ćwiczenia – w ogóle żyć nie umierać. Ale komendant do obozu dorzuca jeszcze paru młodych chłopaków z poprawczaka, których można też nazwać „patriotami” z nurtu kibolskiego. Dla obwoźnego Jacka Wesołowskiego jest to bardzo poważny problem. Zwłaszcza, że podczas obozu jeden z harcerzy – Tomek zostaje znaleziony martwy na skarpie. Wypadek? Samobójstwo? A może morderstwo? Jacek próbuje na własną rękę wybadać sprawę.

czuwaj1

Nowy film Roberta Glińskiego chyba w założeniu miał być kryminałem czy nawet moralitetem. Punkt wyjścia, czyli konfrontacja dwóch światopoglądów był ciekawy, zaś osadzenie wszystkiego w lesie, gdzieś poza cywilizacją, mogło zbudować świetny klimat. Wydaje mi się, że reżyser chce pokazać do czego może doprowadzić uprzedzenia, wrogość oraz nieufność. I nawet niebezpieczna jest teza, gdzie zarówno nacjonalizm (pseudokibole), jak i patriotyzm (harcerze) są tutaj stawiani troszkę na równi. W tym sensie, że harcerze są tutaj bardziej święci od papieża (niektórzy), bo jest i palenie, picie gorzały, wyzwiska, bluzgi, nawet seks oraz pewne poczucie wyższości nad innymi. Brzmi znajomo? Wystarczy tylko zmienić uniform harcerski na dres. I to zrównanie wiele osób może wkurwić, zwłaszcza ze środowisk ZHP. Reżyser niby próbuje dodać odcieni szarości (w czym pomagają surowe, wyprane z kolorów zdjęcia), tylko że ten świat wydaje się jakiś dziwnie fałszywy, sztuczny, przerysowany.

czuwaj2

Ale sama intryga wydaje się prowadzona spokojnie, lecz do momentu pierwszego trupa zaczyna się odlatywać. Obóz, zamiast zostać zlikwidowanym działa dalej, informacja o śmierci zostaje utrzymana w tajemnicy (do czasu autopsji), a komendant nagle znika (niby powiadomić rodzinę chłopaka). Wtedy obóz harcerski zmienia się w obóz upokorzeń, zaś nasz oboźny zmienia się wręcz w dyktatora, który wymusza posłuszeństwo siłą, psychicznym znęcaniem czy nawet szantażem (próba „sfilmowania” przyznania się), co doprowadza do kolejnej tragedii. Tylko, że ja miałem to kompletnie w dupie, kolejne minuty coraz bardziej odlatują ku zdarzeniom nielogicznym, niedorzecznym i bez sensu.

czuwaj3

Aktorstwo jest w zasadzie żadne, bo nie ma tutaj postaci, interakcja jest bardzo śladowa. Nawet ci wychowankowie z poprawczaka w swoich dresach wyglądają dość groteskowo, jakby dorosłych ludzi (powyżej 30-tki) zmuszono do odtwarzania nastolatków (pamiętacie Steve’a Buscemi z „Rockefeller Plaza 30”?). Dorośli bohaterowie zostają zepchnięci na dalszy i nie mają wpływu na fabułę (Lichota jako komendant, Barciś w epizodzie księdza czy Zamachowski w roli inspektora policji). A nasz protagonista? Mateusz Więcławek wypada tutaj fatalnie, choć zamysł tej postaci jako skonfliktowanego chłopaka, próbującego wybadać sprawę oraz zaślepionego swoimi przekonaniami, był intrygujący. Tylko, że ta postać jest przerysowana, antypatyczna, drażniąca swoimi metodami pracy i z każdą minuta miałem jej dość.

„Czuwaj” miało trzymać w napięciu i zadać pytania o to, co może być impulsem do wybuchu zła. Zamiast tego wyszedł wielki, żenujący teatrzyk, pozbawiony logiki, postaci i jakiegokolwiek sensu. Harcerze powinni żądać przeprosin od reżysera za profanowanie ich organizacji, zaś reżyser spalić się ze wstydu za takie prostackie kino.

