Anakonda (2025)

Chyba nikt się nie spodziewał, że powstanie nowa „Anakonda”. I nie chodzi o remix utworu Nicky Minaj, tylko o… no właśnie. Remake, reboot, wariację na temat? Więc znowu jesteśmy w dżungli oraz znowu mamy wielkiego węża. Jednak cała reszta jest zupełnie inna.

W nowej „Anakondzie” historia skupia się na grupie przyjaciół z Buffalo, którzy znajdują się w kryzysie wieku średniego. Doug McCallister (Jack Black) miał być reżyserem w Hollywood, jednak zamiast tego reżyseruje filmy ślubne, zaś Ron Griffin (Paul Rudd) jest aktorem z niezbyt dużymi sukcesami. Ale udaje mu się przekonać przyjaciela, że ma prawa do filmu „Anakonda”. Razem ze swoją byłą dziewczyną, prawniczką Claire (Thandiwe Newton) oraz niezbyt rozgarniętego Kenny’ego (Steve Zahn) wyruszają do Brazylii kręcić niskobudżetowy remake produkcji z 1997 roku. Co może pójść nie tak?

Tym razem za kamerą stanął Tom Gormican, czyli reżyser „Nieznośnego ciężaru wielkiego talentu”. I w zasadzie są tu dwie opowieści w jednym. Z jednej to meta-komedia, próbująca iść w kierunku „Jaj w tropikach”, gdzie grupa przegrywów podąża za marzeniami. Ale jednocześnie jest jeszcze poboczna opowieść, gdzie pojawia się niejaka Ada (Daniela Melchior). Kobieta jest ścigana i dołącza do grupy jako kapitan statku. I ku mojemu zaskoczeniu, o wiele bardziej nowa „Anakonda” działa jako thriller. Nie brakuje tu zarówno sprytnie budowanego napięcia (scena z kamperem) czy akcji (ucieczka z użyciem „przynęty” lub wybuchowy finał), ale nadal jest to zrobione z lekkim dystansem. Problem jednak w tym, że ten humor nie zawsze trafia. Co zważywszy na reżysera i jego poprzedni film zdziwiło mnie.

Najbardziej dla mnie błyszczały momenty związane z realizacją filmu oraz mocno „nawiedzonego” specjalisty od węży (świetny Selton Mello). Swoje też robi mocna chemia między Blackiem a Ruddem, gdzie nie ma tutaj przerysowania ani karykatury. Pierwszy ma w sobie szaloną energię, drugi jest zadziorny, z błyskiem w oku (kiedy gra awanturnika). Troszkę do tła została przesunięta Thandiwe Newton i w zasadzie nie ma zbyt wiele do roboty, zaś parę razy całość kradnie Steve Zahn. Jego pierdołowatość, brak pewności siebie oraz jego ekspresja twarzy potrafi rozchmurzyć nawet największego ponuraka. Jest też jedno (a nawet dwa) cudne cameo, wywołujące lekki uśmieszek na twarzy.

I powiem, że ta nowa „Anakonda” jest zaskakująco przyzwoitą rozrywką. Nawet jeśli nie zawsze porywa, a humor potrafił czasem przestrzelić, ma swoje urocze momenty. To przede wszystkim zasługa świetnego aktorstwa i chemii między ekipą, nagłe ataki węża zaskakują, zaś efekty specjalnie trzymają poziom. Leciutka rozrywka na rozluźnienie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Anakonda (1997)

Już w kinach pojawiła się nowa wersja „Anakondy” – jeszcze nie wiem, czy to będzie reboot, remake czy tylko wariacja na temat. Więc to dobra okazja, aby się zapoznać z pierwowzorem. Czyli stworzonym w latach 90. blockbusterowym kinem klasy B, mocno czerpiącym ze znajomych klisz oraz schematów animal attack.

Sama fabuła jest prosta niczym konstrukcja cepa. Otóż śledzimy ekspedycję naukową w głąb Amazonki, która ma odnaleźć mityczne plemię. Grupą prowadzi dr Steven Cale (Eric Stoltz) oraz filmowcy z reżyserką Terri (Jennifer Lopez), operatorem Danny’m (Ice Cube), dźwiękowcem Gregiem (Owen Wilson), asystentką Denise (Kari Wuhler) oraz aktorem, pełniącym rolę narratora Warren (Jonathan Hyde). Cóż może pójść nie tak? Wszystko zmienia się, gdy ekipa przygarnia rozbitka, niejakiego Paula Serone’a (Jon Voight). Ten obiecuje pomóc w dotarciu do celu, jednak ma własny motyw.

Wszystko jest tu proste, a reżyser Luis Llosa wydaje się być świadomym tego, co robi. Postacie w zasadzie są proste, płaskie i papierowe – naukowiec w stroju Indiany Jonesa, czarnoskóry dobrze posługujący się nożem, Brytyjczyk z wyższych sfer nie odnajdujący się w tym otoczeniu. No i jeszcze tajemniczy przybysz – niby z Paragwaju, ale akcent jest zupełnie z zupełnie innej strony galaktyki, jest kompletnie przerysowana, w zasadzie niejako kradnący ekran bardziej niż anakonda. Dialogi w zasadzie są, ale ich brak nic specjalnie by zmienił. Z kolei sam wąż jest… straszny. I nie chodzi o to, że budzi grozę, ale efekty komputerowe nie zestarzały się zbyt dobrze. Gad wygląda jakby był z gumy i nie budzi przerażenia, za to jest bardzo długi, a nawet potrafi złapać swoją ofiarę w locie. Dosłownie i w przenośni.

Sam film wygląda ładnie wizualnie (szczególnie wschody słońca na rzece), co jest zasługą Billa Butlera – autora zdjęć m.in. do „Szczęk”, zaś muzyka Randy’ego Edelmana pomaga w budowaniu klimatu. Ale jeśli myślicie, że wywołuje to jakiekolwiek napięcie czy grozę, zapomnijcie. Ja nie czułem kompletnie nic, poza nagłymi atakami śmiechu oraz niedowierzania. Choćby w finale, gdzie mamy podpalanie, ucieczkę za bestię i eksplozję. Jedynie Jon Voight sprawia wrażenie, jakby wiedział w czym gra, robiąc absolutną zgrywę. Ten dziwny akcent, niemal kamienny wyraz twarzy oraz opanowanie godne najtwardszego twardziela zapadają w pamięć. A jego śmierć – o rany, tego nawet nie jestem w stanie opisać.

