Central Park – seria 1

Nie ma bardziej ikonicznego miejsca w Nowym Jorku niż Central Park – chyba jeden z największych parków świata. Tu można zrobić masę rzeczy: spacerować, jeździć na rolkach, śpiewać, tańczyć itp. Choć w filmach to miejsce pojawiało się wielokrotnie, nigdy nie stało się samodzielnym bohaterem. Do teraz, kiedy Apple TV+ zrealizowało serial animowany, za który odpowiadali Loren Bouchard („Bob’s Burgers”), Nora Smith oraz Josh Gad. Co mogło z tego powstać?

Bohaterem tego serialu jest Owen (Leslie Odom Jr.), który pełni funkcję nadzorcy tytułowego parku. Mieszka w znajdującym się w Central Parku domu, będącym takim zmodyfikowanym zamkiem z żoną Paige oraz dwójką dzieci: Molly i Cole’m. Wszystko opowiada tutaj śpiewak Birdie (Josh Gad), będącym tutaj narratorem. Owen próbuje dbać o park, chcąc docenienia swojej pracy, Paige jest dziennikarką lokalnej gazety, zaś dzieciaki mają swoje problemy. Cole jest aż zbyt wrażliwy, zaś sarkastyczna Molly piszę własny komiks superbohaterski i… zakochuje się. W chłopaku, co lubi puszczać latawce. Ale nad parkiem zbierają się czarne chmury, a wszystko z powodu cholernie bogatej Bitsy Brandenham (Stanley Tucci). Kobieta chce wykupić Central Park i zbudować na nim osiedle dla elity.

„Central Park” wygląda jak coś w stylu „Simpsonów”, „Family Guya” czy wspomnianego „Bob’s Burgers” i jest mniej wulgarny jeśli chodzi o humor. Co nie znaczy, że nie jest to komedia. Bardziej zadziwiający jest fakt, że serial jest… musicalem. Choć każdy odcinek trwa około 25 minut, mamy co pięć minut piosenkę. W różnych stylach: od godnych Broadwaya po rocka i rap. Napisane z jajem (m.in. o parku, bohaterach czy… rzekomo panoszących się szczurach), bardzo chwytliwe i zapadające jak pierwszy utwór o Central Parku albo rapowany numer pokojówki Bitsy (Daveed Diggs), łasej na jej majątek. Numery pozwalają przerzucić parę gagów w trakcie wykonania oraz na zabawę formą, co tworzy mieszankę wybuchową. Ale serial nie jest tylko serwowaniem śmiechu oraz poprawie naszego samopoczucia, choć to robi znakomicie.

Bo w serialu mamy poruszana dość poważne tematy, nie tylko związane z parkiem czy dbaniem o przyrodę (i jak nadmierne trzymanie się liter prawa może przynieść wiele szkód), ale także kwestii dojrzewania, rodzicielstwa, odpowiedzialności. Przy okazji obrywa się najbogatszym, którzy są mocno oderwani od rzeczywistości, narcystyczni, lecz dzięki swoim wpływom są bardzo niebezpieczni. Każdy odcinek opowiada inną historię, choć głównym spoiwem są próby zdyskredytowania pracowników Central Parku na różne sposoby, m. in. nie przyjmowanie śmieci, wynajęcie graficiarza w celu dokonania aktów wandalizmu czy nasłanie pedantycznej urzędniczki. Choć pierwszy sezon kończy się happy endem, nie można pozbyć się wrażenia, że to dopiero rozgrzewka przed najważniejszym starciem.

Mało wam argumentów za? Do tego jeszcze mamy absolutnie rewelacyjną obsadę głosową, która gra i śpiewa tak, że mucha nie siada. Nie mam kompletnie zastrzeżeń na tym polu, a udało się zebrać cudną ekipę. Fantastyczni są członkowie naszej rodzinki, czyli Leslie Odom Jr. (Owen), Kathryn Hahn (Paige), Kirsten Bell (Molly) oraz Tituss Burgess (Cole). Świetnie się sprawdza także Josh Gad, czyli nasz trubadur Birdie. Narrator, troszkę ironiczny oraz samoświadomy, jest jedyną postacią zwracającą się bezpośrednio do nas, wnosząc wiele humoru także swoim śpiewem. Ale prawdziwą niespodziankę zrobił duet Daveed Diggs/Stanley Tucci, czyli parę naszych antagonistek. Tucci w roli Bitsy jest bardzo sarkastyczna, przebiegła oraz ma o sobie bardzo duże mniemanie, zaś jej służąca Helen (Diggs) jest coraz bardziej zmęczona pracą z Bitsy. I najchętniej położyłaby ręce na jej majątku, który chce przepisać… psu.

Pierwszy sezon „Central Park” okazał się dla mnie równie przyjemną niespodzianką jak „Ted Lasso”. Nie wydawał się na pierwszy rzut oka czymś interesującym, lecz animowany musical dla dorosłych (choć bez prostacko-wulgarnego humoru) z masą absurdalnych sytuacji, fantastycznego aktorstwa oraz cudownych piosenek. Jak już zaczniecie i wchłoniecie ten świat, to już stąd nie będziecie chcieli wyjść. Chyba, że nie lubicie musicali, na co już nie poradzę.

