Ostatni uścisk

Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy jesteśmy w restauracji, gdzie siedzi małżeństwo. Cała jednak sielanka zostaje przerwana przez grupę mężczyzn, co doprowadza do strzelaniny. Harry wychodzi bez szwanku, ale jego żona zostaje śmiertelnie ranna. Harry przypłaca to załamaniem nerwowym, czekając na powrót do pracy (działa w CIA). Cały czas ma poczucie, że ktoś go śledzi, a dodatkowo w jego mieszkaniu znajduje się młoda kobieta. By jeszcze bardziej namieszać, znajduje tajemniczą wiadomość w języku hebrajskim.

ostatni uscisk1

Na początku swojej ścieżki zawodowej Jonathan Demme zaczynał od śmieciowego kina spod znaku Rogera Cormana. Parę lat później reżyser postanowił spróbować swoich sił w thrillerze. „Ostatni uścisk” ma w sobie klimat przypominający kino Alfreda Hitchcocka. Jest bardzo zawikłana tajemnica, bardzo skonfliktowany bohater z przeszłością, piękna kobieta, tajne służby. Skomplikowane? To wyjaśnia dlaczego cała historia toczy się dość powoli, co wydaje się tutaj bronią obosieczną. Pomaga to zbudować klimat oraz jest hołdem dla Hitchcocka (w tle gra muzyka Miklosa Rozsy, mocno przypominająca dokonania z lat 40. i 50.), ale po pewnym czasie inaczej są rozkładane akcenty. Śledztwo zaczyna ustępować romansowi, w który nie byłem w stanie uwierzyć. Sama intryga też zaczyna skręcać ku rzeczom na granicy prawdopodobieństwa, przez co ciężko się zaangażować.

ostatni uscisk3

Skoro tak jest, to czemu ten film ogląda się świetnie? To jest ewidentna zasługa reżyserskiej ręki Demme’a oraz zdjęć Taka Fujimoto, stylizowane na elegancki dreszczowiec z lat wcześniejszych. Jest nawet scena w kościelnej wieży, która troszkę przypomina „Zawrót głowy” i parę momentów budowania napięcia jak scena na cmentarzu czy morderstwo w wannie. Nie mówiąc już o finale bardzo w duchu mistrza suspensu nad wodospadem Niagary. Atmosfera tajemnicy, niejasności a nawet paranoi wisi nad filmem i to jest jeden z mocnych punktów.

ostatni uscisk2

Ale reżyser ma jeszcze dwa mocne asy w talii. Naszego protagonistę gra niezawodny Roy Scheider i w roli lekko paranoicznego Harry’ego sprawdza się bez zarzutu. Zarówno w momentach pokazujących nerwowe załamanie wypada znakomicie, samą obecnością potrafi budować napięcie. Ale jeszcze lepsza jest wręcz zjawiskowa Janet Margolin w roli tajemniczej Ellie. Sprawia wrażenie delikatnej, pociągającej kobiety znajdującej się w absurdalnej sytuacji (wynajem mieszkania Harry’ego), ale tu jest coś więcej. Poza tym duetem w epizodzie kradnie film Christopher Walken jako szef czy Sam Levine, wcielający się w pojawiającego się w połowie Sama Urdella, który pomaga bohaterowi w ułożeniu całości do kupy.

Choć „Ostatni uścisk” bywa skupiony na atmosferze niż na historii, już tutaj widać powoli kształtujący się styl Demme’ego, którym zabłyśnie przy „Milczeniu owiec”. Ręka reżysera oraz stylowe zdjęcia podnoszą całość na wiele wyższy poziom.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Perspektywa

Wszystko toczy się gdzieś w kosmosie, a naszymi bohaterami jest ojciec z córką. Ich celem jest Zielona Planeta, gdzie można znaleźć duże złoża aurelaka, dającymi spore pieniądze. Na miejscu byliby najemnicy, którzy zlecili ekspedycję. Całą jednak akcję trafia szlag, kiedy tatuś trafia na podobnego poszukiwacza Ezrę. Ojciec dziewczyny popełnia błąd, chcąc okraść Ezrę i ginie, a ocalona parka niejako zostaje zmuszona do wspólnego działania.

