Patrick Melrose

Początek to rok 1982. Kiedy poznajemy Patricka jest między wstrzyknięciem heroiny a wciągnięciem białego proszku. Ale ten narkotyczny ciąg zostaje przerwany telefonem od wuja Nicholasa. I nie jest to zwykła pogadanka, bo zmarł jego. Ojciec, z którym nie miał zbyt dobrego kontaktu. Ma odebrać jego prochy do Nowego Jorku. To dopiero początek drogi Patricka zmierzającego ku autodestrukcji, dzięki której poznamy jego demony.

Pięciotomowy cykl Edwarda St Aubyna (pisany w latach 1992-2002) wywołała ogromny skandal na brytyjskiej scenie literackiej. Historia upadłego młodzieńca z arystokratycznej rodziny była nie tylko oskarżeniem wyższych sfer o hipokryzję oraz moralną degrengoladę (jakby nie powstało wcześniej wiele dzieł na ten temat), ale przede wszystkim była dla autora formą autoterapii. Bo wszystko, co w niej napisał wydarzył się naprawdę, zaś Patrick to było jego porte parole. Aż dziw bierze, że przez wiele lat żaden filmowiec nie sięgnął po ten materiał. W 2012 powstał film na podstawie czwartej części („Mleko matki”), ale dopiero stacja Showtime postanowiła w 2018 roku stworzyć miniserial oparty na całym cyklu. Karkołomnym zadaniem był pomysł, by jeden tom stanowił jeden odcinek. Tego przedsięwzięcia postanowili się podjąć reżyser Edward Berger (pracował m.in. przy serialu „Terror” oraz „Deutschland 83”) oraz scenarzysta i pisarz David Nicholls.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że każdy odcinek toczy się w innym okresie. Pierwszy to rok 1982, drugi pokazuje wakacje roku 1967, trzeci – 1990 (przyjęcie z udziałem księżnej Małgorzaty), czwarty – 2003 (ciężka choroba matki Patricka), zaś ostatni to rok 2005 (pogrzeb matki Patricka). Te przeskoki w czasie mogą wywoływać pewną dezorientację, bo informacje najbardziej interesujące – czyli co się działo przez ten czas z Patrickiem – są rzucane bardzo oszczędnie i zdawkowo. Dlatego serial trzeba oglądać w dużym skupieniu. Sam tytuł to mieszanka dramatu psychologicznego z czarną komedią, co ma pomóc wnieść troszkę światła do tej mrocznej opowieści.

Bo „Patrick Melrose” to opowieść o człowieku zmierzającym ku autodestrukcyjnemu pędowi, próbujący dzięki ironii jakoś przetrzymać kolejne dni przed śmiercią. Ale nawet ona nie jest w stanie wymazać z pamięci tego ciężaru, jaki go niszczy od środka. I nie chodzi o to, że miesza gorzałę z koksem, ale dlaczego to robi oraz czemu jest wściekły na ten cały świat. Kluczową rolę odgrywa tutaj montaż, gdzie pewne zdarzenia niejako nakładają się na siebie, stanowią repetycję, odbicie tego samego zdarzenia w innym czasie oraz okolicznościach (Patrick siedzący w aucie w pozycji pasażera z drgawkami). Są też krótkie przebitki, pozwalające wejść w zwichrowany umysł Patricka, który musi się zmierzyć z masą demonów: używki, mroczna przeszłość, hedonistyczny styl życia, własna rodzina.

A przy okazji jest to też portret arystokracji, będąca tutaj źródłem wszelkiego zła oraz aberracji. Bo ci ludzie pokazani są jaki wywyższające się istoty, będące niejako ponad wszelkimi normami i prawem. Żyją w złotej klatce, unieszczęśliwiając innych oraz najbliższych, lubią obgadywać za plecami. Nawet jak próbują być bardziej uczynni (matka Patricka przekazująca swoją rezydencję… new-age’owej sekcie), okazuje się być albo za późno, albo wydaje się to niepoważne, niezrozumiałe. Starzy ludzie (jak Nicholas Pratt) nie rozumiejący tego świata lub próbujący się do niego dopasować osoby z zewnątrz (młoda Bridget Watson-Scott) – wszystko to jest polane bardzo szyderczym, satyrycznym spojrzeniem.

Nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen, chociaż osoby liczące na ostre momenty pokazujące ćpanie czy inne okrutne czyny (co robił ojciec Patricka z chłopcem, gdy byli sam na sam) mogą być rozczarowane delikatnością oraz subtelnością realizacji. Swoje robią też fantastyczne dialogi, bardzo płynna praca kamery (sceny z przyjęcia, gdzie nie brakuje mastershotów), montaż. No i scenografia – zwłaszcza w odcinku 2 i 3, jest zwyczajnie zachwycająca. Tak samo dobra jest podkreślająca ciężki klimat muzyka.

Ale powiedzmy to sobie wprost – to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie WYBITNA (nie, nie przesadzam) kreacja Benedicta Cumberbatcha. Aktor w wywiadach wspominał, że bardzo chciał zagrać Melrose’a, a po obejrzeniu serialu wiem dlaczego. To bardzo skomplikowana, pełna sprzeczności postać. Inteligentny, oczytany mistrz ironii, pełen jadu oraz nienawiści wobec swoich rodziców i tzw. high-lifu, który degeneruje kolejne pokolenia. Ale jednocześnie jest to złamany przez życie człowiek, próbujący jakoś wyjść na prostą. O ile to możliwe. Bo nigdy nie wiadomo, co ten bohater wykona. Wybuchnie gniewem, zachowa stoicki spokój, obrazi, załamie się, będzie na haju/na bani – jest bardzo nieprzewidywalny i to jest w nim fascynujące. Benedict bardzo wiarygodnie pokazuje wszelkie emocje i mu się po prostu wierzy, absolutnie nie przypominając swoich poprzednich wcieleń, zawłaszczając ekran dla siebie. Z tego grona przełamuje się kilka postaci, nawet w drobnych rólkach. Jednak najbardziej wybija się Hugo Weaving jako despotyczny, tyranizujący ojciec, samą facjatą budzący przerażenie. To straszna, wręcz przerażająca postać, pozbawiona człowieczeństwa. Podobnie antypatyczna jest matka grana przez Jennifer Jason Leigh, która pozostaje bierna wobec sytuacji domowej. I to budzi prawdziwe przerażenie.

„Patrick Melrose” może zaczyna się jak komedia o nałogowcu, ale im dalej w las, tym śmiechu jak na lekarstwo. Bardzo gorzki, brutalny, mroczny dramat człowieka wychodzącego z nałogu, wsparty przez absolutnie doskonałego Cumberbatcha. Zaś ostatnia scena wcale nie daje jasnej wskazówki, co do dalszych losów naszego bohatera. Długo się tej eskapady nie zapomni.

8/10

Radosław Ostrowski

Brightburn: Syn ciemności

Sam pomysł na ten film wydaje się bardzo prościutki. Jesteśmy na jakimś ranczu, gdzie mieszka małżeństwo bardzo pragnące mieć dziecko. Ale natura nie może pomóc, zaś proces adopcyjny trwa za długo, więc trzeba czekać na cud. No i zdarza się cud, bo coś przybyło z nieba.  A dokładnie chłopczyk o imieniu Brandon. I wydaje się być takim fajnym, sympatycznym chłopcem. Jednak kiedy dzieciak ma 12 lat, wszystko zaczyna się zmieniać.