8/10

Radosław Ostrowski

Buzz Astral

Pixar i prequel wydaje się teoretycznie dobrym połączeniem, ale w praktyce („Uniwersytet Potworny”) raczej to nie działa. Przynajmniej dla mnie. Dlatego nie specjalnie liczyłem na samodzielny film o Strażniku Kosmosu, który stał się potem zabawką. Tak, chodzi o Buzza Astrala, którego kupił niejaki Andy. Dlaczego? Bo obejrzał pewien film, który został pokazany także i nam.

buzz astral1

Poznajemy naszego bohatera, gdy wyrusza razem z ekspedycją na nieznaną planetę. Zbadać ją, czy się nadaje do zamieszkania, czy może jednak uciec i odlecieć w siną dal. Okazuje się, że planetę zamieszkują paskudne pnącza, zgarniające wszystko i wszystkich na swojej drodze. Podczas próby ucieczki prowadzony przez Astrala statek uderza o skałkę i zostaje uziemiony. Chcąc nie chcąc cała wyprawa stawia bazę, pracując nad stworzeniem kryształu, by móc osiągnąć hiperprędkość. I w ten sposób wyrwać się z planety. Pierwszy próbny lot kończy się niepowodzeniem, jednocześnie dochodzi do zaskakującego odkrycia: parę minut w kosmosie na planecie trwa cztery lata. Więc z czasem kolejne podejścia stają się mniej opłacalne, zaś osadnicy przyzwyczajają się do nowego środowiska. Poza Buzzem, którego nic tu nie trzyma. Robi kolejne loty, a po drodze dostaje mechanicznego kota (Kotex), będącego prezentem od starej przyjaciółki.

buzz astral2

Tak wygląda pierwsze 30 minut filmu, gdy w końcu staje się najważniejsze: udaje się skonstruować kryształ i kolejny lot (nielegalny) zakończony zostaje sukcesem. Jednak podczas lądowania dzieją się dziwne rzeczy. Po pierwsze, baza otoczona jest laserową barierą, więc wszelka komunikacja jest niemożliwa. Po drugie, nad planetą orbituje statek kosmiczny, z którego wylatują roboty. Czego chcą? Nie wiadomo. Po trzecie: poza Buzzem znajduje się trójka rekrutów, w tym wnuczka partnerki (zawodowej) naszego herosa. I z tym składem muszą powstrzymać Zurga.

buzz astral3

Od skrętów w SF, czerpiącego z „Interstellar” (zaginanie czasoprzestrzeni) i „2001: Odysei kosmicznej” (wizualne pokazanie zaginania czasoprzestrzeni) po skręt w bardziej przygodowe kino. Ze wszystkich produkcji Pixara „Buzz Astral” wydaje się najbardziej naładowany akcją i sprawia wrażenie animowanego odpowiednika blockbustera. Pościgi, trochę strzelania, wiele humoru oraz świetna technicznie animacja. A jak jeszcze zagra muzyka Michaela Giacchino, może opaść szczęka z wrażenia. Jednak samej historii brakuje mocnego kopa, bo idzie po sznurku (choć wyjaśnienie kim jest Zurg mnie zagięło) i humor trochę nie trafiał do mnie. Chyba za bardzo jest zaadresowany dla młodego widza, co raczej rozczarowuje. Aczkolwiek doceniam zawarte tu przesłanie, a nawet kilka przesłań. Że nie zawsze można wszystko załatwić w pojedynkę, że czasem upór i determinacja bardziej przeszkadza niż pomaga oraz że zaadaptowanie się do nowego otoczenia nie musi oznaczać klęski.

buzz astral4

W ogólnym rozrachunku „Buzz Astral” to tylko (lub aż) solidne kino spod ręki Pixara. Najbardziej dynamiczne i widowiskowe, świetne technicznie oraz głosowo (w końcu Buzz brzmi jak sam Kapitan Ameryka). Fabularnie nie robi aż takiego wrażenia, ale to i tak sympatyczny sposób na spędzenie półtorej godziny.

7/10

Radosław Ostrowski

Kot w butach: Ostatnie życzenie

Jam Puszek Okruszek – tak się przedstawił po raz pierwszy w drugim „Shreku”. Ładne buty, kapelusz, szpada oraz waleczność. Skradł cały ekran dla siebie i powracał w kolejnych częściach, wreszcie dostał nawet swój własny film. To było jednak w 2011 roku, zaś o samym filmie mało kto pamiętał. Teraz jednak nasz heros powraca, choć nikt go nie potrzebował. A może jednak był nam potrzebny, tylko o nim zapomnieliśmy?

Więc co robi nasz Puszek – el gato, el mitos, la leyenda? Nic się nie zmienił, czyli zgrywa twardziela, oszukuje przeznaczenie oraz walczy choćby z takim obudzonym monstrum. Oczywiście robi to w sposób widowiskowy, z szaloną muzyką w tle i brawurą jaką tylko On posiada. Ale wszystko kończy się nagle uderzeniem dzwonu. Ktoś mógłby powiedzieć, że koty mają przecież dziewięć żyć i nasz futrzasty heros odrodzi się. Jest jednak pewien problem – zostało mu tylko jedno życie. Czyżby to był koniec Kota w Butach i jego heroicznych czynów? Zwłaszcza jak w barze pojawia się wilk w kapturze, który wydaje się być nie do pokonania. Choć ma przy sobie tylko dwa sierpy i walka kończy się ucieczką.

