Ghost in the Shell

Cyberpunk w ostatnich latach zaczyna wracać do popularności, co chyba można tłumaczyć grą „Cyberpunk 2077” oraz budzącym coraz większą niepewność rozwój sztucznej inteligencji. To także sprawia, że wiele osób chcących zagłębić się w podgatunek zaczyna szukać klasyków zarówno po stronie amerykańskiej („Blade Runner”, „Matrix”), jak i japońskiej. Ta druga gałąź bardziej skupiała się na wątkach transhumanizmu oraz głównie była tworzona w formie animacji. Jak „Akira” czy – wracający do naszych kin – „Ghost in the Shell” z roku 1995.

Oparty (dość luźno) na mandze Masamure Shirow film Mamoru Oshii skupia się na działającej Sekcji 9 – jednostce policji mierzącej się z cyberterroryzmem. Członkowie grupy to w większości cyborgi z ludzkim mózgiem, masą wszczepów oraz niezwykłymi możliwościami. Jednostką dowodzi Aramaki, a najskuteczniejszą osobą jest major Motoko Kusanagi. Grupa próbuje schwytać tajemniczego hakera zwanego Władcą Marionetek, który ostatnio mocno się uaktywnił i pozostaje nieuchwytny. Kim on jest, czego chce oraz czy działa sam?

Sam film to mieszanka kryminału, sensacyjnej akcji, futurystycznego świata i… filozoficznych rozważań. Czuć tu mocno inspirację „Łowcą androidów” Ridleya Scotta zarówno w pokazaniu miasta, jak i zadawanych pytań o człowieczeństwo oraz relacje człowieka z maszyną. Intryga jest bardzo gęsta oraz skomplikowana, gdzie w to wszystko zamieszana jest polityka i wywiad. Nie brakuje tu dość intrygujących koncepcji jak włamanie do umysłu oraz wrzucenie fałszywych wspomnień (niczym w „Incepcji”) czy świetnie wyglądające użycie optycznego kamuflażu (przez co animacja wygląda jakby była wygenerowana komputerowo). Akcja jest odpowiednio podkręcona, niepozbawiona pościgów i strzelanin, których może nie jest wiele, a jednak wyglądają bardzo imponująco. Zarówno w przypadku designu i odgłosów broni (pistolet maszynowy schowany w walizce czy bojowy czołg, będący mechem), bardzo płynnej animacji oraz adrenaliny. Wszystko jeszcze okraszone bardzo oszczędną, opartą o etniczne instrumenty muzyką Kenji Kawai. W absolutnie niezapomnianej czołówce, gdzie mamy powstawanie cyborgów oraz wplecionymi zielonymi literami i cyframi (jak w „Matrixie”) tworzącymi nazwiska twórców te dźwięki tworzą niesamowitą atmosferę.

Hybryda ręcznej animacji z odrobiną komputerowych obrazów (sceny pokazujące obrazy trójwymiarowe czy z komputerowych ekranów) działa elektryzująco. Ale jest tu też parę drobnych momentów, pozwalających na złapanie oddechów oraz zwyczajnie oszałamiających. Wybudzenie się major przy otwarciu okna, gdzie obraz zatrzymuje się na widoku z okna, a kobieta przygotowuje się niejako poza kadrem, nurkowanie pod wodą i ten moment zbliżenia się do powierzchni czy zadziwiająco długa, pozbawiona dialogów sekwencja pokazująca miasto z perspektywy ulicy. Chce się tu chłonąć atmosferę, wiele kadrów i ujęć pozostaje w głowie na długo. Włącznie z finałową konfrontacją oraz otwartym zakończeniem.

Ale mam jeden i to dość duży problem. Całość jest zadziwiająco krótka i próbuje upchnąć strasznie dużo. Przez co całość jest przeładowana dialogami oraz tonami ekspozycji, jakby chcąc zamaskować ograniczenia budżetowe. To wszystko wydaje się strasznie skompresowanej narracji i poczucie, że zaledwie liznąłem powierzchni. Aż chciałoby się spędzić tu więcej czasu oraz kolejnych intrygujących konceptów tego świata.

Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego „Ghost in the Shell” ma wśród fanów kina SF status kultowego klasyka. Nawet dzisiaj sama animacja, sceny akcji oraz klimat wsiąkają niczym odkurzacz, lecz całość była dla mnie zwyczajnie za krótka. Wiem, że powstała – dużo później – kontynuacja i może być zachętą do odkrywania tego uniwersum, ale czuć pewien niedosyt.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Minionki i straszydła

Wiele osób już mogło poczuć zmęczenie żółtymi Tic-Tacami zwanych Minionkami – maskotek studia Illumination. Swoje jeszcze dorzucił polski dystrybutor, który tak zmieniał i namieszał w polskich tytułach, że nie wiadomo czy to część serii „Despicable Me”, czy to poboczny spin-off. Więc nie miałem specjalnie dużych oczekiwań wobec trzeciego spin-offu, czyli „Minionków i straszydeł”, które pojawiły się w kinach na początku lipca. I ku mojemu zaskoczeniu to jedna z najlepszych odsłon serii.

I znowu Minionki zanim poznały Gru szukały swojego złola, któremu mogliby wiernie służyć. Chociaż jeden z nich wyróżnia się z tłumu, niejaki James, co ma dość bogatą wyobraźnię oraz pobudzoną kreatywność. Ale przez jego działania reszta ferajny nie jest w stanie utrzymać się u jednego mistrza. Jednak dzięki zbiegowi okoliczności trafiają do Hollywood końca lat 20., przy okazji niszcząc film aspirującego reżysera Maxa. Paradoksalnie jednak wystrzeliwuje ich karierę jako gwiazdy kina. Wszystko zmienia się jednak z erą dźwiękową kina – głosy postaci oraz ich problem z wypowiadaniem dialogów doprowadza do upadku. Niemniej James razem z przyjacielem Henrym oraz niemową Edem oddziela się od grupy i postanawia zrealizować własny film z potworami. Tylko skąd takie monstrum znaleźć?

