Rival Sons – Feral Roots

feral-roots-w-iext53741340

Czy są tu fani klasycznego, twardego rocka z lat 60. i 70.? Mam dla nich dobre wiadomości, bo wrócili spece od grania tej muzyki. Rival Sons pod wodzą Jaya Buchanana po trzech latach przerwy nadal przypomina, że z dziedzictwa takich kapel jak Led Zeppelin i Deep Purple, by dać soczystą muzę w starym stylu.

I już na dzień dobry dostajemy z mocnej rury. “Do Your Worst” ma pobrudzone riffy, mocną perkusję, silny wokal oraz chwytliwy refren. Czyli to, co najbardziej lubią fani kalifornijskiej kapeli. Nie zabrakło przesterowanych solówek w bardzo pokręconym “Sugar on the Bone”, gdzie na pierwszy plan wchodzą klawisze oraz perkusja, dodając ognia do pozornie utrzymanego w średnim tempie utworu. “Back in the Woods” to przede wszystkim bardzo ostre solo perkusji na początku oraz siarczyste riffy w tle plus chórek w refrenie. Ale ponieważ nie można walić na złamanie karku, dostajemy krótkie momenty wytchnienia jak akustyczny początek “Look Away” (dalej jest mocno i rockowo) czy w tytułowym utworze. Tam dynamiczny i troszkę ostrzejszy jest refren, w przeciwieństwie do “Too Bad”, w którym jest na odwrót. Nie zabrakło ani zadziornego bluesa (“Stood by Me”), ani nawet wplecionego chóru (“Shooting Stars”), dodając niejako epickiego doświadczenia.

Buchanan ma taką moc, że nawet najbardziej obojętni fani rocka, będą w stanie dostrzec jego siłę. Każdy utwór wsysa, wali z całego uderzenia, a jednocześnie klimat przypomina klasycznego hard rocka. “Feral Toots” podtrzymuje poziom poprzednich płyt, co dla fanów tzw. retro rocka (troszkę krzywdzące stwierdzenie) jest piękną wiadomością. Sprawdźcie to.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mela Koteluk – Migawka

mela-koteluk-migawka-2018-1024x1024

Pamiętacie tą dziewczynę, która w 2012 roku debiutowała „Spadochronem”? Pochodząca z miejscowości zwanej Sulechowem Malwina „Mela” Koteluk od tej pory zaczęła szturmować stacje radiowe i kolejna płyta „Migracje” tylko utwierdziła w przekonaniu, że pojawił się nowy, interesujący narybek. Ale na trzeci album trzeba było czekać aż cztery lata. I tak się pojawiła „Migawka”, zrealizowany przez tą samą ekipę, co zawsze. Czyżby kolejny sukces?

Nadal jest to pop-rockowa stylistyka lekko zahaczająca o tzw. dream pop, gdzie nadal istotną rolę pełni gitara elektryczna. Aurę typową dla niej nadal czuć w singlowym „Odprowadź”, choć utwór opatrzono drobnymi wstawkami elektronicznymi w refrenie. Spokój dominuje też w „Los hipokampa”, a nawet troszkę dynamiczniejszego „Doskonale”, gdzie gitara potrafi przyspieszyć bardzo. Podobne tempo utrzymuje „Hen, hen”, dając spore pole do popisu perkusji. Mamroczący początek „Tańczę, przepływam” nie zapowiada wręcz podniosłego finału, tak jak pojawienia się harfy oraz skrzypiec w „Ja, fali”, co może budzić skojarzenia z Florence + The Machine (chociaż to mocno na wyrost). Ale mimo tej całej żonglerki oraz różnorodności, miałem spore poczucie niedosytu. Zabrakło jakiejś mocnej kropki nad i.

Samo brzmienie, wokal czy teksty stoją na poziomie i trudno się tutaj do czegokolwiek przyczepić, a nawet jest to bardziej przystępne niż poprzednie albumy. Tylko, że ta „Migawka” dosłownie miga przed oczami i znika tak szybko jak się pojawia. Można ją bardzo łatwo przeoczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

ZAZ – Effet miroir

effet-miroir-w-iext53587182

Podobno w Polsce muzyka francuska nie należy do zbyt popularnych. Ale od każdej reguły zawsze jest jakiś wyjątek i taki jest casus Isabelli Geffroy, znanej jak Zaz. Każdy jej album w Polsce osiągał status przynajmniej platyny, co świadczy raczej o sporej popularności. Czy tak też będzie ze studyjnym albumem numer 4? Wydaje mi się, że tak, ale po kolei.