perspektywa1

Film duetu Zeke Call/Chris Caldwell to bardzo kameralny film z niemal śladową ilością aktorów oraz niemal zamkniętą przestrzenią. Ale ten świat, przypominający westerny o poszukiwaczach złota, jest bogaty oraz ciekawy, mając wrażenie większej całości. Czasów ludzi szukających swojego szczęścia, by zebrać spory łup. Samo zbieranie aurelaków jest bardzo specyficzne i wymaga pewnym umiejętności, bo inaczej wszystko zostaje zmarnowany. Mimo pewnej prostoty, mamy tutaj chwytającą opowieść o zaufaniu, zderzeniu niewinności z przetrwaniem oraz cynizmem. Bardzo mi się podoba stylizacja na retro-futuryzm, przypominający produkcje z lat 70. oraz 80., zaś efekty specjalne są wręcz stonowane i oszczędnie wykorzystane. I ta stylówka wydaje się być najmocniejszym punktem filmu. Filmu krótkiego (nieco ponad półtorej godziny, czyli standard) i sprawia wrażenie jakiegoś fragmentu większej całości, którego chciałoby się poznać bliżej. Otwarte zakończenie sugeruje może kontynuację, ale nie liczyłbym na to. Ale „Perspektywa” jest intrygującym kinem inicjacyjnym.

perspektywa2

Wszystko na swoich barkach dźwiga dwoje aktorów, z czego najtrudniejsze zadanie miała Sophie Thatcher. Jej Cee wydaje się troszkę dziewczyną, biorącą udział po raz pierwszy w tej wyprawie. Ale z każdą minutą zaczynamy dostrzegać jak przełamuje się jej nieufność, mieszając delikatność z surowością. Dziewczynie partneruje Jay Duplass (ojciec Damon) oraz cudowny Pedro Pascal w roli Ezry, mający coś w sobie z klasycznego awanturnika. Pod tą surowością oraz hardym charakterem widać coś jeszcze. Powoli zaczyna się budować więź między tą dwójką, co musi trwać i jest pokazane bez fałszu.

perspektywa3

„Perspektywa” (co za tłumaczenie) to western w otoczce kina SF. Prosty, nieskomplikowany, ale pociągający, ciekawy i dość odświeżający. Małe, skromne, ale cudne.

7/10

Radosław Ostrowski

Gold

Złoto – surowiec najbardziej pożądany na świecie, który gwarantuje bogactwo, dobrobyt oraz szczęście. Tylko, że nie dla wszystkich, lecz dla tych, co wiedzą gdzie i jak szukać. Robią to zarówno amatorzy, jak i firmy zajmujące się wydobywaniem surowców. Taką firmę prowadził Kenny Wells, a dokładniej jego ojciec. Lecz kiedy on umarł w 1981 roku, przedsiębiorstwo wpadło w tarapaty przez kilka lat. Wszystko się zmieniło w 1988 roku, gdy mężczyzna postanowił zaryzykować i pójść w układ z legendarnym poszukiwaczem, Michael Acostą w poszukiwaniu złota do Indonezji. Nie jest łatwo, ale w końcu udaje się znaleźć złoto.

gold1

Stephen Gaghan to bardzo ceniony scenarzysta („Traffic”), który czasami próbuje swoich sił jako reżyser. I w swoich produkcjach próbuje połączyć kino gatunkowe z ważnym społecznie czy politycznie tematem. Tym razem znowu próbuje chwycić kwestie finansowych przekrętów i oszustw, opierając się na prawdziwych wydarzeniach. Nie mógł jednak wykorzystać prawdziwych imion, nazwisk oraz sytuacji (z powodów prawnych), więc ubiera wszystko w szaty fikcji. Fabułę można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza, troszkę w duchu kina łotrzykowsko-przygodowym opisuje odkrywanie surowców oraz determinację Wellsa w poszukiwaniu złota. Próba spełnienia amerykańskiego snu za pomocą sprytu, determinacji oraz szczęściu. Wiadomo, że za sukcesem zaczną pojawiać się konkurenci, chcący przejąć zyski z eksploatacji złóż. I tu pojawiają się komplikacje – gracze z Wall Street, mający szerokie wpływy, a tacy nie odpuszczają.

gold2

Wtedy zaczyna się druga część filmu, pokazująca walkę o swój sen. Co oznacza bezpardonową walkę oraz działanie z planem, by wszystkich wykiwać. Poznawanie kto jest przyjacielem, kto wrogiem oraz jak zawalczyć o swoje. Tylko, że ta walka zostaje spuentowana tak ironicznym oraz dramatycznym twistem, że powinniśmy się go domyślić wcześniej, prawda?

