Zwierzogród 2

Chyba na żadną kontynuację w tym roku nie czekałem tak bardzo jak na drugą część „Zwierzogrodu”. Bardzo szeroka metropolia mieszająca wszystkie rasy antropomorficznych zwierząt dawała sporą przestrzeń do eksploracji. Plus nasz cudowny niedopasowany duet lis Nick Bajer/królik Judy Hops, którzy działają jako stróże prawa. Jak sobie poradzi nasz duet, którego zaczyna coś zgrzytać?

Bo Bajer to wygadany cwaniaczek, zaś Hops jest aż nadgorliwa w prowadzeniu spraw, nie potrafiąc odpuścić. Tym razem pakują się w o wiele poważniejszą intrygę niż poprzednio. Tym razem wszystko krąży wokół kodeksu Rysiowieckich – rodu założycielskiego miasta, które działa już od 100 lat. Z jakiegoś powodu rękę – nie dosłownie, lecz w przenośni – chce położyć pewien… wąż. Co jest dość niezwykłe, albowiem gady w mieście nie są zbyt powszechnym widokiem. Szczególnie te śliskie, co wiąże się z tajemniczą zbrodnią czasów założenia miasta. Więc nasza para (wbrew przełożonemu, kolegom i częściowo sobie) decyduje się rozwikłać zagadkę.

Wraca duet twórców Byron Howard/Jared Bush i wydawałoby się, że po tylu latach twórcy nie będą mieli zbyt wiele pomysłów na sequel. Bo znowu będziemy mieli komedię opartą na zderzeniu charakterów i kontrastach, przy użyciu stereotypów antropomorficznych zwierzątek? Pomyślcie jeszcze raz. Dość szybko wskakujemy do historii (po krótkim przypomnieniu zakończenia oryginału), gdzie w centrum znajduje się nasz duet. Między nimi nadal jest chemia, ale też są tarcia, które wystawią ich „współpracę” na wysoką próbę. Sama intryga pozwala odkryć inne lokacje jak rodzinna siedziba Rysiowieckich (rysie), górskie krajobrazy, mocno inspirowane Luizjaną dzielnica wodna czy pustynię. Miejscówki są zróżnicowane i pięknie wyglądające – szczególnie finał w opustoszałej dzielnicy gadów. Jednocześnie nie brakuje tu przykład jak bardzo łatwo można zmanipulować społecznością, by wywołać strach, wrogość i uprzedzenia. Szczególnie wobec jednostek wpływowych i przy władzy. Może historia bywa przewidywalna, jednak angażuje swoim tempem, bardzo kreatywnymi pościgami oraz satysfakcjonującym zakończeniem. Nie brakuje powrotu starych znajomych (pan Be, czyli kreci ojciec chrzestny; sprzedający lipne filmy Łasica; leniwiec Flash), lecz nie ma tu żerowania na nostalgii oraz parę zaskakujących odniesień (nie spodziewałem się w animacji Disneya… „Lśnienia” Kubricka). Z kolei nowi bohaterowie (podcasterka Gryzelda Klonowska, nie pasujący do rodziny Ryszard czy podejrzany wąż – Grześ Żmijewski) pięknie uzupełniają się i wnoszą sporo świeżości.

No i nie można nie wspomnieć o polskim dubbingu. Nieżyjącego już Wojciecha Paszkowskiego na stołku reżysera zastąpił Grzegorz Pawlak (głos Flasha), zaś dialogi tłumaczył Jakub Wecsile. Zachowano przekład nazwisk postaci i nazw własnych, które są dość kreatywne. Stare głosy wracają, w tym rewelacyjny duet Julia Kamińska/Paweł Domagała, których ciągle słucha się z przyjemnością. Z nowych głosów najlepiej wypadł zaskakujący Maciej Stuhr (Grześ Żmijewski), trzymający klasę Andrzej Grabowski (Krzesimir Rysiowiecki) oraz żywiołowa stand-uperka Wiolka Walaszczyk (Gryzelda Klonowska). Jest tutaj jeszcze parę zaskakujących epizodów, o których nie chcę mówić, ale odkrywanie ich jest dodatkową frajdą i wielokrotnie łapałem się na tym, że znam ten głos.

Czy warto było czekać na kontynuację „Zwierzogrodu”? Jak najbardziej tak. Twórcy tutaj czerpią w pełni z konwencji buddy movie, mają świetnie napisane postaci, sama animacja jest pełna uroku oraz szczegółów, zaś intryga angażuje. Film daje sporo frajdy najmłodszym oraz tym troszkę starszym, dorównując i nawet przebijając poprzednikowi. A to nie jest łatwa sztuka.