Czy może być gorzej? Emerytura w kociej rezydencji, gdzie musi przyzwyczaić się do nudnej egzystencji, jedzenia kocimiętki oraz załatwiania się w kuwecie. Przy tym lobotomia wydaje się lepszym rozwiązaniem. Jest jednak rozwiązanie: gwiazdka z nieba, co spełnia każde życzenie. Trzeba ją tylko znaleźć w Czarnym Lesie. Problem: mapę do miejsca jej lokalizacji posiada właściciel dużego przedsiębiorstwa Jacek Placek, a chce ją zajumać Złotowłosa z trzema Misiami. Plus jeszcze jest dawna znajoma Puszka, Kitty Kociłapka. Kto wygra ten wyścig?

„Ostatnie życzenie” zaskakuje wizualnie, mocno czerpiąc z estetyki znanej ze „Spider-Man: Uniwersum”. Czyli w scenach akcji zmniejsza się klatkaż, przez co wyglądają one w bardzo komiksowym stylu. Choć ja mam wrażenie, że tła i szczegóły wyglądają jakby zostały… namalowane. Najbardziej odczuwalne jest w Czarnym Lesie przy krajobrazach. Te w zależności od tego, kto używa mapy zmieniają się (bo mapa buduje świat na podstawie życiowych doświadczeń) i robi to piorunujące wrażenie. Stylistyka bardzo wyróżnia się wobec poprzednich produkcji DreamWorks, który zaczyna odzyskiwać siły oraz pokazuje, że jest w stanie stanowić konkurencję dla Pixara, Disneya czy Sony Animated. Jednocześnie bardzo zaskakuje to jak film traktuje temat strachu przed śmiercią (niemal każde spotkanie Kota z Kostuchą kończy się ucieczką i może przypominać sceny z horroru) i rozwiązuje to bez wygłupów oraz śmieszkowania. Może sama droga oraz rozwiązanie nie zaskakuje, to jednak nie ma tu miejsca na nudę. Akcja pędzi na złamanie karku, sceny pościgów oraz walk oszałamiają, zaś twórcy nie biorą jeńców. Zdecydowanie produkcja nie dla bardzo młodego widza.

Pochwalić za to muszę polską wersję językową, za którą odpowiada Bartosz Wierzbięta. Jeśli spodziewacie się walenia odniesieniami do naszej popkultury, nie macie się czego bać. I samo tłumaczenie brzmi w porządku, same imiona też nie wywołują zgrzytów, choć zdarza się parę momentów zapikanych (ciekawe czy w oryginale też jest taka sytuacja). Do roli Kota wraca Wojciech Malajkat i robi to z taką łatwością przekazują tą energię, pewność siebie jak też bardziej poważniejsze momenty. Kapitalna robota, tak samo jak wracającej do Kitty Izabeli Bukowskiej. Chemia między nimi jest po prostu cudna. Z nowych postaci trzeba wyróżnić Sebastiana Machalskiego, czyli (optymistycznie nastawiony pies Perro), Monikę Dryl (Złotowłosa) oraz Roberta Jarocińskiego (Bardzo Zły Wilk). Trudno mi się do kogokolwiek przyczepić, ale z ciekawości sprawdziłbym wersję oryginalną.

„Kot w butach: Ostatnie życzenie” jest szalonym, dynamicznym filmem łotrzykowsko-przygodowym zmieszanym z klimatem spaghetti westernu. I to w świecie baśni, co powinno być absurdalnym miksem. Fantastycznie zrealizowana, pełna akcji, humoru oraz oczopląsu. A jednocześnie potrafi być dojrzałą, miejscami mroczną opowieścią o szukaniu szczęścia, które niekoniecznie musi być tym, czym nam się wydaje. Ogromna niespodzianka na początek roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Apollo 10 1/2: Kosmiczne dzieciństwo

Co się stanie jak swoje siły połączy Netflix i reżyser Richard Linklater? Kolejna inicjacyjna historia, tym razem mocno czerpiąca ze wspomnień samego reżysera. Czyli skupiamy się na wakacjach roku 1969, gdy Amerykanie szykowali się do lądowania na Księżycu.

Sama nazwijmy to historia toczy się dwutorowo. Po pierwsze, skupiamy się na Stanie – młodym chłopaku z Houston oraz jego rodzinie. Po drugie, naszego bohatera odwiedzają w szkole dwóch facetów w czerni. To agenci FBI współpracujący z NASA, którzy proszą o przetestowanie… kosmicznego pojazdu mającego lądować na Księżycu. Pojazd jest za mały dla dorosłego, lecz dla dziecka w sam raz. Propozycja nie do odrzucenia, o której nie może nikomu powiedzieć. Czyli misja Apollo 10 ½, gdzie te historie się przeplatają.

apollo 10.5-1

Chociaż nazwanie tego historią jest bardzo na wyrost. Bo to wszystko przypomina zbiór anegdotek, niejako pełniących zapis wspomnień oraz wskrzeszeniem dawnej epoki. Czasów, gdzie wierzono w nieskończone możliwości człowieka. Kiedy wierzono, że to będzie początek podboju kosmosu i wkrótce będziemy na Księżycu mieszkać. Czasy rock’n’rolla, spędzania czasu przed telewizorem (zwłaszcza jak były takie seriale jak „Strefa mroku”, „Dark Shadows” czy „The Andy Griffith Show”), z sąsiadami, ich dziećmi. To wszystko wydaje się ciągiem świadomości, gdzie wyobraźnia i rzeczywistość mieszają się ze sobą. Przypomina to obserwowanie albumu ze zdjęciami, co uruchamia pewne wspomnienia. A jeśli do jakiegoś filmu musiałbym porównać „Apollo 10 ½”, to najbliżej byłoby do… „Boyhood”. Tylko nie rozpychając się tak mocno w czasie.