brightburn1

Jeśli komuś „Brightburn” skojarzył się z Supermanem, to po części jest to dobre skojarzenie. Ale nowe dzieło Jamesa Gunna (tym razem producent), napisane przez jego braci chce pożenić kino superbohaterskie z horrorem. Chłopak powoli zaczyna odkrywać swoje moce, ale jednocześnie jego pochodzenie jest utrzymywane w tajemnicy. Pytanie tylko co z tym zrobi. Czy pójdzie drogą godną Supermana, czy może jednak przyniesie zagładę naszemu gatunkowi? Problem w tym, że twórcy niejako na samym początku wykładają pewne rzeczy, przez co aura tajemnicy kompletnie znika. Dzieciak strzela oczami, zaczyna latać, rysować jakiś tajemniczy wzór. No i jest „nawiedzony” przez swój kosmiczny statek. Gdyby zrezygnować z pierwszej sceny albo nie pokazywać zderzenia, twórcy mogliby sobie pozwolić na większą zabawę z oczekiwaniami. Można było zgadywać kim jest Brandon, skąd się wziął i co nim motywuje. To ostatnie wydaje się problemem, bo słowa mówią jedno („chcę być dobry”), a czyny mówią zupełnie coś innego.

brightburn2

Niby próbują budować napięcie, ale to się udaje tylko połowicznie. Bo my wiemy więcej i szybciej zaczynamy łączyć elementy układanki. Jedyną satysfakcję jaką czułem podczas seansu to sceny mordów, dokonywanych przez chłopaka. Te momenty nie tylko podnoszą adrenalinę, ale są też krwawe i brutalne. Nikt się tu nie patyczkuje – połamane ręce, wbite szkło do oka oraz rozbryzgująca się krew. Te momenty dostarczają masy satysfakcji, podobnie jak bardzo przewrotne zakończenie, w duchu kultowego „Omen”. Tylko, że jest to opakowane w slashera, mogącego być czymś więcej.

brightburn3

Pewnej wiarygodności dodają aktorzy. Absolutnie czuć tutaj chemię między rodzicami granymi przez Elisabeth Banks oraz Davida Denmana. Ona wręcz desperacko pragnąca dziecko, dlatego nie przyjmuje do wiadomości, że „jej” syn mógł coś narozrabiać (a który rodzic potrafi?) oraz jej bardziej trzymający się ziemi mąż. Świetnie się uzupełnia ten duet, zwłaszcza Banks tutaj błyszczy tworząc bardzo mocną postać, bez popadania w przesadę czy łapanie się za głowę. Ale równie świetny jest Jackson A. Dunn w roli Brandona, choć tak naprawdę nie ma tu zbyt wiele do roboty.

„Brightburn” miało bardzo obiecujący pomysł, który można było rozwinąć na masę sposobów. Ostatecznie wyszedł z tego slasherek ze złym Supermanem w roli głównej. Brutalny i ostry, ale strasznie przewidywalny, przez co działa tylko za pierwszym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Ciemny kryształ

Tysiące lat temu była planeta – piękna i żyzna. Ale wszystko zmieniło się, gdy rozbił się Kryształ. Wskutek tego zdarzenia, kraina coraz bardziej zaczęła przypominać pustynię, a pojawiły się dwie rasy: paskudni (nie tylko z wyglądu) Skeksowie oraz delikatni czarodzieje Mistycy. Ci pierwsi są żądni długiego życia, które zapewnia im znajdujący się w zamku Kryształ, zaś drudzy żyją pokojem oraz spokojem. Wśród drugiej rasy znajduje się ostatni z rasy Gelflingów zwany Jen. Według przepowiedni jest jedynym, który może naprawić Kryształ, umieszczając zaginiony odłamek. Jeśli tego nie zrobi przed pojawieniem się trzech słońc, Skeskowie będą rządzić po wsze czasy.

ciemny krysztal1

Jima Hensona wszyscy kojarzą dzięki stworzony przez niego Muppetom oraz ulicy Sezamkowej. Jednak w 1982 postanowił zapuścić się w rejony kina fantasy, w czym pomógł mu Frank Oz. Sama historia wydaje się dość prosta i pozbawiona jakiś skomplikowanych wolt. Młoda istota musi zmierzyć się z nieprzyjemnym światem, zaczyna odkrywać swoje przeznaczenie, znajduje sojusznika oraz odkrywa wiele ze swojej przeszłości. No i musi dojść do ostatecznej konfrontacji. Jednak największe wrażenie przy tym tytule robi coś zupełnie innego: realizacja. W „Ciemnym krysztale” nie pojawia się żaden żywy aktor, tylko stworzone przez ekipę Hensona marionetki, kukiełki oraz wszelkiego rodzaju monstra, sterowane mechaniczne albo przez ludzi. Każda z istot wygląda inaczej: Skeskowie przypominają paskudnie starzejące się sępy, pragnące wiecznego życia oraz władzy. Mistycy mają spore gabaryty, lecz budzą o wiele większą sympatię swoją łagodnością. Są też jeszcze inne istoty: mniejsi Gelflingowie, krabowate Garthrimy, szpiegujące Nietoperze i wiele innych. Ten świat jest naprawdę żywy oraz bogaty, że aż chciałoby się wejść głębiej.

ciemny krysztal2

Również wrażenie robi fantastycznie zrealizowana strona plastyczna. Nie tylko plenery oraz fauna, ale także przede wszystkim scenografia. Zarówno wszelkie przestrzenie zamku Kryształu, dom Aughry z ruchomym układem kosmosu czy ruiny siedziby Gelflingów zachwyca szczegółowością. Równie fantastyczna jest muzyka Trevora Jonesa, pełna epickiego rozmachu oraz klimatu, jakiego nie da się opisać słowami. Hensonowi udaje się stworzyć klimat klasycznych baśni, gdzie nie brakuje mrocznych scen (śmierć Cesarza Skeksów, zabieranie esencji życia), a także budujących suspens (finałowa konfrontacja). Nie wszystkie efekty specjalne (zwłaszcza optyczne) wytrzymały próbę czasu, ale nie kłują tak mocno w oczy, jakby się można było spodziewać.

ciemny krysztal3

Nie wiem, czy wiecie, ale Netflix pod koniec sierpnia wrzuca serialowy prequel osadzony w świecie „Ciemnego kryształu”. Zanim jednak wyruszymy w tą przygodę, sięgnijcie po oryginał. Może historia nie chwyta tak bardzo, ale realizacyjnie jest to bardzo unikatowe dzieło skierowanego dla młodego widza. Mroczne, lecz ekscytujące doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Odwet – wersja reżyserska

Kiedy zaczyna się cała opowieść, Michael Cochran odbywa swój ostatni lot w służbie armii. W dniu przejścia do cywila dostaje zabytkową broń oraz zaproszenie od przyjaciela: meksykańskiego biznesmena Tiburona Mendeza. Przyjaciel przyjmuje go z otwartymi ramionami, proponuje wspólne polowania czy grę w tenisa. Tylko jest jeden mały szkopuł: młoda, piękna i pociągająca żona biznesmena. Do romansu jest strasznie blisko, a tutaj kwestie zdrady są rozwiązywane w sposób bardzo bezwzględny.

Adaptacja powieści Jima Harrisona planowana była od momentu wydania, czyli od 1979 roku. zainteresowany był sam John Huston wspierany przez producenta Raya Starka. Mimo zaangażowania do napisania scenariusza Waltera Hilla oraz obsadzeniu w rolach głównych Jacka Nicholsona i Orsona Wellesa, „Odwet” utknął w martwym punkcie. Sytuację zmienił zainteresowany projektem Kevin Costner, który po sukcesie „Nietykalnych” oraz „Byków z Durham” zebrał wystarczająco duży kasy, by zostać producentem wykonawczym, zagrać główną rolę, a także zatrudnić reżysera Tony’ego Scotta. W dniu premiery film został bardzo chłodno potraktowany przez krytykę oraz widownię, jednak po latach zaczęto cieplej myśleć o tym dziele. Niemniej w 2007 roku na DVD wyszła reżyserska wersja filmu, skrócona o ok. 30 minut i to ta wersja jest oceniana.

odwet1

Szczerze mówiąc byłem dość mocno zaskoczony faktem, że reżyser kojarzony z kinem akcji idzie w stronę romansu zmieszanego z kinem zemsty. I nie byłem przekonany czy młodszy z braci Scott będzie w stanie przekonująco pokazać relacje między trójką postaci. Miłość od pierwszego wejrzenia, żądza krwi, zemsta (i to z obydwu stron), przemoc. Zaskakuje tutaj bardzo spokojne tempo oraz bardzo naznaczona melancholią muzyka. Scott spokojnie buduje napięcie, mimo pewnej przewidywalności. Przynajmniej na początku, bo historia dzieli się na dwie części i każda wydaje się kończyć odwetem. Niby stawka jest tutaj kobieta, zaś los wobec niej nie jest zbyt łaskawy, ale tu chodzi o coś więcej: honor, godność, respekt.