8/10

Radosław Ostrowski

Osobisty pamiętnik grzesznika… przez niego samego spisany

Chyba dawno nie widziałem takiego przerostu ambicji oraz możliwości niż w przypadku „Osobistego pamiętnika grzesznika” Wojciecha Jerzego Hasa. Oparta na powieści Jamesa Hogga opowieść miała się skupić wokół życia człowieka w grzechu, podatności na wpływy Szatana. Tylko, że coś tutaj nie do końca zagrało.

Wszystko zaczyna się nocą, kiedy zostaje wykopane ciało lekko gnijącego nieboszczyka. Dowódca gwardii ma znaleźć tytułowy pamiętnik, lecz Robert (Piotr Bajor) zamiast wręczyć go bez wahania, zaczyna opowiadać swoją historię. Urodził się w rodzinie głęboko religijnej, że się tak wyrażę. Matka (Hanna Stankówna) była mocno oddana Bogu oraz modlitwom, zaś ojciec (Janusz Michałowski) był pastorem. Nie był jednak mężem kobiety, gdyż ten zostawił ją po tym, jak zapłodnił ją przemocą. Ale spokojne życie młodzieńca zmieniło się wraz z pojawieniem się tajemniczego nieznajomego (Maciej Kozłowski), który potrafi zmienić się w niego. Wtedy zaczynają dziać się dziwaczne rzeczy.

Reżyser znowu idzie w poetycko-surrealistyczną stylistykę, dodając do mieszanki estetykę kostiumowego kina grozy. Mamy tutaj próbę podjęcia tematów związanych z życiem w grzechu i nieczystości, hipokryzji oraz podatności na zło. A wszystko pokazane z perspektywy młodzieńca, który jest przekonany o swojej wyjątkowości. Brzmi to bardzo intrygująco, dialogi pełne są poetyckich metafor, także wizualnie wygląda to bardzo dobrze: od bardzo szczegółowej scenografii i dekoracji aż po płynną pracę kamery. Problem w tym, że to wszystko zmierza donikąd. Historia dzieje się w sposób urywany sposób, gdzie granica między jawą a snem się zaciera, zaś wiele istotnych wydarzeń rozgrywa się poza kadrem, wywołując jeszcze większy mętlik w głowie. Do tego samo aktorstwo jest strasznie teatralne i sztuczne (szczególnie w wykonaniu Bajora, który jest strasznie sztywny), które może by pasowało do XVII czy XVIII wieku, czyli epoki rozgrywania akcji. Niemniej nie jest to żadne usprawiedliwienie.

Dla mnie „Osobisty pamiętnik grzesznika…” to największe rozczarowanie w dorobku Hasa. Choć ma ładne ujęcia czy porządne technikalia, to scenariusz i reżyseria ciągną ten film w dół. Mętny, zbyt zintelektualizowany, nieczytelny tytuł, wywołujący we mnie przebitki z „wybitnych” dzieł Lecha Majewskiego. A nie jest to dobre skojarzenie.

5/10

Radosław Ostrowski

Rocznica

Było wielu polskich reżyserów, którzy próbowali zdobyć i podbić Hollywood. Największe sukcesy osiągnął Roman Polański w latach 60. i 70., choć wielu próbowało się wybić na amerykańskiej ziemi jak Agnieszka Holland czy ceniony autor zdjęć Andrzej Bartkowiak, to jednak nikt nie zbliżył się do poziomu reżysera „Chinatown”. Teraz swój pierwszy krok ku amerykańskiemu snu wykonał Jan Komasa, który zrobił dwa anglojęzyczne (brytyjski „Dobry chłopiec” wyjdzie w przyszłym roku) w jednym roku.

„Rocznica” skupia się na inteligenckiej rodzinie z typowych amerykańskich przedmieść, którą poznajemy podczas 25-lecia rocznicy małżeństwa. Ellen (Diane Lane) jest profesorem na uniwersytecie, jej mąż Paul (Kyle Chandler) prowadzi restaurację i mają jeszcze czwórkę dzieci: prawniczkę Cynthię (Zoey Deutch), stand-uperkę Annę (Madeline Brewer), mieszkającą z rodzicami Birdie (Mckenna Grace) oraz aspirującego pisarza Josha (Dylan O’Brien), którego nikt nie chce wydać. I to ten ostatni zaprasza na rodzinną uroczystość swoją dziewczynę – Elisabeth (Phoebe Dynevor). Jak się dowiadujemy, młoda kobieta to była studentka Ellen, której praca zaliczeniowa została odrzucona za zbyt anarchistyczne i anty-demokratyczne treści. Co gorsza, jej tekst został opublikowany przez wpływową korporację i staje się bestsellerem.