Problem jednak w tym, że reżyser nie jest w stanie zdecydować się, co ma być na pierwszym planie i w jakim tonie opowiedzieć całość. Czy to ma być satyryczne spojrzenie na świat wielkiej finansjery, wielka przygoda między dwoma poszukiwaczami, sensacyjna opowieść o przekręcie? Gaghan miesza tutaj wszystko do jednego kotła, przez co wychodzi film zaledwie letni. Brakuje tutaj wyczucia oraz zespolenia tego wszystko w jedną, spójną całość. Wrażenie robią zdjęcia dżungli i realia lat 80., z bardzo taneczną muzyką w tle (m.in. Iggy Pop, New Order czy Pixies).

gold3

Ale najwięcej wyciska tutaj Matthew „Allright, Allright, Allright” McConaughey w roli Kenny’ego. Facet ma wręcz ADHD, mimo sporego brzuszka i łysiny na głowie. Wizjoner, krętacz, oszust, pijak, który dla osiągnięcia celu rzuci obietnice bez pokrycia i jest w stanie nawet wejść do klatki z tygrysem. Aktor zawłaszcza ekran wszystkim, nie dając nikomu w zasadzie manewru do działania. Oprócz Edgara Ramizera w roli Acosty, którzy tworzy postać o wyglądzie i stylu dawnych poszukiwaczy przygód, gdzie czuć tą silną więź w trakcie wyprawy.

„Gold” nie ma w sobie blasku złota, nie powala i nie świeci. Zabrakło tutaj pewniejszej ręki, która stworzyła z tego prawdziwą petardę. Kolejna, tym razem nieangażująca ballada o chciwości.

6/10

Radosław Ostrowski

Zdrajca w naszym typie

Zrobienie dobrego filmu szpiegowskiego, który nie będzie naładowany efekciarską akcją jest zawsze trudne. Nawet jeśli jest to adaptacja powieści Johna le Carre, który woli skupiać się na postaciach zderzonych ze służbami wywiadowczymi. Nie inaczej jest tutaj, gdzie poznajemy naszych bohaterów – niemłode małżeństwo Perry’ego i Gail. Oboje są w Maroku, chcąc spędzić ze sobą czas, mimo pewnego kryzysu (ona jest zapracowanym prawnikiem, on miał skok w bok). Ale ich w miarę spokojne życie zmienia się, gdy poznają Dimę – rosyjskiego biznesmena, który z rodziną i przyjaciółmi spędza wakacje. Ale następnego dnia mężczyzna informuje Perry’ego, że jest księgowym mafii, dla której pierze pieniądze. W zamian za swoją wiedzę chce azylu dla swojej rodziny w Londynie, zaś Perry ma przekazać pendrive z danymi do MI6. Mężczyzna zgadzając się pomóc pakuje się w poważne tarapaty.

zdrajca w naszym typie1

Jak wspomniałem „Zdrajca” to niby film szpiegowski, ale zupełnie innego kalibru. Już prolog, gdzie widzimy zmianę warty w rosyjskim syndykacie pokazuje, że stawka będzie wysoka (finał kończy się morderstwem). Reżyserka Susanna White próbuje iść drogą znaną ze „Szpiega”, czyli pokazuje na ekranie szachową rozgrywkę, gdzie kwestia zaufania jest najważniejsza. A w tej całej stawce cywile, nie mający kompletnie zielonego pojęcia, w co się pakują, bo cała operacja jest prowadzona w tajemnicy i bez zgody przełożonych. By jeszcze bardziej skomplikować opowieść, widzimy powiązania biznesu, polityki oraz mafii, a wszystko po to, by stworzyć bank do prania brudnych pieniędzy. Co na to ludzie u władzy? Nic, bo przeciwnicy mają wpływy (minister, który jest byłym szefem MI6, wspiera całe przedsięwzięcie) i potrafią dopaść każdego.

zdrajca w naszym typie2

Napięcie tutaj budowane jest przez ciągłe komplikacje oraz brak ufności do wywiadu przez Dimę. Bo będzie tak jak on chce, albo nie dostaniecie nic. Cały czas wydaje się wisieć zagrożenie ze strony mafii, nie bojącej się zabić bez mrugnięcia okiem (początek filmu). Ale mam pewien problem z tym filmem. Niby wszystko jest na swoim miejscu, lecz nic mnie to nie obchodziło. Ani zmiany lokacji, dwutorowość narracji (para małżonków oraz działający w wywiadzie Hector) czy dość chaotycznie wyglądające sceny akcji (bójka Dimy z jednym z ochroniarzy w hotelowej kuchni). Mam też wrażenie, że parę wydarzeń zostało pociętych i urwanych.

zdrajca w naszym typie3

Trudno też kogokolwiek wyróżnić aktorsko, choć nie brakuje znanych twarzy. Solidnie wypada Ewan McGregor oraz Naomie Harris w roli naszych małżonków, którzy niejako wbrew sobie pakują się w aferę szpiegowską. Ale to Szkot wyciska więcej ze swojej roli, dając jej charakter. Dla mnie jednak największe wrażenie zrobił mocny Stellan Skarsgaard w roli Dimy. Pozornie sprawiający wrażenie dobrze bawiącego się, lecz lawiruje między lękiem, pewnością siebie a buńczucznością. I ten cudnie brzmiący akcent dopełniają tej postaci.

