1983

Pierwszy polski serial Netflixa – pamiętam jakie było poruszenie na dźwięk tych słów. Dodatkowo na wyobraźnię podziałał fakt, że był to thriller SF osadzony w alternatywnej historii naszego kraju. No i jeszcze nie byle jakie reżyserki: Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska. Co mogło pójść nie tak? Wiele rzeczy. Zwłaszcza kiedy scenariusz pisze Amerykanin w swoim języku, a potem jest to mechanicznie tłumaczone na polski. To jednak tylko drobiazg, ale po kolei.

Akcja toczy się w 2003 roku, kiedy Polska nadal jest w bloku komunistycznym, choć siła Związku Radzieckiego nie jest tak mocno obecna. Technologia jest bardzo rozwinięta, mimo braku social mediów. W tym świecie żyje Kajetan Skowron – młody student prawa, którego rodzice zginęli w zamachach terrorystycznych w 1983 roku. Mieszka z babcią, ma piękną dziewczynę (córkę ministra gospodarki) i jest idealistycznie zapatrzony w nowy, wspaniały świat. Wszystko się zmienia kiedy w niejasnych okolicznościach ginie jego mentor – sędzia Żurawski. Przed śmiercią wręcza mu akta sprawy sprzed 5 lat, kiedy doszło do morderstwa całej rodziny. Prowadzący śledztwo milicjant miał wątpliwości, co do winnego, ale został zdegradowany. Teraz inspektor Anatol Janów prowadzi sprawę samobójstwa młodego chłopaka. Pracował on jako drukarz zarówno dla rządu, jak i dla komórki terrorystycznej zwanej Lekką Brygadą. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem by stwierdzić, że drogi obu panów się przetną.

Na papierze ta historia ma wszystko, by przykuć uwagę. Intryga kryminalna przeplata się z polityczno-szpiegowskimi rozgrywkami na szczytach władzy. Zderzenie młodego idealisty z cynicznym twardzielem znającym swoje możliwości i ograniczenia też obiecywało wiele, tak jak cała otoczka tajemnicy. I co z tego dostajemy? Może nie nic, ale bardzo niewiele i sama konstrukcja tego świata wydaje się nieprzekonująca oraz pełna luk. Jak w ogóle doszło do tego gospodarczego cudu? Gdzie zniknęli działacze opozycji, o których się tu praktycznie nie wspomina (słowo Solidarność nie pada)? I kto tak naprawdę steruje tym krajem? Minister gospodarki, dowódca armii czy szef tajnych służb? A może jest ktoś jeszcze silniejszy?

Jedyną najciekawszą rzeczą tutaj jest obecność Wietnamczyków, będących z jednej strony siłą roboczą i imigrantami. Ale są też tacy bardziej obrotni jak Wujek – biznesmen, niby będący neutralny, ale tak naprawdę działający dla każdego, kto jest w stanie zapłacić. Mało tego, jest nawet specjalna dzielnica w Warszawie zwana Małym Sajgonem. I to miejsce budzi skojarzenia z „Blade Runnerem”. Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, bo udaje się zbudować klimat dystopijnego państwa policyjnego. Lekko neonowe, nocne zdjęcia, stonowana kolorystyka, równoległy montaż oraz scenografia mieszająca stare z nowym – to wygląda i ogląda się świetnie.

O ile jeszcze ta zamotana intryga jeszcze potrafi wkręcić, to jednak są tutaj dwa bardzo ważne problemy. Po pierwsze, bardzo nienaturalne dialogi. Z jednej strony są przeładowane ekspozycjami i parę zdań jest powtarzana istotna kwestia dla fabuły. Czyli jest zbyt łopatologicznie. Druga sprawa to jest tłumaczenie, gdzie postacie często używają w zdaniu słowa „ja”. Albo kiedy imiona i nazwiska nie są deklinowane, co jeszcze bardziej wywołuje poczucie obcości. No i jeszcze tempo strasznie nierówne: od przyspieszenia aż po chwile przestoju ze zbędnymi wątkami pobocznymi. Zupełnie jakby chciano upchnąć wszystko do tych 8 odcinków, by zbudować podwaliny pod 2. Sezon (który nie powstanie).