Jeśli wielu skojarzyła się ta fabuła z „Hejterem”, to nie jesteście jedyni. Reżyser jednak robi o wiele bardziej kameralny film, który w zasadzie całą akcję osadza w okolicy domu Taylorów, rzadko ją opuszczając. Początek też wydaje się bardziej iść w stronę obyczajowego dramatu, gdzie zaczynają pojawiać się pewne rysy w tym rodzinnym portrecie. Docinki, iskry oraz pewne złośliwości – nie pozbawione odrobiny przebłysku. Ale im się przesuwamy, tym bardziej za oknem zmienia się krajobraz. Kraj staje się coraz bardziej autorytarny, wręcz niebezpiecznie skręcający ku totalitarno-dystopijnym wizjom Orwella czy Huxleya. A to zaczyna się odbijać na samej rodzinie, atmosfera robi się coraz gęstsza, doprowadzając do bardzo dramatycznych sytuacji. Komasa nawet w prostych rozmowach potrafi budować napięcie niczym w rasowym thrillerze. Robi się coraz bardziej politycznie (choć wszystko jest bardzo alegoryczne, nie odnosząc się wprost do obecnej sytuacji), kraj zaczyna się dzielić, zaś członkowie rodziny mierzą się z konsekwencjami tych zmian. I nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen – pobicie Anny podczas stand-upu czy bardzo krwawy finał – to jednak film nie jest aż tak ciężki emocjonalnie jak mógłby być. Próba zuniwersalizowania kwestii dziejącej się na przestrzeni 5 lat przemian oraz pewna ogólnikowość tego procesu były dla mnie największą słabością.

Technicznie całość zrobiona jest poprawnie i jest czymś, co nazwałbym przerostem treści nad formą. Zdjęcia, scenografia i kostiumy nie wywołują efektu wow, ale też nie wyglądają jakby robione na odwal. Niemniej brakuje tu jakiegoś pazura czy czegoś wyrazistszego w kwestii stylu. To jednak rekompensuje bardzo soczysta obsada, gdzie każdy ma swoje pięć minut, by móc zabłysnąć. Jednak najważniejsze są tutaj fantastyczne role Diane Lane oraz Phoebe Dynevor. Pierwsza jako matrona z bardzo silnymi przekonaniami liberalnymi, próbując trzymać ład i kontrolę nad wszystkim, druga zaś pozornie łagodna oraz delikatna, lecz jest w niej pewne wyrachowanie oraz manipulacja (przygotowanie przed lustrem nim poznać teściów). Tutaj lecą najmocniejsze iskry, niejako walcząc o „władzę”. Jednak reszta też ma swoje momenty jak zaskakująco poważny Dylan O’Brien, czarujący oraz opanowany Kyle Chandler czy będąca na skraju depresji i obojętności Deutch, przykuwając uwagę.

Więc czy „Rocznica” jest udanym filmem? Teoretycznie odpowiedź brzmi tak, choć miałem pewne poczucie niedosytu. Świetnie zagrane kino obyczajowe, może trochę teatralne w formie i treści oraz udające troszkę głębię, niemniej w trakcie seansu wsysa niczym odkurzacz, trzyma w napięciu do samego końca. Ale kibicuję Komasie oraz mam nadzieję, że następny film będzie lepszy.

7/10

Radosław Ostrowski

Rozmowa

Każdy kinoman musiał zetknąć się z Francisem Fordem Coppolą. „Ojciec chrzestny”, „Czas Apokalipsy”, „Dracula” czy najnowsze, odjechane „Megalopolis”. Ale między dwiema częściami mafijnej sagi rodu Corleone zrealizował ostatni, kameralny film w swoim dorobku. I jednocześnie jeden z najbardziej nietypowych.

„Rozmowa” zaczyna się niepozornie: od widoku na plac w San Francisco z bardzo daleka. Niby nic się nie dzieje: mim chodzi, gra jakiś muzyk, menel leży na ławeczce. No i jeszcze jest młoda parka – chodzą, rozmawiają, niby nic niezwykłego. A jednak oboje są podsłuchiwani. Grupą podsłuchującą kieruje Harry Caul (Gene Hackman), używając sprzętu: od dalekiego zasięgu mikrofonów po bliskie mikrofony. Kto mu zlecił zlecenie? Nie wiadomo, ale płaci sporo. Mężczyznę to nie interesuje i nie obchodzi. Ale uważniej wsłuchując się w strzępki konwersacji zaczyna podejrzewać… morderstwo. I to budzi w nim pewien konflikt, co z tym wszystkim zrobić.

Coppola pozornie wydaje się być thrillerem, ale tak naprawdę „Rozmowa” to zupełnie inna bestia. Tak naprawdę to psychologiczny dramat z kryminalna intrygą. Razem z Harrym próbujemy rozgryźć i odczytać podteksty niby zwykłej rozmowy. Ciągle zapętlane fragmenty (kapitalna robota dźwiękowca Waltera Murcha, tworzącego wszelkie zniekształcenia), odtwarzane taśmy, pokazywane obrazy – reżyser coraz bardziej naciska oraz wchodzi w głowę niepozornego człowieka. Człowieka, który próbuje nie rzucać się w oczy, unika jakiegokolwiek kontaktu, by nie mogło to być wykorzystane przeciwko niemu. Dlatego tak wiele czasu spędzamy właśnie z nim, zaś sama tajemnica rozmowy przez 2/3 filmu jest tłem.