2/10 

Radosław Ostrowski

Podatek od miłości

Na hasło „polska komedia romantyczna” wiele osób reaguje alergią, agresją, strachem i wrogością. Nachalny product placement, bohaterowie wzięci z kosmosu (nie, że wyglądają jak Obcy czy inny Predator), zachowujący się w sposób co najmniej irracjonalny i mieszkający w mieszkaniach, na jakie ich zwyczajnie nie stać, pocztówkowo pokazany świat rodem z seriali TVN, niemal te same twarze non stop (Stramowski, Roznerski, Karolak, Adamczyk) oraz kompletny brak dobrych żartów. Jakim cudem takie filmy przyciągają ogromną widownię? Nie wiem. Szczerze mówiąc, spodziewałem się mniej więcej tego samego w przypadku „Podatku od miłości”, w czym utwierdziła mnie promocja. Dodatkowo całość wyprodukowało TVN, a przed kamerą stanął debiutujący reżyser Bartłomiej Ignaciuk. Idealny przepis na katastrofę, prawda?

podatek_od_milosci1

Punkt wyjścia jest dość prosty, czyli zderzenie dwójki kontrastowych bohaterów. Ona (Klara) jest sztywną, trzymającą się przepisów urzędniczką skarbową, mieszka z chłopakiem lubiącym bardziej zioło niż nią, z katolickim backgroundem oraz słoikowym rodowodem. On (Marian) nie jest młodzieniaszkiem, ale nadal ma w sobie masę uroku, utrzymuje się z… no właśnie, nie do końca wiadomo – coach, terapeuta czy męska dziwka. Już ich pierwsze spotkanie mocno elektryzowało, choć nie tak jak byśmy się spodziewali i już mieli się więcej nie zobaczyć, bo skończyło by się to wielką masakrą. Tylko, że Marian ma problemy ze skarbówką, a Klara ma zbadać całą sprawę.

podatek_od_milosci2

„Podatek” nie idzie do końca tropem klasycznego kom-romu, bo przez pierwszą połowę prowadzący jest wątek, powiedzmy, że kryminalny. Powoli zaczynamy poznawać bohaterów, którzy – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – stąpają bardziej po ziemi i mają wiele problemów, pokazanych w sposób przekonujący. Ona nie chce mieć dzieci i skupia się na karierze, on z kolei próbuje pomóc swoim bliskim, pakując się w tarapaty. Momentami film potrafi poruszyć, nie brakuje miejscami ciętych, ironicznych dialogów (scena chrzcin) i przede wszystkim jest śmieszny: od slapstickowych gagów (bójka na imprezie) przez sytuacyjne scenki (obserwacja Mariana) i zderzenie charakterów. Jeśli w tle dodamy przyjemną, jazzową muzykę, płynny montaż, reżyser dostarcza wiele rozrywki. Jedyną rzeczą, do jakiej mógłbym się przyczepić jest zakończenie: niby zgodnie z konwencją, ale już za bardzo odlatuje i bazując na wielu zbiegach okoliczności. Na szczęście nie jest w stanie zniszczyć dobrego wrażenia.

podatek_od_milosci3

Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła obsada. Fantastyczny jest Grzegorz Damięcki jako troszkę taki amant (uroku ma więcej niż Roznerski z Zakościelnym i Karolakiem razem wzięci), od razu budzący sympatię oraz mający spore pole do działania. Bywa czasem nieporadny (wspomniana bójka czy rozmowy z siostrzenicą), ale nigdy nie popada w przesadę czy przerysowanie. Jeszcze większym zaskoczeniem była Aleksandra Domańska – tutaj tworząc mieszankę uporu, sztywności, sarkazmu z wrażliwością i empatią. Idealna mieszanka, zachowująca wiarygodność aż do końca. Co najważniejsze, czuć chemię między tymi postaciami, podnosząc film na wyższy poziom. No i drugi plan ma tutaj co robić: od solidnej Romy Gąsiorowska (Agnieszka) przez dobrego Michała Czarneckiego (śliski szef Klary) po kradnącą film epizodzik Magdaleny Popławskiej oraz trzymającego fason Zbigniewa Zamachowskiego (sfrustrowany ojciec Klasy).

