Duża ryba i begonia

Czy zdarzało wam się obejrzeć animację z Dalekiego Wschodu, ale nie było to dzieło studia Ghibli? Tak mi się zdarzyło, bo film „Duża ryba i begonia” to produkcja z potężnych Chin i opiera się na ich mitologii. Dlatego dla takich osób jak ja, seans mógł być nieczytelny, co jednak nie stało się.

Wszystko toczy się w dwóch światach. Pierwszy świat to świat tzw. Innych – istot humanoidalnych, którzy posiadają moc od Matki Natury i jako dzieci przez siedem dni odwiedzają świat ludzi. Problem w tym, że nie można pozwolić sobie na bliższy kontakt ze światem ludzi, bo już się z niego nie wraca. Osobniki te są zamieniane w delfiny. Jedną z takich osób jest Chen – młoda dziewczyna, która wchodzi w ten nowy świat. Ale siódmego dnia nasza delfinica wpada z siatkę, a podczas ratunku mężczyzna wpada w wir. Po powrocie Chen czuje się bardzo winna, więc decyduje się zawrzeć targ ze strażnikiem dusz – dusza chłopaka (pod postacią ryby) w zamian za połowę jej życia. Konsekwencje tego interesu mogą mieć poważne perturbacje.

duza_ryba11

Muszę przyznać, że sama ta historia wydaje się bardziej uniwersalna niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Mamy tutaj miłość, odpowiedzialność za innych oraz poważne zaburzenie dwóch światów. Magia tutaj ma swoją istotną rolę. W ogóle nasi główni bohaterowie (Chin oraz chłopiec Qiu) wydają się zaledwie pionkami, próbującymi zawalczyć o swoje szczęście. Pojawiają się kolejne elementy układanki oraz komplikacje związane z naszą rybką. Natura zaczyna świrować (opady śniegu podczas lata czy bardzo gwałtowne ulewy), kolejne próby ukrywania ryby coraz bardziej wywołują się pętlę na jej szyi. Napięcie coraz bardziej ulega intensywności aż do bardzo smutnego finału.

duza_ryba31

Sama animacja to połączenie klasycznej kreski z komputerowymi efektami, przy różnych niesamowitych obrazach. Wiele z tych scen wygląda zwyczajnie imponująco: żółwie płynące z chmur, gwałtowna ulewa czy wszelkie „efekty specjalne”. I co najciekawsze, to połączenie tworzy bardzo spójną wizję. Zwykła kreska, kojarzona z japońskich animacji, też wygląda pięknie, pełna kolorów oraz pomysłowo wyglądających postaci nadprzyrodzonych (tajemniczy handlarz dusz) i czarów. Niektóre z tych kadrów w pamięci zostaną na bardzo długo.

duza_ryba21

„Duża ryba i begonia” dla fanów animacji azjatyckich jest pozycją obowiązkową. Choć może samo funkcjonowanie tego świata wydaje się dość uproszczone i nie zawsze jasne. Nie mniej bardzo silne wrażenia wizualne, całkiem niezły polski dubbing (z mniej znanymi aktorami) oraz klimatyczna muzyka tworzy bardzo intrygujące doświadczenie. Raczej dla bardziej dojrzałych kinomanów.

7/10

Radosław Ostrowski

Śmierć prezydenta

II Rzeczypospolita była różnie oceniana z perspektywy czasu. PRL bardzo ostro odnosił się do tych czasów, pokazując bardzo jaskrawe, ciemne karty, zaś o marszałku Piłsudskim można było pisać albo źle albo wcale. Z kolei po 1989 roku, odnosząc się do tradycji Polski przedwojennej mówiło się o niej (głównie na scenie społecznej i politycznej) albo dobrze, albo w sposób kryształowy. A jaka jest prawda tego okresu? Bliżej jej do czasów nam współczesnych, gdzie zachłyśnięci wolnością, próbujemy się odnaleźć w nowej rzeczywistości, ale jednocześnie trwała bezpardonowa polityczna walka. Czy jest możliwa szansa na przedstawienie w miarę obiektywnej prawdy na temat tego okresu? O dziwo, było kilku śmiałków mierzącym się z tym okresem, ale nikt tego nie zrobił tak jak Jerzy Kawalerowicz w „Śmierci prezydenta”.