„Zdrajca w naszym typie” próbuje być innym filmem szpiegowskim, do którego kino nas przyzwyczaiło. Problem w tym, że wygląda to i ogląda się porządnie, lecz czegoś tutaj zabrakło, by porwać na dłużej.

6/10

Radosław Ostrowski

W bagnie Los Angeles

Był kiedyś taki czas, że kino noir (czarny kryminał) było czymś bardzo popularnym. Ten filmowy gatunek swoje najlepsze lata osiągnął w latach 40. i 50., stając się czymś absolutnie świeżym, niejako portretując te realia. Zdegenerowane miasto, będące symbolem dżungli oraz walki o przetrwanie, cyniczni twardziele, femme fatale, niekompetentna, brutalna policja oraz kwestie zaufania, lojalności. Później jednak powstawały mutacje tego gatunku w latach 60. oraz 70. (m.in. „Długie pożegnania” Altmana czy „Chinatown” Polańskiego), a nawet późniejszych pokroju „Tajemnice Los Angeles” czy osadzeniem elementów tego gatunku w czasach współczesnych („Kto ją zabił” Riana Johnsona lub niedawne „Tajemnice Silver Lake”). Jednak wiele filmów z tego gatunku zostało troszkę zapomniane, bo nie trafiły w swój czas. Czy tak jest z nakręconym w połowie lat 90. „W bagnie Los Angeles” według powieści Waltera Mosleya?

bagno la1

Akcja toczy się w słonecznym Los Angeles roku 1948. Tutaj żyje Ezekiel „Easy” Rawlins – weteran wojenny, mający własne mieszkanie (wzięte w hipotekę) i próbujący jakoś znaleźć pracę. Z nią jest ciężko, bo jest czarnoskóry. Poszukiwanie pracy odbywa się w lokalu Joopy’ego, gdzie zbierają się ludzie. I nagle do knajpy wchodzi biały mężczyzna – pan Albright, który ma pieniądze oraz pewien problem. Jego zleceniodawca, niedoszły kandydat na urząd burmistrza szuka swojej narzeczonej, która zaginęła bez śladu. Podobno lubi kręcić z czarnoskórymi ludźmi.

bagno la2

No nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że sprawa ma swoje drugie dno. Intryga jest odpowiednio zaplątana, gdzie politycy, gangsterzy i biznesmemi zmieniają się jak w kalejdoskopie. Wszelkie układy, powiązania, tajemnice mogą wywoływać dezorientację, ale nigdy nie czułem się zagubiony. Wiadomo, że musi dojść do zdrady, przyjaciele wykorzystują bohatera, zaś zaufanie to waluta nieprzydatna w tym świecie. Pojawią się trupy, policja podejrzewa Easy’ego (bo wiadomo, czarny zawsze jest winny) i tak naprawdę jest się zdanym tylko na siebie. Standard gatunku okraszony narracją naszego bohatera z offu, który nie kłuje w uszy. Bardziej mi się podobała stylizacja na lata 40., gdzie w tle gra jazz, poruszają się auta z epoki, neony świecą, a w knajpach jest wyczuwalny dym z papierosów. No i broń też jest odpowiednia. Tak samo podobają mi się stylowe zdjęcia.

bagno la3

Udało się też zebrać aktorów z wysokiej półki, którzy pasują do tego klimatu. Kolejny raz klasę potwierdza Denzel Washington w roli Easy’ego, czyli naszym domorosłym detektywem, lawirującym między wszystkimi stronami. Zazwyczaj spokojny, ale robi wrażenie, gdy używa krzyku oraz gróźb, co dodaje także wiarygodności. Tutaj film kradnie dwóch facetów, czyli Tom Sizemore oraz Don Cheadle. Ten pierwszy początkowo wydaje się spokojny, jednak ma w sobie pewien rys psychopaty, co budzi przerażenie, zaś ten drugi jest o wiele bardziej narwany oraz chętnie korzystający z broni. Dobrze też wypada Jennifer Beals w roli naszej femme fatale, choć pojawia się rzadko.