„Anakonda” ani nie działa jako horror/thriller, bo suspensu i strachu w zasadzie tu nie ma. Scenariusz w zasadzie jest szczątkowy, nawet jeśli świadomie idzie w stronę kina klasy B, C, a nawet jeszcze niższego. Idiotyczne, głupie, bliżej kategorii guilty pleasure, ale tak naprawdę jest bardzo przeciętne.

5/10

Radosław Ostrowski

Błysk diamentu śmierci

Czy jeszcze można coś wymyślić w kwestii kina sensacyjno-szpiegowskiego? Bondy, Bourne’y, Kingsmani oraz ich klony czy parodie pokroju Austina Powersa są bardzo znanymi motywami oraz tropami, które zbudowały ten gatunek. A teraz pojawił się francuskie małżeństwo Helene Cattet/Bruno Forzani, który zrobił swoją wariację kina szpiegowskiego w mocno włoskim stylu z lat 60. i 70.

„Blask diamentu śmierci” skupia się na panu Dimanie (Fabio Tesli) – niezbyt młodym mężczyźnie, co zawsze nosi się na biało. Obecnie przebywa w jakimś hotelu na Lazurowym Wybrzeżu, popijając drinki, spacerując. Nic nie wiemy o nim, ale jedna sytuacja budzi wspomnienia z przeszłości. A dokładnie pewna apetyczna sąsiadka oraz diament… przypięty do jej piersi. Niedługo potem kobieta zostaje znaleziona martwa, zaś Diman ma podejrzenia, że to może być powiązane z jego przeszłością. Przeszłością szpiegowską, chociaż… czy aby na pewno był szpiegiem.

Para reżyserów to ewidentnie ludzie kochający kino, mocno czerpiąc z klimatów retro. Ale jednocześnie to ciągle prowadzona gra z widzem, gdzie – tak jak główny bohater – wpadamy w konsternację. Bo mamy zarówno tajną akcję z przeszłości (zdobycie zaufania handlarza ropą naftową), galerię ekscentrycznych przeciwników, z którym najbardziej niebezpieczna jest enigmatyczna Serpentik. Ciągle nosząca strój niczym ninja, z której widać tylko oczy, nikt nic nie wie o niej, szybko się pojawia i znika jeszcze szybciej. Zostawiając po sobie tylko śmierć, chaos i spustoszenie. A dalej robi się jeszcze dziwaczniej – diamenty, morderstwa, dziewczyna w sukience pełnej małych… lusterek, co robią nagrania. Raz jesteśmy w akcji, raz na konferencji prasowej, by trafić na plan filmowy. Wracają pewne linijki dialogów oraz sceny w nowych kontekstach, by jeszcze wejść w poziom meta. Co tu się dzieje? Czy tego quasi-Bonda robił David Lynch albo inny Winding Refn? I jeszcze absolutnie bardzo energetycznie (z braku lepszego słowa) zmontowane. Byłem kompletnie pochłonięty oraz oszołomiony warstwą audio-wizualną, że nie mogłem kompletnie oderwać oczu. Mózg mi eksplodował od pewnych poszlak i tropów (szczególnie w finale), cały czas będąc w stanie ciągłej stymulacji, jakiej nie czułem od dawna.

Nie wszystkim spodoba się ten film, a wielu nawet uzna za przerost formy nad treścią. Ale „Błysk diamentu śmierci” to najbardziej postmodernistyczne kino, jakiego nie widziałem od dawna. Niejako żyjące własnym życiem, czerpiące ze znajomych elementów, by kompletnie je zdemolować i rozsadzić od środka. Seans jak najbardziej warty ryzyka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wojciech Jerzy Has

Reżyser i scenarzysta filmowy.

Urodzony 1 kwietnia 1925 roku w Krakowie. Syn restauratora. Podczas okupacji niemieckiej studiował w krakowskiej Szkole Handlowej, a gdy ta została rozwiązana w 1943 roku, w Szkole Przemysłu Artystycznego (zakonspirowana Akademia Sztuk Pięknych). Po zakończeniu wojny zapisał się do przywróconej ASP oraz na Kurs Przeszkolenia Filmowego kierowany przez Stanisława Furmanika. W ramach zajęć Has mógł obejrzeć filmy przechwycone przez Antoniego Bohdziewicza z hitlerowskiego biura propagandy Film und Propaganda jak Ludzie za mgłą (1938) Marcela Carne, Jej pierwszy bal (1937) Julien Delivera czy Iwana Groźnego (1944) Siergieja Eisensteina. Kurs ukończył w lipcu 1946 roku i rok później przerwał studia w ASP. Po drodze jeszcze pracował jako asystent operatora Polskiej Kroniki Filmowej.

Początki filmowej kariery reżysera Pętli jednak nie należały do łatwych. Zaczął jako asystent reżysera przy filmie Dwie godziny (1946) Stanisława Wohla. Produkcja nie trafiła jednak do dystrybucji, jednak Wohl polecił Hasa Jerzemu Zarzyckiemu przy pracy nad Zdradzieckim sercem opartym na prozie Edgara Allana Poe. Film nigdy nie powstał z powodu śmierci aktora grającego główną rolę, Stanisława Grolickiego, lecz Has został zarekomendowany Eugeniuszowi Cękalskiemu – opiekunowi artystycznemu jego pierwszego krótkiego metrażu. Nakręcona w 1947 roku Harmonia spotkała się z dezaprobatą filmowca, który zarzucił Hasowie formalizm i zablokował dystrybucję filmu. Podczas starań o realizację filmu, twórca Pożegnań poznał Jerzego Bossaka – szefa artystyczno-programowego „Film Polski”. Kiedy Has razem ze Stanisławem Różewiczem przygotowywali dokument Ulica Brzozowa (1947), ten pierwszy został najęty jako realizator w Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie. Sytuacja jednak się zmieniła, kiedy Bossak został pozbawiony stanowiska, a jego miejsce zajęła Ruta Radkiewiczowa, żona ministra bezpieczeństwa publicznego. Wskutek donosu Has za karę został zesłany do Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi, gdzie tworzył filmy dokumentalne, instruktażowe i oświatowe.

A potem przyszedł rok 1955, kiedy zaczęły powstawać pierwsze zespoły filmowe. Początkowo Has związał się z kierowanym przez Jerzego Zarzyckiego ZF „Syrena”, gdzie przygotowywał swój pełnometrażowy debiut na podstawie scenariusza Danuty Ścibor-Rylskiej Ziemia. Tekst miał rysy kina socrealistycznego: wyzyskiwani przez kułaka parobkowie przechodzą do spółdzielni produkcyjnej, gdzie prowadzą lepsze życie od niego. Problem w tym, że scenopis wykonany przez Hasa tak mocno odbiegał od założeń, iż projekt został mu odebrany. Rozczarowany reżyser odszedł z „Syreny”, ale otrzymał propozycję współpracy od Ludwika Starskiego – kierownika artystycznego ZF „Iluzjon”. Has do współpracy zaprosił znanego pisarza Marka Hłaskę, po czym obaj przyszli ze wstępnym scenariuszem do kierownika literackiego zespołu, Stanisława Dygata. I tak powstała Pętla, a następnie – za namową autora zdjęć, Mieczysława Jahody – Pożegnania. Po tym reżyser związał się z kierowanym przez Jerzego Bossaka ZF „Kamera”.