odwet2

Klimat przypomina powieści lub filmy spod znaku czystej pulpy, co czuć mocno w dialogach. Krótkich, treściwych, bez zbędnych ekspozycji i tego typu dupereli. A że jest to romans, to nie mogło zabraknąć scen kipiących erotyzmem, bo sam związek wydawał mi się mocno naciągany i nie do końca mnie kupił. Bardziej interesowała mnie relacja kumpli oraz motyw wzajemnej zemsty, gdzie tak naprawdę nikt nie wygrywa, co jest dość nieoczywistym rozwiązaniem. Podobnie jak brak jednoznacznego podziału na dobro i zło. Niby na początku sprawa wydaje się jasna, lecz z każdą minutą pojawia się więcej odcieni szarości, przez co trudno kibicować bohaterom. Drugą niespodzianką były dla mnie zdjęcia, mocno przesiąknięte jeszcze stylem z lat 80. – światło przebijające się przez okna, mocna kolorystyka, skupienie na spojrzeniach. To nadal działa, podobnie jak dość oszczędnie użyte sceny przemocy: krótkie, ale intensywne.

odwet3

Muszę przyznać, że Scottowi udało się zebrać dobrych aktorów, który wykorzystują swój czas oraz pole do popisu. Troszkę zaskoczył mnie Kevin Costner, początkowo wyglądający jak starszy brat Toma Cruise’a z „Top Gun”. Niby przystojniak i troszkę sztywny, jednak w drugiej połowie zmienia się, nabiera mroku oraz żądzy zemsty. Fason trzyma Anthony Quinn, wcielając się w biznesmena prowadzącego nie do końca legalne interesy. Władczy, pełen majestatu godnego „Ojca chrzestnego”, ale na swój sposób lojalnego i trzymającego się zasad. No i najbardziej pociągająca z całej trójki Madeleine Stowe, od której nie można oderwać oczu.

„Odwet” to mniej znany i mniej oczywisty film w dorobku Tony’ego Scotta, który nie skupia się na dynamicznej akcji czy efekciarskiej rozwałce. Być może dlatego z czasem nabrał większego szacunku oraz uznania widzów. Mimo zahaczania o kicz, pozostaje strawnym oraz mniej oczywistym spojrzeniem na kino zemsty.

7/10

Radosław Ostrowski

Na karuzeli życia

Coney Island, lata 50. To tutaj pracuje Ginny. Jest kelnerką u boku męża robiącego przy karuzeli w tutejszym parku rozrywki. I do tego miejsca przybywa Carolina – córka mężczyzny z pierwszego małżeństwa. Dziewczyna była związana z gangsterem, przed którym się ukrywa, bo powiedziała za dużo federalnym. Troszkę na złość żonie, mąż pozwala córce zostać. Ale by nie było zbyt nudno, jest jeszcze kolejny wierzchołek tej figury: Mickey, student literatury i ratownik na plaży.

na karuzeli zycia1

Woody Allen jest konsekwentny w realizacji swoich filmów. Zawsze co rok pojawia się nowy tytuł, nawet jeśli nie jest to popis jego pełnych umiejętności. Jednak zamiast komedii, reżyser próbuje jeszcze raz pokazać swoje poważniejsze oblicze jak w „Blue Jasmine”. Humoru jest tutaj jak na lekarstwo, za to wątków tyle, iż można z niego kilka filmów zrobić. Poza typowymi motywami mistrza (miłosne komplikacje) jest jeszcze: poczucie zmarnowanego życia oraz marzeń, które nigdy nie zostaną spełnione, tkwienie w bezsensownej egzystencji, walka z uzależnieniem czy „rywalizacja” rodziców o realizowanie potrzeb swoich dzieci. Dla mnie jednak problemem było to, że nie bardzo byłem w stanie się zaangażować w tą historię. Tylko wątek dotyczący Ginny oraz jej demonów wydaje się być najbardziej rozwiniętym, najciekawszym, zaś reszta (w tym zagrożenia gangsterów) sprawia wrażenie tła. Tła, z którego nie chce się tutaj nic połączyć ze sobą. Wątek romansowy wybijał mnie z rytmu swoimi dialogami, pozbawionymi tego błysku, z jakiego znany był Nowojorczyk.

na karuzeli zycia2

Nie mogę się przyczepić do kwestii formalnych, bo film wygląda bardzo stylowo. Klimat lat 50. Robi wrażenie, chociaż mam pewien problem ze zdjęciami. I nie chodzi mi o to, że Vittorio Storaro schrzanił robotę. Chodzi mi o to, że kolory w tym filmie, zwłaszcza podczas rozmów są wręcz przesycone, za bardzo odwracają uwagę od wszystkiego innego. To troszkę przeszkadza w seansie.

na karuzeli zycia3

Tak naprawdę jedynym mocnym punktem jest tutaj Kate Winslet, absolutnie magnetyzująca jako kobieta dusząca się w swoim związku, zakładająca kolejne maski. Tłumiąca swoje pragnienia, niby próbująca coś zmienić, ale chyba już się przyzwyczaiła do obecnego status quo. Równie świetny jest James Belushi jako jej mąż – troszkę prostak i raptus, ale bardziej trzyma się ziemi. Troszkę od tego duetu odstaje Juno Temple (zagubiona Carolina) oraz Justin Timberlake (pretensjonalny, początkujący dramaturg), chociaż radzą sobie naprawdę nieźle.

Allen kolejny raz próbuje być troszkę bardziej serio, idąc troszkę ku dziełom Tennessee Williamsa. Tylko, że zabrakło tej klasy, wnikliwości oraz trafnych obserwacji. Lepiej jeszcze raz obejrzeć „Blue Jasmine”, gdzie wszystko to było lepsze.

6/10

Radosław Ostrowski

Diablo. Wyścig o wszystko

Wydaje się, że przeniesienie koncepcji z amerykańskich wzorców na nasze podwórko, nie powinno być jakimś dużym problemem. Ale nasi twórcy nie znają słowa: niemożliwe. Czy można zrobić coś w stylu „Szybkich i wściekłych” czy gier z cyklu „Need for Speed” made in Poland?

Sam punkt wyjścia jest dość prosty: mamy młodego chłopaka o imieniu Kuba. Bierze udział w nielegalnym wyścigu i… przegrywa. Nie dlatego, że zabrakło umiejętności czy konkurent był lepszy. Po prostu nawalił samochód. A pieniądze są mu potrzebna, bo jego siostra choruje i potrzebuje kasy na operację. Dzięki znajomościom trafia do niejakiego Maxa – drobnego gangstera, zbierającego ekipę do wyścigów o dużą stawkę, zwanego Czarną Owcą. To taka gra w berka, gdzie ostatni albo złapany odpada z gry. Za całym interesem stoi Jarosz, zaś jego prawą ręką jest niejaki Kieł, mający pilnować, by wszystko szło zgodnie z planem.

diabolo1

Na pierwszy rzut oka fabuła „Diablo” nie wydaje się przesadnie skomplikowana. Ale reżyser Michał Otłowski („Jeziorak”) oraz scenarzysta Daniel Markiewicz robią wszystko, by seans uczynić nam nieprzyjemnym. Sama fabuła zwyczajnie nie wciąga, bo jest oparta na masie klisz. Postacie oraz ich motywacja są ledwie zarysowane, a wątków jest tutaj masa. Bo jest i romans między naszym Kubą a uczestniczącą w wyścigu dziewczyną (jak się okazuje to córka mafijnej szychy), spięcia między Kubą a Kłem, nielegalne walki w klatce, jakiś organizowany przemyt. Tylko, że jest to tak liźnięte tło i sprawia wrażenie zbędnego balastu. Przez to historia wydaje się rozcieńczona, a stawka kompletnie nie wyczuwalna.