Los Angeles nadal pokazuje swoje brudne oblicze, a sam film pozostaje troszkę niedocenionym. „W bagnie Los Angeles” wsysa jak bagno, choć wątek rasizmu nie jest mocno nachalny. A tego się troszkę obawiałem.

7/10

Radosław Ostrowski

W blasku księżyca

Jest rok 1988, Filadelfia. Tutaj pracuje Thomas Lockhart – zwykły krawężnik, który bardzo chciałby pracować jako detektyw. Potrzebuje jedynie sprawy, która pozwoliłaby mu rozpędzić jego karierę. W końcu trafia się coś takiego, choć sprawa jest bardzo tajemnicza. W trzech różnych miejscach zostają znalezione ciała ludzi z trzema kółkami na szyi. Z wszystkich ofiar wylewa się krew z oczu, uszu oraz nosa, która okazuje się… ludzkim mózgiem. Udaje się odnaleźć podejrzaną, jednak mimo intensywnego pościgu, dziewczyna wpada pod pociąg. Dziewięć lat później, kiedy Lockhart awansuje, seria zabójstw powraca, co jeszcze dziwniejsze dokonuje ich… ta sama dziewczyna.

w cieniu ksiezyca1

Najnowsze dzieło Netflixa idzie w stronę stylowego thrillera z elementami nadprzyrodzonymi. Reżyser Jim Mickle znany jest z tego, że potrafi zaskoczyć i parę razy zwieść w pole. Początek bardzo przypomina stylem kryminały z lat 80., gdzie mamy panoramę miasta, noc oraz dość krwawe sceny. Same pościgi i gonitwy wygląda bardzo dynamiczne, w tle gra syntezatorowa muzyka. Zabawa jednak dopiero się zaczyna, zaś kolejne poszlaki wydają się prowadzić w bardzo absurdalne tropy. Tutaj logika może wydawać się niedorzeczna, zaś kolejne przeskoki w lata (co 9 lat) pokazują bardzo destrukcyjną rolę obsesji wyjaśnienia za wszelką cenę sprawy. Wyjaśnienie całe historii tylko pozornie wydaje się niedorzeczne, mimo wykorzystania wątków z kina SF (oklepane podróże w czasie). Muszę jednak przyznać, że reżyserowi udało się mnie zaskoczyć, a po seansie nie miałem poczucia niedorzeczności czy bezsensu wydarzeń ekranowych. A przeskoki w dekadę są pokazane bardzo delikatnie, bo całość niemal ogranicza się do kilku lokalizacji. Niemniej to śledztwo angażuje, mimo paru drobnych bzdur oraz przestylizowania.

w cieniu ksiezyca2

Aktorsko tak naprawdę najwięcej do pokazania miał Boyd Holbrook i ze swojego zadania wywiązuje się z nawiązką. Lockhart w jego interpretacji to ambitny gliniarz, którzy nie odpuszcza okazji do osiągniecia sukcesu. I wierzy, że rozwiązanie tej sprawy będzie dla niego szansą na powrót do normalności, zaś charakteryzacja (bo jego bohater starzeje się) nie wywołuje poczucia sztuczności. Ma dobrą chemię z Bokeemem Woodbinem (Maddox), grającym jego partnera z pracy. Wrażenie zmarnowanego talentu sprawia Michael C. Hall (kapitan Holt), będący na bardzo dalekim planie, za to zaskakuje naznaczona tajemnicą Cleopatra Coleman w roli głównej antagonistki.

w cieniu ksiezyca3

„W blasku księżyca” pokazuje, że Mickle nadal ma talent do tworzenia zaskakujących filmów gatunkowych, choć tutaj była pewna dawka przewidywalności. Jest stylowy, wciąga i dostarcza rozrywki, a to czasem wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

The Spy

Rok 1960. Izrael jest atakowany przez Syrię, zaś dane wywiadowcze pokazują ruch wojsk ku granicy, gdzie… kompletnie znikają. W końcu Mossad decyduje się wyszkolić agenta, by wszedł na teren Syrii, wywęszył co jest grane oraz przekazywał informację. Samo przeszkolenie miałoby trwać dwa lata, ale wywiad ma na to tylko pół roku. Wreszcie zgłasza się do nich Eli Cohen – zwykły, szary pracownik, który już dwa razy składał papiery, lecz odrzucono jego propozycję. Czasy są jednak niezwykłe, więc mężczyzna przechodzi szkolenie, by wejść w teren.