Za kamerą powrócił Pierre Coffin, który odpowiadał za cztery pierwsze filmy o Minionkach jako reżyser i odpowiadał za głosy tych postaci. Można było się spodziewać kolejnej komedii naszpikowanej slapstickowym humorem, gdzie nasi żółci towarzysze będą siali chaos i zniszczenie. Po części tak jest (początek u cyklopa oraz czarodzieja z Rosji), ale twórcy mają więcej do dyspozycji. Chaos i destrukcja jest spora, jednak jest tu sporo rozbrajających gagów jak śmierci kolejnych przyszłych złoli czy cytowania klasyki kina. I to już od czołówki, gdzie mamy pierwsze krótkie filmy („Robotnicy opuszczający fabrykę Lumiera”, „Wyprawa na Księżyc”) przez mistrzów pokroju Charliego Chaplina i Bustera Keatona aż po „Sokoła maltańskiego” czy „Obywatela Kane’a”. W tych odniesieniach humor Minionków jest najlepszy, lecz także nie brakuje odwołań do horrorów spod znaku H.P. Lovecrafta oraz filmów SF z lat 50. A z pojawieniem się jednego cwanego stworka w postaci kurduplowatego Goomiego, sprawy zaczynają robi się mroczniejsze. Aczkolwiek jest to ogrywane w komediowy sposób. A sama historia staje się troszkę przewidywalna, choć pojawia się parę niespodzianek.

Co mnie najbardziej zaskoczyło, to sama animacja oraz strona techniczna. Jest o wiele ładniejsza niż inny tegoroczny film Illumination, czyli „Super Mario Galaxy”. Tak, powiedziałem to. Jest to naprawdę ładna i płynna robota komputerowa z przestylizowanymi sylwetkami ludzi: od niskiego reżysera Maxa przez dwóch mocno opasłych producentów (bracia Bright) aż po sympatyczną Debbie oraz dziwacznego Dorta, który jest robotem. A może i nie. A także jest parę technicznych niespodzianek. Od świetnego wejścia na plan filmowy pokazany w jednym ujęciu (jednocześnie pokazując różne plany oraz techniczne aspekty), budowanie planu filmowego w formie time lapsu (kapitalna scenka) czy – co mnie najbardziej zaskoczyło – zrobiona w czerni i bieli gonitwa w stylu starych kreskówek. Problem w tym, że w drugiej połowie tego sprytu oraz odrobiny inteligencji zaczyna brakować, a dominuje typowy humor minionkowy.

W naszym kraju ten film pokazany jest z dubbingiem (jak 99% animacji), a za ten odpowiada reżyserka Elżbieta Kopocińska (odpowiedzialna m. in. za poprzednie części serii) oraz tłumacz Bartosz Wierzbięta. I to jest wykonane bardzo solidnie – włącznie z kreatywnymi przekładami tytułów filmów – oraz bez wywoływania ciężkich zgrzytów. Co mnie zaskoczyło to fakt, że w scenach tworzenia filmów dźwiękowych teksty do powiedzenia napisane na planszach były… po polsku. A nie jest to zbyt częste w przypadku przekładów i jest fajnym szczególikiem. Głosy Minionków pozostawiono w oryginale, ale pozostałe głosy są co najmniej bardzo dobre. Od mocno zmodyfikowanego Tomasza Bednarka (Goomi, czyli mały Cthullu pełen uroku i cwaniactwa) i mówiącego z germańskim akcentem Przemysława Bluszcza (reżyser Max, będący mentorem oraz wsparciem dla Minionków) po mechanicznego Przemysława Wyszyńskiego (tajemniczy Dort) aż po podwójną kreację Piotra Bąka (bracia Bright).

Powiem szczerze, że czułem pewne zmęczenie Minionkami i nie byłem entuzjastycznie nastawiony na „Minionki i straszydła”. Ale całość okazała się zarówno sprytnym hołdem dla starego Hollywood, jak też zadziwiającą opowieścią o przyjaźni i podążaniu za własnymi marzeniami. Zaskakująco urocza, pełna lekkości oraz kilku ciepłych momentów, których po tej serii się kompletnie nie spodziewałem. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów serii.

7/10

Radosław Ostrowski

Toy Story 5

Kiedy kilka lat temu ogłoszono, że powstaje piąta część „Toy Story” nie miałem zbyt wielkiego entuzjazmu. I nawet nie chodziło o jakość poprzedniej części (dla mnie zaskakująco udanej), ale czuć było ze strony Disneya pazerność oraz zarabianie na nostalgii. Nie uspokoił też fakt, że tą część serii wyreżyserował Andrew Stanton – związany z cyklem jako scenarzysta od samego początku. Bo też ostatnie dokonania jako reżysera (w szczególności „W okamgnieniu”) nie były zbyt ciepło odebrane. I jak w ostateczności wyszło?