I muszę przyznać, że mimo fenomenalnego Gene’a Hackmana w roli Harry’ego, te momenty pokazujące naszego bohatera wywoływały we mnie znużenie. Wyjątkiem były oniryczne przebitki, pokazujące wyrzuty sumienia oraz częściowo odkrywaną tajemnicę z życia bohatera. Plus absolutnie silny emocjonalnie moment w toalecie hotelowego pokoju, co przypominało mi „Psychozę”. Jeszcze trzeba wspomnieć o tajemniczym Harrisonie Fordzie (asystent dyrektora), duecie Frederic Forrest/Cindy Williams czy bardzo solidny Johnie Cazale (Stan, wspólnik Harry’ego).

„Rozmowa” jest dzieckiem swoich czasów, powstając parę miesięcy przed wybuchem afery Watergate, dając jej dodatkowej siły. Kameralne dzieło Coppoli tematycznie wydaje się bardziej aktualnie niż kiedykolwiek, mimo potężnego rozwoju technologii. Niemniej nie porwała mnie tak bardzo jak sądziłem, co mnie zaskoczyło.

7/10

Radosław Ostrowski

Predator: Strefa zagrożenia

Dan Trachtenberg stał się zbawcą serii „Predator”, choć jego filmy powstały od razu na platformę streamingową. „Strefa zagrożenia” to pierwsza od czasów „The Predatora” część serii, która trafiła na ekrany kin i – co wielu wkurzyło – posiadał kategorię wiekową PG-13. Czyżby Disney chciał wykastrować największego myśliwego w galaktyce?

„Strefa zagrożenia” zaczyna się na planecie Yautia Prime, skąd na swoje safari wyruszają Predatory. Jednym z nich jest Dek (Dimitrius Schuster-Koloamantangi), który ma udowodnić swoją wartość jako wojownik. Wspierany przez brata i znienawidzony przez ojca wyrusza zdobyć swoje pierwsze trofeum. I decyduje się wyruszyć na Gennę, nazywaną planetą śmierci (żaden Predator nigdy stamtąd nie wrócił) oraz upolować Kaliska – groźną bestię, rzekomo nie do zabicia. Lądowanie na planecie jest twarde i nieprzyjemne, a wszystko i wszyscy chcą Deka zabić. Wtedy na drodze trafia na Thię (Elle Fanning) – pozbawioną nóg androidkę działu broni biologicznej korporacji Weyland-Yutani. Jej ekipa wpadła na Kaliska, co skończyło się niezbyt przyjaźnie.

Już tutaj czuć pewną zmianę tonalną, która mocno podzieli widownię. Reżyser zamiast krwawego i brutalnego horroru poszedł w kino przygodowe, gdzie to nasz Dek jest zwierzyną. Nie ma tu krwi, bo zamiast ludzi oraz polowania na Ziemi, by znowu dostać wpierdol od Wikingów, samurajów czy innego Schwarzeneggera, mierzy się z fauną i florą Genny. Sama planeta potrafi być jednocześnie różnorodna, zjawiskowo wyglądająca oraz bardzo niebezpieczna. Od momentu pojawia się Thii, „Strefa zagrożenia” wchodzi w znajomy ton buddy movie, choć nasza towarzyszka początkowo irytuje swoją gadaniną i humor wydaje się wymuszony. Nawet pojawia się pewien uroczy stworek, stający się towarzyszem. Zaraz, to tego Predatora robił Pixar czy inny Disney?

Choć nie mamy tutaj ludzkiej krwi ani przekleństw na ekranie, to jednak akcja jest brutalna, makabryczna oraz obrzydliwa. I reżyser świetnie filmuje akcję (próba zabicia bizona chodzącego po szklanej trawie) oraz buduje napięcie. Oraz poszerza świat samego wojownika Yautia, dając mu mowę, zupełnie inne zabawki (łuk i miecz). A jednocześnie sam Dek świetnie grany przez Schustera-Koloamantangiego oraz efekty komputerowe przechodzi ważną ewolucję. Od mrukliwego, szorstkiego wojownika napędzanego przez dumę, ambicję oraz toksyczną męskość po bardziej empatycznego, dbającego o „swoje stado” lidera. Świetnie uzupełnia go Elle Fanning w podwójnej roli: sympatycznej Thai oraz bardziej chłodną, skupioną na zadaniu Tessę (także androida, a rozpoznać je można po… brwiach).