Powiem szczerze, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym debiutem. „Podatek od miłości” jest zabawny, ze zgrabnie poprowadzoną intrygą, sympatycznymi bohaterami oraz nie odlatuje (poza finałem) zbyt mocno od ziemi. To na pewno kino z Polski? Aż nie chce się wierzyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Wojciech Majewski – Nie było lata

nie-bylo-lata-b-iext51369270

Jazz i poezja śpiewana pozornie nie pasują do siebie, ale pianista Wojciech Majewski ma na ten temat odmienne zdanie. Tym razem postanowił się zmierzyć z wierszami Stanisława Grochowiaka, pozapraszał wielu gości, zarówno śpiewających (m.in. Zbigniew Zamachowski, Stanisław Soyka), jak i grających (m.in. Henryk Miśkiewicz, Sławomir Kurkiewicz) i z tej kombinacji powstało “Nie było lata”.

By było jeszcze bardziej poetycko, pojawiają się fragment recytowane przez Wiesława Komasę, pełniącego tutaj role narratora, a niektóre wiersze są wręcz wplecione do piosenki, przez co te fragment nie gryzą się ze sobą. Otwierający całość “Świt” wydaje się wręcz nierzeczywisty, pełen przemielonych dźwięków, wywołujących niepokój i tworzącymi wręcz futurystyczny klimat. Nawet fortepian wydaje się dziwaczny, a wokale gdzieś przebijają się, stanowiąc pokręcony kolaż. Bardziej zdyscyplinowany i melancholijny jest “Kanon”, by przejść do bardziej dynamicznego “Tęsknię” (tutaj błyszczy Janusz Szrom), z bardziej wybijającym się duetem fortepian-kontrabas czy bardzo stonowane, Hammondowe “Mobile” z ciepłym głosem Krzysztofa Napiórkowskiego oraz pięknymi smyczkami. Dla fanów spokojniejszych nut jest “Nad tomem mazurków Chopina”, a szukający lekkiego ożywienia znajdą w “Zaproszeniu do miłości”, gdzie na początek fortepian z klawesynem tworzą intrygujący duet, by sam Majewski mógł zaszaleć czy nerwowa “Bitwa”.

Gospodarz dba tutaj o różnorodność brzmienia, a niektóre fragment (“Świt”, “Zgliszcza”) ocierają się wręcz o awangardę. Problemem może też być pewien przesyt, bo 21 kompozycji (!!!) to sporo, choć niektóre utwory są strasznie krótkie jak “Interlude” (niecałe pół minuty) albo bardzo monotonne. Sytuacje ratują inni wykonawcy naznaczając swoim głosem każdy z utworów (poza w/w jeszcze Magda Umer, Magdalena Różczka recytująca “Ars poetica” czy Zbigniew Zamachowski), pozwalając utrzymać zainteresowanie tą jesienną płytą, która wymaga sporo wysiłku oraz cierpliwości. Inaczej odbijecie się od niej bardzo szybko, a to nie brzmi zbyt zachęcająco.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zemollem – Zanim

zanim-b-iext52392913

Andrzej “e-moll” Kowalczyk – to nazwisko może wielu osobom kompletnie nic nie mówić. Ten gitarzysta, kompozytor i autor tekstów od ponad 25 lat działa ze swoją formacją Zemollem. W tym roku postanowił o sobie przypomnieć nowym materiałem, zapraszając paru gości i tak powstało “Zanim”, czyli pop-rockowa mieszanka z ambicjami na coś więcej niż proste granie pod radio.