Początek to wręcz wyciszona, grana tylko przez fortepian i smyczki „Demain c’est toi” . Oszczędny, ale piękny utwór, który nagle się kończy, zanim się zorientujecie. Zaskoczeniem za to było niemal ocierające się o dźwięki słonecznej Hiszpanii czy Karaibów singlowe „Que vendra”. Jest gitarka, trąbka i bębenki, co daje kopa. Ale to tak naprawdę dopiero początek, bo dalej nasza Francuzka idzie kompletnie w inne rewiry niż zazwyczaj. Tutaj ku mojemu zaskoczeniu, dominuje stylistyka retro: od niemal roztańczonego, pachnącego latami 80. „On s’en remet jamais” z metalicznym basem oraz żywszą, tnącą gitarą elektryczną w refrenie przez niemal klasyczny pop (wyciszony „Me souveniers de toi”) po rock’n’rolla z lat 60. („Toute ma vie” z cudnym Hammondem czy troszkę pobrudzone „Je parle”), a nawet bluesa („Resigne-moi” z nakręcającą się gitarą). I ten stylistyczny rozrzut to największa niespodzianka, jaką serwuje Zaz, opuszczając lekko jazzowe korzenie. Nie brakuje też nastrojowych ballad jak pianistyczny „Ma valse”, który staje się coraz intensywniejszy czy rytmicznego, niemal funkowego „Si c’etait a refaire”. Znalazło się też miejsce dla reggae (niezłe „Plume”), co też mnie zdziwiło. Jedynym dla mnie zgrzytem (może to złe, ale dziwnie to brzmiało) był niemal dyskotekowy „Pourquoi tu joues faux” i troszkę plastikowe „Nos vies” (ta perkusja drażni), jednak to są na szczęście drobiazgi.

Sama Zaz jest znakomita, choć czasami potrafi pędzić swoim wokalem bardzo szybko, jednak dominuje delikatność (w finałowej „Laponii” po prostu mówi, ale tak, że można się zanurzyć w tym głosie). Jej sam głos wystarczyłby do zwrócenia uwagi wszystkich słuchaczy oraz stanowi element spajający całość do jednego worka. Do tego mamy naprawdę solidne teksty w pięknym języku francuskim, by stworzyć najbardziej barwny album w dorobku Zaz. Nie wiem, jaka będzie następna płyta, ale jestem jej strasznie ciekawy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kwiat Jabłoni – Niemożliwe

kwiat_jabloni__niemozliwe

Na początku pojawił się bardzo chwytliwy singiel “Dziś późno pójdę spać”, którego teledysk na YouTube miał ponad 5 milionów wyświetleń, co stało się jednym z większych fenomenów polskiej sceny. Trzeba było parę miesięcy poczekać na debiutancką płytę rodzeństwa Sienkiewiczów (Jacek i Kasia), działających jako Kwiat Jabłoni. On gran a mandolinie, ona na fortepianie I więcej do szczęścia nie potrzeba. Czy to wystarczyło na debiut?

Zaczyna się od tytułowego utworu, który jest… delikatny, chwytliwy i miejscami mroczny (odbijające się sample), z krótkimi chwilami wyciszenia. Ale oznacza to, że będzie smutno, o nie. Bardzo ciepły, wręcz radosne jest “Dzień dobry”, dając spore pole mandolinie i wywołując skojarzenia z… Paulą i Karolem. Z kolei rozpędzony fortepian na początku “Nie ma czasu”, dodaje odrobiny niepewności w tym lekko melancholijnym utworze, zachowującym średnie tempo. Jeśli chcecie czegoś żywszego, to macie do tego “Nic więcej”,  znane już “Dziś późno pójdę spać” ze wskakującą od połowy perkusją, powoli rozpędzające się, wręcz bajkowe “Za siódmą chmurą” czy czarujące “Kto powie mi jak” z bardzo mocnym środkiem. Delikatność oraz liryzm przypomina o sobie przy “Chodźmy nad wodę”, by zetknąć się z “dyskotekowym” (jak na tego typu instrumentarium) “Wzięli zamknęli mi klub” oraz przypominającym tzw. world music “Wody midaj” z rewelacyjnym intrem. Do tego jeszcze jako bonus zostaje dodany rockowy “Turysta”, który pokazuje zupełnie inne oblicze duetu. Każdy z tych utworów brzmi po prostu rewelacyjnie, pieszcząc uszy aż do samego końca.