No i aktorsko jest tutaj jak na poziomie scenariusza, czyli nierówno. Albo w najgorszym wypadku te postacie są niewykorzystane i pojawiają się na bardzo krótko (jak w przypadku Andrzeja Konopki czy Łukasza Simlata) lub ich wątki nie prowadzą donikąd (tutaj to dotyczy niestety Edyty Olszówki oraz Zofii Wichłacz). Z głównych ról najlepiej sprawdza się zawsze trzymający poziom Robert Więckiewicz. Niby takich bohaterów już widzieliśmy wcześniej (cyniczny, złamany przez życie twardy glina), ale nadal to działa i daje się mu oblicze kogoś innego niż ostatniego sprawiedliwego. Niestety, najsłabszym ogniwem jest Maciej Musiał, będący tutaj absolutnie drewniany. Rozumiem, że to miał być młody idealista zderzony z prawdziwym obliczem systemu, jednak absolutnie tej postaci nie uwierzyłem. Głos jest kompletnie wyprany z emocji, zaś wszelkie próby ekspresji kompletnie nie działają. Znacznie lepsza jest Michalina Olszańska jako szefowa Lekkiej Brygady, Ofelia. Niby twarda, gotowa na siłową konfrontację, ale skrywa w sobie bardziej delikatne oblicze. A nawet uwodzicielskie, spróbujcie oderwać wzrok od niej, bo ja nie dałem rady. Drugi plan jest aż przebogaty w znane twarze (od Tomka Włosoka przez Bartka Bielenię), ale najbardziej zapada w pamięć Mirosław Zbrojewicz (generał Świętobór) oraz Vu Le Hong („Wujek” Bao Cho).

Czy ten serial zasługiwał na aż tak chłodny odbiór w dniu premiery? Troszkę tak, bo miał całkiem ciekawy pomysł, ale nie wiedział kompletnie co chce opowiedzieć. Rzuca wątkami na prawo i lewo, przez co ma się poczucie niedosytu. Czegoś tutaj brakuje, przez co czasami się nudziłem i ciężko mi było w to wejść.

6/10

Radosław Ostrowski

Rojst – seria 1

Początek lat 80., małe miasteczko gdzieś w środku PRL-u. Życie płynie tutaj powoli, spokojnie, pod banderą jedynej, słusznej partii. Tam wszyscy się znają i jakoś to w miarę spokojnie wszystko działa. Aż do czasu, kiedy nocą w lesie zostają znalezione zwłoki, sztuk dwie. Pierwsza ofiara to nikt, kurewka taka, jaką można sobie znaleźć w tutejszym hotelu, ale towarzysz Grochowiak – to już zupełnie inny kaliber. Towarzysz zajmował się sprawami sportowymi i był bardzo szanowaną personą. Ale sprawa wyjaśnia się dość szybko: zabił konkubent prostytutki, narzędzia nie ma.

Dla dziennikarza Witolda Wanycza to kolejna notatka, zwłaszcza że już wkrótce wyjeżdża stąd. Ale przybywa tutaj nowy narybek gazety – Piotr Zarzycki z Krakowa. I chłopak próbuje na własną rękę wybadać sprawę, bo coś w niej jest nie tak. Wanycz próbuje go upilnować, ale sam pakuje się w inną sprawę. Odkrywa, że w czasie, gdy zamordowano lokalnego watażkę, dwoje nastolatków skoczyło z dachu bloku. Śledztwo wyciszono, bo ojcem jednej z ofiar był skazany wcześniej opozycjonista. Czy te dwie sprawy łączą się ze sobą, czy to zwykły zbieg okoliczności?

rojst1

Polskie seriale kryminalne akurat wychodziły nam co najmniej nieźle, a osadzenie w realiach PRL-u też stało się nowym trendem na naszym podwórku („Bogowie”, „Sztuka kochania”, „Jestem mordercą”). Dlatego czekałem na „Rojst”, mimo że za realizację odpowiada debiutujący na stanowisku reżysera operator Jan Holoubek. Punkt wyjścia obiecuje wiele, a dwa dochodzenia potrafią zaangażować. Ale bardziej niż odpowiedź na pytanie „kto zabił?”, reżysera interesuje zbudowanie aury tajemnicy oraz bardzo dokładne odtworzenie realiów epoki. Muszę przyznać, że wygląda to znakomicie wizualnie. Scenografia (od tapet i wyglądów mieszkań po budynki, siedzibę redakcji, szkolną dyskotekę czy sam hotel – zwłaszcza bar wieczorem) jest bardzo szczegółowa, a wykorzystane w tle fragmenty serwisów informacyjnych (radio), jak i piosenek budzi ogromny podziw – nawet szyld Społem czy Pewexu cieszy oko. Duch czasów jest wręcz namacalny, chociaż został przefiltrowany przez współczesną perspektywę (niczym w „Córkach dancingu”), co nie znaczy, że nie pokazano szarości, brudu oraz mroku, co widać choćby w domku rzeźnika czy szarych blokach. Tak samo praca kamery (m.in. wizja lokalna) oraz gra oświetleniem (scena kolacji u Zarzyckich) czy płynny montaż między retrospekcjami (sceny z dwojgiem samobójców).