Początek to krótki wstęp w postaci “Matrixa”, będącego sklejką różnych fragmentów płyty i głos płonącego ogniska. Wtedy dochodzi delikatna gitara akustyczna oraz śpiewające głosy Zbigniewa Zamachowskiego i Joanny Trzepiecińskiej. Płynnie przechodzimy do odrobinę mrocznego “Zanim powiesz coś” z syntezatorowymi smyczkami, gdzieś w tle słychać jakie śmiechy, fortepiano, by całkowicie zanurzyć się w minimalistycznej elektronice, zaś perkusja odbija się jak echo. Utwór nagle się urywa, a po nim wchodzi pojawiający się aż cztery razy Mariusz Orzechowski. Jego pierwsze wejście to mocniejsze “Gdzieś między D a H”, gdzie wybijają się zapętlone smyczki oraz wyrazisty bas, drugim jest wręcz liryczny “Pokój z widokiem na parlament” (w tle jakieś rozmowy, ruch, jedzenie), zaś trzeci to psychodeliczna “Kolacja na pięć dłoni (Moja piosnka II)” z saksofonem na początku, zagubioną gdzieś gitarą oraz wierszem Norwida, by uderzyć punkowym “Nie kłam” z zespołem WBH.

Warto też wspomnieć bardzo rockowe “Oni kłamią” pokazujące kompletnie nieznane oblicze Mirosława Czyżykiewicza (dobrze się odnajdujące się w czaderskiej stylistyce), oparte na pianistycznym wstępie “Ciesz się Polsko (Gaude Mater Polonia)”, uliczną balladę “Uliczne dzieci” z zaskakująco dobrym Arturem Gadowskim czy finałowe, melancholijne “Zanim… wszystko dobrze”, gdzie wokal przejmuje Andrzej Poniedzielski. Nawet dla rapu znalazło się miejsce (surowe “Prośba 2010 – Nie odbierajcie nam nadziei”), co jest zaskakujące.

Ten eklektyczny zestaw jest ku zdumieniu wielu osób, bardzo spójną całością, połączoną niebanalnymi tekstami oraz odpowiednią charyzmą gości. Nie wszystkim każdy utwór podjedzie, bo dominuje tutaj spokój, lecz “Zanim” ma szansę zwrócić uwagę co wrażliwszych słuchaczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kolekcja sukienek

Sam film to zbiór rozmów z ośmioma kobietami, dokonanymi przez jednego człowieka, który zadaje im pytania. O życie, o straconych marzeniach, niespełnionych nadziejach i poczuciu pustki. Debiutująca Marzena Więcek ubiera to w konwencję niby-dokumentu. Bo kamera stoi (choć nie zawsze) w miejscu, gdzie widzimy nasze bohaterki: kobiety w średnim wieku, po wielu przejściach, nieudanych związkach.

kolekcja_sukienek1

Innymi słowy „Kolekcja sukienek” to takie spokojne kino, pozbawione efektownej realizacji czy wariackiej formy. Problem w tym, że całość jest bardzo nudna, pozbawiona jakiegokolwiek rozwinięcia. Rozmowy, przepraszam monologi, są tutaj prowadzone bez ładu i składu, przeskakując z tematu na temat. Wszystkie te historie zaczynają się zlewać w jedną opowieść, gdzie dochodzi do stężenia rozczarowaniami, lękami oraz poczuciem pewnej pustki. Do tego jeszcze zostają wplecione takie barwne mini scenki, które sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę. Jakieś dziecko w ładnym ubraniu, staruszek chodzący o kulach czy młoda para całująca się w lesie – po co to? Nie mam pojęcia, co wprawiało w jeszcze większą konsternację niż te opowieści. Pod koniec pojawia się jedyny mężczyzna (Zbigniew Zamachowski), który zostaje aresztowany.