Przyjemnie się słucha tych tekstów, tak samo jak bardzo zgranych ze sobą głosów rodzeństwa. Chciałoby się powiedzieć, że to poezja i nie jest to przesada. Do wielu piosenek na bank będę wracał, bo niemożliwe, żeby “Niemożliwe” pozostawiło kogokolwiek obojętnym.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stanisław Soyka – Muzyka i słowa Stanisław Soyka

muzyka-i-slowa-stanislaw-soyka-w-iext53716501

Myślę, że wiele osób kojarzy nazwisko Stanisława Soyki. Ale ostatnimi laty artysta mierzył się głównie z cudzym dorobkiem: albo standardami jazzowymi, albo poezją śpiewaną. I nie zrozumcie mnie źle, takie albumy też mogą być udane, ciekawe, ale zawsze się czeka na takie dzieła, gdy twórca mówi swoim głosem, proponując własny materiał. I tak też zrobił Soyka, co widać już w samym tytule.

Gatunkowo to jest mieszanka popowo-folkowa, ale to jest bardzo umowne. Zaczynamy od reagge’owego “Przyjdzie czas na zmiany”, które przyjemnie buja (i ten gwizd w tle). Więcej gitar odzywa się w “Ławeczce-bajeczce”, przypominającej klimatem łagodnego bluesa z lat 70., okraszony dęciakami, niemal surowym “Zależy mi”, które kojarzyło mi się z… Martyną Jakubowicz czy troszkę żwawszym, lekko funkowym “Mamulu tatulu” (ale tylko troszkę). I choć nie są to jakieś galopujące popisy spod znaku heavy metalu czy hard rocka, nie można też nazwać tej płyty smęceniem starszego pana. Bo i zdarzają się cudne numery jak “Lubię wracać do Warszawy” czy rozbudzone, jazzujące “W Piotrowym mateczniku”, ale też i wyciszone jak “Nie ma ich” (może poza gitarą), gdzie w połowie dochodzi do przełamania ku etnicznym wstawkom czy idące gdzieś pośrodku utwory, gdzie gitara z trąbką tańczą blisko siebie jak w “Ciszy nie unikaj” – tutaj mamy jeszcze Hammonda w tle czy wsparte przez akordeon “Tango pozostało”. Ale najlepsze pozostaje na koniec, bo mamy niemal czadowe “I już i tyle” oraz wreszcie fortepian (z tym instrumentem pan Soyka kojarzy się najbardziej) w poruszającej “Wielkiej rzece”.

Sam pan Soyka trzyma formę i nadal potrafi dać sporo czadu, chociaż niczego nikomu nie musi udowadniać. Dodając do tego bardzo refleksyjne teksty, pełne polotu (jak “Ławeczka-bajeczka”), ale i powagi (“Nie ma nas” o Żydach, po których nie zostało wiele w Warszawie). Bardzo sympatyczne wydawnictwo, niepozbawione pazura.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Deerhunter – Why Hasn’t Everything Already Disappeared?

Deerhunter_whead_artwork

Kolejna grupa z nurtu amerykańskiej sceny alternatywnej, która powoli zaczyna przebijać się poza swoim macierzystym krajem. Po czterech latach przerwy oraz dołączeniu klawiszowca Javiera Moralesa ekipa z Bradfordem Coxem na czele wracają z dziewiątym albumem. Producencko wsparci przez Bena Ettera (pracował przy “Fading Frontier”), Cate Le Bon oraz Bena Allena (od “Halcyon Digest”) postanowili dalej krążyć po ścieżce alternatywnego rocka. I jak to wyszło?