Ze wszystkich trzech filmów z serii „Predator” od Dana Trachtenberga, to „Strefa zagrożenia” jest najsłabsza. Nie mam problemów ze zmianą tonu i konwencji, zaś uczynienie wojownika rasy Yautia protagonistą wnosi sporo świeżości. Zgrzytały we mnie nie do końca pasujące akcenty humorystyczne oraz krótkie momenty przestoju, niemniej to cholernie dobry kawał kina. Nie wiem, czy następną częścią będzie konfrontacja Predatora z Xenomorphem, jednak nadal jestem zaciekawiony dalszym ciągiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Wilczyca

Hasło „polski horror” samo w sobie brzmi przerażająco, a szczególnie sprawdzając filmy grozy z czasów PRL-u. Niemniej jest parę produkcji tego gatunku z tego okresu, które potrafią zrobić wrażenie nawet teraz („Trzecia część nocy” czy „Lokis”). Jednak najbardziej rozpoznawalnym horrorem jest „Wilczyca” specjalisty od polskiego kina klasy B – Marka Piestraka.

Akcja dzieje się gdzieś pod zaborem pruskim po powstaniu 1846 roku, kiedy do swojego majątku wraca Kacper Wosiński (Krzysztof Jasiński). Na miejscu odkrywa, że jego żona Maryna (Iwona Bielska) jest śmiertelnie chora. Wszystko z powodu próby usunięcia ciąży, a kobieta przed śmiercią rzuca klątwę na męża. Po jej śmierci (oraz wbiciu kołka w serce Maryny) Kacper wyrusza do majątku hrabiego Ludwika (Stanisław Brejdygant) jako jego plenipotent. Jednak w ślad za nim rusza sporej wielkości wilk. Równie zaskakujący jest fakt, że żona hrabiego wygląda dziwnie podobnie jak jego zmarła żona. I zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Od razu może napiszę, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – to nie jest najlepszy polski horror, jaki widziałem. Reżyser ewidentnie do tworzenia filmu inspiruje się włoskim kinem grozy z lat 60. od Mario Bavy, co może wynikać z niezbyt dużego budżetu. Niemniej Piestrak sprytnie kombinuje i umie budować atmosferę. Od ciągle trwającej zimy przez scenę we mgle na drodze aż po dwór. Wszystko idzie dość powolnym tempem i czasami niektóre rzeczy mogą pozornie nie pasować do całości (ucieczka hrabiego Ludwika, romans hrabiny z oficerem huzarów). Niemniej w drugiej połowie zaczyna nabierać mocniejszego tempa, spinając wszystko w klarowną całość – z krwawym (w bardzo kampowy sposób) finałem oraz mocnym zakończeniem.

Technicznie wygląda to całkiem przyzwoicie – od naprawdę stylowych zdjęć przez zaskakująco imponującą scenografię (zarówno dwór hrabiego, jak i pracownia lekarza) aż po bardzo intensywną muzykę orkiestrową. A jak radzi sobie charakteryzacja? Bo jest tu jej troszkę i – no, jest to dziecko swoich czasów. Nie wygląda to śmiesznie, ale straszyć też nie potrafi. Na szczęście nie ma jej zbyt wiele, więc nie przeszkadza aż tak bardzo.

Ale za to aktorstwo – Jezus Maria. Tutaj Piestrak radzi sobie najsłabiej, bo są tu całkiem uzdolnieni aktorzy i – grają strasznie. W sensie niezbyt dobrze, wręcz na granicy przerysowania. Szczególnie dotyczy to Iwony Bielskiej w podwójnej roli oraz Krzysztofa Jasińskiego, którego ratuje postrzelona czupryna oraz epickie wąsy. Właściwie najbardziej wybija się tutaj bardzo energiczny epizod Leona Niemczyka (hrabia Smorawiński) oraz niezawodny Henryk Machalica w roli pewnej wariacji Van Helsinga (doktor Goldberg).

Jakby rozumiem skąd kultowy status „Wilczycy”, zaś Piestrak całkiem nieźle sobie sobie radzi w konwencji folk-horroru. Niemniej nie postawiłbym tego dzieła ani obok „Lokis” Majewskiego czy nawet idącego ku noir „Medium” Koprowicza, bo brakuje mi do tej klasy. Szczególnie w kwestii aktorstwa czy budowaniu napięcia.

6/10

Radosław Ostrowski

Ministranci

Jaki ministrant jest, każdy widzi. Najczęściej to młodzi chłopcy w wieku nastoletnim, pomagający księdzu podczas mszy. Czasem tą funkcję pełni kościelny albo wikary, ale to nie jest powszechna praktyka. O takiej grupce 4 chłopaków opowiada najnowszy film Piotra Domalewskiego. Czyi tegoroczny zwycięzca Gdyni, więc oczekiwania były spore.