Wracamy do zabawek tym razem pod wodzą kowbojki Jessie, z którymi nadal bawi się Bonnie. Poprzedni lider, czyli szeryf Chudy stał się „dziką” zabawką, prowadzącą własne życie. Jednak spokój w relacji zabawki-Bonnie zostaje zaburzony. I to nie dlatego, że dziewczynka jest starsza od ostatniej wizyty, ale z powodu nowego cacka. Mianowicie… tableta w kształcie żabki zwana Lillypad, która ma rzekomo pomóc w budowaniu relacji z rówieśniczkami. Efekt jednak jest łatwy do przewidzenia: dziewczynka spędza przy ekranie więcej czasu, doprowadzając do odstawienia zabawek do garażu. Jessie idzie na konfrontację z komputerkiem i ściąga do pomocy Chudego.

Reżyser do spółki z wspierająca go McKenną Harris wydaje się iść w pozornie oczywistym kierunku. Czyli konfrontacji tradycyjnych zabawek ze współczesną technologią, którą bardzo łatwo uczynić antagonistą oraz wskazać jako główną przyczynę nieszczęść. Początkowo wydaje się to zmierzać w tym kierunku, ale twórcy są o wiele mądrzejsi i sprytniejsi. Tu nie ma łatwego demonizowania technologii, a sama Lily chce tego samego, co zabawki – dać swojej właścicielce szczęście. Tylko czym to szczęście jest? Stanton nie boi się pokazać społecznego wykluczenia z powodu niedopasowania oraz innych zainteresowań, ale też pokazuje inne zabawki „technologiczne” jak cyfrowy aparat czy pomagająca w załatwianiu się Pierre Papier. Czyli w zasadzie znowu wracamy do kwestii przemijania oraz potencjalnego bycia opuszczonym.

A propos, pamiętacie jak Jessie została porzucona przez swoją pierwszą właścicielkę Emily? Ten wątek powraca ze zwielokrotnioną siłą, wskutek trafienia kowbojki na dawne miejsce. A przeniesienie ciężaru właśnie na nią działa bardzo odświeżająco. Sam Chudy i Buzz zostają zepchnięci na dalszy plan (pierwszy z brzuszkiem oraz łysinką, która – jak głowa jest pod słońcem – odbija się mocno; drugi robi tutaj bardziej za comic reliefa, niepotrafiącego wyznać miłości Jessie), zaś reszta ferajny tak naprawdę robi tutaj tylko za tło. I jeszcze zostaje wrzucony wątek armii Buzzów – ale takich bardziej podrasowanych – zmierzających do… no właśnie, czego? Te przebitki początkowo wydają się przerywnikiem dającym odrobinę oddechu, ale potem się wszystko łączy.

Za to muszę pochwalić fantastycznie pokazane segmenty zabawy pokazaną w formie pastelowych rysunków. Sama animacja wygląda pięknie – w końcu to Pixar – z kolei finałowy pościg jest bardzo dynamiczny, a zakończenie jest bardzo, bardzo satysfakcjonujące. I nie mówię tego jako stary pierdziel, który widział poprzednie części, ale czuć tu zaangażowanie oraz pasję twórców. Swoje także robi polski dubbing, za który tym razem odpowiada reżyser Grzegorz Pawlak (wcześniej pracował przy części trzeciej) i dialogista Kuba Wecsile. A także role głosowe wypadają świetnie. Wracają starzy znajomi w głównych rolach, czyli Izabella Bukowska (Jessie), Łukasz Nowicki (Buzz) i Robert Czebotar (Chudy), którzy nie zawodzą, wchodząc w skóry postaci z taką łatwością jakby między tymi częściami była bardzo krótka przerwa. Z nowych postaci wybijają się wspomniane Lillypad z pozornie ciepłym głosem Anny Cieślak i lekko neurotyczny Pierre Papier w cudownym wykonaniu Piotra Polaka.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Toy Story 5” jest lepszy filmem od poprzedniej części i zdecydowanie odstaje od oryginalnej trylogii. Nadal to jednak jest fantastyczne kino nie tylko dla całej rodziny, po którego seansie można będzie porozmawiać. Co dla mnie jest jedną z największych wartości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chłopiec na krańcach świata

Polskie kino animowane – sama ta zbitka brzmi mocno abstrakcyjnie, ale w ostatnich latach coraz śmielej pojawia się na naszych ekranach. Seria „Niesamowitych przygód skarpetek”, „Smok Diplodok” czy „Orzełek Iggy” sprzed kilku miesięcy pokazują, że jest miejsce i na takie kino dla młodego widza. Teraz do tego grona dołącza polsko-hiszpańsko-turecki „Chłopiec na krańcu świata”. Co z tego wyszło?

Historia dzieje się w miasteczku na wyspie, gdzie większość ludzi utrzymuje się z rybołówstwa. Jednym z mieszkańców jest Omul – młody chłopak, pełen empatii oraz rozumiejący zwierzęta bardziej niż swoją rodzinę (w szczególności starszego brata, Micro). Poza nim i rodzicami jest jeszcze jego siostra, Kimi – troszkę pyskata i nie posiadająca w swoim słowniku słowa „posłuszeństwo”. Oboje próbują pomóc psu, któremu noga utknęła w kamieniu. Choć to się udaje, to wskutek okoliczności zostają pochłonięci przez wzbierającą falę, zaś dziewczynie zostaje zabrana dusza przez mityczną istotę zwaną Sadumeą. W konsekwencji Kimi zapada w śpiączkę, zaś Omul jest obwiniany przez brata za tą sytuację. Młodzian – za pomocą magicznego medalionu – słyszy mowę zwierząt i razem z bratem oraz wcześniej ocalałym psem Telą wyruszają odzyskać duszę Kimi.