apollo 10.5-2

Film zrealizowano uwielbianą przez reżysera mieszanką rotoskopii z ręcznie rysowaną animacją. I ta zbitka czyni ją bardzo unikatowym doświadczeniem. Animacja jest zarówno bardzo płynna, zaś sceny z użyciem archiwalnych materiałów czy fragmentów filmów/seriali nie wywołują dezorientacji. Trudno mi było oderwać wzrok, zaś wiele ujęć (m. in. szkolenie w NASA czy przygotowanie posiłków) są wręcz przepiękne. Całości dopełnia offowa narracja dorosłego bohatera, mówiącego głosem Jacka Blacka.

apollo 10.5-3

„Kosmiczne dzieciństwo” potwierdza tylko, że połączenie Linklater + kino inicjacyjne/animacja gra i buczy. Jest bardzo nostalgicznie, migawkowo, jednak jest w tym pewna autentyczność oraz szczerość. Bo każde wspomnienie nie jest odtworzeniem danej sytuacji, tylko jej interpretacją, co może sugerować ostatnie zdanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 3

Sztandarowa antologia Netflixa wyprodukowana przez Davida Finchera i Tima Millera to jedna z bardziej nierównych rzeczy. Ale to jest przecież reguła w przypadku antologii, że nierówny poziom jest wpisany, gdzie miesza się horror, SF, dramat, kino akcji. Do wyboru, do koloru. Pierwszy sezon miał za dużo odcinków, drugi z kolei był za mało zróżnicowany wizualnie i wszystkie odcinki zlewały mi się w jedną estetykę. Trzeci sezon wydaje się poprawiać te błędy i jest najbardziej różnorodny wizualnie.

Nadal jest to mieszanka SF, gdzie czasem pojawia się humor, akcja, horror albo parę z tych elementów naraz. Ciągle dominuje technika animacji komputerowej, ale nawet ona potrafi wyglądać inaczej. Bywa realistyczna (mroczna, morska „Niekomfortowa podróż”), umowna („Szczury Masona”), a nawet fotorealistyczna (oszołamiające „Jibaro”). Dominują tutaj bardziej elementy horrorowe, gdzie otoczka fantastyki czerpana albo jest z mitologii, albo Lovecrafta oraz wojna. Wszystko, by pokazać ludzkość o różnych obliczach: chciwych, głupich, egoistycznych, stawiających siebie na pierwszym planie jak i zdolnych do poświecenia, heroizmu, empatycznych. Głównie osadzone albo w przyszłości, albo w teraźniejszości. I ogląda się to znakomicie, także dzięki krótkiemu czasowi trwania. A jakie są ulubione odcinki? To już wam mówię.

Zdecydowanym faworytem jest finałowe „Jibaro”, osadzone w nieokreślonej przeszłości czasów konkwistadorów. Jeden z rycerzy jest niesłyszący i jest jedynym ocalonym masakry. Co ją wywołało? Tajemnicza kobieta z jeziora, niemal ozłocona wszelką biżuterią, klejnotami i ozłoceniami, która niczym syrena swoim głosem doprowadza do obłędu. Wygląda to obłędnie, wręcz jakbym oglądał film live-action, do tego całkowicie pozbawiony dialogów i bardzo otwarty na interpretację. Bardzo sensualny odcinek oraz najbardziej niezwykła rzecz od czasu „Zima Blue” (aczkolwiek nie na tym poziomie).

Drugi ulubiony odcinek to „Niekomfortowa podróż”, którą wyreżyserował sam David Fincher. Tym razem osadzona gdzieś w XVII/XVIII wieku opisując morską wyprawę, która zostaje przerwana przez przedarcie się tajemniczego monstrum. Wyglądającego jak zmutowany krab, który ma jeden cel: dotrzeć do zaludnionej wyspy, której mieszkańcy robiliby za żarcie. Jednak pełniący rolę kapitana Torrin ma inny plan, czyli oszukanie bestii i zostanie na oddalonej od celu przeznaczenia opuszczonej wyspie. Ale czy reszta załogi zgodzi się na ten plan? Zdecydowanie mroczna opowieść (dziejąca się głównie w nocy, przez co czasem trudno coś zobaczyć), z kilkoma twistami, napięciem oraz brutalnym finałem.

Zaskoczeniem była krótka „Noc minitrupów”, czyli… apokalipsa zombie. W formie animacji poklatkowej, z użyciem małych modeli. To najzabawniejszy odcinek, pokazującej jak jeden durny incydent (parka pojechała na cmentarz, by… uprawiać seks i przy okazji zdemolowali miejsce) eskaluje do totalnej katastrofy ogarniającej całą planetę (od Paryża przez Tokio po Watykan). Perspektywa izometryczna zmieszana z coraz większym chaosem i zniekształconymi dialogi tworzy cholernie śmieszny, choć z gorzką refleksją pokazującą jak małe są nasze problemy z perspektywy kosmosu.