Ministrantami są tutaj chłopacy w wieku późnopodstawówkowym (7-8 klasa) na Kielecczyźnie. Filip (Tobiasz Wajda), „Gucci” (Bruno-Błach Baar), „Kurczak” (Mikołaj Juszczyk) oraz jego brat „Mały Kurczak” (Filip Juszczyk) tworzą zgraną paczkę, choć pochodzą z różnych środowisk: pierwszy wychowywany jest przez samotną matkę (Kamila Urzędowska) z depresją w głowie i skłonnością do picia; drugi ma bardziej dzianych rodziców planujących osiedlić się poza krajem; z kolei bracia Kurczaki próbują sił w rapowaniu. Chłopaki ostatnio zaczynają dostrzegać pewne niesprawiedliwości tego świata: od przegranej (ustawionej) w zawodach ministrantów aż po zabranie pieniędzy ze zbiórki dla najuboższych na opłacenie rekolekcjonisty (Tomasz Schuchardt). To ostatnie wywołuje w nich wściekłość i decydują się wykraść pieniądze z tacy, by dać ją najuboższym. Ale komu konkretnie? By to ustalić montują… kamerę w konfesjonale.

Punkt wyjścia wydaje się prosty, a historia dzieje się w bardzo znajomych realiach. Choć punkt wyjścia może wydawać się skręcać ku komedii i ma zabawnych momentów (rapowe „klipy”, wręczanie pieniędzy poszkodowanym czy otwierający film… zawody ministrantów), to „Ministranci” są o wiele poważniejsi niż się wydaje. Alkoholizm, przemoc domowa, bieda skontrastowana z naszą grupką Avengersów w komżach, próbujących jakoś zmienić tą rzeczywistość. Nawet jeśli nie wszyscy będą chcieli z niej skorzystać, a otrzymane pieniądze będą chcieli wydać na gorzałę niż jedzenie. Ale w tym wszystkim gdzieś z tyłu głowy pada pytanie, czy nasi ministranci nie idą za daleko? Czy nie stają się zbyt radykalni? Najbardziej widać to w postawie Filipa, który nie potrafi odpuścić i jest w stanie wiele poświęcić. Włącznie ze swoim życiem i to jest jedna z mocniejszych scen filmu. Więcej jest takich momentów zarówno poważnych, jak i bardziej refleksyjnych, zaś Domalewski przygląda się całej sytuacji.

A działa to wszystko dzięki czwórce kapitalnych młodych aktorów w głównych rolach. Ale najważniejszy jest tutaj Tobiasz Wajda w roli Filipa, którego działania stają się coraz bardziej radykalne. Mieszanka wrażliwości, zaradności, sprytu oraz gniewu, zagrana bez cienia fałszu i sztuczności, o co w przypadku dziecięcych aktorów jest bardzo łatwo. Młodzian dźwiga to dzieło do spółki z Błach-Baarem, będącego zarówno silnym wsparciem oraz kumplem, ale też pewnego rodzaju moralnym kręgosłupem. Z dorosłych aktorów najmocniejsze wrażenie robi zadziwiająco wyciszona Kamila Urzędowska (matka Filipa), wyrazisty Sławomir Orzechowski (proboszcz), pojawiający się ostatnio wszędzie Tomasz Schuchardt (ksiądz rekolekcjonista) oraz nastoletnia Daria Kalinchuk (Dominika).

Zadziwiająco refleksyjno-humorystyczni „Ministranci” są jedną z cichych niespodzianek polskiego kina. Niby wygląda i dotyka bardzo znajomych rewirów, jednak Domalewski podchodzi do tych kwestii w bardziej świeży sposób, bez popadania w patologię. Blisko tu do „Bożego Ciała” niż „Kleru”, co chyba może być pewną rekomendacją.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Predator: Pogromca zabójców

Po sukcesie „Prey” reżyser Dan Trachtenberg musiał zdobyć spore zaufanie u Disneya, bo postanowili mu dać pieczę nad Predatorem. Teraz reżyser szykuje kinową „Strefę zagrożenia”, ale parę miesięcy temu pojawiła się animowana antologia „Pogromca zabójców”. I to dla mnie jedna z największych niespodzianek tego roku oraz – co może zaskoczyć – najlepszym Predatorem od czasu części pierwszej.

Mamy tutaj trzy historie osadzone w trzech różnych realiach czasowych: IX wieku, XVII wieku oraz podczas II wojny światowej. W pierwszej przywódczyni Wikingów Ursa razem z synem Andersem wyrusza, by się zemścić na innym przywódcy. W drugiej dwaj bracia, synowie dajmio walczą przeciwko sobie – jeden jako samuraj, drugi będąc wygnanym (zbyt słabym) ninja. Z kolei w trzeciej mamy młodego mechanika Torresa, który – trochę wbrew sobie – walczy na Pacyfiku. We wszystkich tych akcjach wbija się na trzeciego wojownik z rasy Yautia, będący troszkę takim nieproszonym gościem na imprezie.