Od 1974 roku Has zaczął pracę jako wykładowca w łódzkiej Filmówce na Wydziale Reżyserii. W latach 1989-90 został dziekanem tego wydziału, zaś w latach 1990-96 pełnił funkcję rektora uczelni. Wśród filmów, które twórca objął opieką artystyczną uczelni były takie dzieła jak Indeks (1977) Janusza Kijowskiego, Listopad (1992) Łukasza Karwowskiego, Rozmowa z człowiekiem z szafy (1993) Mariusza Grzegorzka, Torowisko (1999) Urszuli Urbaniak czy Szczęśliwy człowiek (2000) Małgorzaty Szumowskiej. Do tego w latach 1981-87 był kierownikiem artystycznym Zespołu Filmowego „Rondo”. Poza swoimi filmami powstały tam m.in. Matka Królów (1982) Janusza Zaorskiego, Yesterday (1984), Kochankowie mojej mamy (1985) i Pociąg do Hollywood (1987) Radosława Piwowarskiego oraz Oszołomienie (1988) Jerzego Sztwiertni.

Wojciech Jerzy Has zmarł 3 października 2000 roku w Łodzi. Początkowo miał być pochowany na Cmentarzu Rakowieckim w Krakowie, ostatecznie ceremonia pogrzebowa odbyła się 10 października 2000 na cmentarzu komunalnym w Dołach w Łodzi. Zostawił po sobie trzecią żonę, Wandę Ziembicką.

Do grona regularnych współpracowników należeli: scenografem Jerzym Skarżyńskim, montażystką Zofią Dwornik, kompozytorami Lucjanem Kaszyckim i Jerzym Maksymiukiem, operatorem Mieczysławem Jahodą, Stefanem Matyjaszkiewiczem i Grzegorzem Kędzierskim, kostiumologiem Lidią Skarżyńską, Magdaleną Biedrzycką i Marią Nowotny; dźwiękowcem Bohdanem Bieńkowskim i Januszem Rosołem oraz aktorami – Gustawem Holoubkiem, Ireną Orską, Ireną Netto, Władysławem Dewoyno, Józefem Pierackim, Zdzisławem Maklakiewiczem, Adamem Pawlikowskim, Krzysztofem Litwinem, Zbigniewem Cybulskim, Beatą Tyszkiewicz, Barbarą Krafftówną i Elżbietą Czyżewską.

Oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Wojciecha Jerzego Hasa – od najsłabszego do najlepszego.

Miejsce 14. – Złoto (1961)

Na pierwszy rzut oka to prosta opowieść, skupiająca się wokół młodego chłopaka, który próbuje znaleźć swoje miejsce na ziemi. Ostatecznie trafia do kombinatu w okolicy kopalni węgla brunatnego. Jednak zaadaptowanie się w nowym środowisku nie jest proste. Has pozornie idzie w stronę produkcyjniaka, jednak próbuje stworzyć dramat psychologiczny. Główny bohater grany przez Władysława Kowalskiego ma pewną tajemnicę, ale fabuła była pretekstowa, tło ledwo liźnięte, zaś postacie pozbawione głębi. Recenzja tutaj.

Miejsce 13. – Osobisty pamiętnik grzesznika… przez niego samego spisany (1985)

Has i horror? Adaptacja powieści Jamesa Hogga miała potencjał na intrygujące kino. Historia skupia się wokół Robert (Piotr Bajor), który opowiada historię swojego życia po śmierci. Wychowywany przez dewotkę oraz pastora, przekonany o wyższym celu, trafia na tajemniczego Nieznajomego (Maciej Kozłowski). Ta mieszanka grozy, dramatu historycznego oraz – w założeniach – traktatu o łatwo można wpaść w sidła zła poprzez pychę i arogancję. Ale problem w tym, że reżyser przedstawia to wszystko w sposób mętny i nieczytelny. Z masą metaforycznych dialogów, symboli oraz teatralnego aktorstwa. Recenzja tutaj.

Miejsce 12. – Pismak (1984)

Tytułowym pismakiem jest Rafał (Wojciech Wysocki), związany z pismem „Djabeł”, który publikuje antyklerykalne i antypaństwowe treści. W zaborze rosyjskim podczas I wojny światowej. Zostaje aresztowany i trafia do celi, gdzie razem z nim przebywają były zakonnik Syskstus (Jan Peszek) oraz legendarny kasiarz Szpicbródka (Zdzisław Wardejn). Has jest bardzo kameralny, oszczędny w formie dramat psychologiczny w ograniczonej przestrzeni. Granica między jawą a snem zaczyna się zacierać, w tle mamy kwestie winy i kary, ale powolne tempo oraz mętne zakończenie. Sytuację ratuje świetna obsada, szczególnie Wardejn, Peszek, a także drobne role Gustawa Holoubka i Janusza Michałowskiego. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Niezwykła podróż Baltazara Kobera (1988)

Ostatni film w dorobku Hasa, będący koprodukcją polsko-francuską. Adaptacja powieści Fredericka Tristana skupia się wokół młodego chłopaka z małego miasteczka. Jąkała, który… widzi anioły i wydaje się, że jest przeznaczony do nieprzeciętnych rzeczy. Odkąd trafia na studia do seminarium jest świadkiem niezwykłych rzeczy. Trudno nie zauważyć, że „Niezwykła podróż…” mocno przypomina „Rękopis znaleziony w Saragossie” – Inkwizycja, kabaliści, wolnomularze, Niebo, Piekło. Jest mętnie i tajemniczo, ale jednocześnie trudno mi było oderwać oczy. Pięknie wizualny, z fantastyczną muzyką oraz naprawdę dobrym aktorstwem. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Wspólny pokój (1959)

Tym razem Has bierze na warsztat powieść Zbigniewa Umiłowskiego, będącą portretem aspirujących, młodych literatów w przedwojennej Warszawie. Do pokoju pełnego takich ludzi trafia Lucjan Salis (Mieczysław Gajda), próbujący pracować nad nowym dziełem. A jednocześnie ma nawrót gruźlicy. Film naładowany dialogami, bardzo kameralny i pokazujący jałowe życie młodych ludzi, którzy o czymś marzą, planują, myślą, ale nie potrafią zrobić nic ponad to. Problem w tym, że nie byłem w stanie się emocjonalnie zaangażować. Technicznie i aktorsko bez zarzutu, lecz czegoś mi tu zabrakło. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Rozstanie (1960)