diabolo2

Boli tutaj wszystko pod względem realizacyjnym. Pojawiające się efekty specjalne wyglądają tak dziadowsko, że oczy mogłoby wypalić, strasznie drażniąca muzyka próbująca podbić napięcie, strasznie ciemne zdjęcia oraz montaż. Tutaj montaż jest największym przeciwnikiem. Bo sceny pościgów wyglądały tak chaotycznie, że nie wiadomo kto gdzie jeździ, gdzie się znajduje oraz jakim autem kieruje. O dźwięku nawet nie chcę wspominać, bo dialogi (takiego cudadła nie słyszałem od czasu „Reakcji łańcuchowej”) są przez sporą część niesłyszalne. Zwłaszcza, gdy korzystają z krótkofalówek.

diabolo3

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o aktorstwie, tylko że wszyscy nie mają za bardzo zbyt dużego pola do popisu. Mimo, że na trzecim planie nie brakuje znajomych twarzy (m.in. Mirosława Zbrojewicza, Cezarego Żaka czy Katarzyny Figury), to migają na ekranie przez parędziesiąt sekund. Zaś główne role są tak papierowe, że nie da się wejść w to. Broni się tak naprawdę tylko Rafał Mohr w roli Maxa, dodając odrobinę charyzmy do roli drobnej ryby oraz Cezary Pazura jako Jarosz. Za to jak zawsze drażni Mikołaj Roznerski jaki niby bezwzględny Kieł. Problem z nim taki, że wygląda śmiesznie, zaś jego sposób mówienia jest niewyraźny, co jeszcze bardziej irytuje.

Nie chce mi się więcej pisać o tym tytule, bo zwyczajnie nie ma o czym. Kompletnie nic tu nie działa, aktorstwo nie istnieje, zaś realizacja woła zwyczajnie o pomstę do nieba. Barbarzyństwo niewyobrażalne.

2/10

Radosław Ostrowski

Wilkołak

Oglądanie polskich filmów czasami przypomina horror. I to niekoniecznie ten z wysokiej półki. Przerażenie budzi nie sytuacja na ekranie, lecz byle jakie wykonanie, a zamiast strachu jest śmiech, niesmak, żenada. Ale co się stanie, jeśli polski reżyser postanowi nakręcić horror osadzony w naszym kraju? Sama ta zbitka budzi raczej negatywne skojarzenia („Pora mroku”, „Hiena”), chociaż ostatnimi laty pojawiły się pewne eksperymenty z tym gatunkiem („Córki dancingu”, „Demon”, „Wieża. Jasny dzień”). W jaką stronę idzie „Wilkołak”?

Fabuła osadzona jest w roku 1945. To jest ten czas, kiedy rozpętał się pokój, ale oznacza to, iż jest spokojnie i bezpiecznie. Bohaterami jest grupka dzieci z wyzwolonego obozu koncentracyjnego. Do grupy zostaje dokooptowany chłopak zwany Hanysem. Cała ta grupa trafia do dawnego pałacu, który zostaje przerobiony na sierociniec. Nie ma tu zbyt wiele jedzenia, ale jest za to las. Cały problem polega na tym, że w okolicy grasują wygłodniałe owczarki niemieckie, tresowane przez SS-manów z obozu.

wilkolak3

Reżyser Adrian Panek chyba lubi wyzwania, bo tutaj zależało od trzech czynników. Po pierwsze, jest to horror. Po drugie, dzieci w rolach głównych, bo poziom aktorstwa dziecięcego u nas nie jest zbyt wysoki. Po trzecie, jeszcze potrzebne są wytresowane zwierzęta. I to razem ma zadziałać jako film grozy. Przecież to nie miało prawa wypalić, prawda? Ale nasz twórca postanowił udowodnić, że da się. I o dziwo to wypaliło. Dlaczego? Już mówię.

wilkolak4

Panek pozornie buduje prostą opowieść o naznaczonych wojną dzieciach, które muszą się odnaleźć w nowym świecie. Tylko, że tej traumy nie da się wymazać tak od razu. Każde z tych dzieciaków reaguje różnie: wycofaniem, utratą mowy, chęcią ucieczki. Prawdziwa groza i strach siedzi w głowie, a psy są tutaj tylko namacalnym wcieleniem. Niemal przez cały film przewija się dylemat. Co jest ważniejsze: zachowanie człowieczeństwa czy instynkt przetrwania. Zaś skojarzenia z „Władcą much” są jak najbardziej na miejscu. Do tego twórca ciągle balansuje między realizmem a baśniowością. Dialogów jest tutaj bardzo niewiele, zaś relacje między postaciami są zarysowane przy pomocy spojrzeń, gestów. A każde wypowiadane słowo, ma swoją wagę i ciężar.

wilkolak2

A jak z budowaniem napięcia? Więcej niż satysfakcjonująco. Mamy grupkę dzieci, zamkniętą przestrzeń oraz psy czekające na żer. Przestrzeń jest bardzo dobrze wykorzysta, klimat potęgują świetnie wykonane zdjęcia (zwłaszcza te nocne) oraz dobrze wykorzystane zdjęć. Nie brakuje nawet jump-carów użytych z głową czy świetnie zainscenizowanej próby przebicia się do wojskowej ciężarówki (w slow-motion). Pokazane i poprowadzone bez zarzutu, za co Panka należy pochwalić.

wilkolak1

Tak samo fantastycznie zagrały dzieci, nawet jeśli nie miały zbyt wiele czasu do roboty. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie trzy postacie: Władek, Hanys oraz Hanka. Pierwszy grany przez Kamila Polnisiaka jest wycofany, małomówny, mocno oddzielony od grupy. Można powiedzieć, że jest antagonistą, jednak to postać o wiele bardziej złożona niż się wydaje. Hanys w wykonaniu Nicholasa Przygody także jest fantastyczny i stara się być kimś w rodzaju frontmana. I tutaj między tymi chłopakami czuć pewne spięcia. Ale dla mnie film kradnie Sonia Mietielica, będąca kimś w rodzaju opiekunki grupy dzieci. Samą swoją obecnością przekazuje więcej emocji i mam nadzieję, że jeszcze o niej usłyszymy.

Kiedy wydaje się, że dobry polski horror brzmi jak oksymoron, pojawia się „Wilkołak” i wszystko swoim wrogom zamyka usta. Naprawdę daje się stworzyć film, który będzie straszył, trzymał w napięciu i jednocześnie nie wygląda tandetnie czy kiczowato. Czekam na więcej tego typu kina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Alita: Battle Angel

Przyszłość jest dla nas nieodgadniona. Jest XXVI wiek, kiedy to doszło do Upadku, zaś na świecie przetrwało tylko jedno latające miasto – Zalem. Wszyscy inni znajdujący się na dole przebywają z Żelaznym Mieście, gdzie pracują najbiedniejsi. Jednym z takich ludzi jest doktor Ido: lekarz zajmujący się leczeniem cyborgów oraz ludzi z mechanicznymi wszczepami. Podczas szukania kolejnych części znajduje dziewczynę, której mózg ocalał. Naukowiec przytwierdza ją do mechanicznego ciała nastolatki i tak rodzi się Alita: szczera dziewczyna z wymazaną przeszłością.

alita1

Adaptacja mangi „Gunnm” była planowana już w latach 90. przez Jamesa Camerona. Jednak ówczesna technologia jeszcze nie pozwalała na pokazanie wizji, jakiej chciał filmowiec. Ostatecznie reżyser „Terminatora” skupił się na tworzeniu „Avatara”, zaś „Alitę” zrealizował Robert Rodriguez. Filmowiec ten specjalizował się w kinie klasy B, ale teraz przyszła pora na blockbuster. Muszę przyznać, że czuć rękę Rodrigueza. Sama historia to niemal klasyczne kino młodzieżowe w otoczce SF. Czego tu nie ma: miłość od pierwszego spojrzenia (niejaki Hugo), poznawanie samej siebie i próba odzyskania wspomnień. W tle mamy niebezpieczny sport zwany Motorballem, który może zapewnić wejście do Zalemu. Ale intryga coraz bardziej zaczyna się gmatwać, pojawia się parę wolt, zaś świat klimatem przypomina cyberpunkowy świat.