Każda część jest niejako osobną opowieścią, która – pod koniec – zaczyna się łączyć. Wszystkie segmenty wyglądają bardzo imponująco, mają swój wyrazisty styl i są bardzo brutalne. Krwawa jatka Ursy przy użyciu tarczy, wkroczenie ninja oraz infiltracja pałacu – to są bardzo soczyste, intensywne, trzymające w napięciu sceny. No i sceny walka powietrznej ze statkiem Predatora. Czuć tutaj stawkę każdej walki, zaś Predator (za każdym razem inaczej uzbrojony) jest bardzo ogromnym wyzwaniem. Mi się najbardziej podobał segment japoński, głównie z powodu niemal braku dialogów – poza początkiem i końcem. Same dialogi są oszczędne, motywacja protagonistów prosta, ale bardzo efektywna. Sama animacja jest bardzo ładna, bardzo płynna oraz przypomina ręcznie malowaną. W tle jeszcze przegrywa mieszająca orkiestrę z elektroniką muzyka, zaś otwarte zakończenie wywołuje apetyt na więcej.

Wygląda na to, że jeden z najbardziej przerażających monstrów w historii kina SF powraca w wielkim stylu. Nawet jeśli idzie znajomym szablonem, to Trachtenberg daje sporo energii, pasji oraz zaangażowania, że chce się „Pogromcę zabójców” oglądać raz za razem. I jeszcze troszkę dodaje (szczególnie w finale) parę detali w tym świecie. Nie mogę doczekać się kolejnych szalonych popisów Trachtenberga w kwestii tego uniwersum.

8/10

Radosław Ostrowski

Pismak

Pismak – pejoratywne określenie na dziennikarza. Taki też tytuł dostał nakręcony w 1984 roku film Wojciecha Jerzego Hasa, oparty na powieści Władysława Terleckiego, który także napisał scenariusz. I jest to niby kolejny dramat psychologiczny, który – jak poprzednia „Nieciekawa historia” – jest bardzo kameralny oraz stonowany. Ale jednocześnie mamy pewne odloty ku oniryzmowi.

Akcja toczy się w czasie I wojny światowej i skupia się wokół tytułowego dziennikarza Rafała (Wojciech Wysocki). Mężczyzna wydaje satyryczne pismo „Djabeł”, w którym – jako Belzebub – pisał antyklerykalne i antysystemowe poglądy. I za te treści zostaje aresztowany przez władze. Trafia do sporej celi zwanej „salonem”, gdzie przebywają znany kasiarz (Zdzisław Wardejn) oraz były mnich Sykstus (Jan Peszek). Mężczyzna planuje wykorzystać sytuację jako tło do napisania swojej pierwszej powieści.

I w zasadzie to tyle w kwestii fabuły, która skupia się na naszym dziennikarzu w zamknięciu. „Pismak” z jednej strony jest mocno zamknięty w niemal jednym miejscu (więzienie – aczkolwiek cela jest duża), ale z drugiej zaciera się granica między wizjami a rzeczywistością. Z więziennej celi nagle trafiamy do pociągu, gdzie jest ze swoją partnerką oraz pisarzem. Albo jesteśmy w ogrodzie. Reżyser próbuje tutaj wejść w umysł człowieka, który zarówno ma wielkie ambicje, próbuje nadać sens swojemu życiu i – być może – ma coś więcej do ukrycia niż tylko wydawanie nieprzyzwoitej prasy. Jeszcze jest tu kwestia winy i kary, ciągle namacalne poczucie izolacji oraz ciągła dezorientacja. Niby wszystko tu wygląda jak trzeba w warstwie technicznej – od bardzo stonowanych zdjęć, niepokojącej muzyki po dobrą scenografię i rekwizyty – jednak problemem jest tu reżyseria. Pozornie wydaje się być w porządku, a wyrazisty styl Hasa jest łatwy do rozpoznania. A jednak film nie był w stanie mnie porwać i wciągnąć całkowicie. Nie byłem w stanie całkowicie się zaangażować, jakby brakowało jakieś mocniejszego haka. Poza niektórymi liniami dialogu i mętnym zakończeniem, nie zostanie w mojej głowie zbyt wiele.

Wiele tutaj ratuje obsada. Choć grający główną rolę Wojciech Wysocki wypada całkiem nieźle, to film dla mnie kradli fantastyczny i energiczny Zdzisław Wardejn (kasiarz Szpicbródka) oraz bardzo powściągliwy Jan Peszek (Sykstus) w roli współtowarzyszy celi. Pierwszy jest bardzo elegancki, pełen pasji, mający układy i znajomości, drugi jest bardzo skryty i wycofany, ewidentnie coś go dusi oraz skrywa. W ogóle drugi plan tutaj jest bardzo wyrazisty, nawet jeśli postacie pojawiają się na krótko jak sędzia śledczy (Gustaw Holoubek) czy lekarz (Janusz Michałowski).

Muszę przyznać, że „Pismak” niezbyt dobrze zniósł próbę czasu. Bywa czasami zbyt enigmatyczny i mętny, przez co ciężko się w tym zanurzyć. Nawet interesujące kwestie ingerencji cenzury czy symbolicznej warstwy nie do końca wybrzmiewa. Sytuację ratują techniczna warstwa oraz wyraziste aktorstwo.