Za „Chłopca” odpowiadają debiutujący na stołku reżyserskim nietypowy duet Grzegorz Wacławek/Marta Szymańska. On jest producentem filmów animowanych i współzałożycielem studia Animoon, ona jest rysowniczką oraz animatorką. Wyszedł z tego ręcznie rysowany film, który mocno inspiruje się dziełami japońskiego studia Ghibli (nie tylko ze względu na elementy fantastyczne). A we wszystkim chodzi tu o trudne relacje braterskie: od niezrozumienia i wrogości po powolne przełamywanie swoich strachów oraz bestii.

Choć sama kreska jest prosta i może niezbyt szczegółowa, to jednak ma w sobie sporo uroku. Szczególnie tła są po prostu ładne: od lasu przez mokradła aż po górę. Animacja i wygląd postaci – ze szczególnym wskazaniem na wilczycę oraz drewnianego pająka (nie, nie ćpałem nic) – też są niczego sobie. Ale brakuje tutaj czegoś bardziej wyrazistego, co zapadłoby w pamięci na dłużej. Zdarza się też, że dialogi wyrażają pewne lekcje zbyt bezpośrednio, niemniej sama historia jest zgrabnie poprowadzona, ma przepiękną muzykę Mikołaja Stroińskiego (bardzo w klimacie dzieł Hisaishiego) oraz dobry dubbing (ze szczególnym wskazaniem na fantastyczną Magdalena Herman-Urbańska w roli psa Teli).

Nie powiem, że „Chłopiec na krańcu świata” jest najlepszą polską animacją ostatnich lat – ten tytuł nadal nosi „Smok Diplodok”. Choć nie imponuje na poziomie technicznym (nawet w kategorii ręcznie rysowanych), to jednak ma on w sobie masę serducha oraz pouczający morał, który docenią głównie najmłodsi. Na pierwszy wypad do kina z dzieckiem to na pewno lepszy wybór niż choćby kolejna część Minionków.

6,5/10

Radosław Ostrowski

ARCO

Być może zabrzmi dziwnie to, co powiem, ale w ostatnim czasie nową stolicą fantastycznych animacji stała się… Francja. Cyberpunkowy „Mars Express” czy pochodząca sprzed kilku miesięcy „Mała Amelia” pokazują, że nadal jest sporo miejsca dla kreatywnej, ręcznie rysowanej animacji. Teraz do tego grona dołącza „Arco” – reżyserki debiut rysownika komiksowego Ugo Bienvenu, który do tej pory kręcił tylko krótkometrażówki.

Akcja dzieje się w przyszłości, gdzie ludzkość mieszka w miastach budowanych… w chmurach. Ludzie nie używają nowoczesnej technologii, nadal mają zwierzęta oraz roślinność. Ale posiadają jedną niezwykłą umiejętność, czyli… podróżować w czasie. Pod warunkiem, że ma się ukończone 12 lat, a do tego potrzebna jest odpowiednia peleryna w kształcie tęczy oraz kryształ. Ale tytułowy Arco ma zaledwie 10, a już chce podróżować – głównie, by zobaczyć dinozaury. Więc robi to, co każdy dzieciak – wykrada pelerynę siostry w nocy, wybiera i – nie bez problemów – odlatuje w niebo, zostawiając ślad tęczy. Jednak zamiast do czasów prehistorycznych, ląduje w roku… 2075. Tam poznaję dziewczynkę o imieniu Iris, która próbuje mu pomóc wrócić do siebie.

Koncepcje w „Arco” są znajome: podróże w czasie, zmieniająca się Ziemia, rozwój technologiczny oraz roboty niemal odpowiedzialne za wszystko (policja, serwisy, nauczyciele). To nie jest nasza rzeczywistość (jeszcze), ale powoli zaczynamy do niego się zbliżać. Za to dorośli pracują gdzieś poza miastem, a komunikują się z rodziną w formie hologramów (albo przyjeżdżając na weekendy). A nocą budynki otoczone są szklanymi kopułami. Reżyser ewidentnie stawia na światotwórstwo oraz proekologiczne przesłanie, choć to ostatnie jest nienachalne. Więcej jest tu skupienia na spotkaniu młodych ludzi z dwóch różnych światów (dosłownie i w przenośni), ale jest tu o wiele więcej mądrych obserwacji na temat rodzicielstwa, przyjaźni oraz sile wyobraźni. Jedynym poważniejszym zgrzytem (poza poczuciem deja vu) jest pojawiająca się trójka przybyszy, próbujących znaleźć Arco. Ci robią za nieporadnych cwaniaczków, dodając sporo slapstickowego humoru, który jednak wydaje się tu nie do końca pasować.

Sama animacja jest prosto rysowana, ale bardzo barwna i przypominająca dawne produkcje sprzed 30-40 lat. Do tego mocno budzi skojarzenia z japońskim anime (szczególnie pokazując przyrodę) w stylu studia Ghibli – nawet muzyka brzmi podobnie – co jest bardzo przyjemnym skojarzeniem. Nie mogłem oderwać oczu zarówno od widoków lasu czy bardzo przestrzennych sal szkolnych, gdzie na ścianach widać rzeczy adekwatne do przedmiotu (widok kosmosu; bitwa morska czy dinozaury). Ale jest tu jeszcze więcej niezapomnianych scen: pierwszy lot Arco, próba wybicia się z podwórka Iris czy ucieczka z płonącego lasu. A już pod koniec było płakanko, co zdarza mi się równie często jak spełnianie obietnic wyborczych przez polityków.