the spy1

Kolejny miniserial od Netflixa oparty na faktach, czyli coś, co ostatnio streamingowemu gigantowi udaje się najbardziej. Tym razem jest to serial z Izreala od Gideona Raffa, czyli twórcy oryginalnego „Homeland”. Tylko, że szpiegowska opowieść tylko pozornie wydaje się łatwa do wykonania, bo musi ona trzymać w napięciu. Sama historia jest opowiedziana w sposób prosty, bez nadmiernego powtarzania, ale potrafi zaangażować. Najbardziej uderza kolorystyka w różnych krajach: Izrael jest wręcz wyprany z kolorów, Szwajcaria zielonkawa, a najmocniej kolory są widoczne w Syrii. I to pomaga wejść w ten klimat, zaś realia lat 60. odtworzono z pietyzmem. Tak samo ciekawie prezentował się sprzęt szpiegowski (radiostacja schowana w maszynie do szycia czy bomby w kształcie mydła) oraz pokazanie napiętych relacji między krajami, gdzie stawką było ludzkie życie. A władzę pragnie przejąć radykalna organizacja Bass, idąca na konfrontację z Izraelem.

the spy2

Dla mnie pewnym problemem był fakt, że naszemu bohaterowi w akcji niemal wszystko przechodzi bardzo łatwo. Nawet za łatwo, przez co nie do końca mnie to obchodziło. Bardziej mnie chwyciły momenty, gdy nasz bohater wracał z domu i nie był w stanie uwolnić się ze swojej „roli”. Wtedy widać jak bardzo niebezpieczna jest praca szpiega, który nie może nawet najbliższym powiedzieć o swojej pracy. Tak samo może drażnić fakt, że na początku dostajemy niemal cały finał (Cohen zostaje schwytany). Ale na szczęście nie osłabia to siły zakończenia, którego się nie spodziewałem.

the spy3

Największą gwiazdą serialu jest Sacha Baron Cohen, kojarzony raczej z rolami komediowymi. Tutaj jest bardzo wyciszony, bardzo stonowany, bo w końca gra kogoś, kto… udaje kogoś zupełnie innego. Może dlatego nie robi aż takiego wrażenia, jakiego mógłbym się spodziewać, jednak jest to solidny występ. Drugą znana twarzą jest Noah Emmerich w roli oficera prowadzącego, który jest naznaczony dramatycznymi wydarzeniami z przeszłości i tutaj też wypada dobrze. Każdy z obsady prezentuje solidny poziom, ale brakuje czegoś wyrazistego.

the spy4

„The Spy” ze wszystkich mini-seriali Netflixa z tego roku prezentuje się najsłabiej. Nie oznacza to, że jest zły, bo prezentuje dobry poziom. Lecz w materii szpiegowskich dzieł bardziej na mnie podziałała „Mała doboszka” od duetu AMC/BBC. Czy to będzie nowy etap w karierze Cohena? Mam nadzieję.

7/10

Radosław Ostrowski

Małżowina

Zdarzają się takie filmy, które znają tylko najbardziej zatwardziali fani konkretnego reżysera. Może wynikać z faktu, że dany tytuł powstał zanim filmowiec osiągnął rozpoznawalność i sukces. Albo miał tak wąską, ograniczoną dystrybucję, że nikt o nim kompletnie nie słyszał. Ciężko to sobie wyobrazić, ale taki film ma w swoim dorobku Wojciech Smarzowski. Ale jak to, o czym opowiadasz? A słyszeliście o „Małżowinie”? Nie? Była to produkcja telewizyjna, która nie jest zbyt często pokazywana.

malzowina1

Bohaterem film jest mężczyzna, który parę lat temu napisał powieść. Odniosła ona wielki sukces, ale w tej chwili próbuje stworzyć nowe dzieło. Dlatego właśnie przenosi się na warszawską Pragę i nowego mieszkania. Ale każda jego próba jest dość problematyczna z powodu sąsiadów. Chce o nich pisać, ale są strasznie hałaśliwi. Kłótnie, awantury, wrzaski, chlanie – jak pracować przy czymś takim. A to nie jedyny problem dla bohatera.