„Komedia sentymentalna” – ten podtytuł raczej nie jest czymś, czego można było się spodziewać po filmie Hasa. Historia skupia się wokół starszej aktorki, która wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb dziadka. Jej rodzina bardzo chce, by kobieta została w odziedziczonym domu, ale to nie będzie łatwe. Po drodze jeszcze pojawia się pewien młody chłopak. To jeden z bardziej uroczych filmów w dorobku reżysera, pełen ciepłego humoru, zaś w tle mamy zderzenie dawnego świata z nową rzeczywistością. Zaś między Lidią Wysocką a Władysławem Kowalskim jest mocna chemia, a na drugim planie jest masa wyrazistych postaci ze wskazaniem na Holoubka i Pawlikowskiego. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Szyfry (1966)

Druga z produkcji Hasa, która polemizuje z „polską szkołą filmową”. Podążamy za Tadeuszem (Jan Kreczmar) – mieszkającym w Londynie imigrancie, który nie utrzymuje kontaktu z pozostawioną w kraju rodziną. Zmuszony jest wrócić do Krakowa przez list od syna (Zbigniew Cybulski), opisującym coraz pogarszający się stan matki, która nie potrafi się pogodzić ze śmiercią drugiego syna. Próba rozwikłania tajemnicy okaże się trudnym zadaniem. Mamy tu zderzenie dwóch perspektyw – ludzi, co przeżyli okupację i imigrantów, dla których jest to kompletnie nieznane doświadczenie. Dla tych drugich słowa pierwszych brzmią jak tytułowe szyfry. Plus dwie niezapomniane sceny oniryczne. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Nieciekawa historia (1982)

Pierwszy po 10 latach przerwy film Hasa, oparty na opowiadaniu Antoniego Czechowa. Podstarzały profesor medycyny (świetny Gustaw Holoubek) dokonuje bilansu swojego życia. A ten nie wypada zbyt pomyślnie. Bardzo kameralny dramat psychologiczny o poczuciu jałowości egzystencji i przegraniu życia. Najbardziej melancholijny film w dorobku reżysera, pięknie sfotografowany i zagrany. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Pożegnania (1958)

Pamiętasz była jesień – to z tego filmu pochodzi ta piosenka. Ale to nie jedyna niezapomniana rzecz w tej adaptacji powieści Stanisława Dygata. Dwoje młodych ludzi z różnych światów – on z klasy inteligenckiej, ona fordancerka. Coś między nimi zaczyna iskrzyć, jednak spełnienia nie będzie. Po części z powodu wybuchu wojny. Zadziwiająco delikatny i poruszający melodramat z wojną w tle, która niszczy wiele rzeczy. Oczekiwania, nadzieje, plany i miłości. Ale może jest jest szansa na to, że jeszcze ta para się zejdzie? Fantastyczny duet Tadeusz Janczar/Maria Wachowiak, świetny drugi plan oraz Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Lalka (1968)

Adaptacja jednej z najgłośniejszych powieści Bolesława Prusa, czyli historia niespełnionej miłości między zamożnym kupcem Wokulskim (Mariusz Dmochowski) a zubożała arystokratką Łęcką (Beata Tyszkiewicz). To także pierwszy film Hasa nakręcony w kolorze. Przede wszystkim historia próby wejścia do środowiska, które patrzy na kogoś innego więcej niż krzywo. Jak zawsze bogata w detale scenografia, pokazująca bardzo naturalistycznie Warszawę drugiej połowy XIX wieku, piękne kostiumy oraz bardzo wyraziste aktorstwo z masą drobnych epizodów. Nim zobaczymy nową wersję z Marcinem Dorocińskim, warto sobie przypomnieć tą interpretację. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Pętla (1957)

Pełnometrażowy debiut reżysera na podstawie dzieła Marka Hłaski. Czyli jeden, bardzo dzień z życia Kuby (Gustaw Holoubek) – nałogowego alkoholika. Następnego dnia ma pójść na odwyk, ale musi tą dobę wytrzymać. A wierzcie mi, to nie będzie proste. Już tutaj widać jak bardzo skupionym oraz precyzyjnym reżyserem jest Has. „Pętla” jest bardzo mrocznym i najbardziej depresyjnym portretem uzależnienia jaki widziałem (bardziej niż „Zostawić Las Vegas” czy „Pod mocnym aniołem”), przypominający senny koszmar przeżywany w nieskończoność. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Sanatorium pod Klepsydrą (1973)

Do tytułowego sanatorium przybywa Józef (Jan Nowicki), by odwiedzić swojego umierającego ojca (Tadeusz Kondrat). Lecz samo miejsce jest dość osobliwe: niby jest lekarz i pielęgniarki, ale te ściany popękane, jakieś mchy, kurze. A potem Józef otwiera drzwi na zewnątrz ogrodu i… trafia do zupełnie innego świata. Opierając się prozie Bruno Schulza reżyser prowadzi bohatera do świata, który bezpowrotnie odszedł. Świata żydowskich społeczności, wspomnień z dzieciństwa, gdzie rzeczywistość i sny mieszają się ze sobą. To brzmi jak mieszanka, którą mogli spłodzić David Lynch, Terry Gilliam i Andrzej Żuławski, a wszystko fenomenalnie nakręcone przez Witolda Sobocińskiego. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Rękopis znaleziony w Saragossie (1964)

Piętrowa opowieść w ramach opowieści w ramach opowieści według epickiej (ponad 900 stron) prozy hrabiego Jana Potockiego oraz zwariowana mieszanka komedii, kina przygodowego i… horroru. A wszystko skupia się wokół młodego oficera Alfonsa van Wordena, który wyrusza do Madrytu. Po drodze trafia do gór Sierra Morena, uważanych za nawiedzone. A potem dzieją się rzeczy nie z tego świata – islamskie księżniczki, opętani, pustelnicy, Inkwizycja, kabaliści, ożywieni wisielcy. Do tego jeszcze ludzie opowiadają swoje historie, które otwierają kolejne i kolejne. Produkcja do wielokrotnego oglądania, gdzie można więcej wyłuskać. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Jak być kochaną (1962)

Chyba największa niespodzianka tego zestawia. Na podstawie utworu Kazimierza Brandysa, film opowiada historię aktorki Felicji (rewelacyjna Barbara Krafftówna), której losy obejmują okres przedwojenny, okupacji i współczesność. Dziewczyna podczas okupacji miała ukryć aktora Rawicza (Zbigniew Cybulski), w którym się podkochiwała. Ale nie jest to miłość odwzajemniona. Mimo upływu lat to bardzo porażające kino, bardzo powolne, precyzyjnie napisane, wykonane oraz zagrane. Aż sam jestem zdziwiony, że tak bardzo mi się spodobał. Recenzja tutaj.