smierc_prezydenta1

Cała historia skupia się na dwóch postaciach, których los przeciął się w sposób bardzo brutalny. Gabriel Narutowicz był inżynierem, który przebywał niemal całe życie w Szwajcarii, osiągając tytuł profesora. Po śmierci żony zdecydował się wrócić do kraju, gdzie został członkiem rządów – najpierw jako minister robót publicznych, potem szef MSZ. Drugim był Eligiusz Niewiadomski. Malarz, historyk sztuki, prawicowiec, wręcz fanatyk. Punktem oraz przestrzenią czasową był grudzień 1922: pierwsze wybory prezydenckie, zaskakująca wygrana Narutowicza oraz jego śmierć podczas wystawy w Zachęcie.

smierc_prezydenta2

Reżyser postanowił wykorzystać wszystkie dostępnie materiały źródłowe do odtworzenia tej politycznej burzy. Kiedy to prawica (PSL „Piast”, Chrześcijański Związek Jedności Narodowej zwany „Chjeną”) i lewica (PPS, PSL „Wyzwolenie”) zaczęły prowadzić wojnę między sobą. Wszelkie próby kompromisu wydają się niemożliwe, zaś na wierzch wyłażą ksenofobia, nacjonalizm skryty pod hasłami patriotyzmu oraz przywiązania do tradycji. Prawicowy politycy (w tym także duchowni – jakim cudem księża mogli być posłami, nie mam kurwa pojęcia) zaczęli podsycać nienawiść oraz wrogość wobec Narutowicza. Organizowane są manifestacje, w dzień ślubowania ulica jest blokowana przez bojówki, a posłowie blokowani, zamykani, bici. A policja się tylko przygląda. Czy te obrazki nie wyglądają dziwnie znajomo? Te podziały oraz bariery nie wzięły się z Księżyca, ani z powietrza. I to wszystko mimo 40 lat na karku nadal budzi przerażenie oraz niedowierzanie. Choć muszę przyznać, że Kawalerowicz jest stronniczy (tutaj lewica jest traktowana bardzo łagodnie, mimo że nie pozostawali dłużni drugiej stronie sporu), obrazki ulicznej zadymy zostają w pamięci na długo, zaś realia tego okresu i postawy polityków nie budzą poważnych zastrzeżeń.

smierc_prezydenta3

To jednak tylko jedna strona narracji. Druga, przeplatająca się z wyborami, to mowa sądowa Eligiusza Niewiadomskiego (też oparta o akta sądowe), który w całkowitym mroku opowiada o tym, co go zmotywowało do dokonania morderstwa, chociaż początkowo jego celem był Piłsudski. Te fragmenty bardzo silnie pokazują, jak propaganda, polityczne wojenki doprowadzają do wypaczenia umysłu, skręcającego ku radykalizmowi. I tego należy za wszelką cenę uniknąć oraz kontrolować.

Kamera, niczym reporter, pozostaje cały czas w ruchu, nawet podczas pozornie statycznych i nudnych scenach („przeskoki” na posłów podczas ślubowania, dynamicznie zrobione sceny rozmów podczas głosowania prezydenckiego czy podczas wizyty w Zachęcie), dodając im energii oraz nastroju powagi. Jednocześnie podkreśla pewna polityczną gorączkę oraz podsycający konflikt (przemowy w Sejmie), który zaczyna się wymykać spod kontroli, o mały włos nie doprowadzając do upadku państwa. Wyjątkowo brutalna prawda o naszej „chwalebnej” drugiej RP.

smierc_prezydenta4

Choć pojawia się wiele twarzy, nazwisk oraz postaci, tak naprawdę liczą się tylko dwie i obydwie są zagrane po mistrzowsku. Narutowicz w wykonaniu Zdzisława Mrożewskiego to postać przechodząca pewną ewolucję. Początkowo troszkę zaskoczony wyborem, stając się niejako prezydentem mimo woli (nie zgłaszał swojej kandydatury i w ogóle nie planował uczestnictwa), z czasem coraz bardziej jego spokój oraz opanowanie stają się bardzo mocnymi cechami. Prezydent stara się z godnością dzierżyć swój urząd, stając się niemal niewzruszonym monolitem, nie cofającym się wstecz. Kontrastem dla niego jest Niewiadomski w interpretacji Marka Walczewskiego. Bardzo impulsywny, gestykulujący, wręcz ożywiony, z obłędem w oczach. Słuchanie jego przekonań oraz rozumowania budzi autentyczne przerażenie. Te dwie role dźwigają ten film, chociaż na drugim planie mamy takie postacie jak Józef Piłsudski (świetny Jerzy Duszyński, zawsze budzący respekt samą obecnością), Wincenty Witos, generał Haller czy marszałek Sejmu, Maciej Rataj. Niemniej ten korowód postaci nie wywołuje konsternacji oraz zagubienia, czego spodziewałem się w trakcie seansu.