rojst2

Jednak sama historia troszkę cierpi. O ile początkowo aura tajemnicy potrafi wessać, zwłaszcza gdy widzimy skrywający tajemnicę las, to dalej dwutorowość narracji zaczyna być pewnym balastem. Liczyłem na większą relację miedzy Wanyczem a Zarzyckim, która mogłaby pójść w kierunku mentor-adept, jednak wspólnych scen jest stanowczo za mało. A kiedy do nich dochodzi, wtedy zaczyna iskrzyć. Tak samo niektóre postacie i wątki nagle się urywają, znikają (postać kierownika hotelu, będącego troszkę szarą eminencją tego miasta czy prostytutki Nadji, która zostaje pobita – kto i dlaczego, nie pytajcie, bo odpowiedzi nie ma), by nagle wrócić od tak. Podobnie rozwiązanie obydwu śledztw nie dostarcza w żadnym wypadku satysfakcji – zwłaszcza główny wątek jest bardzo przewidywalny (zwłaszcza motyw i sprawca), a drugi nie daje odpowiedzi dlaczego (inaczej, rozumiem pobudki kierujące dziewczyną, ale dlaczego chłopak postanowił dołączyć do niej). W ostatnim odcinku cały klimat trafia szlag, zaś niektóre zachowania postaci (wręcz pójście pod ostrzał) zaprzeczają logice, zaś twórcy dają zbyt wiele dopowiedzeń (las przestaje być tajemniczy, motywacja Wanycza też staje się jasna). Także dialogi miejscami potrafią zaboleć (wątek ciężarnej żony Zarzyckiego – samej w mieście i ich rozmowy), można też było dodać więcej nowomowy z epoki, a nie tylko wrzucać bluzgi.

rojst3

Sytuację próbują ratować aktorzy, wyciągając z materiału prawdziwe mięcho. Przewodzi tutaj absolutnie kapitalny Andrzej Seweryn, niby wcielając się w znajomy szablon cynicznego, zgorzkniałego, zmęczonego życiem samotnika. Jednak pod tą maską kryje się człowiek zdeterminowany i uparty, przypominający troszkę swojego młodszego kolegę (świetny Dawid Ogrodnik) – idealistę, dla którego prawda jest wartością najważniejszą, bez względu na cenę. Szkoda tylko, że wspólnych scen mają tak niewiele, bo to byłby fantastyczny duet. Drugi plan jest tutaj przebogaty i pełen wyrazistych ról: od enigmatycznego Piotra Fronczewskiego (kierownik), surowego Ireneusza Czopa (prokurator) przez niezłych młodych aktorów (Nel Kaczmarek i Jan Cięciara), przekonującą Magdalenę Walach (pani Grochowiak) aż po demonicznego Jacka Belera (gliniarz Kulik) oraz groźnie wyglądającego Marka Dyjaka (rzeźnik).

„Rojst” obiecywał naprawdę wiele i część z tych założeń zrealizował. Szkoda tylko, że tuż przed linią mety potknęli się o własne nogi. Niemniej pozostaje nadzieja, że powstanie ciąg dalszy (ostatni kadr), twórcy poprawią błędy i podszlifują swoje dzieło, by błysnęło pełnym blaskiem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zgoda

Rok 1945, wojna powoli zmierza ku końcowi. Gdzieś na Śląsku Urząd Bezpieczeństwa na terenie dawnego obozu pomocniczego (tytułowa Zgoda w Świętochłowicach) dla Auschwitz, powstaje obóz pracy dla zdrajców narodu (Niemców, Ślązaków, sprzedajnych Polaków oraz osób niewygodnych dla władzy). Tutaj trafiają dawni przyjaciele sprzed wojny: Erwin (więzień) oraz Franek (strażnik), a ich motywacją jest miłość do kobiety, także przebywającej w obozie (Anna).