6/10

Radosław Ostrowski

Bugonia

Yorgos Lanthimos – najbardziej porąbany grecki reżyser, który przebił się do amerykańskiego mainstreamu. Mieszanka mroku, bardzo czarnego i absurdalnego humoru zmieszanego ze społecznym komentarzem są tak odjechane, czasami za bardzo, że dzielą widownię. Albo zostawiają ją w stanie konsternacji. Nie inaczej będzie z „Bugonią” – pierwszym w dorobku reżysera… remakiem oraz bardziej poważnym filmem.

Cała historia skupia się na Teddym (Jesse Plemons z najdłuższymi włosami na głowie kiedykolwiek) – pszczelarza, który pracuje w korporacji sklejając paczki. Mieszka razem z autystycznym kuzynem Danem (Aidan Delbis) i jest gościem absolutnie wierzącym w teorie spiskowe. Takie najbardziej szalone, oparte na pseudonaukowym pierdololo. Z powodu swoich przekonań razem z kuzynem decyduje się porwać szefową korporacji, Michelle (Emma Stone). Nasz „heros” jest całkowicie przekonany, że kobieta jest… kosmitką z Andromedy, zaś jej włosy są ichnym odpowiednikiem GPS-a. Wszystko po to, by skontaktować się z przywódcą jej rasy przez zaćmieniem Księżyca i poprosić, by ich rasa odwaliła się od naszej planety oraz poszła w pizdu. Co ma doprowadzić do końca niszczenia planety.

Na pierwszy rzut oka „Bugonia” wydaje się typowym filmem Lanthimosa z mocno niedorzecznym, wręcz absurdalnym punktem wyjścia. Jednak klimatem oraz atmosferą bliżej mu do psychologicznego thrillera w stylu Romana Polańskiego jak „Matnia” czy „Śmierć i dziewczyna”. Przez niemal większość czasu znajdujemy się w piwnicy mocno podupadającego domu Teddy’ego, z rzadkimi wejściami na zewnątrz (biuro Michelle, magazyn, pszczele ule). Cały czas czuć atmosferę paranoi, szalonych teorii spiskowych spod znaku gości w foliowych czapeczkach, których jakiekolwiek racjonalne i podparte nauką umysły nie są w stanie się przebić. Co sprawia, że kompletnie nie byłem w stanie przewidzieć rozwiązania tej sytuacji. Jednocześnie reżyser pokazuje krótkie, czarno-białe przebitki pokazujące retrospekcje z życia Teddy’ego. Dzięki nim ta postać staje się o wiele bardziej złożona i unika przerysowania. Do tego jeszcze serwowane są krwawe twisty (i bardzo brutalna scena tortur z użyciem prądu) oraz parę mocnych niespodzianek, które wywołują szok. Jedynym dla mnie zgrzytem było zakończenie, które wywołuje spory mózgotrzep, a mnie wkurzyło. Dlaczego? Bo poszło w kierunku, którego nie chciałem i wydawał mi się zbyt oczywisty. Za to ostatnie kadry i genialnie użyta piosenka mnie zaskoczyła.

Aktorsko wszystko skupia się wokół trójki cudownych kreacji: Jesse’ego Plemonsa, Emmy Stone oraz debiutującego Aidana Deblisa. Plemons w roli Teddy’ego jest absolutnie rewelacyjny – niby wygląda niepozornie, ale jest bardzo pewny w swoich przekonaniach. Jednocześnie czuć w nim nieprzepracowaną traumę, która mocno go naznaczyła i go wykreowała. Stone pojawiająca się przez większość czasu ekranowego z ogoloną głową niczym Ellen Ripley w „Obcym 3” (i trudno oderwać od niej oczu), ale nadal elektryzuje. Nadal pozostaje silną osobowością, próbującą na wszelkie sposoby dotrzeć do porywacza. Nawet przy użyciu siły czy mocnego monologu o ewolucji gatunku ludzkiego. Kolejna niezapomniana kreacja w dorobku tej aktorki, która u Lanthimosa gra swoje najlepsze role. Przy tym duecie troszkę w cieniu zostaje Deblis jako autystyczny kuzyn Dan, który znajduje się w środku tego chaosu. Niemniej jego wątek kończy się mocnym uderzeniem.

Ze wszystkich anglojęzycznych filmów Lanthimosa „Bugonia” wydaje się najbardziej opowiedziana wprost, choć nadal jest mroczna i przerażająca. Kolejne pesymistyczne spojrzenie na świat, gdzie wszyscy tak naprawdę są przegranymi, zaś przed prymitywnymi instynktami nie da się uciec. I znowu trudno przed tym wszystkim oderwać wzrok.

8/10

Radosław Ostrowski