„Śmierć prezydenta” to kino kameralne i monumentalne jednocześnie (jak „Faraon”), które z wnikliwością odtwarza okres Polski tuż po odzyskaniu niepodległości. Niepodległości, którą sami sobie mogliśmy odebrać, doprowadzając do niemal anarchii. Pojawia się refleksja, tylko czemu ona wymagała takiej ofiary? Bardzo gorzka pigułka.

8/10

Radosław Ostrowski

Moja kolacja z Hervem

Jest rok 1993, czyli czas wielkiej popularności „Jurassic Park”, ale dla dziennikarza Danny’ego Tate’a to czas ciężkiej pokuty. Kiedyś był dobrym dziennikarzem, miał żonę i dziecko. Jednak wszystko zmieniło się z jednego powodu: gorzała. Teraz jest już czysty i dostaje szansę powrotu: wywiad z Gorem Vidalem oraz notka na temat Herve’a Villechaize’a – aktora-karła, grającego w jednym z filmów o Bondzie. Jednak ta noc kompletnie zmieni życie dziennikarza.

herve1

„Moja kolacja z Hervem” to oparta na faktach opowieść, którą przedstawił reżyser Sacha Gervaise (pierwowzór dziennikarza Tate’a). Wszystko toczy się w jednej nocy, ale bardzo szybko zostaje przedstawiona historia człowieka niskiego wzrostu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to klasyczną historią wzlotu i upadku celebryty, któremu uderzyła woda sodowa i życie prywatne mocno się rozsypało. Ale wszystko zostało zrobione w bardzo powściągliwy sposób, poznając głównie perspektywę naszego Herve’a. Może wydaje się niepozorny, ale z bardzo bogatym życiem oraz ambicjami artystycznymi, by wybić się. Jednak sława ma swoje ciemniejsze strony: brak pracy, hedonistyczny styl życia, pieniądze i przekonanie o swojej wyższości. Woda sodowa każdego jest w stanie sięgnąć, a powoli odkrywane zostają kwestie przemilczane, przekłamane.

herve2

Reżyser powoli odkrywa kolejne karty z życia Herve’a: od prób „wyleczenia” z karłowatości przez początki malarskie, krótką karierę aktorską aż do stabilnego okresu z dala od sławy. Wiernie prezentuje okres od lat 60. do 80. (tasiemcowy serial „Fantasy Island”, praca na planie „Człowieka ze złotym pistoletem”), z imponującą scenografią oraz kostiumów z epoki. Ta przeplatanka działa w sposób uatrakcyjniający fabuły, mimo dość znanego finału. Wszystko polane jest takim lekko nostalgiczno-smutnym klimatem, pokazując jak bardzo łatwo można swoją karierę zniszczyć bezpowrotnie.

herve3

Swoją robotę wykonują też aktorzy. Absolutnie rewelacyjny jest Peter Dinklage w roli Herve’a – pewnego siebie twórcy, marzącego o spełnieniu swojego snu o sławie i potędze. Jednocześnie bywa bardzo porywczy, impulsywny, aż garściami próbujący czerpać z życia, a na twarzy dość często przewija się smutek, rozgoryczenie i poczucie niespełnienia. Równie dobry jest Jamie Dorman jako dziennikarz znajdujący się na rozstaju drogi. Zagubiony, bezradny, próbujący podejść fachowo do swojej roboty, prześladowany przez własne demony. Choć początkowo wydaje się, że dwóch tak różnych facetów nie może się zaprzyjaźnić. Ale powoli zaczyna się tworzyć więź między tymi bohaterami, czyniąc z nich troszkę krótką przyjaźń. Drugi plan też jest wyrazisty (David Strathairn jako agent, Andy Garcia w roli Ricardo Montalbano czy Michelle Enos – Kathy), dodając odrobinę smaczku.

HBO po raz kolejny pokazuje, że swoje produkcje telewizyjne zawsze trzymają poziom. „Moja kolacja z Hervem” to solidne biograficzne kino o dość krótkiej karierze może niskiego, ale pamiętnego człowieka.