alita2

Samo tło jest tylko liźnięte i stanowi pretekst do bezpretensjonalnej rozwałki. Dół to dzielnica nędzy, gdzie ludzie szukają sposobu wejścia na górę. Samej góry nie widzimy, ale podejrzewamy, iż może być tam raj dla najbardziej bogatych i wpływowych. W tle jeszcze mamy zawodników Motorballa, pełniący rolę policjantów Łowcy-Wojownicy, mordercy. Może i jest to mocno uproszczone, ale intryguje. Gdy dochodzi do scen akcji, całość zaczyna nabierać rumieńców oraz kopa. Bijatyki i naparzanki wyglądają wręcz obłędnie – pierwsza bójka Ality, scena w barze czy „eliminacje” Motorballa. Wygląda i brzmi to znakomicie, czując rękę Rodrigueza oraz pracę kamery legendarnego Billa Pope’a („Matrix”, trylogia „Spider-Man” Raimiego).

alita3

Żeby jednak nie było słodko, „Alita” ma parę wad. Po pierwsze, czuć pewne poczucie deja vu. Cyberpunkowy klimat budzi automatyczne skojarzenia z klasyką, choć zaskakujący jest fakt, że większość akcji toczy się za dnia. Po drugie, obecność wątków young adult, zwłaszcza wątek romansowy jest delikatnie słaby. Dialogi podczas tych scen potrafią mocno sprawić ból uszu, co może być spowodowane nijakością wybranka serca. Po trzecie, sam świat nie jest zbyt wyraziście zarysowany, bo wiele rzeczy zostaje zaledwie liźnięty. Za to mogą się podobać fantastyczne efekty specjalne, gdzie wyglądy robotą są niesamowite.

alita4

Aktorsko jest dość nierówny, ale jest jeden mocny atut. Debiutująca na ekranie Rosa Salazar jest cudna w tej roli. Budzi nie tylko sympatię, ma zadziorny charakter oraz twarde pięści. Jest troszkę naiwna, ale powoli zaczyna odkrywać w sobie brutalną, ostrą siłę. Chce się coraz lepiej poznać tą postać oraz jej przeszłość. Z drugiego planu najbardziej wybija się Christoph Waltz jako dr Ido. Tutaj aktor zamiast bycia typowym złolem, staje się mentorem oraz niejako ojcem dla naszej protagonistki. Reszta obsady (zwłaszcza pomocnicy głównego złola, grani tutaj przez Jennifer Connelly oraz Mahershalę Ali) sprawiają wrażenie niewykorzystanych. Są niezbyt wyraziście zarysowani, zaś motywacje pozostają niezbyt wyraźnie zarysowane.

„Alita: Battle Angel” jest udaną adaptacją mangi dokonanej przez Amerykanów. Ze wszystkimi wadami i zaletami, gdzie nie brakuje przegięcia (postać Waltza ze zmutowaną wersją Mjolnura), absurdu oraz obiecującą wizją świata. Naprawdę chciałbym zobaczyć sequel, lecz wyniki box office nie daje szans.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek na torze

Rok 1950, gdzieś na Śląsku. Wszystko zaczęło się dość niewinnie, bo jedzie pociąg nocą. Jednak spokojna jazda zostaje przerwana z powodu człowieka na torze. Przejechanym mężczyzną był zwolniony wcześniej maszynista Orzechowski. Jednocześnie okazuje się, że na semaforze była zapalona tylko jedna lampa. Czyżby maszynista z zemsty dokonał sabotażu? Jeśli tak, to dlaczego stanął na torze? Specjalnie powołana komisja ma ustalić przebieg wydarzeń.

czlowiek na torze1

Andrzej Munk swoim debiutem z 1956 roku niejako rozpoczął nurt zwany polską szkołą filmową. Filmy te zaczęły dotykać tematów jakie wiele lat wcześniej były nietykalne. I nie chodzi tylko o czas wojenny (AK, Powstanie Warszawskie), ale też ówczesną rzeczywistość. „Człowiek na torze” ma tutaj formę tzw. produkcyjniaka. Czym były te produkcje? To były toczące się historie w środowisku robotniczym, skupione wokół kolektywu i realizacji jakiegoś planu. Postacie też wydają się wycięte z kartonu: młody idealista, kolektyw, wierny ideologii postępowiec, nie potrafiący się dostosować konserwatyści, sabotażyści czy wrogowie klasowi. Pierwsze minuty, kiedy komisja próbuje zebrać fakty, wydają się iść w tym kierunku. Lecz Munk jest bardziej cwany niż się wydaje i obnaża cała konwencję, pokazując jej pustkę oraz nijakość. Wszystko zaczyna nabierać więcej odcieni szarości.

czlowiek na torze2

Reżyser wykorzystuje te elementy do stworzenia kryminału. Wszystko skupia się wokół śledztwa, gdzie poznajemy relację trzech osób: członka komisji – zawiadowcę Tuszkę, mechanika Zaporę oraz dróżnika Sałatę. Każda z tych retrospekcji zaczyna rzucać nowe światło nie tylko na wydarzenia, ale i na samego Orzechowskiego. Niby kolejarz starej daty (jeszcze z czasów I wojny światowej), nie dostosowujący się do socrealistycznych norm, ale jest to profesjonalista, dla którego praca jest sensem życia. Bo gdzieś w realizacji tych wszystkich planów narzucanych przez system, człowiek wydaje się praktycznie nikim. Dla naszego maszynisty pójście na kompromisy (palenie gorszym węglem, wyrabianie się z czasem) wydaje się być niemal równoznaczne ze zdradą. Zdradą etosu pracy, etyki. Prawdę tą pokazuje tak naprawdę tylko zderzenie wszystkich relacji ze sobą, gdzie pewne rzeczy zaczynają nabierać nowego znaczenia.

czlowiek na torze3

Nadal wrażenie robi fantastyczny montaż oraz dialogi, do których ucho ma Jerzy Stefan Stawiński. Do tego najbardziej zaskakujący jest tutaj brak muzyki. Jej role pełnią tutaj dźwięki wydawane w tle przez pociągi oraz maszynerię. To nadaje rytmu całości, a nawet potrafi zbudować napięcie (scena przesłuchania dróżnika), co nadal robi wrażenie. Tak samo jak kapitalne aktorstwo, które za nic nie chce przejść do lamusa. Wielkie wrażenie robi Kazimierz Opaliński jako pozornie ostry Orzechowski oraz Zygmunt Maciejewski w roli wprowadzającego nowe porządki Tuszkę, a także Zygmunt Listkiewicz jako Zapała, powoli znoszący zachowania Orzechowskiego. Nawet drobne epizody zapadają w pamięć, co nawet dzisiaj wydaje się rzadkością.

Dla wielu problemem może być dość spokojne tempo oraz propagandowa nowomowa będąca gdzieś w tle. Ale „Człowiek na torze” trzyma w napięciu niczym rasowy dreszczowiec. Munk wymierza cios socrealizmu, burząc panujące filmowe normy, a za nim poszli kolejni reżyserzy.

8/10

Radosław Ostrowski

John Huston – 5.08

hustonReżyser, scenarzysta, aktor, producent.