Jeśli szukacie akcji i krwawej jatki, zdecydowanie powinniście sięgnąć po „Kill Team Kill”, gdzie grupka żołnierzy (niemal żywcem wyjęta z kina akcji lat 80.) mierzy się z miśkiem grizzly. Ale ten zwierzak to tajna broń genetyczna stworzona przez CIA i pokonać to bydle nie będzie. Odcinek jest brutalny, krew leci we wszystkich strumieniach, a napięcie jest rozładowywane one-linerami. Poważniej podchodzi do tego aspektu „Pochowani w podziemnych korytarzach”, gdzie oddział wojskowy ma odbić zakładnika z rąk talibów. Wchodząc do jaskini muszą zmierzyć się z o wiele poważniejszym zagrożeniem. Czuć tutaj ducha Lovecrafta, ale także i „Aliens” (pierwsza potyczka z jaskiniowymi mini-piraniami). „Szczury Masona” są nawet jeszcze brutalniejsze, a wszystko z powodu wytępienia myszy ze stodoły. Przy pomocy nowej technologii. Wierzcie mi, zrobi wam się bardzo nieprzyjemnie.

Powiem szczerze, że nie byłem przekonany, by wrócić do tej antologii. Choć nigdy nie byłem w stanie się przyczepić do poziomu wizualnego, to jednak fabularnie było parę chybionych strzałów. Lub mniej angażujących historii. Trzecia seria wydaje się zachowywać balans między formą a treścią i jest to bardziej różnorodne, także pod względem estetyki oraz metod animacji. Tutaj widzę największy sukces tego sezonu.

8/10

Radosław Ostrowski

DC Liga Super-Pets

Superbohaterszczyzna jeszcze się nam nie znudziła, co pokazują kolejne produkcje zarówno od Marvela jak i DC, a także seriale pokroju „The Boys”. Tym razem jednak Warner zdecydował się na animację w świecie Ligi Sprawiedliwości, lecz z zupełnie innej perspektywy.

Głównym bohaterem „Ligi Super-Pets” jest Krypto – pies, który razem z Kal-Elem przeżyli zagładę planety Krypton. Tak jak pan ma swoje supermoce i pomaga walczyć ze złem. Prawdziwi kumple na śmierć i życie. Problem w tym, że nasz Clark zabujał się w Lois Lane, a plan jest prosty: hajtnąć się. Tylko, że nasz Krypto może znieść to niezbyt dobrze, więc Supcio wyrusza do schroniska, by znaleźć kompana. W tym czasie Lex Luthor knuje, by ściągnąć na ziemię pomarańczowy kryptonit, który (w przeciwieństwie do zielonego) daje supermoce. Nie wie jednak, że działa on tylko na zwierzęta, co postanawia wykorzystać przebywająca w schronisku świnka morska (błędnie nazywana chomikiem z powodu braku sierści) Lulu. Jej cel jest prosty jak w przypadku słynnej myszy laboratoryjnej zwanej Mózgiem: przejąć władzę nad światem. Plus zabić całą Ligę Sprawiedliwości. Udaje się jej zgarnąć fragment meteorytu oraz uciec ze schroniska. Do tego jeszcze porywa (podstępem) Supermena i neutralizuje moce jego pieseła. Lulu jednak nie wie jednak jednego, że jej towarzysze ze schroniska (pies As, wiewiórka Chip, świnka PB i żółwica Merton). Oczywiście, że uda im się uciec, odkryć supermoce i trafią na osłabionego Krypto, a ten prosi ich o pomoc.

super-pets1

„DC Liga Super-Pets” to wiele znajomych tropów kina superbohaterskiego, tylko że to zwierzaki grają pierwsze skrzypce. Potrafią rozmawiać między sobą, ale ludzie nie rozumieją ani słowa. Skąd my to znamy? Ale elementów jest tu więcej: samotnik wyrwany ze znajomego otoczenia, paczka przegrywów z szansą na udowodnienie swojej wartości (plus próba kontrolowania nowych umiejętności), docieranie się „drużyny”, drobne sukcesy oraz finałowa konfrontacja. Jednak mimo znajomych schematów (włącznie z dramatycznym poświęceniem), potrafi wciągnąć. Jak to jest możliwe? Przede wszystkim jest to dobrze napisane, gdzie każdy (zwierzęcy) bohater jest przekonujący. Każdy ma swoje przysłowiowe pięć minut, choć najważniejsi są tutaj Krypton i As. Ich docieranie się oraz zderzenie wynikające z różnych doświadczeń tworzy mieszankę niczym z buddy movie. Służy to przekazaniu pewnych prostych morałów, nie czuć jednak smrodu dydaktyzmu.

super-pets2

Sceny akcji wyglądają spektakularnie, a jednocześnie jest bardzo czytelna i nie męczy oczu (schwytanie reszty członków Ligi Sprawiedliwości w centrum miasta, atak na więzienie czy finał). A gdy w tle gra świetna symfoniczna muzyka, to już adrenalina potrafi podskoczyć. Sama animacja też robi wrażenie, łącząc umowność świata z dynamicznym ruchem postaci. W końcu to superanimals & superheroes. I jeszcze jest sporo humoru: od slapstickowych gagów (pierwsze próby stosowania nowych mocy) po żarty słowne oraz popkulturowe odniesienia. Nasi superherosi też padają ofiarą żartów (śmiertelnie poważny Batman, Superman bawiący się z psem po walce z Luthorem czy narcystyczny Aquaman), pokazując ich w bardzo karykaturalny sposób.