Jeśli chcecie spędzić czas z dzieckiem przy pięknie narysowanym, mądrym oraz wartościowym filmie (czyli innym niż „Super Mario Galaxy”, który zapewnia bardzo sprawną lobotomię mózgu), „Arco” jest propozycją idealną. Może nie jest oryginalny w kwestii konceptów kina SF, ale nadrabia to workiem uroku, piękną stroną plastyczną oraz solidnym polskim dubbingiem (pozbawionym rozpoznawalnych i znanych głosów). To kolejny przykład, że poza Hollywood powstają zaskakujące animowane perełki.

8/10

Radosław Ostrowski

Super Mario Galaxy Film

Najsłynniejszy wąsaty hydraulik w historii gier, czyli Mario powraca. Ale nie w kolejnej grze, lecz filmie, co nie powinno dziwić. W końcu pierwszy animowany „Super Mario Bros.” zarobił prawie półtora miliarda dolarów. A jak sobie z ciągiem dalszym poradził sobie francuski oddział studia Illumination we współpracy z Nintendo?

Wracają bracia Mario i Luigi, który wykonują profesję naprawiaczy rur po całym Grzybowym Królestwie pod wodzą księżniczki Peach. Bowser nadal jest niegroźnym kurduplem z obsesją na punkcie zdobycia serca władczyni, a wszystko wydaje się toczyć spokojnym rytmem. Ale wszystko zmienia… syn Bowsera, który porywa władczynie gwiazd, niejaką Rosalinę. Choć ta nie poddała się bez walki. Ale Peach postanawia sama odbić władczynię, bo jest taka zajebista, silna i zaradna. Do tego jeszcze młody żółwik chce znaleźć tatusia, co doprowadza do wymuszonej kolaboracji między Mario, Luigi a Bowserem seniorem.

Czyli na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się na miejscu, tylko skala większa, gdyż wyruszamy w kosmos. Nie brakuje tu wręcz olśniewających wizualnie miejsc (kasyno należące do Ropucha, gdzie wszystko może być podłogą, siedziba księżniczki Rosaliny czy kosmiczna planeta Bowsera), akcja jest efekciarska, okraszona momentami slow-motion oraz tak wali kolorami, że może to doprowadzić do oczopląsu. Niemniej jest tu jednak jeden ogromny problem, a nawet więcej. Po pierwsze, fabuła niby jest, ale sprawia wrażenie pretekstowej sklejki, gdzie rzeczy mają się dziać. Po drugie, wszystkie, ale to WSZYSTKIE konflikty rozwiązuje się za pomocą argumentów siłowych oraz ciągłego napierdalania wszystkim we wszystko. Czemu nagle trafiliśmy do jakiegoś Mortal Kombat czy innej ekranowej bijatyki? To NIE TA GRA. Po trzecie, sam Marian i jego brachol są tak naprawdę postaciami drugoplanowymi w filmie o nich samych. Bo całość dominuje Peach, do której posiadacz najsłynniejszych wąsów robotnika od czasów Lecha Wałęsy wzdycha i – dość nieudolnie – chciałby zrobić coś więcej. A tak ciągle walczy, ryzykuje, niejako nie dając sobie pomóc, będąc niejako w zasadzie postacią pierwszoplanową.

Jakby tego wszystkiego było mało, żadna (no, prawie) nie wydaje się być zbyt pogłębiona, nie przechodzi żadnej drogi ani przemiany. Brakuje tu jakiego emocjonalnego ładunku, a w zamian dostajemy growy fan service (dinozaur Yoshi, co jest uroczy i lubi wszystko połykać, by wypluć jako jajko, pilot Fox McCloud), niemal bezczelną zżynkę gagu ze… „Zwierzogrodu” (Flash), ładnie wplecione kompozycje z gry czy dźwięki, a nawet scenkę przełamywania zabezpieczeń i pułapek pokazaną… jako plansza z gry (ok, to jest nawet kreatywne). Jedynym mocnym plusem jest postać Bowsera i jego syna – ta dynamika, gdzie z jednej strony tatuś chce odnowić więź ze swoją latoroślą, z drugiej próbuje pokazać się swoim dawnym wrogom z tej lepszej strony. I tutaj czuć pewien pomysł na te postacie, a głosy Jacka Blacka oraz Benny’ego Safdie wypadają najlepiej z całej obsady.

Nie spodziewałem, że „Super Marian z Galaktyki” będzie aż tak ogromnym rozczarowaniem oraz regresem w stosunku do poprzednika. Studio Illumination świetnie wywiązało się w kwestii jakości animacji i strony technicznej, jednak scenariusz oraz reżyseria wszystko torpedują. Miałkie, płytkie, efekciarskie oraz pozbawione sensu – filmowy odpowiednik brainrota. Może i jest to film dla młodszego widza, ale nie może to być usprawiedliwieniem czy wymówką dla serwowania bylejakiej produkcji, bo dzieciom się spodoba i tak. Najgorsza forma cynicznej kalkulacji jakiej nie widziałem od dawna.

4/10

Radosław Ostrowski

Hopnięci

Coś ostatnio forma jednego z najlepszych studiów filmów animowanych w USA, czyli Pixara jest bardzo chwiejna. Oryginalne produkcje jak „Między nami żywiołami” czy „Elio” spotykały się najwyżej z umiarkowanym odbiorem, zaś sequele raczej są robione z automatu (z wyjątkiem drugiego „W głowie się nie mieści”). Światełkiem w tunelu mieli okazać się „Hopnięci” – pierwszy od dawna film studia z Emeryville mający bardzo wysokie oceny krytyków. Czy w końcu dostajemy coś wyjątkowego?