Urodził się 5 sierpnia 1906 roku w Nevadzie. Syn aktora Waltera Hustona oraz komentatorki sportowej Rhei Gore. Kiedy miał sześć lat, jego rodzice rozwiedli się, a sam John uczył się w szkołach z internatem. Jako dziecko chorował z powodu wielkiego serca oraz nerek. W wieku 15 lat rzucił szkołę i zaczął trenować boks. Oprócz boksu interesował się malarstwem, operą, literaturą angielską i francuską, baletem oraz jazdą konną. Zanim zaczął karierę filmowca, zaczął pisać. Najpierw była sztuka „Frankie i Johnny” (oparta na popularnej piosence), a potem publikował swoje opowiadania w Esquire, Theatre Arts oraz New York Times. Dzięki wpływom ojca trafił do branży filmowej, najpierw jako dialogista m.in. przy „Wyroku morza” (1931), „Zabójstwie przy Rue Morgue” (1932) czy „Law & Order” (1933).  Przy pierwszym filmie poznał reżysera Williama Wylera, który stał się jego mentorem i przyjacielem. W tym czasie Huston lubił sobie zabawić i wypić. Okres ten dla filmowca skończył się w momencie, gdy spowodował on wypadek samochodowy, w którym śmierć poniosła aktorka Tosca Roullien. Huston musiał opuścić Hollywood i przeniósł się do Londynu oraz Paryża.

Na szczęście po kilku latach John Huston wrócił do Ameryki i znów zaczął pracę już jako scenarzysta. Tworzył fabuły m.in. do filmów „Jezebel – dzieje grzesznicy” (1937), „Juarez” (1939), „Eksperyment doktora Ehricha” (1940) czy „Sierżant York” (1941). Dwa ostatnie skrypty przyniosły Hustonowi nominacje do Oscara oraz uznanie środowiska. W końcu zdecydował, że spróbuje swoich sił jako reżyser. Ale jego szefowie (wytwórnia Warner Bros.) postawili mu warunek: jego następny scenariusz musi być wielkim hitem. Na szczęście „High Sierra” w reżyserii Raoula Walsha spełniła ten warunek, a Huston zaczął karierę reżyserską. I już swoim debiutanckim „Sokołem maltańskim” zwrócił uwagę całego środowiska. Zdążył jeszcze nakręcić dwa filmy („Takie nasze życie” i „Przez Pacyfik”), kiedy w 1942 roku wstąpił do armii. Służył jako filmowiec, kręcąc filmy dokumentalne. Służbę zakończył w 1946 roku w randze majora.

Sam Huston był czterokrotnie żonaty, a z tych związków miał troje dzieci (adoptowanego syna Pablo, córkę Anjelikę – aktorkę oraz syna Tony’ego – obecnie adwokat). Zmarł 28 sierpnia 1987 roku w swoim domu w Middletown na rozedmę płuc.

Reżyser spośród nagród miał na swoim koncie 2 Oscary (i 11 nominacji), 3 Złote Globy (i 5 nominacji), nominację do BAFTY, Złotego Niedźwiedzia, Złotej Palmy, Złotej Maliny oraz Złotego Lwa za całokształt twórczości na MFF w Wenecji (do samej nagrody był nominowany 4 razy), a także Nagrodę Amerykańskiej Gildii Reżyserów za całokształt (do samej nagrody był nominowany 7 razy).

A oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Johna Hustona ułożone od najsłabszego do najlepszego. Zaczynamy.

Poza zestawieniem:
Casino Royale (1967)

Ta wariacja na temat przygód Jamesa Bonda (David Niven), który musi wrócić z emerytury do służby to jakaś totalna hybryda. Mieszanka absurdalnego humoru, seksualnych podtekstów, sensacji jest strasznie nierównym rollercoasterem, balansującym między błyskotliwością a żenadą. Niby poważne, a jednocześnie lekkie. Jednak scenariusz pisało ponad 10 osób, co musiało skończyć się chaosem i bałaganem. Filmu nie umieszczam w głównym rankingu, bo Huston był tylko jednym z pięciu reżyserów tego dziwadła – odpowiadał za sekwencje otwierające całość. Recenzja tutaj.

Miejsce 29. – Zbereźnik (1969) – 4/10

W założeniu to miała być łotrzykowsko-przygodowa komedia o drobnym złodziejaszku, który pragnie sławy. Sławy w swojej profesji, tylko że los ciągle z niego kpi. Humor oparty tutaj na slapsticku nie zawsze działa, fabuła jest przewidywalna i nieangażująca, zaś kilka scen rozebranych jest tu tylko po to, by przykuć uwagę oraz zrobić reklamę. Sytuację ratuje tylko grający główną rolę John Hurt, już tutaj pokazując swoje predyspozycje do zawodu. Recenzja tutaj.

Miejsce 28. – Barbarzyńca i gejsza (1958) – 5/10

Kto wpadł na tak niedorzeczny pomysł, żeby obsadzić Johna Wayne’a w roli pierwszego amerykańskiego konsula na japońskiej ziemi? Rozumiem, że chodziło o pewne przełamanie wizerunku, jednak efekt jest katastrofalny. Ale i sama historia pokazana z perspektywy przydzielonej politykowi gejszy wydaje się strasznie płytka oraz nieangażująca. Widać tutaj spięcia między reżyserem a wytwórnią (Huston chciał nawet wycofać swoje nazwisko z filmu, ale się nie udało), Wayne się dusi, zaś parę scen pokazujących obyczajowość Japończyków nie wystarczy. Podobnie jak scenografia oraz kostiumy. Recenzja tutaj.

Miejsce 27. – Przez Pacyfik (1942) – 5,5/10

Ten film chyba sam nie do końca wie, czym chce być. Punkt wyjścia jest obiecujący: kapitan Leland zostaje wydalony ze służby i trafia jako marynarz na statek. Tam pojawia się dość jowialny dr Lorenz oraz Albertę Marlow. A powoli zaczynamy odkrywać prawdziwy cel Lelanda, który jest szpiegiem. Sam film to dość dziwaczna hybryda, bo mamy kino szpiegowskie, romans pełen ciętych dialogów i klimat kina noir. Tylko, że te elementy nie spajają się ze sobą, zaś intryga nie wciąga, pozbawiona napięcia. Ale na szczęście jest niezawodny Humphrey Bogart oraz parę docinków między nim a Mary Astor, co czyni film strawnym. Recenzja tutaj.

Miejsce 26. – Człowiek Mackintosha (1973) – 6/10

Tutaj reżyser próbuje wejść w kino szpiegowskie zmieszane z kryminałem. Joseph Rearder zostaje zatrudniony przez szefa wywiadu brytyjskiego do kradzieży diamentów. Mimo sukcesu akcji, mężczyzna zostaje aresztowany, zaś w tym samym więzieniu przebywa oskarżony o szpiegostwo, a do gry włącza się syndykat zbrodni. Sama intryga jest dla mnie największym problemem: wiele rzeczy jest tłumaczone dialogi, bo inaczej można się w tym wszystkim pogubić. Nieczytelność intrygi drażni, ale nie brakuje mocnych scen jak ucieczka z więzienia, pościg samochodowy czy przewrotny finał. No i jeszcze Paul Newman, jak zawsze magnetyzujący, lecz film kradnie Dominique Sanda. Recenzja tutaj.

Miejsce 25. – Sędzia z Teksasu (1972) – 6/10

Bandyta Roy Bean po otarciu się o śmierć, decyduje się zostać sędzią w miasteczku. Debiutancki scenariusz Johna Miliusa zostaje nie do końca wykorzystany do końca. To chyba miał być taki westernowy odpowiednik „Lawrence’a z Arabii”, gdzie bohater (świetny Paul Newman) planuje stworzyć swoją wizję porządku i cywilizacji. Tylko, że to wszystko wydaje się miejscami mocno abstrakcyjne, wręcz groteskowe (scena, gdzie bohater z przyszłą żoną idą na piknik z… niedźwiedziem), pełne dziwacznego humoru. Dla mnie ta historia jest strasznie rozpasana, a finał wydaje się mętny. Niemniej jest w tym coś intrygującego. Recenzja tutaj.

Miejsce 24. – Biblia: Początek świata (1966) – 6/10

Hustona spojrzenie na pierwsze zdarzenia z Księgi Rodzaju. Wiec nie jest to adaptacje pełnego tekstu literackiego bestsellera wszech czasów. Muszę przyznać, że ten inscenizacyjny rozmach nadal tej epoki. Nie jestem w stanie uchwycić jak powstały takie sceny jak stworzenie świata czy potopu. To nadal wygląda świetnie, wrażenie robi muzyka Toshiro Mayzumiego oraz gwiazdorska obsada. Problem jednak w tym, że brakuje tutaj jakiegoś spoiwa, łączącego wszystkie wydarzenia i wątki. Recenzja tutaj.