Jest to muzyka dość nieoczywista i mieszająca gatunki, a jednocześnie bardzo przebojowa, wręcz popowa, co czuć od samego początku. “Death in Midsummer” ma z jednej strony fortepian, z drugiej klawesyn, co już wydaje się rzadkim połączeniem, ale kiedy w środku dochodzi mocniejsza perkusja oraz przestrerowany, brudny riff, to połączenie wyrywa kapcie. Chociaż początkowo zastanawiałem się, czy przypadkiem nie pomyliłem płyt. Staroświecko brzmi niemal nostalgiczny “No One’s Slepping” z ciepłymi klawiszami, przypominającymi klimatem utwory z lat 60., zaś między zwrotkami wchodzi saksofon, tak jak w “Element”, tylko że tam jeszcze grają smyczki. Pewną woltą jest też pachnący szorstkimi latami 80. instrumentalny “Greenpoint Gothic”, pełen niepokojącego klimatu. Czasem pojawiają się w tym świecie pewne zaskoczenia: roztańczony fortepian oraz cymbałki w “What Happened To People?”, zniekształcony głos w “Detournement”, jakiego nie powstydziłby się duet Air, niemal kołysankowy “Tarnung” z elektroniczną perkusją oraz cymbałkami czy zaczynający się oszczędną perkusją “Plains”. Na finał jeszcze “Nocturne”, gdzie można odnieść wrażenie, że wokalista zacina się.

Sam wokal wydaje się delikatny, wręcz bardzo ciepły, co współgra z samym brzmieniem i dostarcza wiele frajdy. A jeśli chcecie poczuć troszkę radości w tej zimowej smudze oraz szarości, to nowe dzieło Łowcy Jeleni jest odpowiednim dla was. I nie dajcie się zwieść długiemu tytułowi.

7/10

Radosław Ostrowski

IO

Tytułowe Io to jeden z księżyców Jowisza, gdzie trafiła niemal cała ludzkość po tym, jak Ziemia powiedziała nam: dość. Powietrze zostało coraz pozbawione tlenu, pojawiały się duże anomalie atmosferyczne, zaś cała fauna i flora nie przetrwała. Na naszej planecie zostali nieliczni ludzie, którzy próbowali przywrócić ją do stanu przed katastrofą jak dr Harry Walden. Tylko, ze te nieliczne próby (włącznie z genetycznymi eksperymentami) kończyły się porażką lub krótkotrwałym sukcesem. Niemniej córka naukowca, desperacko próbuje dokonać przełomu, ale czasu zostało coraz mniej.

IO1

Najnowsze cudo od Netflixa to bardzo kameralne i oszczędne kino SF. Niby takich opowieści o końcu świata było wiele, lecz tutaj próbuje się to ubrać w niemal filozoficzną przypowieść o samotności, dokonywaniu trudnych wyborów oraz ilustracji pewnego uporu, by jednak ugłaskać naszą planetę-matkę. Mocno podniszczony świat, pełen opustoszałych budynków oraz pozornie pięknych krajobrazów może działać na plus, lecz skupienie fabuły na jednej postaci jest strasznie trudne i wymaga czegoś, co pozwala skupić uwagę na dłużej. Dlatego pojawia się druga postać, niejakiego Miceha, który decyduje się wyruszyć na ostatni prom i niejako po drodze trafia do siedziby Waldena (mocno przypominającej budynki z „Marsjanina”). Pozornie daje to spore pole do popisu na potencjalny wątek romansowy, ale twórcy chcą iść w zupełnie innym kierunku. Jest sporo gadania, przez co odkrywamy informacje o całym tym bajzlu, jednak cała opowieść zaczyna robić się zwyczajnie nudna i wręcz usypiająca. Na bohaterach kompletnie mi nie zależało, ich zarysowanie oraz próby dodania głębi kompletnie nie przemawiały do mnie, tak samo jak motywacja głównej protagonistki.

IO2

Niby ma to swój klimat na początku, lecz z każdą sekundą wszystko zaczyna powoli spadać na łeb na szyję. Wszystko wydaje się tutaj bardzo szablonowe, mocno znajome oraz będące tak naprawdę pozbawioną własnego pomysłu na siebie kalką wielu dzieł. I nawet nie pomaga grający w tle Chopin, ani aktorstwo mocno męczących się Margaret Qualley ani Anthony’ego Mackie, którzy starają się bardzo. Tylko, że scenariusz nie daje im zbyt wiele pola do popisu.