Akcja dzieje się w Bobromyślu, gdzie życie sobie niejaka Malwinka Tanaka. Dziewczynka jest outsiderką, która ma totalnego zajoba na punkcie przyrody. Do tego stopnia, że jako młoda uczennica chciała „uwolnić” zwierzęta ze szkoły. Jedyną osobą, która ją rozumie i wspiera jest jej babcia o mocno ekologicznych przekonaniach, mieszkająca pod miastem nad jeziorkiem. Ale po śmierci staruszki Malwina zostaje studentką i przeprowadza się do jej domu. Sytuacja się pogarsza, kiedy burmistrz miasta Dziarski chce w okolicy jeziora zbudować obwodnicę, niszcząc domostwo boberów oraz innych zwierząt. Chyba, że jej uda się ściągnąć gryzoni od tam z powrotem. Dziewczyna przypadkiem trafia na eksperyment prowadzony przez panią profesor Bossak z uniwersytetu zwanego hopnozą. Polega na wydrukowaniu mechanicznych zwierząt oraz umieszczaniu w niej ludzkiej świadomości. Po co? By móc obserwować przyrodę bez płoszenia reprezentantów fauny i flory swoją obecnością. Nie trzeba być dziennikarzem TVN-u czy TV Republika, by domyślić się co zrobi Malwina.

Jeśli punkt wyjścia budzi w was skojarzenia z „Avatarem” Jamesa Camerona, nie jesteście jedyni. Dzieło Daniela Chonga na pierwszy rzut oka wydaje się mieszanką znajomych filmów – poza opowieścią o kosmicznych smerfach mamy tu i „Dzikiego robota”, „Odlot” (jeden rysunek na tablicy jakiś znajomy) czy… „Matrixa”. Ale to wszystko wydaje się na pierwszy rzut oka prostą kalką oraz podziałem na złych ludzi i dobrą przyrodę. Nie jest to pozbawione humoru, kiedy Malwinka jako bober (nie takie bydle jak mówił ktoś w filmiku z YT) poznaje przyrodę oraz jej prawa. Od działania łańcucha pokarmowego (oraz reakcji zwierząt) przez wspólne zamieszkiwanie pod wodzą króla ssaków, bobera Karola – scena wspólnej rozgrzewki pod muzykę CUDOWNA – czy wspólnej rady zwierząt.

Im dalej w las, tym bardziej twórcy odpinają wrotki i szaleją: zarówno wizualnie z masą zwierząt na ekranie (motyle, mrówki, ryby) robią piorunujące wrażenie, tak jak szalony pościg i ucieczka samochodem przed… rekinem Renatą (nie, nie pomyliłem się) albo komunikacja z ludźmi przy użyciu smartfona. Pojawi się parę niespodzianek i zakrętów (włącznie z nieoczywistym antagonistą), będą nagłe zgony, zaś przesłanie o wspólnym koegzystowaniu ludzi z fauną i florą nie jest nachalnie dydaktyczne. Sama animacja jest na najwyższym poziomie, gdzie czuć odrobinę inspiracji anime (szczególnie w przypadku twarzy postaci). Wygląda to pięknie, mimo nie bycia produkcją spod znaku National Geographic czy Discovery Channel.

Ponieważ filmy animowane przez Disneya u nas są pokazywane tylko z polskim dublażem. I jak w większości przypadków nie można się za bardzo przyczepić, co jest zasługą reżysera Łukasza Lewandowskiego (wcześniej odpowiadał za realizację „Uniwersytetu Potwornego” i pierwszego „W głowie się nie mieści”) oraz tłumaczenia Kuby Wecsile. Niespodzianką byli dla mnie mniej znani Alicja (nomen omen) Bobruk i Paweł Algier w rolach Malwinki oraz króla Karola. Pierwsza początkowo moje irytować swoją pro-ekologiczną obsesją, przez co staje się outsiderką w społeczeństwie. Ale zaczyna dostrzegać jakie niebezpieczne konsekwencje sprawiają jej działania, mimo czystych intencji i doprowadza do przemiany. Z kolei bobrzy król jest zwyczajnie uroczy, pełen życzliwości oraz empatii, choć wydaje się unikać konfrontacji. Oboje razem są świetni, z każdą sceną zyskując moją sympatię. Jednak to drugi plan kradnie jak zawsze ekran: od zaskakującego Pawła Małaszyńskiego (burmistrz Dziarski – polityk jakich wielu, ale lubiany przez mieszkańców) przez solidną Kingę Preis (profesor Simona Bossak) oraz Jarosława Boberka (ospały Buba) aż do świetnej Danuty Stenki (królowa owadów), lekko demonicznego Józefa Pawłowskiego (król owadów) i niespodziewanego cameo Katarzyny Herman (Renata!!!).

W zasadzie jedynym problemem było dla mnie nierówne tempo w drugim akcie. Nie zmienia to faktu, że „Hopnięci” to jedna z lepszych produkcji Pixara od kilku lat. Jak zawsze twórcy nadal czarują piękną animacją, dostarczając sporo frajdy dzieciom, ale także taki stary pryk jak ja (lat powyżej 18) nie będzie się nudził. No i pamiętajcie – zło bobrem zwyciężaj, bo bober to potęga!!!!

7,5/10

Radosław Ostrowski

Elio

Coś ostatnio Pixar ze swoimi animacjami nie porywa. Jasne, są imponujące wizualnie oraz technicznie na najwyższym poziomie, jednak same opowieści wydają się nieangażujące emocjonalnie, a także zbyt znajome. Dlatego rzadko pojawiam się w kinowej sali na nowym dziele ekipy z Emeryville. Taki też los spotkał „Elio”, kosztujący ponad 200 milionów dolarów animacja SF, która poniosła komercyjną porażkę. Czy zasłużenie?