Miejsce 23. – Nie do przebaczenia (1960) – 6/10

Film na ważny temat, który nie do końca zostaje wykorzystany. Bo mamy rodzinę na Dzikim Zachodzie, nawiedzaną przez tajemniczego nieznajomego. Seniorka rodu skrywa pewną poważną tajemnicę związaną przez córkę. Tutaj można było chwycić za kwestie rasizmu (dziewczyna okazuje się… Indianką), która doprowadza do zerwania więzi budowanych przez lata. Tylko, że ten temat jest ledwo liźnięty i potrafi zbyt lekko. A nawet Burt Lancaster i Audrey Hepburn nie są w stanie do końca wytrzeć tego wrażenia. Recenzja tutaj.

Miejsce 22. – – Takie nasze życie (1942) – 6,5/10

Film zrealizowany po debiucie, ale idący w inną stronę niż zwykle. Historia bardzo obyczajowa skupiona na dwóch siostrach oraz ich dylematach. Jedna jest bardzo rozpieszczoną, wręcz czerpiącą z życia garściami, druga wydaje się bardziej stąpająca po ziemi. Wszystko się zmienia, kiedy bardziej rozrywkowa siostra bierze za męża… narzeczonego swojej siostry. Zaskakująco kameralny i spokojny film, który jest dobrze zagrany. Ale problem w tym, że ta historia była niezbyt angażująca, może poza wątkiem związanego z wypadkiem. Czuć tutaj dylemat oraz ciężar. Recenzja tutaj.

Miejsce 21. – Szkarłatne godło odwagi (1951) – 6,5/10

Strasznie krótki dramat wojenny. Film opowiada o młodym chłopaku, który ucieka podczas pola bitwy. Zamiast scen batalistycznych jest tu kameralny konflikt, który jest nawet sensownie poprowadzony i wybrzmiewa. Czuć nastroje każdego z żołnierzy, a pytanie o granicę między odwagą a szaleństwem. Troszkę czuć dydaktyzm, brakuje jakiś znanych twarzy, co dodaje realizmu. Ale szkoda, że nie ocalały pełne materiały, bo brakuje jakiegoś większego rozmachu. Recenzja tutaj.

Miejsce 20. – List na Kreml (1970) – 7/10

To jeden z najbardziej gorzkich filmów w karierze reżysera. Grupa szpiegów CIA zostaje wysłana do Moskwy, by odzyskać list wysłany na Kreml. Sama intryga jest tutaj bardzo skomplikowana i wymaga skupienia, gdyż inaczej można się w tym pogubić. Samy morderstwa, próby uwodzenia, kradzież, szantaż oraz ciągła gra, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Gdzie prywatny interes jest ważniejszy niż dobro kraju. Recenzja tutaj.

Miejsce 19. – W zwierciadle złotego oka (1967) – 7/10

Zrobienie dobrego filmu według ambitnej literatury zawsze jest wyzwaniem. Nie inaczej jest z adaptacją powieści Carson McCullers, skupionej wokół kilku osób na terenie bazy wojskowej. major tłumiący swoje homoseksualne zapędy, jego żona zdradzająca go z przyjacielem, żona przyjaciela straciła dziecko. No i jeszcze szeregowy Williams, który lubi podglądać. Dużo jest niedopowiedzeń, atmosfera fatalistyczna, która musi skończyć się tragedią. Aktorstwo jest mocne, zdjęcia w złotym filtrze, tylko czasem trudniej wejść w głowę każdego z bohaterów. Recenzja tutaj.

Miejsce 18. – Mądrość krwi (1979) – 7/10

Film duchem przypominający kino niezależne. To opowieść o młodym człowieku (kompletnie zaskakujący Brad Dourif), który zostaje ulicznym kaznodzieją. Filmy dotykające kwestii wiary i religii są strasznie trudne, ale ta opowieść osadzona w realiach Południa (bieda, nędza, podniszczone budynki) działa i potrafi poruszyć. Retrospekcje mogą wywołać dezorientację, ale są istotne do zrozumienia naszego bohatera. Człowieka, który zwątpił i jest szczery w swoich przekonaniach, lecz na świecie wielu religijnych mówców jest. Recenzja tutaj.

Miejsce 17. – Afrykańska królowa (1982) – 7/10

Film uznawany za klasykę kina przygodowego. Tytułowa królowa to statek należący do marynarza Charliego Allnuta (nagrodzony Oscarem Humphrey Bogart). Właśnie nim płynie razem z mężczyzną siostra misjonarza, których placówka została zlikwidowana. Bardziej jest to zderzenie dwójki charakterów niż kino survivalowo-przygodowe, jednak chemia między Bogartem a Katherine Hepburn troszkę wynagradza pewną teatralność filmu. Recenzja tutaj.

Miejsce 16. – Annie (1982) – 7/10

Jedna z większych niespodzianek tego zestawienia, czyli musical z dziećmi w rolach głównych. Reżyser już nie młody, ale podołał zadaniu. Jest to opowieść o zaradnej dziewczynie z domu dziecka, która trafia do domu bogatego biznesmena. Może opowieść wydaje się troszkę naiwna, a choreografia scen tanecznych wydaje się prosta, ale w tej naiwności jest największa siła. Dzieci grają i śpiewają świetnie, piosenki zapadają w pamięć, zaś śpiewający Albert Finney to prawdziwa rzadkość. Recenzja tutaj.

Miejsce 15. – Lista Adriana Messengera (1963) – 7/10

Pisarz Adrian Messenger prosi o pomoc emerytowanego oficera wywiadu, by sprawdził kilka nazwisk. Następnie ginie. Cały film to klasyczny kryminał w duchu klasyków spod znaku Agathy Christie. Czyli elegancko poprowadzona intryga, osadzona w świecie brytyjskich wyższych sfer. Poza fabułą oraz charyzmatycznym George’m C. Scottem na czele, najbardziej zwraca uwagę charakteryzacja, czyniąca wielu aktorów nie do rozpoznania. Jedno z większych zaskoczeń. Recenzja tutaj.

Miejsce 14. – Doktor Freud (1962) – 7/10

Zygmunt Freud oraz jego odkrycia opowiedziane w dwugodzinną fabułę. Badania oraz jego teorie na temat snów, seksualności oraz funkcjonowanie podświadomości. Choć przy scenariuszu pracował sam Jean-Paul Sartre, jego udział był mocno ograniczony. Ale fajnym pomysłem było ubranie tej biografii w lekko kryminalnym stylu. Fantastycznie gra Montgomery Clift (po raz ostatni na ekranie), dla którego warto obejrzeć. Recenzja tutaj.


Miejsce 13. – Sokół maltański (1941) – 7/10

Debiut, który stworzył fundamenty kino noir. Cyniczny detektyw, femme fatale, miasto będące wielką dżunglą, gdzie rządzi prawo silnego. Tutaj liczy się spryt, podstęp oraz siła. Tutaj przewodnikiem będzie Sam Spade (ikoniczny Humphrey Bogart), który dostaje proste zlecenie. Ale jak się okazuje, sprawa ma swoje drugie dno. Bronią się świetne, soczyste dialogi oraz rola Bogarta. Recenzja tutaj.


Miejsce 12. – Pod wulkanem (1984) – 7/10

Kolejna gorzka historia, której bohaterem jest były (już) dyplomata – jedna z najlepszych ról Alberta Finneya. Ale Dzień Zmarłych będzie dla niego ostatnim tańcem z alkoholem. Osadzenie opowieści w Meksyku tworzy bardzo nietypowy klimat, coraz bardziej przesiąknięty fatalizmem. Nie ma tutaj mowy o szczęśliwym zakończeniu, a to uderzenie zostaje w pamięci na długo. W końcu jak mówi bohater: „Piekło to moje naturalne siedlisko”. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Key Largo (1948) – 7,5/10

Pewien mężczyzna przybywa do hotelu w Key Largo. Hotel niby jest zamknięty, ale w środku znajdują się faceci z bronią. W tym ukrywający się gangster. Jakby tego było mało, zbliża się huragan. Pozornie film wydaje się spektaklem bardziej nadającym się na deski teatru. Jednak Huston jest za sprytny i wie, jak wykorzystać filmowe środki do budowania napięcia (montaż, zbliżenia na twarze, dźwięk). Dialogi są soczyste, błyszczą Humphrey Bogart oraz Edward G. Robinson. Może troszkę finał psuje efekt, ale film potrafi trzymać za pysk. Recenzja tutaj.