zgoda1

Debiutujący reżyser Maciej Sobieszczański postanowił opowiedzieć historię kompletnie nieznaną oraz bardzo niewygodną dla nas. Akcja znajduje się w takim momencie zawieszenia między starym porządkiem, który jeszcze nie minął, a brutalnie wchodzącym nowym rozdziałem. Już na sam początek dostajemy starą fotografię naszych bohaterów, co narzuca nam pewną relację między nimi. Ale opowieść poznajemy z perspektywy Franka, który chce pracować w obozie, by uwolnić swoją ukochaną. Ale to nie będzie takie proste zadanie. Historia tego trójkąta jest dość ograna i w zasadzie łatwo można przewidzieć ciąg dalszy. Ciekawsze było jednak dla mnie tło, czyli czas, gdy zwycięzcy (Polacy) postanawiają się zemścić na Niemcach. Bo zabili ojca, męża, przyjaciela, narzeczoną, bo są źli. A fakt, że komendant jest Żydem, jeszcze bardziej podsyca tą nienawiść. Dawna przyjaźń staje się balastem, a liczy się tylko i wyłącznie przetrwanie lub upodlenie drugiej strony. Tylko, że to całe tło jest ledwo liźnięte, a reżyser próbuje skupić się na tym miłosnym trójkącie.

zgoda2

Przeżyłbym to, gdyby nie jeden istotny szkopuł: o samych bohaterach nie wiemy zbyt wiele. Nie są zbyt mocno zarysowani, a jest psychologiczne portrety nie do końca przekonują. Surowa forma (śladowe dialogi, długie kadry oraz kamera wręcz przyklejona do bohaterów) bardzo przeszkadza wejść w ten świat, choć jest kilka sugestywnych scen jak nocne upokorzenie Niemców z okazji zakończenia wojny (padnij, powstań na golasa). I to buduje bardzo mroczny, niepokojący klimat. Z drugiej strony scenariusz ma bardzo luźną konstrukcję składającą się ze scenek, niekoniecznie mających ciąg przyczynowo-skutkowy. Przez co „Zgoda” (pora paroma momentami) większość czasu mnie nużyła.

zgoda3

Nawet aktorzy nie są w stanie wycisnąć wiele ze swoich postaci, by uczynić je pełnokrwistymi bohaterami. Problem sprawia nasz główny bohater Franek (nieznany Julian Świeżewski), czyli młody, naiwny chłopak, próbujący uwolnić swoją miłość, a jego przemiana z ofiary w kata jest zbyt gwałtowna, za szybka i nie kupuję tego. Pozostałe czubki tego trójkąta (Zofia Wichłacz oraz Jakub Gierszał) dają sobie radę, ale materiału do grania nie mają zbyt wiele – brakuje głębszego poznania tych bohaterów, przez co trudno nawiązać emocjonalną więź. Z drugiego planu bardziej wybija się Danuta Stenka (matka Franka) oraz Wojciech Zieliński (komendant), ale to za mało.

„Zgoda” mogła być mocnym, trzymającym za gardło dramatem o miłości w czasach wręcz Apokalipsy. Ale cała para poszła w gwizdek – szczątkowy scenariusz oraz słabo zarysowane postacie nie pozwalają się zagłębić jak mocno i zaangażować się tak, jak chcieliby tego twórcy.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Powidoki

Nikt się nie spodziewał, że „Powidoki” będą ostatnim filmem Andrzeja Wajdy. Reżyser, uważany za osobę numer jeden w polskim kinie, postanowił opowiedzieć o Władysławie Strzemińskim – jednym z twórców sztuki awangardowej, postacią barwną i intrygującą. Tylko, że Wajda postanawia się skupić na ostatnich latach malarza.

powidoki1

Strzemińskiego poznajemy na początku, gdy prowadzi wykład plenerowy. Sam malarz rozstał się ze swoją żoną, rzeźbiarkę Katarzynę Kobro. Studenci go uwielbiają, szanują, podziwiają. Traktują go jak mistrza, ale jest rok 1949 i ówczesna władza żąda podporządkowania sztuki wobec wymogów realizmu socrealistycznego. Strzemiński odrzuca socrealizm i przez to staje się wrogiem publicznym nr 1. Reżyser mocno idealizuje swojego bohatera jako człowieka, będącego przeciwnikiem socrealizmu i będącego wiernym samym sobie. Sama realizacja i sposób konstrukcji jest bardzo klasyczny, wręcz staroświecki. Jest tu wiele scen wykładów, informacje o bohaterze poznajemy w dialogach, a wszystko idzie w jednym kierunku. Albo podporządkowanie i ślepe posłuszeństwo, albo zapomnienie i śmierć. Niekoniecznie fizyczna (minister kultury mówiący, że Strzemińskiego „należy wyrzucić pod tramwaj”), bo człowieka można zniszczyć i zabić na wiele, wiele sposobów: pozbawiając godności, możliwości pracy (nieważna legitymacja, niszczenie obrazów).