Tytułowy Elio to młody chłopak, który po śmierci rodziców, jest wychowywany przez ciotkę z armii. Delikatnie mówiąc, oboje pochodzą z różnych planet. Dzieciak porozumiewał się z rodzicami specyficznym językiem oraz ma ogromną obsesję na punkcie kosmitów. Do tego stopnia, że chce nawiązać z nimi kontakt i wyrwać się z Ziemi. Tak bardzo samotność go dobija. Przypadkiem udaje się znaleźć połączenie z przybyszami z innych planet, którzy uznają go za… ziemskiego przywódcę. A ci przybysze to reprezentanci międzyplanetarnej wersji ONZ, mającej łączyć wszystkich liderów kosmosu. W tym czasie pojawia się pewien zdesperowany, wojowniczy lord Grigon, który chce dołączyć do organizacji – dobrowolnie lub siłowo.

„Elio” brzmi jak zlepek znajomych wątków oraz motywów – pierwszy kontakt, poczucie samotności, niezbyt udane więzy rodzinne i szukanie nowego domu. Przy okazji jeszcze dostajemy „ziemskiego” klona, przerażającego złola oraz – poznanego przypadkiem – jego syna, będącego kompletnym przeciwieństwem. To ostatnie zaowocuje nieoczywistą przyjaźnią, choć fundamentem (także pobytu w kosmosie) jest kłamstwo. Po drodze nie zabraknie masy slapstickowego humoru, olśniewającej animacji (sam wygląd przybyszy jest bardzo zróżnicowany), imponujących efektów specjalnych oraz niegłupiego przesłania. Ale mam z tym dwa problemy. Po pierwsze, środek troszkę gubi rytm oraz skupienie, co wywołało we mnie pewne znużenie. Po drugie, historia jest przewidywalna niczym kolejność dni w tygodniu. Widziałem to zbyt wiele razy, lepiej zrobione i bardziej angażujące. Przez co nie mogę pozbyć się wrażenia, że „Elio” powstał dla bardziej młodszego widza.

Technicznie, jak to Pixar, jest to bardzo wysoka półeczka. Animacja jest dopieszczona, design kosmitów bardzo unikatowy (choć jednocześnie bardzo znajomy), zaś wszelkie efekty z rozpuszczaniem klona czy płynów cieszą oko. Także głosy brzmią solidnie i nie wybijają z seansu.

Ale w „Elio” brakuje dla mnie czegoś świeżego, kreatywnego i oryginalnego. To jest zbyt znajome dla bardziej doświadczonego widza, zaś Pixar w porównaniu do konkurencji dostaje zadyszki. Pozostaje mieć nadzieję, że „Hopnięci” – ich najnowszy oryginalny film – będzie zwyżką formy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wielka mała koza

Gdzie dwa studia animowane się biją, tam trzecie korzysta. Disney/Pixar i DreamWorks ostatnio rozkręcają swoje dzieła, zdobywające uznanie widowni oraz krytyki, co jakiś czas daje o sobie przypomnieć Sony. Nie dość, że parę lat temu wywrócili reguły „Spider-Man: Uniwersum”, którego styl potem naśladowali inni („Kot w butach: Ostatnie życzenie”, „To nie wypanda”), to jeszcze sami się nim bawili. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła, czyli „Wielka mała koza” (w oryginale „GOAT”).

Akcja dzieje się w Pnączowie – jednym z miast, gdzie żyją antropomorficzne zwierzęta (niczym w „Zwierzogrodzie”). Tutaj powstała bardzo popularna gra zwana rykokoszem. Taka wariacja koszykówki, gdzie grają wielcy (dosłownie i w przenośni) zwierzęta, stanowiąc inspirację dla innych. Dla takich jak Will Harris – zwykła koza, pracujący w knajpie jako dostawca żarcia na wynos. Marzył, by być wielkim zawodnikiem jak jego idolka, Jett Fillmore z jego lokalnej drużyny Kolce. Problem w tym, że ekipa od lat nie wygrała żadnego meczu, zaś zawodniczka robi się coraz starsza. Wskutek niezwykłego zbiegu okoliczności (gra Willa z najlepszym graczem – koniem Main Attraction na skromnym boisku, która trafia do Internetu) zostaje zauważony przez właścicielkę klubu oraz dodany jako szósty zawodnik.

Nowe dzieło Sony od reżyserów Tyree Dillihay/Adam Rosette to w zasadzie klasyczne kino sportowe w stylu „Rocky’ego” czy innych opowieści o underdogach. Czyli tych, co nie mają zbyt wielkich predyspozycji (tutaj jest to wzrost) do zwycięstwa i dlatego im się kibicuje, a jednak to oni wygrywają. Droga zawsze jest wyboista i pełna zakrętów – egoistyczna, podstarzała gwiazda; niedopasowana drużyna (nosorożec, strusia, żyrafa, kameleon); zagubiony trener; o przeciwnikach wielkich jak King Kong nie muszę wspominać – co podbija stawkę i pomaga zaangażować. To sprawdzona formuła, która – jeśli jest dobrze wykonana oraz wyegzekwowana – działa cuda. Ale to także opowieść o lokalnym patriotyzmie (co z tego, że mówimy o kibicach), scalającym społeczności.