malzowina2

„Małżowina” jest bardzo skromna, wręcz kameralna, przez co czuć telewizyjny sznyt. Całość toczy się niemal w jednym pomieszczeniu, które jest w stanie znaleźć się w ujęciu kamery. Historii w zasadzie trudno tu znaleźć, bo widzimy niemal cały czas bohatera w mieszkaniu. Niby chce pisać, ale jakoś mu się nie chce, co troszkę przypomina sytuację z „Bartona Finka”. Samo mieszkanie ze zlewem, ciągle otwierającą się szafą wygląda jakby jeszcze było w trakcie remontu. Brudne, lepkie, ciasne, zaś w tle mamy miejscami punkową muzę, jakieś rozmowy o niczym, a świat spoza mieszkania widzimy tylko przez judasza. I to wywołuje pewne wrażenie nierzeczywistości, gdzie nie wiadomo co jest prawdą, a co tylko zmyślone przez autora. Pod koniec pojawiają się pewne montażowe przebitki, doprowadzając do spustoszenia w głowie. Problem w tym, że ta eksperymentalna forma zwyczajnie męczy. Dialogi, mimo przebłysków, wydają się prowadzić donikąd.

malzowina3

Wygląda to amatorsko, a grający główną rolę zagrał Marcin Świetlicki i prezentuje się bardzo dobrze ze swoim zachrypniętym głosem. Z drugiego planu wybija się Marian Dziędziel, choć głównie słychać go za ścianę oraz Maciej Maleńczuk jako lubiący wypić Nowy.

„Małżowina” to najbardziej eksperymentalny film w dorobku Smarzowskiego, gdzie zaczyna się powoli kształtować jego styl. Skupienie się na polskich przywarach, chlaniu i chropowatej rzeczywistości już jest obecne, choć następne filmy są bardziej przystępne.

6/10

Radosław Ostrowski

Honorowy obywatel

Kiedy poznajemy Daniela Mantovaniego, ma otrzymać literacką Nagrodę Nobla. Jednak zamiast dumy widać na twarzy nerwowość, zamiast eleganckiego stroju dżinsy, ale najmocniejsza jest jego mowa. I tutaj autor uważa, że jego kariera dobiegła końca, stał się ulubieńcem krytyki, a jego kreatywność zostanie zabita. Pięć lat po przyznaniu nagrody literat kompletnie wycofuje się z życia publicznego. I kiedy wydawało się, że już nic nie zaskoczy, dostaje on zaproszenie do rodzinnego miasteczka Salos, gdzie ma otrzymać tytuł honorowego obywatela. Tylko, że w tym miasteczku nie było go od 40 lat.

honorowy obywatel1

Czyżbyśmy już poczuli się znajomo? Argentyński komediodramat pozornie wydaje się wpisywać w historię człowieka, który jest zderzony z małomiasteczkową mentalnością. Mantovani wydaje się być osobą z zupełnie innego świata – wyrafinowany, inteligentny, z dużym dystansem. Ludzie mieszkający tutaj są o wiele prości, skupiający się na zwykłych rozrywkach (polowanie, dyskoteki), mocno skupieni na sobie i swoimi autorytetami. Czy to oznacza, że nasz bohater dokona pewnego rozliczenia z samym sobą, pójdzie ku sentymentalnym rewirom? Absolutnie nie, reżyserzy bardzo mocno stoją na ziemi, całość jest polana w paradokumentalnej formie, zaś mieszanka dramatu i komedii bardziej przechyla się ku temu pierwszemu.

honorowy obywatel2

Całość ubrana jest w konwencję powieści, podzieloną na rozdziały. Ale jednocześnie widać, jak zmienia się nastawienie mieszkańców. Początkowo traktują go jak idola, niemal wchłaniając jego słowo, burmistrz stara się go niemal nieustępować na krok, proponuje się mu podjazd autem, a nawet młode laski pchają się wręcz do wyra. No gwiazdor jakiego dawno nie było. Tylko potem swoją postawą zaczyna wywoływać wrogość. A to dość zaskakującym wyborem na konkursie plastycznym, a to odmawia pomocy chłopakowi by kupić wózek inwalidzki, a dziewczyna lecąca na niego to córka znajomych (ale do niczego nie doszło). To wszystko zaczyna ujawniać to gorsze oblicze miasteczka, pełne zawiści, poczucia zdrady (autor wykorzystuje wspomnienia czy postaci z czasów pobytu w Salos), krzywdy. I to zderzenia zmienia ton oraz klimat całego tytułu. Zaś zakończenie zaczyna prowokować pytanie, czy to, co widzieliśmy naprawdę się wydarzyło, a może jest tylko wytworem wyobraźni autora? Zresztą, czy to ważne – jak stwierdza sam pisarz zagrany przez fantastycznego Oscara Martineza.

honorowy obywatel3

Kino południowoamerykańskie zaczyna coraz bardziej przebijać się do naszego podwórka. I bardzo dobrze, zaś „Honorowy obywatel” sprawdza się jako słodko-gorzkie kino obyczajowe na temat roli autora, literatury oraz wyrywaniu się z ciasnej mentalności.

