Animacja dla dorosłych to nie jest coś z czym kojarzy się polskie kino. Jasne, były dzieła Antonisza czy Rybczyńskiego, ale to było dawno temu. Teraz w tym kierunku podąża Mariusz Wilczyński – reżyser o bardzo wyrazistym, pozornie uproszczonym stylu wizualnym. Po realizacji krótkometrażówek i teledysków mamy w końcu pełnometrażowy debiut. Praca nad nim trwała 14 lat, zaś wiele osób użyczających głosów nie dożyło do końca. Efekt jest dość intrygujący.

Trudno tutaj mówić o fabule, bo „Zabij to…” przypomina raczej płynący nurt świadomości. Czas i przestrzeń idą ze sobą, a przeszłość z teraźniejszością zacierają się. Dzieciństwo osadzone w realiach PRL-u wydaje się nie kończyć. Ciągle widać dym z kominów, jest dancing, jeżdżą tramwaje, gdzieś świeci się neon do czegoś, o czym nikt nie pamięta. Można powiedzieć, że jest tu pięknie, pod warunkiem, iż jest się fanem turpizmu. Ale nie tylko świat jest brzydki, lecz także i ludzie, wręcz groteskowi, zdeformowani, brzydcy. Nie ważne, czy jest to Mariuszek (jestem więcej niż pewny, że to sam reżyser) – zarówno jako dziecko, jak i dorosły, myśląca o swoim synu oraz zakupach Jadwiga, umierająca matka Mariuszka, paląca papierosy ekspedientka w sklepie czy para staruszków w pociągu (z czego on ma dziób ptaka). No i jest jeszcze Tadeusz Nalepa – przyjaciel Mariuszka, którego muzyka zostaje wykorzystana, tworząc bardzo specyficzny klimat.

Realizacyjnie jest to zdecydowanie dzieło dla dorosłych. Nie tylko z powodu widocznych genitaliów, ale też paru brutalnych scen. Nie chodzi tu nawet o rzucane bluzgi, lecz bardzo surrealistyczne obrazy. Choćby w scenie, gdzie zamiast ryb zabijani i patroszeni są… ludzie, tylko pomniejszeni, rozmiaru ryb czy choćby kiedy dorosły Mariuszek trafia do łóżeczka jak dziecko, zaś rodzice chcą puścić mu bajkę. Ale nie wszystko idzie zgodnie z planem, co doprowadza do kłótni o przyszłość chłopaka. Jeszcze pojawiają się sceny niemal z „Mistrza i Małgorzaty”, zaś wszystko ma chwytliwe, wyraziste, choć jednocześnie takie urwane. Jakby wszyscy tylko gadali, a nie rozmawiali ze sobą.

Czym jest tytułowe To, które trzeba zabić? Mam pewne podejrzenia, ale reżyser nie daje żadnej odpowiedzi. Film zmusza do skupienia oraz uważnego oglądania, pozwalając na różne interpretacje. I to może być największa frajda dla każdego widza. O ile zaryzykuje i będzie miał otwartą głowę.
7/10
Radosław Ostrowski