Sam Wojciech Jerzy Has to twórca tak osobliwy, że w zasadzie trudno go wcisnąć w jakąś szufladkę. Od bardzo kameralnych dramatów psychologicznych po bardzo wystawne, wręcz wysokobudżetowe produkcje z bardzo szczegółową scenografią i kostiumami. Reżyser w swoich dziełach często porusza kwestie czasu, miesza jawę ze snem, wpuszczając się w surrealistyczne rewiry. Nawet jeśli nie zawsze jest on jasny i czytelny, to jednak nie można odmówić uroku, unikalnej estetyki i wręcz wizjonerstwa.

A jakie są wasze ulubione filmy Wojciecha Jerzego Hasa? Tak jak u mnie? A może zupełnie inaczej? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach.

Radosław Ostrowski

Rękopis znaleziony w Saragossie

Dość długo zwlekałem z sięgnięciem po ten najgłośniejszy film w dorobku Wojciecha Jerzego Hasa. Oparta na szkatułkowej powieści hrabiego Jana Potockiego „Rękopis znaleziony w Saragossie” to najbardziej odjechany, psychodeliczny film, którego nie powstydziliby się filmowi surrealiści czy wariaci pokroju Davida Lyncha. Tylko, że nakręcony w Polsce lat 60.

Punktem wyjścia jest podróż nowego kapitana gwardii walońskiej, Alfonsa van Wordena (Zbigniew Cybulski) do Madrytu. Przedziera się przez góry Sierra Morena, uważając ją za najkrótszą drogę do celu. Problem w tym, że okolica uważana jest za nawiedzone miejsce. Ale nasz oficer to szlachcic, który nie wierzy w taką ciemnotę i nie jest go w stanie nic przekonać do zmiany swoich planów. Po drodze trafia na oberżę, gdzie straszy. Tak straszy, że właściciel z żoną nocą idą do najbliższego miasteczka. I kapitan na własnej skórze przekona się, iż istnieją rzeczy nie z tego świata. Wszystko przez kobietę, a nawet dwie – muzułmańskie księżniczki, co nie wyparły się swojej wiary w Allaha. Uczta oraz napój, przez który obudzi się rankiem… przy szubienicy. I to więcej niż raz.

Has tworzy coś, co dużo później Barbara Białowąs określi jako „film o filmie w ramach filmu”. Co przez to mam na myśli? Dużo sporo postaci opowiada o sobie, swoich przygodach i tam pojawia się inna postać, zaczynająca snuć kolejną opowieść. To się strasznie gmatwa, komplikuje oraz wywołuje kompletny mętlik w głowie – mojej, a także samego van Wordena. Każda z tych opowieści niby dotyczy hiszpańskiego społeczeństwa XVII wieku, jednak ciężko oderwać uszy oraz oczy. Jest tu masa barwnych oraz wyrazistych postaci – pustelnik mieszkający w opuszczonej kaplicy (Kazimierz Opaliński), „nawiedzony” Paszenko (Franciszek Pieczka), zaczytany w romansach kupiec don Lopez (Krzysztof Litwin), uwodzicielska Frasquetta (Elżbieta Czyżewska), wreszcie tajemniczy kabalista (Adam Pawlikowski) oraz król Cyganów (Leon Niemczyk). A po drodze jeszcze ożywieni wisielcy, rabusie, święta Inkwizycja, wezyr, usypiające napoje. Jakbyśmy razem z van Wordenem znaleźli się w jakiejś pętli, z której nie da się wyrwać.

I tutaj Hasowi udaje się zbudować niepokojącą atmosferę tajemnicy, niesamowitości. W tle jeszcze wchodzi mieszanka symfonicznej muzyki z raczkującą elektroniką w tle, która działa. Jak zwykle u tego reżysera nie zawodzi strona wizualna: imponująca scenografia i kostiumy (a także rysowane ryciny – piękne) przez bardzo surowe krajobrazy górskie aż po proste, ale bardzo przemyślane ruchy kamery. Reżyser jest bardzo pewny w tym, co i jak chce zaprezentować. Choć czasem bywają momenty, że film wygląda niczym spektakl teatralny (szczególnie we wnętrzach), ale to dodaje mu pewnego uroku. A jeszcze jak to jest rewelacyjnie zagrane – w zasadzie tu mógłby w zasadzie wpisać same nazwiska, bo tu każdy ma swoje przebłyski, także wymienieni wyżej ludzie. Jednak dla mnie całość – poza kradnie rewelacyjny Zdzisław Maklakiewicz w roli natrętnego, ale bardzo zaradnego i wygadanego don Busquerosa. Jego energia jest bardzo zaraźliwa z każdą obecnością.

Od razu powiem, że „Rękopis…” nie jest łatwym filmem do rozgryzienia i za pierwszym razem można się od niego odbić albo zniechęcić. Jednak ta mieszanka komedii, kina przygodowego oraz kostiumowego z dużą dawką surrealizmu imponuje skalą, techniczną biegłością i klimatem tak specyficznym, że nie da się go opisać. To zdecydowanie kino do wielokrotnego oglądania, gdzie można będzie odkryć kolejne warstwy, znaczenia, tajemnice.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zgiń kochanie

Choć szkocka reżyserka Lynne Ramsay kręci filmy rzadko, to nie pozwalają sobie łatwo wyjść z głowy. Tak było z głośnym „Musimy porozmawiać o Kevinie” czy niby sensacyjnym „Nigdy Cię tu nie było”. Teraz Ramsay wraca z adaptacją powieści argentyńskiej pisarki Ariany Harowicz, której blisko jest do w/w „Kevina”, ale jednocześnie to zupełnie inna bestia.

„Zgiń kochanie” opowiada historię dwójki młodych ludzi, którzy wprowadzają się do domu gdzieś na prowincji Montany. Grace (Jennifer Lawrence) planuje napić powieść, Jackson (Robert Pattinson) zaczyna pracować i próbuje jakoś utrzymać się. Wszystko się jednak zmienia, gdy przychodzi na świat ich dziecko. Początkowo wydaje się wszystko iść w dobrym kierunku. Ale im dalej w las (nie tylko ten znajdujący się wokół domostwa), tym coraz bardziej Grace zaczyna zachowywać się dziwnie. Znudzenie, samotność, izolacja oraz nieobecność męża w domu zaczynają naznaczać się w psychice młodej dziewczyny.