7/10

Radosław Ostrowski

Salwador

Salwador wydaje się zwykłym krajem w Ameryce Środkowej. Tylko, że w roku 1980 kraj stanął na krawędzi wojny domowej między armią (ci bardziej na prawo) a oddziałami partyzanckimi (ci bardziej na lewo). Ale to właśnie do tego kraju, by zdać relację (i przy okazji zarobić troszkę kasy) wyrusza fotoreporter Richard Boyle. Mieszkał kiedyś w tym kraju i nawet miał dziewczynę. Teraz wraca razem z przyjacielem, Doktorem Rockiem. Ale ta wyprawa będzie dla nich wejściem do prawdziwego piekła.

salwador1

Tym filmem Oliver Stone przykuł uwagę wszystkich krytyków i niejako tutaj zaczynają się krystalizować pewne elementy jego stylu. Reżyser rzuca nas w sam środek piekła, gdzie prawo i porządek wydają się istnieć tylko na papierze. Już sceny podczas napisów końcowych, gdzie widzimy leżących cywilów pod ostrzałem pokazuje, że to nie jest miejsce, w którym chciałoby się zostać na dłużej. Ale to jest dopiero rozgrzewka, bo im dalej w filmie, tym bardziej atmosfera zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa. Zaś śmierć będzie tutaj bardzo częstym gościem. Fabuły jako takiej tu nie ma, bo w większości czasu razem z Richardem przyglądamy się nerwowej sytuacji na Salwadorze. A jednocześnie mamy tutaj perspektywę Amerykanów, którzy udzielają militarnego wsparcia… wojskowej prawicy. Jeden z doradców ambasadora to tak zacietrzewiony wojskowy (oficer wywiadu), dla którego każdy posiadający od niego odmienne zdanie jest komunistą. Rany po Wietnamie jeszcze się nie zagoiły, a interwencja wydaje się być skierowania nie dla tych, co trzeba.

salwador2

Stone nie boi się pokazywać na ekranie swoich politycznych przekonań, nawet mówiąc je wprost (rozmowa Boyle’a z doradcami ambasadora po zrobieniu zdjęć) i pokazując swoje sympatie. Jest w tym sporo szczerości, choć reżyser nie boi się pokazać jak rebelianci zabijają jeńców. W imię sprawiedliwości dziejowej. Ale mocnych i brutalnych scen jest o wiele więcej: zabójstwo arcybiskupa Romero podczas mszy, góra pełna trupów (bardziej lub mniej rozkładających się), gwałt oraz zabójstwo zakonnic dokonane przez gwardzistów czy chwila, gdy otoczony Boyle próbuje się bronić przed grupą wojskowych. W takich momentach czuć reżyserski pazur, nawet jeśli miejscami kamera się trzęsie, zaś akcja zaczyna się rozłazić. Najbliżej tutaj reżyserowi jest do Costy-Gavrasa (miejscami bardzo przypominało klimatem „Zaginionego”), który też robił kino politycznie zaangażowane i pokazując historię z perspektywy szarych ludzi. Bez patosu, za to z brudem oraz realizmem.

salwador3

Całość na swoich barkach trzyma absolutnie kapitalny James Woods, choć jego postać nie zawsze da się polubić. Ten facet najbardziej odnajduje się w pracy, bo prywatnie jest nie do zniesienia. Lubi wypić oraz zajarać, czasem oszukuje, ciągle pożycza kasę. Jednocześnie jest to facet nie owijający w bawełnę, dla którego jednak liczy się prawda oraz pokazanie sprawy w pełnym kontekście. Bardzo mocna kreacja, gdzie nawet w drobnych gestach widać zbierające się emocje (scena spowiedzi czy gdy wspiera umierającego kolegę). Zaskakuje za to James Belushi jako Doktor Rock, który mimo woli pakuje się w całą tą sytuację. Na początku jego zderzenie może wywoływać pewne zabawne momenty, ale ta wyprawa mocno go zmienia i nie czuć tutaj fałszu. Reszta obsady też prezentuje się co najmniej bardzo dobrze (z Johnem Savagem na czele), a nawet drobne epizody jak arcybiskupa pozostają bardzo wyraziste.

Takich filmów jak „Salwador” nie da się wymazać z pamięci tak łatwo. Bardzo brutalna podróż do mrocznej strony władzy, człowieczeństwa, piekła. Z własnej woli, co jeszcze bardziej uderza. Dawno nie czułem się tak zdołowany i bezsilny jak Boyle w tym filmie.

8/10

Radosław Ostrowski