„IO” to jeden z najsłabszych filmów Netflixa, jaki widziałem kiedykolwiek. Nudny, smętny, pozbawiony własnego charakteru i marnujący potencjał na co najmniej intrygujące kino. Można stosować zamiast tabletek na sen.

4/10

Radosław Ostrowski

Żona

Rok 1992. Niemłode już małżeństwo Castlemanów jest bardzo rozpoznawalną parą w wyższych sfera. Ona – wyciszona, skromna, elegancka pani domu, on – uznany, wybitny pisarz z bardzo bogatym dorobkiem. Wieczorem przychodzi telefon z informacją, że mąż otrzyma literacką Nagrodę Nobla. Wyjazd do Szwecji stanie się dla kobiety szansą do bilansu życia.

zona1

„Żona” to pozornie film obyczajowy, gdzie tak naprawdę trudno znaleźć coś, co wyróżniałoby się mocno. Ale tak naprawdę ta obyczajowa historia ma swoje drugie dno. Pamiętanie takie przysłowie, że za sukcesem każdego mężczyzny stoi mądra kobieta. Tutaj zostało to potraktowane bardzo dosłownie, ponieważ jest pewna mroczna tajemnica związana z dziełami noblisty. Bo tak naprawdę książki pisała jego żona, a on tylko nanosił poprawki. Dlaczego kobieta obdarzona takim talentem nie zdecydowała się na karierę? Wplecione retrospekcje mocno pokazują jak to było w latach 50. i 60., gdzie kobiet zwyczajnie nie wydawano, albo one nie odnosiły takich sukcesów jak mężczyźni. Więc niejako dostosowała się do reguł społeczeństwa, tylko czy aby na pewno to była właściwa decyzja? Czy warto było podtrzymywać ego swojego partnera?

zona2

Reżyser spokojnie opowiada swoją historię, by pokazać pewne rysy tego małżeństwa z długim stażem: romanse i zdrady męża, spięcia na linii ojciec-syn, który też próbuje swoich sił jako literat oraz ukrywane pretensje żony, tłumione przez te wszystkie lata. Momenty małżeńskich kłótni należą do najlepszych fragmentów tego filmu, tak samo jak porządnie wykonanie retrospekcje z lat młodości przyszłej pani Castleman. Niby wiemy jak to się skończy, ale finał i tak potrafił zaskoczyć. Ta kameralność z jednej strony może wydawać się bardzo teatralna, ale same dialogi oraz praca kamery pozwala wejść w ten świat oraz mocniej się zaangażować.

zona3

„Żona” byłaby jednym z wielu filmów obyczajowych, gdyby nie świetna kreacja Glenn Close. Pozornie bardzo stonowana, wręcz wyciszona pani Castleman może wydawać się nudna, w zasadzie jest na ekranie. Ale w oczach i na twarzy malują się tłumione, niewypowiedziane emocje – ból, poświęcenie, poczucie bycia tą gorszą, przez co nie można oderwać oczu. Równie cudowny jest Jonathan Pryce jako błyszczący na salonach mąż, z bardzo giętkim językiem oraz wieloma demonami w sobie. To połączenie potrafi zaintrygować i przykuć uwagę do samego końca. Pozytywnie mnie za to zaskoczył Christian Slater jako śliski „biograf” Nathaniel Bone, niejako kradnąc każdą scenę i pokazując wysoką dyspozycję, tak samo Max Irons jako syn z ambicjami literackimi.

„Żona” na pierwszy rzut oka wydaje się skromnym, przewidywalnym dramatem obyczajowym o męskim ego oraz tłumionych ambicjach kobiety. Bardzo gorzki, sprawnie opowiedziany oraz tak cudownie zagrany, że wznosi to całość na wyższy poziom.