Ramsey z jednej strony niczym w „Kevinie” pokazuje tą mniej przyjemną twarz macierzyństwa, pozbawioną radości i euforii. Ale z drugiej reżyserka o wiele mocniej skupia się na stanie psychicznym młodej matki, która zaczyna się rozsypywać na tysiące kawałków. Nie ma tu jako takiej narracji, gdzie wskakujemy od jednego epizodu do drugiego: coraz agresywniejszego oraz szokującego (kompletne zdemolowanie łazienki, wyskoczenie przez szybę) z chwilami onirycznymi jak pojawianie się tajemniczego motocyklisty, który przejeżdża koło domu. Zupełnie jakby z kobiety zaczyna budzić się coś bardziej zwierzęcego, wręcz pierwotnego, nie dającego się opisać czy zaszufladkować. Czy to, co widzimy dzieje się naprawdę, a może to wytwór jej pokiereszowanego umysłu? Jeśli liczycie na odpowiedź, nie dostaniecie jej. Przynajmniej nie wprost, dodając pewne drobne poszlaki. O ile będziecie chcieli je wypatrzyć.

Całość jest bardzo ciężkim doświadczeniem, co wynika z samej tematyki i – co muszę z bólem przyznać – męczący. A nie było to zbyt przyjemne zmęczenie. Gwałtowne ataki muzyki (punkowy początek wywołał we mnie silny ból głowy), szczególnie intensywny montaż pod koniec, wreszcie bardzo wolne, ospałe tempo. Jednak jak zaczynają dziać się rzeczy, zaś ataki stają się coraz ostrzejsze i mocniejsze, ciężko jest oderwać wzrok. Wszystko jest bardzo pięknie sfotografowane (nawet nocne zdjęcia na lekko niebieskim filtrze są bardzo wyraźne), dialogi mają przebłyski, jednocześnie potrafi zaskoczyć w paru kierunkach. Jednak cały czas miałem jeden poważny problem: cały czas czułem, że nie jestem w głowie bohaterki, tylko przyglądam się jej z boku. Po części przez to nie byłem w stanie zaangażować się emocjonalnie w tym całym rollercoasterze.

Aktorsko jest tu bardzo solidnie, ale wszystko na barkach trzyma rewelacyjna Jennifer Lawrence. W żadnej innej roli aktorka nie grała aż tak ryzykownie, oscylując na granicy przerysowania i szarży, jednak cały czas nie można od niej oderwać. A także nie byłem w stanie przewidzieć, co zrobi dalej: od skradania się na łące niczym kot… z nożem w ręku przez gwałtowne wybuchy emocjonalne aż po niezrozumiałą dla nas frustrację. Poczucie osamotnienia, przygnębienia oraz braku wsparcia doprowadzają do eskalacji oraz bardzo mocnego zakończenia. Nawet jeśli budziło we mnie skojarzenia z „Mother” Darrena Aronofsky’ego, to jednak Ramsey więcej wyciąga z aktorki. W kontrze stoi do niej Robert Pattinson, którego bohater coraz bardziej staje się przytłoczony i nie radzący się z dorosłym życiem. Jest o wiele bardziej w cieniu Lawrence, jednak między nimi jest dość mocna chemia. Drugi plan dominuje dawno nie widziana – przynajmniej przeze mnie – Sissy Spacek jako teściowa Pam i jest świetna.

Jak zwykle w przypadku Ramsey „Zgiń kochanie” mocno spolaryzuje widownię, jak to miało miejsce podczas festiwalu w Cannes. Jest to zdecydowanie nieprzyjemny, trudny, bardzo szorstki dramat psychologiczny, miejscami ocierający o horror kobiety na skraju załamania nerwowego. Ma dość powolne tempo, oniryczny klimat i bardzo testuje cierpliwość, wywołując także dyskomfort. Niemniej jest on jak zadra, której nie da się tak łatwo pozbyć i zostaje na długo, a to bardzo duże osiągnięcie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tornado

Były już dawniej próby wrzucenia samurajów poza swoim naturalnym środowiskiem w postaci Japonii jak „Samuraj i kowboje” z 1971 roku. Teraz swoje zderzenie honorowych wojowników z Zachodem prezentuje „Tornado” – pierwszy od 10 lat film szkockiego reżysera Johna Macleana. I jest to ciekawe, choć nie dla wszystkich doświadczenie.

Tytułowa Tornado (Koki) to młoda dziewczyna, która razem z ojcem przemierza różne części świata. Występują ze swoim teatrem kukiełkowym. Tym razem są gdzieś w szkockiej prowincji pod koniec XVIII wieku. Jednak spokój nie trwa wiecznie, a wszystko z powodu gangu niejakiego Sugarmana (Tim Roth). Właśnie dokonał napadu, zabierając dwa spore worki złota, jednak te… zostają skradzione podczas występu Japończyków. Przez małego chłopca, który dołącza do Tornado. A to doprowadza do konfrontacji z gangiem, zakończoną śmiercią ojca dziewczyna i jej ucieczką.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że będziemy kino zemsty z samurajką w brytyjskich krajobrazach. Tylko, że to nie jest do końca prawda. Ale zamiast krwawej jatki, rzezi oraz mordowni Maclean bardziej stawia na klimat, atmosferę i nastrój. Sama fabuła jest bardzo prosta, surowa, wręcz minimalistyczna oraz nie prowadzona chronologicznie. Dialogów jest tu bardzo niewiele, gdzie przebija temat relacji rodzic-dziecko, której potem nie daje się naprawić. Z różnych powodów. Bardziej czuć tutaj pewnego rodzaju melancholię oraz przygnębienie, dotykające wszystkich. Całość jest pięknie sfotografowana (mimo ograniczonej ilości lokacji i skromnego budżetu), co jest zasługą niezawodnego Robbiego Ryana. W tle gra bardzo oszczędna muzyka, sprawnie budowane jest napięcie (cała scena w rezydencji), kończąc się z krwawym finałem w stylu kina samurajskiego. Czyli przemoc jest nagła, gwałtowna.

Aktorsko jest bardzo solidnie, choć wszystko na barkach trzymają trzy kreacja. Pierwsza to Koki, wcielająca się w tytułową Tornado. I nie jest to twarda, silna kobieta, przynajmniej na początku, lecz jej transformacja w anielicę zemsty wypada bardzo przekonująco. Świetny jest za to Tim Roth w roli szefa gangu, coraz bardziej przypominającego siwego lisa, czarującego, sprytnego i bezwzględnego mafiozo. Trzecim jasnym punktem jest Jack Lowden, czyli coraz bardziej zbuntowany syn gangstera, Mały Sugar.