powidoki2

Wtedy reżyser potrafi uderzyć czasami niepokoju, mroku i czasów terroru. Na tym polu „Powidoki” sprawdzają się dobrze. Czuć zaszczucie bohatera, robi się coraz mroczniej, mieszkanie coraz bardziej puste, a ludzie się odsuwają (może poza Julianem Przybosiem). Absurd tych czasów potrafi wybrzmieć, nawet nieobecność Katarzyny Kobro (tego wątku brakuje najbardziej) daje większy portret Strzemińskiego jako ojca – słabego ojca, skupionego tylko na sobie i sztuce. Szkoda tylko, że tych scen jest tak mało, bo siła rażenia byłaby dużo większa.

powidoki3

Jedna rzecz jeszcze Wajdzie wyszła: Bogusław Linda w roli Strzemińskiego. Aktor kojarzony głównie z rolami twardzieli i macho, tutaj bardzo skupiony, wręcz wyciszony. Nawet ta deklaratywność dialogów (wykłady) jest wybroniona, dając pełny portret artysty „wyklętego”. Reszta postaci jest tylko tłem dla niego, zrobiona według szablonów: politycznych skurwysynów (Szymon Bobrowski jako minister kultury i Andrzej Konopka jako personalny), zapatrzonych studentów (tutaj, o dziwo wybija się Zofia Wichłacz jako „zakochana” Hania) oraz córkę, będącą wspomnieniem po zmarłej żonie (najsłabsza z obsady Bronka Zamachowska).

powidoki4

„Powidoki” to dziwny film, w którym Wajda wypowiada się w kwestii relacji sztuka-władza, co dzisiaj wydaje się dziwnie aktualne. Na tym polu reżyser wygrywa, dając sporo ognia. Jako portret Strzemińskiego wydaje się niekompletny, troszkę wybielony, pozbawiony pazura. Troszkę nieudane pożegnanie mistrza z kinem.

6/10

Radosław Ostrowski

Amok

O sprawie Krystiana Bali każdy słyszał bardziej lub mniej. Pisarz, który został oskarżony o morderstwo, a materiałem dowodowym była tylko i wyłącznie jego powieść „Amok”. Mężczyzna został skazany na 25 lat i przyniosła autorowi upragniony rozgłos. W końcu musieli zainteresować się nią filmowcy, co stało się zadaniem dla Kasi Adamik.

amok1

Samo śledztwo nie jest tutaj najważniejsze, choć wszystko zaczyna się od znalezienia ciała. Pierwsze minuty mówią o Bali więcej niż się, a reżyserka ciągle podpuszcza. Krwawa scena morderstwa (na widok odcinanych nożem piersi odwróciłem wzrok) okazuje się tylko wytworem wyobraźni. Takich onirycznych fragmentów będzie coraz całość, budując coraz bardziej mroczny klimat. Podobnie robi to świdrująca uszy muzyka elektroniczna, niemal żywcem wzięta z ostatnich filmów Davida Finchera oraz bardzo stonowane, wręcz bazująca na oświetleniu zdjęcia, niemal wyprane z kolorów. Dla twórców kluczem jest psychologiczna rozgrywka między Krystianem Balą a prowadzącym śledztwo inspektorem Sokolskim. Praktycznie do samego końca nie wiemy, czy Bala naprawdę jest mordercą czy tylko facetem mającym obsesję na punkcie przemocy. Wiadomo, na czym mu naprawdę zależy: rozgłos, sława, pieniądze, uznanie. Śledczy próbuje pisarza złamać w bardziej subtelny sposób, prosząc go o pomoc w sprawie (troszkę przypominało to telewizyjnego „Hanibala”, gdzie też główni antagoniści „obwąchiwali się”) i rodzi się pytanie, kto kogo pierwszy oszuka, rozgryzie i wyprowadzi w pole.