7/10 

Radosław Ostrowski

Umysł w ogniu

Sam początek jest więcej niż tajemniczy. Widzimy młodą kobietę w szpitalu, z jakimiś przewodami na głowie. Niby nic dziwnego, ale jest ona przykuta i przywiązana do łóżka. Dlaczego? co się stało? I kim ona jest? Cofamy się wstecz i odkrywamy, że dziewucha to Susannah Cahalan i zaczyna swoją pracę jako dziennikarka The New York Post. Mieszka z chłopakiem (muzykiem), całkiem nieźle sobie radzi, ale coś dziwnego zaczyna się dziać – obraz się rozmazuje, dźwięk dochodzi zniekształcony, wreszcie ataki psychotyczne. Badania lekarskie jednak nie wykazują kompletnie nic.

umysl_w_ogniu1

Debiutancki film Geralda Barletta jest oparty na prawdziwej historii Calahan oraz jej walki z tajemniczą chorobą, o której istnieniu lekarze praktycznie nie mieli pojęcia. Wszystko toczy się tutaj bardzo powolnym tempie, skupiając się na bohaterce. Pokazanie zaburzeń percepcji u chorej osoby daje się sporym polem do popisu i tutaj twórcy chętnie z tego korzystają. Twarz naszej bohaterki bywa rozmyty, kilka razy słyszymy jakieś niewyraźne szumy, słowa odbijają się niczym echo i widzimy, że coś się dzieje nie tak. Problem w tym, że każda wizyta u lekarza niczego nie wyjaśnia. Badania wykazują, że jest zdrowa, ale zachowanie sugeruje coś innego. Każdy atak, każda słowna zaczepka czy gwałtowna eksplozja w wykonaniu Susannah jest jak granat wyrzucony do pomieszczenia, w którym jesteśmy. Wali to po oczach, trzyma za gębę i wywołuje poczucie niepewności, bo nie wiadomo, co może stać się dalej. Te momenty w filmie robią największe wrażenie, niczym w rasowym thrillerze. Choć mam wrażenie, że pewne relacje można było głębiej zarysować (zwłaszcza między nasza dziewczyną a jej chłopakiem), ale i tak ogląda się ten film naprawdę nieźle.

umysl_w_ogniu2

Reżyser potrafi mocno uderzyć, ale też pokazuje – niejako przy okazji – funkcjonowanie służby zdrowia, która szuka możliwe najprostszych rozwiązań, nie zawsze adekwatnych do problemu. Troszkę tak, jakby się chciano problemu pozbyć. Skutki nadmiernego stresu? Syndrom odstawienia alkoholu? A może to choroba psychiczna? Zupełnie tak, jakby ci ludzie chcieli dopasować każdego pacjenta do jakiegoś z góry określonego szablonu. Przy prostych przypadkach to działa, ale przy bardziej skomplikowanych trzeba patrzyć troszkę szerzej.

umysl_w_ogniu3

Niby nie jest to nic nowego w temacie osób z nietypowymi chorobami, ale potrafi wciągnąć i zaangażować. Duża w tym zasługa dającej z siebie wszystko Chloe Grace Moretz, która jest absolutnie rewelacyjna oraz bardzo sugestywna w tej kreacji. A że bardzo łatwo było ją przeszarżować, to tym bardziej należy się uznanie, że nie przekroczyła tej cienkiej granicy (zwłaszcza w tych bardziej ekspresyjnych momentach jak euforia w pracy czy wybuch wściekłości podczas śniadania). Nieprawdopodobna kreacja. Dobrze się sprawdzają jako rodzice Carrie-Ann Moss oraz Richard „prawie jak Hugh Jackman” Armitage, pozytywnie zaskakuje Tyler Perry w roli naczelnego, zaś troszkę humoru przemyca Jenny Slate (Margo).

„Umysł w ogniu” dostał dużo ostrych słów na swój temat, choć moim zdaniem, nie zasłużył sobie na takie słowa. Porządna historia walki z chorobą, okraszona wspaniałą główną rolą, wznoszącą całość na wyższy poziom. Ciarki gwarantowane.

7/10 

Radosław Ostrowski

Wdowy

Witajcie w Chicago, mieście będącym kulturowym tyglem pełnym imigrantów. To tutaj żyją pewne kobiety, z różnych sfer społecznych, które łączy profesja mężów. Oni zajmują się kradzieżą, ale ich ostatni skok skończył się śmiercią oraz zniszczeniem łupu. Problem w tym, że panowie pod wodzą Harry’ego Rawlingsa okradli dwa miliony dolarów przeznaczonych na kampanię wyborczą jednego z radnych. Radny ten to czarnoskóry bandyta z czystą kartoteką i rywalizuje z białym gościem, u którego bycie radnym jest wpisane w DNA. Ale trzeba tą kasę zwrócić, przez co zostaje wplątana wdowa po Rawlingsie. Kobieta przypadkowo znajduje jego notes z planem na kolejny skok za pięć milionów i kontaktuje się z pozostałymi wdowami, by zorganizować akcję w dzień debaty.