To już kolejny przykład skromnego, ale bardzo kreatywnego podejścia do znajomej konwencji. Mi jednak szkoda, że z tego zderzenia japońskiej mentalności z europejską można było wycisnąć coś więcej poza wizualną estetyką. Ale i tak jest to ciekawe kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Niezwykła podróż Baltazara Kobera

Ostatni film Wojciecha Jerzego Hasa wydaje się znów krążyć między tym, co rzeczywistością a snem. Tym razem reżyser „Pętli” wziął na warsztat powieść Fredericka Tristana, przy współpracy z francuskim studiem oraz aktorami. W efekcie powstała dziwna mieszanka, która jest troszkę lepsza od horrorowego „Osobistego pamiętnika grzesznika…”, lecz nie do końca spełnia oczekiwania.

Kimże jest ten tytułowy Baltazar Kober? To młody chłopiec (Rafał Wieczyński) z XVI-wiecznego Budziszyna, który jest wyjątkowy i przeznaczony do rzeczy niezwykłych. Jak bardzo jest to nieprzeciętny indywidualista? Już na samym początku widzi on… archanioła Gabriela (Marek Barbasiewicz), który mu towarzyszy w różnych próbach. Trafia po różnych częściach Europy: od studiów w seminarium przez poznanie grupy komediantów aż po ściganego przez Świętą Inkwizycję alchemika Cammerschulze (Michael Lonsdale mówiący głosem Gustawa Holoubka).

I jak to zwykle u Hasa historia przeskakuje z miejsca na miejsce, gdzie sami zaczynamy się gubić między rzeczywistością a oniryzmem. A sam film próbuje przedstawić dojrzewanie młodego człowieka, odkrywającego życie we wszystkich kolorach. Od prób zgłębiania wiedzy, śmierć rodziny (ich duchy, w tym macochy nawiedzają go) przez poznanie specjalistów przez wszelkie zwidy (zarówno archanioła, jak i tajemniczego Flamanda, będącego… sługą Szatana) aż trafia do Wenecji. Dużo jest tu dialogów pełnych filozoficznych rozważań czy metafor, które bywają mocno hermetyczne. I to wszystko jeszcze nafaszerowane symboliką, czyniącą całość jeszcze bardziej tajemniczą. Bo mamy tu i walkę dobra ze złem, rozumu z sercem, gdzieś w tle jest Inkwizycja, ograniczająca dostęp do wiedzy, Niebo, Piekło, walka o duszę.

Trudno odmówić „Podróży” technicznej biegłości oraz wizualnego piękna – to najładniejszy film Hasa z lat 80.: od szczegółowej scenografii i dekoracji przez pracę kamery aż po kostiumy oraz charakteryzację. Jeszcze w tle gra przepiękna muzyka Zdzisława Szostaka, która zostaje bardzo długo w głowie. Nawet francuscy aktorzy z polskimi głosami nie wywołują zgrzytu – w szczególności niezawodny Lonsdale oraz wręcz diabolicznie wyglądający Daniel Emilfork (rektor). Zaś polska ekipa kompletnie nie odstaje, choć najbardziej zapadł mi w pamięci Jerzy Bończak (Flamand), śliczna Adrianna Biedrzyńska (Rosa) i niezawodny Henryk Machalica (ojciec Baltazara). Jedynym słabszym ogniwem są dzieci (ze wskazaniem na młodszego brata Baltazara) oraz Rafał Wieczyński w roli tytułowej, który mocno odstaje od reszty.

Coraz bardziej tu widać, że pod koniec swojej działalności Has bardziej skupiał się na onirycznej atmosferze niż na historiach, które miały podbić uwagę oraz serca szerokiej widowni. Niemniej „Niezwykła podróż Baltazara Kobera”, choć bardziej mi przypominała mieszankę Lyncha i Lecha Majewskiego, to jednak potrafi zaciekawić. Lecz trzeba mocno uzbroić się w cierpliwość.

6/10

Radosław Ostrowski

Sisu: Droga do zemsty

Trzy lata temu poznaliśmy niejakiego Attamiego Korpi – fińskiego poszukiwacza złota, który okazał się złodupnym komandosem. Przekonała się o tym grupa nazistów, co chciała ukraść mu kruszec. Teraz nasz heros musi wrócić, choć już wojna się skończyła. Ale czy ona tak naprawdę się kończy? Dobra, bo zaraz zrobi się zbyt poważnie.

„Sisu: Droga do zemsty” dzieje się w roku 1946, kiedy to rozpętał się pokój. Wskutek niego Finlandia oddała część ziemi Związkowi Radzieckiemu. To właśnie tam wyrusza Korpi (Jorma Tormilla) ze swoim wiernym pieskiem, by rozebrać swój rodzinny dom i zbudować go po fińskiej stronie granicy. Żona i dzieci nie żyją, co jest zasługą Ruskich, a to obudziło w naszym herosie maszynę do zabijania. I dlatego Armia Czerwona nie chce Korpiego tak łatwo puścić, zaś schwytania/zabicia podejmuje się kat jego rodziny, Jegor Dragunow (Stephen Lang).

Reżyser Jalmari Helander nadal robi mieszankę spaghetti westernu z bardzo krwawym kinem eksploatacji lat 70. Dialogi w zasadzie są ograniczone do minimum, za to dostajemy imponującą przestrzeń i piękne krajobrazy. A także (znowu) brutalną grę w kotka i myszkę, gdzie Korpi będzie próbował uciec z łap Ruskich. A ci rzucą na jego stronę wiele: od prostych piechurów przez motocyklistów w metalowych zbrojach (nie, nie byłem pijany na sali) po samoloty. Jednak pokonanie niemal nieśmiertelnego herosa będzie zadaniem karkołomnym. O ile pierwsza część relatywnie trzymała się ziemi (poza finałowym odlotem – dosłownie i w przenośni), tutaj hamulce zostają puszczone już w pierwszej potyczce. I przekraczana jest granica między „to było cool” a „co tu się odjaniepawla?”. A w ruch idą wszystkie możliwe narzędzia: ciężarówka, granat wbity między szprychy motocyklu, kilof, dwie (!!!) pepesze i… rakieta. O akcji z czołgiem nie wspomnę.