super-pets3

Tutaj trzeba pochwalić polski dubbing, jak i naprawdę zgrabne tłumaczenie. Aczkolwiek zdziwiło mnie, kiedy trzy razy wypowiedź żółwicy została zapikana (w domyśle padło „mięsiste” słowo) i parę tekstów było bardziej zrozumiałych dla dorosłego odbiorcy (piracenie z pewnej strony, co ma w nazwie pewne zwierzę). Z kolei w przypadku głosów jest dobrze, a miejscami świetnie. Fantastycznie sprawdza się nasz duet Krypto/As, czyli Arkadiusz Jakubik i Robert Więckiewicz, którzy mieli masę frajdy z pracy i słucha się ich z wielką przyjemnością. Pewnym zgrabnym zabiegiem był fakt, że w przypadku kilku superherosówherosów podłożono głosy aktorów już grających te postacie czy to w wersji live-action jak Superman (Grzegorz Kwiecień), Wonder Woman (Olga Bołądź) lub Aquaman (Jan Aleksandrowicz-Krasko) czy w animacjach w przypadku Cyborga (Jacek Król z „Młodych Tytanów”) i Batmana (Krzysztof Banaszyk z serii Lego). Mała rzecz, a cieszy. Nie można nie wspomnieć także o świetnej Lidii Sadowej (świnka Lulu), uroczej Annie Smołowik (świnia PG) czy kradnącej szoł Katarzynie Skolimowskiej (żółwica Merton), dopełniającej całego składu.

super-pets4

Animowane „DC Liga Super-Pets” nie ma większych ambicji niż byciem świetnym filmem rozrywkowym, głównie dla młodego widza. Śmieszy, zachwyca dynamiczną akcją, pięknie wygląda i porusza. Tylko tyle i aż tyle, co na seans w wakacji całkowicie wystarczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Nie wychodźcie od razu z kina, bo są dwie (!!!) sceny po napisach.

Mustang z Dzikiej Doliny: Droga do wolności

Nie spodziewałem się, że doczekam się kontynuacji (poniekąd) „Mustanga z Dzikiej Doliny” po 20 latach. Bo co nowego można opowiedzieć w historii o dzikim mustangu na Dzikim Zachodzie? I czemu zdecydowano się na kontynuację po tylu latach? „Droga do wolności” w zasadzie opiera się na serialu Netflixa niż na animacji DreamWorksa i to chyba wyjaśnia czemu mnie to rozczarowało.

Główną bohaterką jest Lucky Prescott, która jest wnuczką biznesmena, aspirującego do urzędu gubernatora. Jej matką była mistrzyni rodeo, jednak zginęła podczas jednego z występów. Dziewczyna była wtedy dzieckiem, więc nic nie pamięta, ale mieszka u dziadka zamiast ojca. Problem w tym, że Lucky nie potrafi odnaleźć się w świecie wyższych sfer i wywołuje spory ferment. Nawet ciotka Cora nie jest w stanie ujarzmić jej temperamentu. Dlatego po kolejnej wpadce dziewczynka zostaje odesłana na wakacje do ojca, którego w zasadzie nie zna. Jak się tam odnajdzie?

Fabuła jest banalna i oparta na prostych kontrastach postaci: niepokorna Lucky, sztywna ciotka Cora, przygnębiony ojciec Jim, twardzi kowboje, empatyczny ranczer. Niestety, każda z postaci jest płaska, szablonowa oraz nieszczególnie interesująca. Nawet zatrudnieni do ich zagrania aktorzy (i to nie byle jacy, bo są m.in. Julianne Moore, Jake Gyllenhaal czy Walton Goggins) nie mają pola do manewru. Lucky zaprzyjaźnia się z innymi dwoma dziewuchami – jedna to czarnoskóra córka ranczera, druga to blondwłosa twardzielka, co ma brata-naciągacza oraz fałszuje okrutnie. Cała ta trójka od razu ma na pieńku z przybyłymi kowbojami, którzy mają tylko jeden cel: ujarzmić dzikie konie i sprzedać je. A jednym z tych koni jest mustang, bardzo podobny do tego z oryginału. Ale ich lider uważnie przygląda się jak dziewczyna próbuje się do niego zbliżyć w mniej siłowy sposób. Co z tego wyniknie? Wiadomo, bo tu wszystko widać jak na dłoni. Tutaj dzieci są o wiele sprytniejsze i mądrzejsze od dorosłych (nawet od bandytów, których inteligencja jest gdzieś na poziomie bohaterów Looney Tunes).

Sama kreska też jest najwyżej przeciętna, pozbawiona detali i jakby skrojona pod produkcję telewizyjną. Niby jest płynna, ale szału nie robi. Nawet poprzednie produkcje DreamWorks wyglądały o wiele lepiej pod tym względem. Humoru jest bardzo na lekarstwo i jako dorosły nie miałem żadnej przyjemności. Nawet sceny galopu koni czy jazdy na nich wyzwalały we mnie tylko obojętność, a to jest najgorsze uczucie jakie może trafić się podczas seansu.

Nie mogę potraktować tego filmu inaczej niż w kategorii bezczelnego skoku na kasę i to jeszcze niskim kosztem. Reżyserzy bez doświadczenia, słaba historia, nieciekawi bohaterowie oraz archaiczna animacja – nie bardzo wiem, komu można polecić taką miernotę.