amok2

Jednocześnie Adamik pokazuje coś w rodzaju degeneracji człowieka, który swoimi grafomańskimi tekstami zdobywa rozgłos i sławę (mocno pokazują sceny, gdy Bala jako gwiazda odwiedza media, ma spotkania z czytelnikami). Silnie widać pewną fascynację złem, zepsuciem, zbrodnią – zawsze tak było, ale tutaj ma to w sobie dużą siłę. Autorka próbuję pogłębić psychologiczne portrety przeciwników, chociaż początkowo można odnieść wrażenie stosowania klisz. Ale to zupełnie nie przeszkadza. Problemem dla mnie były sceny z byłą żoną Bali, które niby miały pokazać jak dokonania męża oddziałują na nią, ale to tylko wybijało mnie z rytmu.

amok3

Adamik, poza kilkoma wstawkami z surrealistyczną otoczką, mocno trzyma się faktów i świetnie aktorów. Pozytywnie zaskakuje Mateusz Kościukiewicz, który ostatnimi laty marnował swój potencjał. Wycofanie bohatera, troszkę nerwowe spojrzenia i czasami bełkotliwe wypowiedzi tworzą dziwaczną mieszankę, budzącą fascynację. Ale jeszcze lepszy jest Łukasz Simlat w roli zmęczonego życiem inspektora, prześladowanego przez swoje demony. Obydwu panów zaczyna łączyć obsesja na punkcie morderstwa, tylko motywy działań są kompletnie różne. Na drugim planie wspiera duet Mirosław Haniszewski (policjant Marek), a źródłem irytacji staje się Zofia Wichłacz jako Zofia Bala (samym sposobem mówienia potrafiła zdenerwować).

amok4

„Amok” trafnie opisuje głównego bohatera, co chciałby być kimś wielkim, a okazuje się pustym postmodernistycznym zbiorem cytatów, czerpiących z tego i owego twórcy. Jest mroczne, ambitnie i z dużą dawką tajemnicy, jednocześnie świadome konwencji noir. Bardziej czuć obecność Lyncha, ale potrafi to wszystko wciągnąć.

7/10

Radosław Ostrowski

Miasto 44

Chyba żaden film polski nie wywołał ostatnio takich emocji jak „Miasto 44”. Film skupia się na postaci Stefana, który zostaje zaprzysiężony kilka dni przed powstaniem.

miasto_44_1

Jan Komasa zaskakuje tutaj nie tylko rozmachem, niemal hollywoodzkim, ale też całkiem nieźle oddaje atmosferę czasu powstania: od euforii (za 2-3 dni, będzie po wszystkim) przez zniechęcenie po grozę i bezwzględność działań powstańczych. Można się przyczepić, że realizacja jest bardzo współczesna i nowoczesna, a bohaterowie są płascy i mało ciekawi (a wątek miłosny między Stefanem i Biedronką – niemal na granicy kiczu). Komasa nie próbuje się bawić w publicystykę czy atakować polityków, ale pokazuje młodych ludzi w czasach, gdy gotowość na oddanie swojego życia za swój kraj było czymś naturalnym. I im dalej trwa powstanie, tym bardziej widać beznadzieję sytuacji – jest coraz mocniej, brutalniej (z obowiązkowym slow-motion) i parę scen na pewno wielu zmiażdży emocjonalnie. Na mnie największe wrażenie zrobiły sceny w kanałach (niemal iście horrorowa strona plastyczna) oraz w piwnicy obrzuconej granatami, gdzie zabijano cywili. To na takich scenach budowany jest ten film, choć może wielu znudzić ten teledyskowy montaż oraz wpleciona muzyka (m.in. dubstep).

miasto_44_2

O aktorstwie pokrótce powiedziałem, że jest i nie przeszkadza. Bohaterowie mają być na tyle wyraźni, żeby było ich widać, ale o sympatii można zapomnieć, gdyż w każdej chwili mogą zniknąć z ekranu. Tak naprawdę najbardziej warci zapamiętania byli wcielający się w dowódców Tomasz Schuchardt („Kobra”) oraz Michał Żurawski („Czarny”). Dominuje tutaj młoda grupa aktorów z mało znanymi (jeszcze) twarzami, z wyjątkiem Antoniego Królikowskiego („Beksa”) i robią co mogą, radząc sobie poprawnie.

miasto_44_3

Komasa miał ambicje bycia drugim Wajdą. Plusem na pewno jest to, że stara się unikać patosu i pokazuje powstanie bez słodzenia i ogródek – jako okrutna walka, jak zresztą każda wojna. Problem w tym, że postacie były mi obojętne, a coraz mocniejsze i brutalniejsze sceny mogły działać odstraszająco. Wyraźnie adresowane dla młodego widza z pokolenia Facebooka. Na pewno nie przejdziecie obojętnie wobec niego.

Radosław Ostrowski