 

Miejsce 10. – Honor Prizzich (1985) – 7,5/10

Gangster też człowiek i może się zakochać. Ale co zrobić, jeśli wybranka serca jest tej samej profesji? Tutaj mamy pozornie niedorzeczną komedię romantyczną w gangsterskich klimatach. Huston kompletnie kpi z gangsterskiego wizerunku znanego z „Ojca chrzestnego”, pokazując ludzi mafii jako chciwych oraz pazernych ludzi, dla których posłuszeństwo oraz stan własnej kabzy jest ważniejszy od czegokolwiek. A honor wydaje się kompletnym pustosłowiem, co może budzić przerażenie. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Człowiek, który chciał być królem (1975) – 7,5/10

Film, który Huston planował już od lat 50., ale trzeba było długo poczekać. Kolejna ballada o chciwości, gdzie mamy dwóch cwanych oficerów brytyjskiej armii. Obaj panowie (świetni Sean Connery i Michael Caine) wyruszają do Afganistanu, by podbić tamtejsze plemiona oraz przejąć władzę. Wrażenie robi scenografia, kostiumy oraz muzyka, a także odrobina humoru i brutalny finał. Czuć klimat przygody. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. –  Noc iguany (1964) – 7,5/10

Wielu filmowców mierzyło się z twórczością Tennesse’ego Williamsa, co w latach jego świetności było popularnym ruchem. Nie inaczej postąpił Huston z „Nocą iguany”, gdzie znów ludzie mierzą się ze swoimi demonami oraz lękami. Były pastor z załamaniem nerwowym (niesamowity Richard Burton) i hotelik w Meksyku z trzema kobietami. Fantastyczne aktorstwo, fantastyczne dialogi oraz pewna realizacja tworzą duszne, ale pociągające kino. Recenzja tutaj.


Miejsce 7. – Moby Dick (1956) – 8/10

To było wyzwanie: jak przenieść na ekran powieść Hermana Melville’a, zachowując jej klimat. W skrócie mamy tutaj walkę kapitana Ahaba z wielkim wielorybem, który go pozbawił nogi. Z jednej strony marynistyczne kino, pełne szczegółowo pokazanego życia na statku. Z drugiej mamy starcie między nawiedzonym, żądnym zemsty kapitanem (zaskakujący Gregory Peck, który daje z siebie wszystko) a symbolizującym bezwzględną, nieujarzmioną naturę wielorybem. Pociągające, skrywające wiele głębi kino. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Bóg jeden wie, panie Allison (1957) – 8/10

Kolejne kameralne kino, gdzie mamy tylko dwie postacie na wyspie podczas II wojny światowej. Jedyny ocalały żołnierz oraz zakonnica, którzy zaczynają powoli się poznawać coraz bliżej. Wszystko trzymane jest tutaj przez świetną reżyserię, fantastyczne dialogi oraz zderzenie dwóch światów, które mają więcej wspólnego niż na pierwszy rzut oka się może wydawać. Świetną robotę wykonuje Robert Mitchum oraz Deborah Kerr, a chemia między nimi jest coraz silniejsza. Recenzja tutaj.


Miejsce 5. – Ucieczka do zwycięstwa (1981) – 8/10

Do tego filmu mam WIELKI sentyment. Co może być lepszego niż połączenie dramatu wojennego z filmem sportowym? Cała fabuła skupia się na meczu piłkarskim między jeńcami wojennymi a niemieckimi żołnierzami. Przez większość czasu jest to niemal klasyczny film obozowy, ale tak naprawdę liczy się ostatnie pół godziny. Wtedy dzieje się mecz, który mimo lat, nadal wygląda świetnie. No i mamy mocnych zawodników: Stallone, Caine, von Sydow, Pele, Deyna, Moore. Podobno planowany jest remake, tylko po co? Recenzja tutaj.


Miejsce 4. – Zachłanne miasto (1972) – 8/10

Ten film ma w sobie więcej serca niż można się było spodziewać. Stary wyga, próbuje wrócić do boksowania i spotyka młodego adepta. Huston tutaj stawia na realizm oraz paradokumentalny styl, gdzie pokazuje miasteczko pozbawione perspektyw. Tutaj każda próba wyrwania się stąd kończy się porażką, zaś mieszkańcy ciągle łudzą się, że następnego dnia będzie lepiej. Że będzie inaczej. Że los się w końcu odmieni. Ale to staje się kolejną wymówką. Najbardziej cierpki film w dorobku Hustona. Recenzja tutaj.


Miejsce 3. – Asfaltowa dżungla (1950) – 8/10

Najlepszy noirowy film w dorobku Hustona. Pomysł jest prosty: opuszczający więzienie Doc ma plan na kolejny duży skok. Ale potrzebna jest odpowiednia ekipa oraz sponsor całej imprezy. Znowu film jest rewelacyjnie poprowadzony, z wnikliwym portretem półświatka. Ale czy plan się uda? Wiele jest tutaj elementów zmiennych, napięcie mocno trzyma za gardło, a zaskoczeń cały czas jest sporo. Jedynie zakończenie utrzymane w zgodzie z kodeksem Hayesa mi przeszkadzało, ale nie jest to poważna rysa. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. –  Skłóceni z życiem (1961) – 8,5/10

Młoda kobieta spotyka na drodze trzech facetów, którzy polują na dzikie konie. Kolejne spojrzenie Hustona na outsiderów z własnej woli. Niby są to kowboje, tylko że czasy dla kowbojów są zupełnie inne. Dawne czasy odeszły bezpowrotnie, zaś samo polowanie na zwierzęta odziera etos kowboja z romantyzmu. To psychologiczny dramat, gdzie dochodzi do zderzenia młodości i naiwności z dojrzałością oraz cynizmem. Bardzo poruszający z ostatnimi, kapitalnymi rolami Clarka Gable’a i Marilyn Monroe. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Skarb Sierra Madre (1948) – 8,5/10

Ponadczasowa ballada o chciwości, gdzie żądza pieniądza staje się ważniejsza niż przyjaźń, zaufanie i lojalność. Wyprawa trzech panów do meksykańskiej góry Sierra Madre po złoto stanie się dla nich wielką próbą ich charakterów. Huston kapitalnie buduje atmosferę niepokoju oraz coraz bardziej nasilającej się paranoi, a i realizacyjnie (poza muzyką) nie zestarzał się w ogóle. Przewrotny finał, fantastyczne dialogi, kapitalne aktorstwo (Bogart, Holt, Huston sr.) oraz naturalistycznie pokazane plenery. Recenzja tutaj.

 

Nieobejrzane:
Obcy (1949)
Moulin Rouge (1952)
Pobij diabła (1953)
Korzenie niebios (1958)
Spacer z miłością i śmiercią (1969)
Fobia (1980)
Zmarli (1987)

Już po samej filmografii widać, że Huston to filmowiec nie bojący się wyzwań. I nie chodzi tylko o różnorodność gatunkową, ale ma pewne wspólne elementy. W większości jego to adaptacje literackie, zaś bohaterowie to ludzie mierzący się ze swoimi demonami. Religia, przygoda, pożądanie, walka, tłumione lęki, rozczarowania. Tutaj nie ma wyzwania, którego Huston nie był się w stanie podjąć, nawet jeśli nie wszystko udało.

A jakie są wasze ulubione filmy Johna Hustona? Piszcie śmiało w komentarzach.

Radosław Ostrowski