wdowy1

Sama ta zapowiedź sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z klasycznym kinem sensacyjnym, a konkretnie z jego odmianą zwaną heist movie. Pewnie by tak było, gdyby nie dwa szczegóły: reżyserem jest Steve McQueen, zaś współscenarzystką Gillian Flynn. I to robi wielką różnicę, bo już na samym początku zostajemy wrzuceni w sam środek skoku. Ekspozycja nie jest tutaj oparta na dialogach (przynajmniej nie w takim stopniu jak zazwyczaj), tylko za pomocą montażu oraz krótkich przebitek. Fabuła skupia się na przygotowaniach do akcji, ale jednocześnie próbuje wejść głębiej i szerzej do swojego świata zdominowanego przez bandytów. Jedni chodzą w garniturach, przy blasku reflektorów (nazywa się ich politykami), drudzy działają w ciemności i są mniej eleganccy (i nie chodzi m tylko o ubiór), ale uważać należy przed obydwoma. Obydwa te światy są zdominowane przez kłamstwo, nielojalność, hipokryzję oraz walkę o władzę.

wdowy2

Intryga jest tylko pretekstem do ukazania tego brudnego, bezwzględnego, męskiego świata. Jak się w tym wszystkim odnajdą kobiety, będące niejako poza tym światem. Choć pochodzą z różnych sfer (od bardzo dzianej Veroniki przez zadziorną i znającą brutalną rzeczywistość Lindę po całkowicie zależną od męża Alicję), muszą połączyć siły, dokonując poważnego kroku ku emancypacji. Ale jednocześnie każda z nich przeżywa żałobę, co też rzutuje na pewne decyzje. I to daje pole McQueenowi do naznaczenia gatunku heist movie swoim własnym piętnem, ale jednocześnie potrafi trzymać w napięciu aż do kulminacyjnego skoku.

Reżyser opowiada to bardzo pewnie, ale też i z pewną nutą delikatności, pozwalając bliżej poznać nasze protagonistki oraz ten bezwzględny świat, wręcz bardzo namacalny. Jednocześnie twórca bawi się formą, nie brakuje długich ujęć (pierwsze zabójstwo czy rozmowa w trakcie jazdy autem, gdy kamera jest przyklejona do szyby), a i sama muzyka jest bardzo stonowana, co – jak się spojrzy na autora – jest zaskoczeniem. Jedynie zakończenie troszkę rozczarowuje, zaś dla wielu to spokojne tempo może być nużące, jednak dla mnie to nie było żadną wadą.

wdowy3

No i jeszcze jest cudownie zagrany. Najbardziej błyszczy tutaj Viola Davis jako Veronica – pozornie spokojna, opanowana, lecz podskórnie czuć pewne zachwianie oraz przemianę w twardą, bezwzględnie walczącą o przetrwanie kobietę. Nie potrafiłem od niej oderwać oczu, choć na pierwszy rzut oka zazwyczaj tylko jest na ekranie. Pozostałe członkinie, czyli zaskakująco dobra Michelle Rodriguez (Linda), Elizabeth Debicki (Alicja) oraz pojawiająca się w połowie Cynthia Erivo (Belle) dzielnie jej partnerują, ich los zwyczajnie obchodzi i potrafi zaangażować. Z panów najbardziej błyszczy tutaj Colin Farrell w roli śliskiego polityka Jacka Mulligana, Robert Duvall jako jego ojciec oraz budzący przerażenie Daniel Kaluuya (Jatemme Manning).

„Wdowy” to przykład kina sensacyjnego, gdzie pościgi, strzelaniny i eksplozje nie są niezbędne do trzymania w napięciu. To tak naprawdę dramat społeczno-polityczny z wątkiem kryminalno-feministycznym w tle. Może nie zawsze ambicja dorównuje umiejętnością, ale i tak jest to jeden z lepszych filmów w swoim gatunku.

7,5/10

Radosław Ostrowski