Sama animacja bardzo przypomina zarówno „Spider-Mana”, a także ostatni hit studia – „K-popowe łowczynie demonów”. Tła wyglądają niczym malowane sprajem od graffiti, dodając pewnej własnej tożsamości, mieszając to z hip-hopową muzyką. Sceny gry w kosza są bardzo efektowne, niepozbawione slow-motion czy szybkiego montażu, dodając mi odpowiednią dawkę adrenaliny. Wszystko w różnorodnych boiskach (od wiszących stalaktytów przez lód aż po niemal spaloną ziemię), a same postaci poruszają się bardzo płynnie i wyglądają bardzo porządnie. Nie było tu miejsca na nudę i kibicowałem do samego końca. A o to tu chodzi.

Film jest u nas pokazywany z polskim dubbingiem, za który odpowiada Bartosz Wierzbięta (reżyseria i dialogi). Tłumaczenie nie wywołuje jakiś zgrzytów językowych, a dobrane głosy pasują. Mocno reklamowany jest ten film udziałem koszykarza Marcina Gortata, który użyczył głosu żyrafie Lenny’emu i wypada solidnie. Dla mnie jednak najmocniejszym punktem było trio: Karol Jankiewicz (Will), Monika Dryl (Jett Fillmore) oraz – kradnący ekran – Jan Kulczycki (trener Dennis z bardzo brawurową i pełną pasji mową motywacyjną!!!). Słuchałem tego z dużą przyjemnością oraz bez poważnych zgrzytów.

Jedyne, co mi przeszkadza to polski tytuł tego filmu. Aż prosiło się, by „Kozę” przerobić na „Kozaka”, ale dystrybutor uznał inaczej. Nie będę owijał w bawełnę, że ten film odmienił ten gatunek. Ja jednak lubię takie historię, która ma drobne niespodzianki, wyrazisty styl wizualny oraz złożone, sympatyczne postacie. Wyczuwam tu kolejny klasyk w dorobku Sony Pictures Animation.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Orzełek Iggy

Czy ktoś jeszcze kojarzy Bartka Kędzierskiego? Twórca kultowych (w pewnych kręgach) „Włatców much” był jednym z fenomenów animacji dla dorosłych do czasu wkroczenia Bartosza Walaszka. Jednak teraz reżyser postanowił wrócić z filmem animowanym (oczywiście) skierowanym do młodszego widza. Ale czy „Orzełek Iggy” poleci niczym nasz orzeł? Tak, o Małysza też chodzi.

Wszystko dzieje się w świecie antropomorfizowanych ptaków, które od bardzo dawna – dzięki technologii – nie latają skrzydłami. Po co same mają latać, skoro mają samoloty wszelkiej maści, także poruszają się autami, motocyklami itp. Tak jak my. I właśnie tutaj pojawia się młody, skrzydlaty chłopiec o imieniu Iggy. Jego rodzice są tak sprzeczni jak tylko możliwe – nadopiekuńcza korpo-pracownica, z telefonem niemal cały czas oraz strażak na wymuszonej emeryturze, który jest trochę bardziej wyluzowany. Chłopak ma jedno marzenie, żeby latać. Tylko niemal wszyscy (od nauczycieli po uczniów) uważają to za nierealne. Ale wszystko zmienia się, kiedy poznaje nową koleżankę Ewę.

Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa i dla doświadczonych kinomanów (do których ewidentnie ten film nie jest adresowany) nie będzie zbyt wielką niespodzianką. Kędzierski prowadzi wszystko w formie narracji z offu przy udziale starej sowy-bibliotekarki. Tematy dotykane tutaj może nie zaskakują (przełamywanie schematów, przyjaźń, zderzeń fantazji z rzeczywistością, uzależnienie od technologii), ale wszystko jest opowiedziane w elegancki, choć bardzo bezpośredni sposób. Jeszcze mamy tutaj rodziców, którzy są jak magnezy z dwóch kierunków, sprytną i inteligentną koleżankę (z tajemnicą), wymyślonego przyjaciela Feliksa oraz… zombie-kuraki, czyli parodia zombie z „Nocy żywych trupów”. Jest tu troszkę humoru, ale bardziej skierowanego dla młodszych widzów.

Sama animacja to hybryda ręcznie rysowanych postaci z trójwymiarowymi tłami. I byłem bardzo zaskoczony, bo tła (budynki, wnętrza mieszkań) wyglądały bardzo namacalnie. Jakby postacie zostały dorysowane do naszego świata, co dość mnie zaskoczyła. Kreska może nie jest zbyt szczegółowa – poza sekwencjami sennymi, gdzie tła wyglądają imponująco – ale wygląda przyzwoicie. Szczególnie horrorowe wejścia zombie-kurczaków oraz drobne efekty specjalne. Złego słowa także nie powiem o polskim dubbingu, ze wskazaniem na przekonujące role dziecięce w wykonaniu Tymoteusza Gliszczyńskiego (Iggy), Kosmy Pressa (Feliks) oraz Antoniny Baduchowskiej (Ewa). Wspierani przez bardziej doświadczonych aktorów jak Piotr Adamczyk (Leon, ojciec Iggy’ego), Agnieszka Dygant (Julia, matka Iggy’ego), Anna Seniuk (bibliotekarka) czy Danuta Stenka (dyrektorka – nie do poznania) tworzą bardzo zgraną grupę bez słabego ogniwa.

„Orzełek Iggy” może nie robi aż takiego wrażenia jak niedawny „Smok Diplodok”, ale to kawałek bardzo przyzwoitego kina dla młodego widza. Niedzisiejszy w formie, choć dotyka jak najbardziej współczesnych, jak i bardziej uniwersalnych kwestii. Dorośli mogą poczuć się troszkę znudzeni, ale krótki czas trwania nie pozwala się wiercić w trakcie seansu.

6/10

 

Radosław Ostrowski