4/10

Radosław Ostrowski

Minionki: Wejście Gru

Najbardziej ikoniczne istotki studia Illumination, czyli Minionki powracają. Nie byłem jakimś wielkim entuzjastów spin-offu serii „Jak ukraść księżyc”. Za dużo gagów zbyt prostych oraz ogranych, bym mógł się na tym świetnie bawić. Pierwsze „Minionki” zakończyły się w momencie, gdy nasze żółte ziomki trafiły do Gru. Teraz poznajemy początki działalności, gdy jeszcze był dzieckiem.

minionki2-1

Tym razem jesteśmy w połowie lat 70., gdzie działała grupa złodziei zwana Vicious Six – najlepszych, nieuchwytnych i przebiegłych złoczyńców. Teraz szykują najważniejszy skok, czyli kradzież Kamienia Zodiakalnego oraz użycie go podczas chińskiego Nowego Roku w San Francisco. Cała akcja się udaje, jednak szef zespołu Wściekły Kułak zostaje zdradzony i porzucony przez resztę ekipy. Dlatego złoczyńcy organizują casting na nowego członka zespołu. To jest szansa dla 12-letniego Gru, by zabłysnąć i spełnić swoje marzenia o swoim ukochanym, bandyckim życiu. Jednak z racji wieku nie jest traktowany poważnie, więc kradnie kamień, przez co zostanie porwany. Więc nasza ekipa chaotycznych Minionków będzie robić za Liama Neesona, lecz ostatnie bliżej im będzie do działań porucznika Drebina z „Nagiej broni”.

minionki2-2

W porównaniu do pierwszego solowego wejścia Minionków ten film ma bardziej zwartą fabułę i jest czymś więcej niż ciągiem gagów. To jest wręcz heist movie, który miesza różne gatunki oraz konwencje, co czuć od początku. Dostajemy pościg na motorze, następnie scenę zdobycia kamienia niczym z Indiany Jonesa, by na finał dostać czołówkę a’la James Bond. Mało wam? Odrobina fantastyki, demolka, pościgi, mocno absurdalny humor oraz jedna cudna retrospekcji, jakiej nie powstydziłby się Guy Ritchie. Plus (chyba najlepsze momenty filmu) trening kung-fu. Humor oraz akcja są zbalansowane (w finałowej konfrontacji to wręcz idą ręka w rękę), intryga pędzi niczym uderzane kulki na flipperze, zaś wszystko przeplatane jest morałem o sile przyjaźni oraz lojalności w świecie, gdzie jest ona towarem deficytowym.

minionki2-3

Już bliżej jest klimatem do głównej serii, co jest też zasługą relacji między Gru a Kułakiem – od porwania i antagonizmów po sympatię, wręcz szacunek, a nawet zaczyna iść w kierunku mentor-uczeń (improwizowany napad na bank). Wygląda to też świetnie, w tle gra bardzo dynamiczna muzyka, zaś finał – spektakularny i widowiskowy, trzyma w napięciu do końca. Także polski dubbing w reżyserii Bartosza Wierzbięty trzyma poziom, a wracający do roli Gru Marek Robaczewski znowu błyszczy.

minionki2-4

„Wejście Gru” jest oddechem świeżości w serii po pierwszym spin-offie, który dostarcza o wiele więcej zabawy niż sądziłem. Dużo śmiechu, sporo akcji, niegłupi morał oraz miejscami wariackie tempo stanowią gwarancję świetnej zabawy zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kosmiczny mecz

Są takie filmy, które jak się oglądało za dzieciaka, wydawały się najlepszymi dziełami świata. Taki też był “Kosmiczny mecz” z 1996 roku. Tam było wszystko, co mogło się wtedy młodemu kinomanowi podobać: postacie ze Zwariowanych Melodii, ówczesny bóg kosza Michael Jordan oraz decydujący mecz z wysoką stawką. Czego chcieć więcej? Dzisiaj już trochę inaczej się na to patrzy.

Bo powiedzmy sobie to wprost: film Joe Pytki to w zasadzie reklama Michaela Jordana. Sama fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Otóż Jordan decyduje się wycofać z gry w koszykówkę na rzecz baseballa. Delikatnie mówiąc ten transfer – jaki miał zrobić i planował w dzieciństwie – nie wyszedł zbyt dobrze. Niby członkowie rodziny oraz drużyny wspierają go, ale sportowiec jest świadomy, że ssie. Jednak będzie zmuszony wrócić na parkiet kosza. Dlaczego? Królik Bugs i reszta ferajny gra o swoje życie z kosmitami Moron Planets. W czym haczyk, bo kosmici są mali oraz  niegroźni (chyba, że użyją broni)? Robaczki zmieniły się w potężne, przypakowane mutanty. Nie jest dobrze.

Historia nie jest specjalnie oryginalna, jednak wszystko zależy od realizacji. Tutaj mamy kino familijne, które miesza animację z żywymi aktorami oraz film sportowy. Taka mieszanka sama w sobie nie jest niczym zaskakującym, bo animację z żywymi aktorami na taką skalę robił choćby “Kto wrobił królika Rogera?” (interakcje nadal robią świetne wrażenie). Przewidywalne jest to bardzo, tak samo jest bardzo skrótowo opowiedziane. W zasadzie jest tylko jedna scena treningu, sporo jest też czasu wokół koszykarzy, którym talent “kradną” kosmici – co przez pewien czas daje frajdę, lecz z czasem staje się zapychaczem. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że scenariusz jest chaotyczny.