Jednocześnie czuć tutaj inne inspiracje jak „Mad Mad: Na drodze gniewu” czy Indiana Jones, a jak się odnajdziemy w tej groteskowo-absurdalnej konwencji, zabawa potrafi być przednia. Nasz protagonista nadal jest milczący, bo wszystko wyraża swoją mimiką oraz posturą. Tormilla kolejny raz sprawdza się w roli zdeterminowanego i wściekłego, ale też zmęczonego gościa, który znowu musi walczyć oraz obudzić w sobie bestię. Jedynie w dwóch scenach pozwala sobie na bardziej emocjonalną reakcję: na początku (wchodząc do swojego domu) oraz w finale, którego NIE zdradzę. Obydwa momenty uderzają ze sporą siłą. Nie zawodzi także Stephen Lang z fałszywym akcentem jako twardy, bezwzględny Dragunow. Dwie brutalne, wręcz zwierzęce bestie w nieprawdopodobnym finale.

Choć druga część „Sisu” nie ustępuje w kreatywności oraz jeszcze bardziej podkręca absurdalność całej sytuacji, jest tylko troszkę słabsza. Jak się świetnie bawiliście przy poprzedniku, widok masakrowanych Ruskich powinien być równie satysfakcjonujący. Fiński dziadek Johna Wicka jest w formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dom dobry

Wojciech Smarzowski jak żaden inny reżyser nie wsadza kina w mrowisko, pokazując rzeczy dla nas niewygodne oraz nieprzyjemne. Od zakrapianego alkoholem „Wesela” przez zimowy „Dom zły” i mazurską „Różę” po bezwzględny „Wołyń” oraz pokazujący Kościół „Kler”. Jednak swoimi ostatnimi filmami reżyser mniej lub bardziej mnie rozczarowywał. I kiedy już rok temu pojawiły się pierwsze zapowiedzi „Domu dobrego” nie byłem specjalnie zainteresowany. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Smarzowski w tej formule zwyczajnie się wyczerpał, skupiając się niemal na szokowaniu. Jednak ciekawość oraz zadziwiająco wysoka frekwencja sprawiała, iż wybrałem się na seans.

Cała historia skupia się na Gośce (Agata Turkot) – młodej dziewczynie, która jest po przejściach. Mieszkała w Anglii, jej chłopak zginął w wypadku, choć wcześniej do świętych nie należał. Dorabia jako nauczycielka angielskiego i mieszka z matką-alkoholiczką (Agata Kulesza). Ta ją poniża i wyzywa od najgorszych, więc łatwo nie jest. Ale poznaje pewnego faceta przez Internet. Zwie się Grzesiek (Tomasz Schuchardt) i jest troszkę starszy, troszkę grubszy, ale inteligentny, uroczy oraz poważny. Nic dziwnego, że dziewczyna wprowadza się do niego po kolejnych wyzwiskach matki. Wszystko wydaje się sielankowe: wyjazd za granicę (Grecja, Hiszpania), oświadczyny w Wenecji, wreszcie ślub oraz narodziny córki. Ale zaczynają się dziać dziwne, wręcz niepokojące rzeczy.

Na pierwszy rzut oka „Dom dobry” wydaje się typowym filmem Smarzowskiego. Czyli filmem z popijaniem alkoholu, krwawą przemocą oraz najgorszymi instynktami człowieczeństwa z chętnie wykorzystywanym rwanym montażem. Tylko, że reżyser opowiadając o przemocy domowej nie skupia się na pokazywaniu ludzi z patologii czy nizin społecznych. To zwykli, przeciętni ludzie, z którymi łatwo można się identyfikować. Pierwsze 20-30 minut jest w miarę spokojne, pokazując zakochanie i rodzące się uczucie. Jednak z czasem zaczynają pojawiać się rysy w tym obrazku: była żona Grzegorza, z którą ma dziecko oraz alimenty do spłacenia; zamykanie drzwi i brak klucza, późne powroty do domu oraz oskarżenia. Nagle pewne wydarzenia (nagrane wcześniej na telefonie) widzimy jakby z innej perspektywy, gdzie pojawia się nagle rzucone zdanie, mamy podtopienie podczas pływania. Razem z Gośką zacząłem się gubić oraz dezorientować, szczególnie w scenie, kiedy kobieta wstaje z łóżka, jednocześnie cały czas leżąc. Zupełnie jakby opuściła swoje ciało, zaczynając obserwować cała sytuację z boku.

W tej chwili Smarzowski wchodzi w stan umysłu ofiary. Zaś sama przemoc ma tutaj różne oblicza: od fizycznego bicia i gwałtu przez wyzwiska, upokarzanie, nagrywania w tajemnicy (oraz pokazywania filmów podczas obiadu) aż po izolację od otoczenia. Ta struktura przypominająca obserwowanie alternatywnych scenariuszy (co by było, gdybym uciekła/została?) jest bardzo efektywna, choć bliżej końca wywołuje ogromną dezorientację. Ale także widzimy jak trudna jest tak droga opuszczenia przemocowego partnera/partnerki, o czym opowiadają członkowie grupy wsparcia (mocne opowieści) – od pomocy społecznej przez policję aż po sąd. To kolejne szarpiące za nerwy momenty, które mogą wywołać wstrząs, lecz Smarzowski w żadnym wypadku nie bawi się w pornografię przemocy czy inną eksploatację okrucieństwa. W czym także pomaga rewelacyjny montaż, choć bliżej finału ta dezorientacja idzie za daleko.

Nie mogę też nie wspomnieć o fenomenalnej obsadzie, gdzie nawet drobne epizody zapadają w pamięć. W centrum jest zjawiskowa Agata Turkot, której Gośka budzi sympatię od początku aż do samego końca. Pełna radości, ciepła oraz energii kobieta z czasem zaczyna zmieniać się w zagubioną, przerażoną i bezsilną osobę. Te chwile przeskakiwania w te skrajne emocje są pokazane bezbłędnie oraz bardzo drobnymi spojrzeniami. Ale najbardziej piorunujące wrażenie robi Tomasz Schuchardt w roli Grzegorza. Facet pozornie sprawia wrażenie bardzo sympatycznego, pełnego uroku misia. Jednak, gdy jest sam na sam zmienia się w bestię. Bez żadnego szarżowania, teatralności oraz fałszu. Ataki przemocy są nagłe i niespodziewane, przez co są jeszcze bardziej brutalne. Drugi plan jest wręcz przebogaty, choć tutaj najbardziej wyróżnia się niezawodna Agata Kulesza w roli matki-alkoholiczki.

Dla mnie „Dom dobry” to wściekły powrót Smarzowskiego do formy i prawdopodobnie najbardziej przemyślany pod względem konstrukcyjnym film. Genialnie zagrany, napisany oraz zrealizowany, znowu pokazując rzeczywistość bez znieczulenia, ale jest też zadziwiająco świeższy w formule. Czy to będzie początek nowego rozdziału w dorobku tego twórcy?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski