Tam i z powrotem

Łódź, rok 1965. PRL-owski system nie jest dobry dla wszystkich, zwłaszcza jeśli nie jest w zgodzie z nim. Jedną z takich postaci jest dr Andrzej Hoffman – chirurg z przeszłością AK-owską. Zostawił w Anglii żonę w ciąży, zaś wszelkie próby zdobycia paszportu są skazane na porażkę. Do tego jeszcze strasznie „przykleił” się do niego pewien ubek, pragnący zmusić go do szantażu. W szpitalu poznaje Piotra Jurka – dawnego kolegę z oddziału. Niespełniony malarz, będący na utrzymaniu kasjerki. Też ma problemy z powodu przeszłości. By móc żyć w zgodzie z samym sobą, Jurek postanawia dokonać napadu na konwój bankowy, lecz nie jest w stanie tego zrobić sam.

tam i z powrotem1

Wojciech Wójcik był jednym ze speców kina sensacyjnego przed pojawieniem się Władysława Pasikowskiego. Tym razem postanowił wykorzystać prawdziwą historię napadu na bank, by odtworzyć świat uznany za dawny. Świat, gdzie w cenie było łapówkarstwo, kłamstwa, oszustwa. Ludzie starający się funkcjonować przyzwoicie byli wykluczeni albo upokarzani za swoją przeszłość. Wtedy niewygodną, a dzisiaj chlubną. Wójcik samą intrygę prowadzi bardzo powoli, mimo korzystania z konwencji heist movie. Sam napad pokazany jest w bardzo krótki sposób, lecz ważniejsze jest tutaj całe tło. Udaje się bardzo dokładnie odtworzyć mentalność oraz realia lat 60. Bardzo szczegółowa scenografia (mieszkanie Hoffmana, pani Krysi czy sale szpitalne), z masą charakterystycznych rekwizytów pokroju telewizora, płyty z pocztówkami robi piorunujące wrażenie. Sama historia, choć prezentowana bardzo powoli, potrafi wciągnąć i zaangażować. Sam napad to popis pracy montażysty (zmarłego przed premierą Marka Denysa), tak samo robotę robią zdjęcia oraz dialogi.

tam i z powrotem3

Jednocześnie reżyser niejako przy okazji stawia jedno ważne pytanie: ile można w stanie zrobić, by poczuć się wolnym? I do czego można się posunąć? Do zbrodni? Czy może warto zawsze pozostać przyzwoitym, mimo niesprzyjających okoliczności? Widać to bardzo mocno w postawach naszych bohaterów: bardzo wycofanego i antysystemowego (choć nie czyniącego tego wprost) lekarza oraz mocno cynicznego, egoistycznego Piotra.

tam i z powrotem2

Mam tylko jeden, poważny problem: nasz bohater. A w zasadzie jego nadmierna kryształowość, przez którą miałem wrażenie, że obserwuje wręcz świętego, nie człowieka. Jedynym przełamaniem tego charakteru jest udział w napadzie oraz finałowa scena (wymuszona przez producentów). Niemniej zaskoczyła mnie kameralność i precyzyjna praca scenarzystów oraz Wójcika.

tam i z powrotem4

Film na wyższy poziom wznoszą aktorzy. Kolejny raz klasę potwierdza Janusz Gajos, ale w jego przypadku to jest standard, gdzie drobnymi spojrzeniami buduje bardzo wyrazistą postać troszkę niezłomnego profesjonalisty w swoim fachu. Ale ciekawszy jest Jan Frycz jako Piotr. Troszkę egoista, który – dosłownie – dusi się w kraju, lubi troszkę wypić. Jednak jego moralność jest w odcieniach szarości, tworząc dość intrygujący duet z Gajosem. Za to na drugim planie najbardziej błyszczy śliski Olaf Lubaszenko (kulejący porucznik Niewczas) oraz wygadany i obrotny Mirosław Baka (waluciarz Król).

Moim skromnym zdaniem „Tam i z powrotem” to najbardziej dojrzały film w dorobku Wojciecha Wójcika. Fantastyczny scenariusz, bardzo pewna reżyseria oraz fantastyczne aktorstwo daje wiele satysfakcji. Bardziej ambitny film sensacyjny ze złożoną psychologią postaci.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wielki Szu

Kim był Szu? To wielki szuler oraz oszust, który jest w stanie wygrać z każdym wszystko. Właśnie wyszedł z więzienia, ale w domu nikt na niego nie czeka. Żona zaczęła nowe życie, daje mu połowę majątku, a nasz bohater wyrusza przed siebie. Przystankiem na jego drodze jest małe miasteczko Lutyń, gdzie poznaje taksówkarza o imieniu Jurek. Młody chłopak bardzo lubi grać w karty, zaś Szu – niejako wbrew swojej woli – staje się mentorem.

wielki szu1

Dla Sylwestra Chęcińskiego najbardziej znanym dokonaniem jest trylogia o Kargulach i Pawlakach. Ale w latach 70. i 80. reżyser rzadko w rewiry kina gatunkowego. Szansą na to stała się historia kanciarza, dla którego karty nie mają żadnych tajemnic. Trudno tutaj mówić o intrydze, bo wszystko skupia się na kolejnych partyjkach, gdzie ofiarami padają zarówno drobne płotki, jak i grube ryby. Jedynym klejem dla całości jest relacja uczeń-mistrz między Szu a Jurkiem. Problem jednak w tym, że chłopak jest dość narwany i żądny pieniędzy. Czy będzie jednak w stanie wyciągnąć wnioski czy na to już będzie za późno? Chęciński bardzo zgrabnie pokazuje zarówno realia małego miasteczka, jak i dużych miast. Chociaż tutaj najważniejszymi miejscami są hotele, dancingi, knajpy czy domy nowobogackich. W tych miejscach znajdują się drobne cwaniaczki, członkowie wpływowych rodzin oraz zapaleni gracze. A że całość toczy się w czasach Gierka, kiedy modny był konsumpcyjny styl życia, wszystko zaczyna nabierać innego kontekstu. Jednak reżysera bardziej interesują drobne przekręty oraz lekcje, jakie musi wyciągnąć młody adept.

wielki szu2

Sama realizacja też jest zrobiona w sposób więcej niż solidny. Bo trudno nie zwrócić uwagi na lekko noirową w tonie muzykę Andrzeja Korzyńskiego czy stylowe zdjęcia Jerzego Stawickiego. Reżyser pewnie opowiada, podrzuca kolejne postacie (nawet jeśli ledwie zarysowane, są istotne) oraz umie budować napięcie (gra z dwoma oszustami czy finałowa konfrontacja Jurka z Denelem), w czym pomaga skupiony na detalach montaż. Do tego jeszcze parę niezapomnianych tekstów czyni z „Wielkiego Szu” film kultowy.

wielki szu4

Ale to wszystko nie miałoby wartości, gdyby nie dwie fenomenalne kreacje. Najważniejszy jest tutaj Jan Nowicki w roli tytułowej. Na pierwszy rzut oka wydaje się eleganckim oraz opanowanym dżentelmenem, lecz tak naprawdę jest bezwzględnym kanciarzem i szulerem. Z kamienną twarzą oraz wewnętrznym spokojem będzie w stanie pozbawić cię majątku. Bo on tak chce i zna masę sztuczek. Nawet jak nic nie robi, ma tonę charyzmy, jaką można obdzielić tysiące aktorów. Partneruje mu Andrzej Pieczyński i ten kontrast jest znakomicie wygrany. Jurek wydaje się być wyszczekany, pewny siebie oraz w gorącej wodzie kąpany. Wydaje się wchłaniać nauki mistrza, ale ostatnia lekcja będzie dla niego strasznie bolesna. Może jednak coś z niej wyciągnie? Z drugiego planu – dość bogatego – trudno wskazać kogoś, kto nie zapada w pamięć. Nieważne, czy to Leon Niemczyk (władczy Mikun), Karol Strasburger (Denel), Jan Frycz (pozornie twardy Jarek) czy apetyczna Dorota Pomykała (prostytutka Jola) – wszyscy trzymają poziom wysoki.

wielki szu3

„Wielki Szu” może nie ma jakiejś spójnej fabuły, a po drodze jest wiele znaków zapytania (zakończenie), nie mniej film wciąga. W zasadzie nie ma u nas zbyt wiele filmów o hustlerach, a ten godnie znosi próbę czasu, pokazując troszkę inną twarz Chęcińskiego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Warto obejrzeć cyfrowo zrekonstruowaną wersję filmu, jeśli się pojawi w telewizji.

Jak nas widzą

Rok 1989 dla Nowego Jorku był dość ciężki, bo przestępczość szybowała w górę. Ale w kwietniu w Central Parku doszło do masy wybryków: zaczepki, bijatyki oraz chuligańskie wybryki dokonane przez młodych ludzi. Jednak doszło też do najgorszego – gwałtu oraz pobicia kobiety. Białej kobiety. Zaś poszukiwania zawężono się do czarnoskórych chłopaków. Ostatecznie wytypowano pięć osób (czterech czarnoskórych i jednego Latynosa), których maglowano i zmuszono do przyznania się do zbrodni, nie popełnionej przez żadnego z nich. Nazwani później Piątką z Central Parku zostali skazani, co mocno naznaczyło ich.

Jak Netflix robi serial, to czasem potrafi uderzyć. Tym razem reżyserka Ava DuVernay uderza w wymiar sprawiedliwości, dla którego liczy się jak najszybsze rozwiązanie sprawy. Prawda nie jest tutaj najważniejsza, a zeznania wyciąga się w bezwzględny sposób: manipulacja, sugerowanie, brak obecności rodziców/opiekunów, brak snu, brak jedzenia, bicie, wyzwiska. Do tego jeszcze mocno naciągane dowody, problemy z chronologią. A to dopiero początek dramatu oraz tragedii. Każdy odcinek (a jest ich cztery) zrobiony jest w innej konwencji, co tylko uatrakcyjnia seans. Najpierw mamy śledztwo (odcinek 1), następnie proces (odcinek 2), by przyjrzeć się naszym bohaterom w trakcie oraz po odsiadce (odcinek 3 i 4). Im bardziej ogląda się kolejne sceny oraz sytuacje, tym trudniej było mi uwierzyć, ze mogło dojść do takiej sytuacji. Pierwsze dwa odcinki mają siłę ciosu obuchem. Policyjna niekompetencja oraz proces, gdzie obrona punkt po punkcie obala kolejne punkty oskarżenia. A sam koniec tego odcinka gra na emocjach w sposób godny thrillera. Tutaj też nie brakuje eksperymentów w postaci montażowych przebitek, zmian kątów czy dużej ilości zbliżeń.

Pozornie odcinek 3 wydaje się być mniej intensywny, ale w żadnym wypadku nudny. Bo powrót do społeczeństwa jest bardzo trudny – ciężko znaleźć uczciwą pracą, ludzie reagują wrogością i nienawiścią. Nawet ci, którzy powinni wspierać (macocha Raya Santany Jra.) mogą stać się obcymi. Same rodziny też pośrednio obrywają za rzekome zbrodnie, zaś społeczeństwo wydało wyrok na samym początku sprawy. Za to najmocniejsza jest historia Koreya, który jako jedyny trafił do więzienia dla dorosłych. Chłopak przeżywa momenty załamania, zwątpienia, bicia, gnębienia w różnych aresztach. Tutaj znów wraca ten klimat oraz poczucie bezsilności z początku. Aż dochodzi do przewrotki, która zmienia wszystko. Tutaj emocje i napięcie są budowane w sposób precyzyjny, zaś każdy odcinek ma masę niezapomnianych momentów. Aż nie mogłem uwierzyć, że to się mogło wydarzyć. A w czasach, kiedy nienawiść oraz uprzedzenia znowu zaczynają nabierać na sile, może się to powtórzyć. I to ostrzeżenie potrafi uderzyć.

Realizacyjnie ciężko mi się przyczepić do czegokolwiek. Znakomita reżyseria, fantastyczny scenariusz oraz montaż, a także kostiumy i scenografia. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu i gra, zaś aktorstwo jest także z najwyższej półki. I nie mówię tutaj tylko o doświadczonych wyjadaczach pokroju Felicity Huffman (śliska karierowiczka Linda Fairstein), Very Farmiga (zmuszona do ostrej gry prokurator Lederer), Michaela Kennetha Williamsa (ojciec Antona z kryminalną przeszłością) czy ostatnio troszkę bardziej obecnego Johna Leguizamo (Ray Santana Sr., ojciec jednego z oskarżonych), ale przede wszystkim młodych aktorów. Chciałbym powiedzieć dziecięcych, ale bardziej pasuje określenie naturszczycy. Każdy z nich jest świetny, wiarygodny, jednak z tego grona najbardziej wybija się dwóch aktorów. Pierwszym jest Assante Blackk, czyli młodsze wcielenie Kevina – najmłodszego oskarżonego w tym gronie, pokazując jego kompletne zagubienie i przerażenie sytuacją. Ale dla mnie tak naprawdę liczył się Jharrel Jerome, absolutnie kradnący każdą scenę jako Korey. Jako jedyny grał zarówno młodsze, jak i dorosłe wcielenie swojego bohatera. Sceny jego pobytu w więzieniu pozwalają bliżej poznać sama postać oraz jego reakcję na piekło. Absolutnie powalająca kreacja.

„Jak nas widzą” pokazuje, że Netflix potrafi być godnym konkurentem stacji telewizyjnych pokroju HBO czy innych sieci streamingowych. Niby historia wydawała się przewidywalna (przynajmniej dla mnie), ale twórcy wycisnęli z niej wszystko, tworząc bardzo mocne oskarżenie wobec niesprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości. Obok „Czarnobyla” to najlepszy mini-serial tego roku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabawa, zabawa

Były sobie trzy kobietki, które dzieli wszystko: wiek, pozycja społeczna, praca. Magda jest młodą dziewczyną, która łączy studia z pracą. Dorota to topowa pani prokurator, ma syna oraz męża polityka. Z kolei Teresa jest szanowany lekarzem dziecięcym. W końcu tytuł profesora zobowiązuje. A co wszystkie je łączy? Wszystkie od dłuższego czasu mają pewnego partnera, choć ma różne imiona: wino, szampan, wóda. W końcu dochodzi do momentu, kiedy musi zostać podjęta decyzja – dalej trwać w tym związku czy zerwać?

zabawa zabawa1

Mam bardzo silne wrażenie, że Kindze Dębskiej udał się tylko jeden film: „Moje córki krowy”. Następne próby opowieści o ludziach mierzących się z własnymi dramatami. Wydaje się, że „Zabawa, zabawa” jest kolejną próbą tego typu historii. Ale filmów o nałogowych alkoholikach było mnóstwo, zwłaszcza w naszym podwórku (filmografia Smarzowskiego pełna jest procentów). Ale kobieta pijąca? O tym jakoś się nie mówi, nie opowiada, nie pokazuje. Bo alkohol nie wybrzydza, nie osądza, nie krytykuje. Pociąga i przyciąga każdego bez wyjątku, a zanim się zorientujesz, nie możesz bez niego żyć. Reżyserka w jakimś sensie historie, które już znałem, słyszałem, oglądałem. Jak alkohol potrafi zadziałać w sposób destrukcyjny. Nie tylko wobec osoby pijącej, ale całego otoczenia. Bo im dłużej trwa ten taniec z butelką, tym coraz trudniej jest go przerwać. Każda wymówka wydaje się dobra, żeby dalej on trwał i trwał. Bo przecież nic się nie stało, bo ja nie piję (za dużo).

zabawa zabawa2

Ale to wszystko jakoś niespecjalnie angażuje. Same pierwsze sceny są mocnym uderzeniem i zapowiadają coś poważnego. Jednak sama konstrukcja jest problematyczna. Przeskoki z postaci na postać wybijały mnie z rytmu. Dębska pokazuje mikroscenki, ale bardziej skupia się na pokazywaniu skutków niż przyczyn. Nie ma odpowiedzi na pytanie dlaczego (może poza jednym zdaniem), co mnie troszkę zmartwiło. Nawet psychologia postaci wydaje się mocno uproszczona. Chciałoby się bliżej poznać każdą z tych bohaterek, co byłoby sporą wartością dodaną.

zabawa zabawa3

Jedynie broni się realizacja: długie ujęcia, płynny montaż oraz dość dołująca muzyka w tle. Ale tak naprawdę wszystko trzyma na barkach aktorskie trio. Wielką przyjemnością było dla mnie oglądanie Doroty Kolak (profesor Teresa), troszkę ironizującej Agaty Kuleszy (Dorota) oraz poruszającej Marii Dębskiej (Magda). I nawet najbardziej nie do końca trafne momenty nie wywołują fałszu. Ale postacie poboczne – poza granym przez Dorocińskiego męża pani prokurator – nie mają tutaj zbyt wiele do roboty. Są tylko pewnymi epizodami, pozbawionymi większego znaczenia, przez co troszkę szkoda aktorów. Nie można nie wspomnieć o rozładowujących napięcie duetu policjantów (Rafał Rutkowski i Sławomir).

„Zabawa, zabawa” to kolejny film Dębskiej, który jest lepiej zrealizowany, zagrany niż napisany. Strasznie przeszkadza szarpana narracja oraz słabnące zaangażowanie, a także poczucie zmarnowania potencjału na coś więcej. Czy jest szansa na zbliżenie się do poziomu „Dwóch córek krów”? Może następnym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Kurier

Jan Nowak-Jeziorański – o tej postaci każdy pasjonat historii słyszał. Polski kurier, który przekazywał informacje rządowi na imigracji. Kiedy go poznajemy jest rok 1944, lato. Nadal trwa wojna, zaś w Polsce panuje terror. Kurier dostaje zadanie od samego premiera Mikołajczyka: dostarczyć mikrofilmy dla generała Bora-Komorowskiego oraz rozkazy dotyczące wybuchu Powstania Warszawskiego. Ale od samego początku Nowak jest ścigany przez niemieckich szpiegów, co stawia jego misję pod znakiem zapytania.

kurier1

Powiem to od razu, by nie było wątpliwości: jestem fanem Władysława Pasikowskiego. Bo kto inny byłby w stanie opowiedzieć film o tematyce historycznej w konwencji kina sensacyjno-szpiegowskiego? Historia Nowaka-Jeziorańskiego jest tak bogata, że powstałoby kilkanaście filmów. Oczywiście, „Kurier” nie jest rekonstrukcją faktów, a przede wszystkim skupia się na dwóch aspektach. Pierwszy, czyli wątek misji Nowaka, to klasyczne kino w stylu szpiegowskim. Jest obława, próby ucieczki oraz ciągła zabawa w kotka i myszkę. Polowanie na Nowaka oraz (pośrednio) na Bora i całą Komendę AK potrafi trzymać za gardło. Niemal czuć tutaj stawkę, zaś wiele scen (uwalnianie samolotu z błota, akcja w wiejskim domu) ogląda się po prostu świetnie. Reżyser skupia się na akcji, przez co nie ma tutaj miejsca na nudę. Większość czasu spędzamy z samym Nowakiem, ale przez chwilę przeskoczyć można albo na przeciwników (dwóch niemieckich oficerów) lub na dowództwo AK.

kurier2

Druga rzecz, która mnie zaskoczyła to wiarygodnie pokazane polityczne tło. Tutaj brutalnie pokazana jest postawa aliantów wobec Powstania Warszawskiego. Wszelkie nasze nadzieje okazują się złudne, co czyni dylemat naprawdę poważnym. Zdanie samego twórcy wypowiada pod koniec sam Nowak i można się z tym zgodzić lub nie. Patos w tego typu produkcji jest nieunikniony, ale jest dawkowany bez popadania w kiczowaty heroizm. Nawet te najbardziej widowiskowe momenty (eksplozja samolotu czy finałowa strzelanina) nie kłują mocno w oczy.

kurier3

Muszę jednak przyznać, że „Kurierowi” troszkę brakuje pieniędzy. Ulice naszej Warszawy wydają się niemal puściutkie, zaś obecność kilku postaci zaczyna przypominać bardziej Teatr Telewizji. Wrażenie za to robiła na mnie scenografia oraz praca kamery. Drugim istotnym problemem jest w zasadzie fakt, że o samym Nowaku nie wiemy zbyt wiele. Nie poznajemy go zbyt dobrze, zaś jego czyny nie do końca wystarczą. Niemniej film Pasikowskiego potrafi wejść i wciągnąć.

kurier4

Aktorzy w zasadzie nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, bo znane twarze (Bonaszewski, Woronowicz, Frycz, Zamachowski, Pazura czy Orzechowski) są ograniczeni do ról epizodycznych. Zaś wcielający się w główną rolę Philippe Tłokiński robi wszystko, by czynić swoją postać bardziej charyzmatyczną. Widać jego determinację, opór oraz bezsilność wobec nadchodzących wydarzeń. I on ciągnie tą historię do końca. Z masy twarzy na drugim planie najbardziej wybija się zadziorny Wojciech Zieliński (Włodek), stonowany Tomasz Schuhardt (Kazik Wolski) oraz zaskakujący Grzegorz Małecki (Bór-Komorowski). No i jeszcze dwóch niemieckich łotrów, czyli Witze oraz Steiger (Nico Rogner und Martin Butzke), dających więcej pola do popisu.

„Kurier” mimo pewnych niedoskonałości okazuje się najlepszym filmem historyczno-patriotycznym ostatnich lat. Pasikowski, nawet lekko stępiony, potrafi walnąć z całej siły. Oby powstały kolejne historie kuriera z Warszawy.

7/10

Radosław Ostrowski

Spokój

Kiedy poznajemy Antoniego Gralaka, przebywa w więzieniu. Za co siedział? Nie zostaje nam to powiedziane wprost, jednak powrót do dawnego życia jest niemożliwy. Przyszła żona go zostawia, w domu nikt na niego nie czeka, zaś perspektyw na przyszłość brak. Niemniej chce zacząć nowe, uczciwe życie – znaleźć pracę, mieszkanie i dom. Powoli zaczyna się na nowo odnajdywać w nowej rzeczywistości oraz mieć spokój. Pytanie tylko na jak długo?

spokoj1

Wszyscy znamy Krzysztofa Kieślowskiego jako twórcy idącemu ku metafizyce. Jednak początki jego kariery to dokumenty oraz przyglądanie się ówczesnej rzeczywistości. Pierwsze fabuły nadal miały jeszcze ten dokumentalny sznyt, tak jak telewizyjny „Spokój”. Trudno mówić o fabule stricte, bo jest to dość luźny ciąg scenek, które łączy ze sobą osoba Gralaka. Zwykły szaraczek, starający się żyć w porządku wobec wszystkich. A jednocześnie ma on dość proste, wręcz zwyczajne marzenia. Czyli własny kąt, żona, dzieci, praca. Bo innego jest potrzebne do szczęścia? Problem jednak w tym, że w pracy dochodzi do coraz większych spięć między kolegami a kierownikiem budowy. A to materiał pojawia się coraz mniejszy, a to cement zostaje okradziony. Widmo strajku wisi w powietrzu. Zaś koledzy są troszkę nieufni. Jakiego wyboru dokona Gralak? O ile jakiegoś dokona.

spokoj2

Pachnie to kinem moralnego niepokoju, a ze względu na tematykę film czekał 4 lata na półce. Reżyser niemal trzyma się i przygląda wszystkiemu. Nawet podczas rozmowy w knajpie jest w stanie skupić się niekoniecznie na rozmówcach, tylko kimś gdzie w tle. Kamera czasami sprawia wrażenie kręcącej z ręki, co dodaje tego paradokumentalnego stylu. Podobnie jest z bardziej stonowanymi kolorami oraz raczej niezbyt wyrafinowaną formą (nie oznacza to, że jest niechlujnie). Dialogi też wydają się naturalne, przez co film wydaje się zapisem epoki. A najbardziej zapada w pamięć bardzo otwarte zakończenie, zaś dalsze losy bohatera stoją pod znakiem zapytania.

spokoj3

Ale Kieślowski miał szczęście, że spotkał na swojej drodze Jerzego Stuhra. Tutaj aktor nie tylko współtworzy dialogi, lecz wciela się w Gralaka. I jest niesamowity. Jednocześnie pełen energii, pasji, lecz także wyciszony. Pozornie prosta postać, aczkolwiek bardzo łatwo można się z nią identyfikować. Bardzo niewiele brakuje, by w którymś momencie eksplodował. Takie kreacje zostają w pamięci na długo. Z drugiego planu najbardziej wybijają się dwie postacie: kierownik Zenek oraz Mietek. Ten pierwszy w wykonaniu Jerzego Treli sprawia wrażenie surowego, ale sprawiedliwego. Jak sam mówi: „wypruwam żyły”, jednak ma trochę za uszami. Za to Michał Sulkiewicz jako Mietek wydaje się być przyjacielem oraz wsparciem dla bohatera i też jest prostym gościem, co nie daje sobie w kaszę dmuchać.

„Spokój” to bardziej przystępny, trzymający się ziemi Kieślowski w prawie reporterskim stylu. Wielu może przeszkadzać ten paradokumentalny styl oraz bardziej luźna konstrukcja scenariusza, za to jednak zaskakuje autentyzm realiów oraz fantastyczna kreacja Jerzego Stuhra. Czy dziś łatwiej jest znaleźć spokój?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Point Blank

Wszystko zaczyna się od strzelaniny. Widzimy wybiegającego mężczyznę, ściganego przez innych ludzi. Dzwoni do brata i wydaje się, że udaje się zbiec. Niestety, uciekinier imieniem Abe zostaje potrącony przez inne auto, a cały plan szlag jasny trafia. Tak się trafia, że znajduje się w szpitalu, gdzie pielęgniarzem jest niejaki Paul. Ten facet wydaje się spokojnym szaraczkiem, czekającym na syna. Losy obu panów zostają splecione, kiedy żona Paula zostaje porwana. A odzyska ją wtedy, kiedy pomoże uciec nieprzytomnemu przestępcy.

point blank1

Netflix tym razem bierze na warsztat francuski thriller Freda Cavaye i przenosi go na amerykańskie realia. Reżyser Joe Lynch do tej pory robił raczej horrory, a tutaj mamy do czynienia z klasycznym buddy movie. Czyli duet niedopasowany i skontrastowany łączy siły we wspólnej sprawie. Po drodze mamy brata bandyty, skorumpowanych gliniarzy, gangsterów (tutaj są też fanami kina – co jest pewnym ubarwieniem) oraz wyścig z czasem. Innymi słowy klasyka gatunku oraz samograj, który powinien wypalić. Zaskoczeń fabularnych nie ma, ale opowiedziane jest to bardzo sprawnie. Pościgi zrobione są z nerwem, strzelaniny też nie wywołują znużenia, zaś parę jazd kamery (m.in. przygotowania Paula do wyciągnięcia Abe’a czy wyciągniecie torby) urozmaicają seans. Bijatyki też są pomysłowe (akcja w myjni samochodowej), zaś odrobinka humoru dodaje odrobinę lekkości.

point blank2

Dla mnie jednak największym problemem była przewidywalność fabuły. Z góry wiadomo kto jest skorumpowanym gliną, kto jest tym dobry oraz kto dla kogo pracuje. Wszystko jest prowadzone po sznureczku i brakuje jakiegoś elementu zaskoczenia. Przez co troszkę nie czułem stawki za bardzo.

point blank3

Sytuację częściowo rekompensuje obsada. Czuć tutaj chemię między naszymi protagonistami, czyli Anthonym Mackie oraz Frankiem Grillo. Ten pierwszy wydaje się być tym delikatnym, zaś ten drugi to niemal klasyczny, małomówny twardziel. I o dziwo ten duet mimo woli z każdą minutą zaczyna się rozkręcać, zaś bohaterowie pokazują troszkę inne oblicze. Drugi plan zawłaszcza dla siebie Marcia Gay Harden, czyli detektyw Lewis (główna antagonistka), choć wydaje się nie mieć zbyt wiele do roboty.

Nie jest to jakaś rewolucja dla Netflixa, ale nie jest to też średniak. Proste, nieskomplikowane buddy movie, potrafiące dostarczyć odrobinę rozrywki oraz frajdy. Dla wielu kinomanów myślę, że to będzie ok.

6/10

Radosław Ostrowski

Papillon. Motylek

Paryż, rok 1931. Tutaj żyje Henri Charriere zwany Papillon. Był bardzo znanym i szanowanym złodziejem półświatka. Ale jego stabilne życie uległo gwałtownej zmianie, kiedy zostaje oskarżony o morderstwo. Choć nie popełnił tego czynu, został skazany na dożywocie w Gujanie Francuskiej. Więzienie jest na wyspie, otoczonej przez rekiny, pozbawionej żywności. Szansy na ucieczkę praktycznie brak, ale w drodze do nowego domu poznaje Louisa Degę. Ten facet trafił do więzienia za fałszerstwo. Panowie zaczynają łączyć siły, by uciec.

papillon3

Historia Papillona została przez niego spisana w 1969 roku i stała się bestsellerem. Tak wielkim, że w 1973 roku (kiedy Charriere zmarł) powstała ekranizacja ze Stevem McQueenem oraz Dustinem Hoffmanem w rolach głównych. Ale opowieści mają to do siebie, że po pewnym czasie lubi się do nich wracać. Dlatego powstała nowa wersja historii Papillona. W sumie nie ma tutaj zaskoczeń, bo jest to dramat więzienny. Tutaj więzienie jest piekłem, gdzie trafiają najgorsi, a chodzi tylko o złamanie charakteru. Więc co naprawdę trzyma naszych bohaterów przy życiu? Dlaczego decydują się uciec, choć nic nie mają? Narracja prowadzona jest bardzo spokojnie, ale nie oznacza to, że nic się tam nie dzieje. Reżyser Michael Noer nie boi się pokazać przemocy oraz obojętności strażników, zaś sama natura wydaje się drugim zagrożeniem. Tutaj nie do końca wiadomo komu można zaufać, a przyjaźń wydaje się być wystawiona na ciężką próbę.

papillon1

Pozornie wiemy, co się wydarzy, lecz potrafi trzymać w napięciu. Widać to w każdej scenie próby zabicia Papillona i Degi (montaż potrafi podkręci adrenalinę) czy podczas ucieczek. Tutaj czuć poczucie zagrożenia, niemal namacalnego do samego końca. Równie mocne sceny robią momenty izolacji naszego protagonisty. Rzeczywistość oraz omamy mieszają się ze sobą, przez co zwyczajnie jeszcze bardziej zależało na postaci. Nie miałem okazji zobaczyć oryginału, więc nie mogę porównać nowej wersji. Czuć tutaj lepkość, brud, wręcz naturalizm w pokazywaniu okrucieństwa.

papillon2

Równie zaskakujący okazał się casting. Do roli tytułowej zaangażowano Charliego Hunnama, co wywołało pewne kontrowersje. Bo za ładny, bo nie ma talentu, bo za sztywny. Ale tutaj wyjątkowo dobrze sobie radzi. Jest bardzo wyciszony, szorstki i twardy, a największe wrażenie robił we mnie podczas scen izolacji oraz finałowych partiach na Diabelskiej Wyspie. Jeszcze lepszy jest Rami Malek jako Dega. Niski, troszkę niedowidzący cwaniak, z lekko rozedrganym głosem, sprawia wrażenie troszkę nieporadnego. Jednak z czasem zaczyna nabierać barw, zaś relacja z Hunnamem daje masę dynamiki. Drugi plan też jest dość mocny, choć dla mnie faworytem jest Roland Moller jako bezwzględny Ceiller oraz Michael Socha w roli porąbanego Julota.

„Motylek” AD 2017 to więcej niż porządny dramat więzienny. To mocna, angażująca, chwytająca za serce opowieść o woli wolności, której żadne kraty nie są w stanie zatrzymać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tau

Sama historia zaczyna się banalnie. Julia jest młodą dziewczyną, która okrada innych i prostytuuje się. Ale po jednej z akcji zostaje zaatakowana i uśpiona. Kiedy się budzi, ma zakneblowane usta, związane ręce i nogi. I jest w jakiejś celi, próbując ogarnąć o co tutaj chodzi. Kim jest tajemniczy mężczyzna, dlaczego ma dziwne coś na karku. Po pewnej udanej próbie wyrwania z celi okazuje się, że znajduje się w domu należącym do naukowca, wykorzystującego tytułowego Tau – prototyp sztucznej inteligencji. Zaś dziewczyna ma wykonywać testy, by rozwinąć AI.

tau2

Kolejne cudadło od Netflixa, idące ku SF. Choć punkt wyjścia może troszkę przypominać „Cube” (zamknięta przestrzeń) czy „Ex Machinę” (relacja człowiek-maszyna), ale nie ma ambicji żadnego z tych. To ma być trzymający w napięciu thriller, w którym bohaterka próbuje uciec. Prowadzona jest ciągle gra między bardzo wycofanym Alexem a próbującą korzystać ze sprytu Julią. Gdzieś pośrodku jest Tau. Maszyna niby zaawansowana i bezwzględnie posłuszna Alexowi, ale jednocześnie izolowana od świata. Nie wiedząca o nim absolutnie nic, co może być pewnym atutem. Ale kto tu kogo oszuka i kto wygra. A kto zginie? Technologia wydaje się być tylko dodatkiem, tłem dla całej intrygi. A kiedy wydaje się, że wszystko łatwo pójdzie, to nie. Pojawia się parę niespodzianek (część jest przewidywalna), finał może wydawać się zbyt spektakularny, niemniej seans jest zaskakująco dobry.

tau1

Wrażenie robi scenografia, tworząca mocno futurystyczny klimat, zaś szczególnie gra oświetleniem. Kiedy jest poczucie zagrożenia, kolory są mocniejsze. Trudno się przyczepić do spraw technicznych, bo to jest bardzo porządnie wykonane. Efekty specjalnie nie kłują mocno po oczach i są wykonane dobrze. Także aktorstwo jest tutaj wykonane solidne. Więcej do pokazania ma Maika Monroe, próbująca wyrwać się z pułapki wszelkim możliwym sposobem. Problemem może być tutaj bardzo wycofany Ed Skrein – zbyt trudno do ugryzienia, ale nie idący w karykaturę. Klasyczny złol, działający dla tzw. wyższego celu. Za to kompletnie zaskoczył mówiący delikatnym głosem Gary Oldman w roli tytułowej – sztuczna inteligencja o wrażliwości dziecka, pragnące bardziej poznać świat. Zmuszony jest jednak do złych czynów, zaś więź między nim a Julią mocno go zmienia.

tau3

W dniu premiery „Tau” został ostro skrytykowany. Ale to tak naprawdę bardzo solidny thriller ze sztuczną inteligencją w tle. Można było troszkę rozwinąć tło, lecz efekt jest satysfakcjonujący.

7/10

Radosław Ostrowski

Bez znieczulenia

Jerzy Michałowski – reporter, dziennikarz, człowiek szanowany. Wręcz autorytet. Można powiedzieć, że żyje w luksusie, dobrobycie. Ma żonę, dwójkę dzieci (starsza studiuje w Moskwie), wpływowego przyjaciela. Żyć nie umierać. Ale całe to udane zaczyna się sypać. Najpierw był wywiad w programie telewizyjnym, wydana zostaje jego książka, a żona chce się rozwieść. To dopiero jednak początek.

bez znieczulenia1

Kiedy myśli się o Andrzeju Wajdzie, raczej nie łączy się go z kinem moralnego niepokoju. Owszem, był szefem Zespołu Filmowego X, gdzie kręcili najważniejsi twórcy tego nurtu (Feliks Falk, Agnieszka Holland, Janusz Zaorski, Radosław Piwowarski, Jerzy Domaradzki). Ale raczej nie nakręcił żadnego filmu w tym nurcie, prawda? Nie do końca. Był najpierw „Człowiek z marmuru”, a następnie w 1978 roku pojawił się ten tytuł. Scenariusz napisany wspólnie z Agnieszką Holland pokazuje powolną, ale stopniową agonię. Jak jedno zdarzenie, niczym kostki domina, doprowadza do upadku. Człowiek uważany za autorytet staje się kompletnie nikim. I niczym. Przyjaciele mają związane ręce, nagle wykłady zostają odwołane, a ważny wyjazd przemyka. Każde zdanie, każde słowo, każda decyzja może zostać wykorzystana przeciwko nam. Bo dla systemu jesteśmy bezwartościowi i do zastąpienia. Życie zawodowe i prywatne stanowi niebezpieczny zespół naczyń połączonych. Jak mówi adwokat: „Każdemu można wszystko udowodnić. A wina to pojęcie elastyczne”. Wszystko widzimy w tej mikroskali, bez podpinania do jakiegoś szerszego kontekstu, co jest dość zaskakujące. Szczególnie jak się oglądało ostatnie dokonania Mistrza.

bez znieczulenia2

Wajda nie korzysta tutaj z symboli, patosu też unika jak ognia, a wszystko ogląda się troszkę jak reportaż. Dialogi (czy nawet monologi) może wydają się troszkę rozbudowane oraz pełne intelektualnych kwestii, ale jest też bardzo przyziemnie. I nie czuć tutaj żadnych zgrzytów, a aura fatalizmu coraz bardziej zaczyna być odczuwalna. Zaś finał jest jak cios obuchem, chociaż nie jest on zaskoczeniem. Czy może jest? Kompletnie zaskakuje tutaj brak muzyki, co jeszcze bardziej kłuje i drażni uszy. Tym bardziej tutaj czuć pewien pazur, bezwzględność sytuacji.

bez znieczulenia3

Jeśli jest coś, co może przeszkadzać, to miejscami zbyt szybkie cięcia montażowe. No i jeszcze dość tajemnicza rola Krystyny Jandy, której za cholerę nie umiem rozgryźć. Studentka (chyba?), praktycznie milczy cały film – poza zakończeniem – i wprowadza się do mieszkania profesora jakby nigdy nic. Dlaczego? Jaka jest jej motywacja? Nie mam tego pojęcia, a jej obecność nie wydaje się aż tak istotna.

bez znieczulenia4

Za to strzałem w dziesiątkę było obsadzenie Zbigniewa Zapasiewicza w roli głównej. Aktor często pojawiał się w rolach intelektualistów i ta rola nie jest wyjątkiem. Ale ten bohater wydaje się troszkę bierny, jakby pozbawiony własnej woli. Każda jego próba wyjścia z sytuacji kończy się zderzeniem, klęską, porażką – tym, czego obawiał się najbardziej. Ale jednocześnie kibicowałem mu do końca. Nie tylko on błyszczy najbardziej. Równie mocny jest Andrzej Seweryn jako adwersarz naszego bohatera (Jacek), który bardzo chce się przebić i sprawia wrażenie zbuntowanego wobec establishmentu. Jednak pod tym wszystkim kryje się zakompleksiony chłopaczek. Tak samo wyrazisty epizod ma Jerzy Stuhr (adwokat żony Jerzego), będący prawdziwie śliską kanalią, grający bardzo nieczysto. No i jeszcze jest ona: Ewa Dałkowska, czyli Ewa. Żona, która ma dość męża, chce zacząć nowe życie i – ostatecznie – pociąga go na dno. Wydaje się być jedyną ważną osobą w życiu naszego bohatera, chociaż jej motywacja wydawała mi się nie jasna. Ale nie jest to postać demonizowana, że to „zła kobieta była” (scena rozprawy).

„Bez znieczulenia” to Wajda bardziej kręcący z pazurem i bez chodzenia na kompromisy pokazuje cenę za bycie sobą. Że za każdą podjętą decyzję tamten ustrój bardzo brutalnie wystawiał rachunek. Bez względu na cokolwiek. Strasznie depresyjny seans.

8/10

Radosław Ostrowski