kolekcja_sukienek2

Zwyczajnie jest mi żal tych aktorek, które bardzo się starają, by wejść w postacie. A są to charakterystyczne sylwetki Ewy Szykulskiej, Marzeny Trybały, Doroty Stalińskiej czy Iwony Katarzyny Pawlak. Nawet sama Więcek pojawia się na ekranie jako policjantka, próbując wycisnąć z tej postaci soki, chociaż trudno kogokolwiek wyróżnić.

kolekcja_sukienek3

„Kolekcja sukienek” to krótki, ale strasznie wleczący się film, pozbawiony myśli i fabuły. Wszystko wygląda jak niezaplanowana improwizacja, w niemal amatorskim stylu. Ciągle się zastanawiam po co ten film w ogóle powstał i do tej pory nie znajduje żadnej sensownej motywacji.

kolekcja_sukienek4

4/10

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Biały

Karol mieszka we Francji z zoną Dominique. Poznajemy go w dość smutnym momencie, bo w trakcie rozwodu – przyczyna: impotencja. Mężczyzna zostaje pozbawiony środków do życia, mieszkania i zakładu fryzjerskiego. Próbuje się jakoś utrzymać, grając na grzebieniu w metrze. I tam poznaje Mikołaja, który pomaga mu wrócić do kraju – w walizce. Na miejscu Karol próbuje swoich sił w biznesie i planuje się zemścić na swojej byłej.

bialy1

Po bardzo poetyckim „Niebieskim”, Kieślowski wykonuje woltę gatunkową i tworzy dość gorzka komedię z wątkiem kryminalnym. A że większość wydarzeń toczy się w Polsce, która uczyła się kapitalizmu, daje jej to dość specyficznego posmaku, zaś sam humor jest mocno gorzki i pełen ironii. Ta opowieść o zemście i równości, która nie istnieje, bo każdy chce mieć więcej, bardziej, zaś w świecie można wszystko kupić (nawet swój zgon) przykuwa uwagę, jest bardzo sprytnie poprowadzona, a intryga imponuje i trzyma w napięciu. I tak jak w poprzedniej części dominował kolor niebieski, tak tutaj dość często pojawia się kolor biały – symbol niewinności i równości. Tylko gdzie jest ta równość? W miłości, wobec której wszyscy jesteśmy słabi – zdaje się sugerować reżyser. I chyba nie jest to zaskoczenie, a jednocześnie jedyny moment, gdy reżyser idzie w stronę metafizyki.

A jeśli chodzi o aktorów, to tutaj jest naprawdę wysoki poziom. Tym razem największą uwagę przykuwa Zbigniew Zamachowski. Karol to uroczy, ale pechowy facet, który nadal kocha swoją żonę mimo wszystko. Z „paryskiego” impotenta staje się rekinem biznesu, pełnym sprytu oraz kochankiem wręcz doskonałym, konsekwentnie realizuje swój plan zemsty. I ta przemiana jest bardzo wiarygodnie pokazana. Drugą ważną postacią jest Dominique, czyli Julie Delpy – piękna kobieta, która jest twarda i bezwzględna. Ale tylko u siebie.

bialy2

Za to drugi plan jest przebogaty, gdzie pojawia się m.in. Jerzy Stuhr (brat Karola), Cezary Pazura (właściciel kantoru) czy Jerzy Trela (pan Bronek). Ale i tak bryluje tutaj znakomity Janusz Gajos jako Mikołaj. Polski biznesmen, który stracił motywacje i sens życia, pozostaje tajemniczy do samego końca, ale potem okazuje się lojalnym przyjacielem i wspólnikiem. Spotkanie z Karolem powoli dają mu motywację i zmienia go.

„Biały” mimo upływu lat pozostaje bardzo udanym i świetnym kinem, którego nie musimy się wstydzić. Bardziej idący w kino gatunkowe, ale robiący je z pomysłem i finezją.

8/10

Radosław Ostrowski