Humor jest mocno slapstickowy i oparty na absurdzie znanym z kreskówek. Muszę przyznać, że to nadal działa, co jest zasługą masy znajomych postać. Oczywiście, królik Bugs i kaczor Duffy przekomarzają się ze sobą, Diabeł Tasmański jest rozpędzony niczym pociąg TGV, kot Sylwester poluje na kanarka itd. Animacja też prezentuje się bardzo dobrze i nawet komputerowe tło nie irytuje. Nowe postacie (robaczki oraz szef parku rozrywki z kosmosu) nie odstają poziomem wykonania od klasycznych postaci. Drobną perełką jest cameo Billa Murraya, który wręcz desperacko chce zostać koszykarzem. No i sama sekwencja meczu broni się wykonaniem.

Ostatecznie dzieło Pytki prezentuje się naprawdę nieźle. Samo połączenie animacji z live-action przetrwało próbę czasu, jednak sama historia nie powala. Obecność Jordana oraz naszych animowanych kumpli to za mało na dobry film. Ale w formie seansu z młodymi dziećmi to odpowiednia propozycja.

6/10

Radosław Ostrowski

To nie wypanda

Pixar od 1995 roku to marka sama w sobie. Mistrzowie animacji z Emeryville mieli swoje wzloty i upadki, jednak ich animacje zawsze potrafiły oczarować. Jeśli nie fabułą, to przynajmniej jakością techniczną na najwyższym poziomie. W 90% potrafi opowiadać o ważnych i poważnych sprawach, jednocześnie dostarczając rozrywki widzom w każdym wieku. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła, czyli “To nie wypanda”. Niby kolejna opowieść osadzona w innej kulturze (w sensie – nie-białych), ale jednocześnie jest bardzo uniwersalna.

Akcja jest osadzona w Kanadzie roku 2002, a jej bohaterką jest pochodząca z Chin Meimei. Dziewczyna ma 13 lat, chodzi do szkoły i razem z rodziną zajmuje się świątynią (najstarszą w mieście), gdzie z matką modlą się do swoich przodków. Mei ma pewne problem, bo chce zadowolić wszystkich: matkę, swoje kumpele (nabuzowana Miriam, wycofana Priya i sarkastyczna Abby), co są fankami k-popowej kapeli 4-EVER i zasuwa na wszystkich zajęciach. Ale pewnego dnia Mei się budzi i… w niczym nie przypomina siebie. Tylko dużą, włochatą, czerwoną pandę, co wywołuje w niej wściekłość bestii. Jeszcze większy gniew wynika, gdy Mei odkrywa, iż w jej rodzinie jest to dziedziczne i każda kobieta otrzymuje “w spadku po przodkini” pandę, która uruchamia się pod wpływem silnych emocji. Można się jej pozbyć tylko po odbyciu pewnego rytuału. A jeszcze planowany jest koncert ich kochanego boysbandu.

“To nie wypanda” jest debiutem Domee Shi i czuć wpływy azjatyckich animacji. Chodzi mi głównie o ekspresję twarzy (szczególnie oczęta), zabawę montażem I ogólną estetykę. W połączeniu z dużym budżetem i amerykańską wrażliwością tworzy to mieszankę wybuchową. Tematyka jest jasna: zderzenie nastolatki, która zachowuje się jak nastolatka oraz jej nadopiekuńczej (do tego stopnia, że aż upokarzająca) matki, mającej z góry zaplanowaną jej przyszłość. Jak pogodzić oczekiwania oraz swoją tradycję z byciem sobą? – oto jest zagwozdka oraz clue całego filmu. Czy żyć razem ze swoją wewnętrzną bestią, czy może ją wypędzić? No I jak zebrać kasę na bilet do koncertu swojego ukochanego bandu? Z perspektywy dorosłego ten ostatni problem może wydawać się co najmniej niedorzeczny, ale dla nastoletniej osoby jest to kwestia niemal życia i śmierci. Czy ona będzie w stanie iść własną drogą?

Sam proces dojrzewania z jednej strony jest ogrywany bardzo komediowo, z masa slapstickowego (I nie tylko) humoru jak podczas pierwszego “wejścia” pandy. Z drugiej jednak jest pare rzeczy pokazanych w bardzo szczery sposób. Mei zaczyna zwracać uwagę na chłopaków (jeden nawet się śni w dość wykręcony sposób), nie do końca panuje nad swoimi emocjami, wyczuwa swoje niezbyt przyjemne zapachy. I zaczyna się buntować, a relacje z matką pogarszają się. Dziewczyna przestaje poznawać samą siebie, co budzi w niej strach. I tutaj twórcy pokazują to bez cienia fałszu oraz używania klisz, choć fabuła jest przewidywalna, zaś niektóre elementy (sposób zebrania kasy) budzą wątpliwości. Ale realizacja to inny temat: animacja jest wręcz zachwycająca jak choćby podczas gotowania obiadu (warzywa oraz poszczególne składniki wyglądają wręcz fotorealistycznie), stylizowana na japońskie anime. Finał mocno idzie w stronę czegoś a’la “Godzilla”, polane jeszcze sosem z dawnych wierzeń. Mnie to kupiło, zaś Mei nie irytowała o co było łatwo przy tym stylu wizualnym.

Z ostatnich produkcji Pixara “To nie wypanda” jest najbardziej przyziemnym tytułem, gdzie element nadprzyrodzony jest tylko tłem. Bardzo zabawna, miejscami poruszająca oraz dostarczająca sporej zabawy produkcja. Dorośli mogą odnaleźć w niej siebie i spojrzeć na siebie z czasów młodości, by przemyśleć parę spraw. Magicy z Emeryville znowu dowieźli.

8/10

Radosław Ostrowski