7/10 

Radosław Ostrowski

Sprawa Gorgonowej

To była najgłośniejsza sprawa kryminalna w historii II RP. Noc z 30 na 31 grudnia wydawała się być spokojna w willi inżyniera Zaremby w Brzuchowicach. Jednak to właśnie tam zostało popełnione morderstwo. Szybko ruszone śledztwo (oparte na poszlakach) wytypowało jako podejrzanych samego inżyniera oraz jego kochankę (i wychowawczynię jego dzieci) Ritę Gorgonową. Tylko czy aby na pewno była to jej robota?

gorgonowa1

Reżyser Janusz Majewski znany jest z tego, że większość swoich filmów osadza w przeszłości, czasach dawno minionych. Opierając się na prawdziwych wydarzeniach dokonuje rekonstrukcji samego dochodzenia oraz dwóch procesów: lwowskiego i krakowskiego. Jeśli ktoś jednak liczył na znalezienie odpowiedzi na pytanie: kto zabił?, może o tym zapomnieć. Bardziej skupia się na odtworzeniu działań wymiaru sprawiedliwości, przy okazji wytykając wiele błędów, które nie pozwoliły sprawy wyjaśnić do końca (pominięcie wielu istotnych dowodów, medialny rozgłos, wywołujący ogromne poruszenie, narzędzie zbrodni oraz dość ryzykowne przesłuchanie chłopaka, bardziej sugerujące odpowiedź). Majewski zachowuje przy tym dystans do całej sprawy, nie wydaje wyroków, nie sugeruje odpowiedzi, tylko rzuca kolejne wątpliwości oraz niejasności. Jednocześnie pokazuje jak bardzo łatwo można było doprowadzić do zaszczucia oskarżonej, jeszcze zanim zapadł wyrok. Niewątpliwy wpływ miała na to postawa prowadzącego śledztwo prokuratora, rozgłaszającego całą sprawę oraz bardzo silnie żerujących na tym zdarzeniu dziennikarzy.

gorgonowa2

Majewski niemal z pietyzmem oraz przywiązaniem do detali odtwarza wszystkie wydarzenia, cały czas trzymając w napięciu. Kolejne wyciągane informacje, dowody, przesłuchania doprowadzają do kompletnego mętliku w głowie i siejąc kolejne wątpliwości. Wreszcie są sceny sądowe, na które tak naprawdę czekamy od początku. I obydwa te procesy bardzo diametralnie się różnią od siebie: zarówno reakcjami publiczności w sądzie, jak i próbą podważenia pewnych dowodów (przeprowadzenie wizji lokalnej, powołanie biegłych), czyniąc całość jeszcze bardziej wciągającą. Każdy dialog, każde słowo nie jest zbędne, zaś przesłuchania oraz repliki prawników podkręcają temperaturę. W połączeniu z porządnymi zdjęciami oraz płynnym montażem tworzy to koktajl Mołotowa.

gorgonowa3

Wielu może rozczarować zakończenie, ale reżyser wolał oprzeć się na wykorzystaniu faktów niż serwować jakiekolwiek przypuszczenia. Zamiast kropki nad i pojawia się znak zapytania, bo czy można skazać bez cienia wątpliwości osobę, mając tylko poszlaki? To pytanie reżyser stawia cały czas, a odpowiedź wydaje się jedna: skoro nie ma niezbitych dowodów, należy oskarżonego uniewinnić.

gorgonowa4

Majewski znakomicie prowadzi całą narrację, zaś aktorzy (nawet w drobnych epizodach jak Marek Kondrat, Włodzimierz Boruński czy Wojciech Pszoniak) tworzą bardzo wyraziste, mocne kreacje. Największe wrażenie zrobiła na mnie Ewa Dałkowska w roli tytułowej. Gorgonowa w jej wykonaniu wydaje się być silna, niemal niewzruszona, bardzo pewna siebie. Ale nawet ona nie jest w stanie znieść coraz bardziej nerwowej atmosfery i pod koniec zaczyna pękać. Kapitalny jest Roman Wilhelmi, czyli przez większość filmu pogrążony w bólu Zaremba, bardzo wycofany, wręcz bierny, ale jednocześnie nie jest do końca taki potulny. Trudno też nie wspomnieć opanowanego i zachowującego rozsądek sędziego śledczego (Andrzej Łapicki), mecenasa Axera (Aleksander Bardini) czy bardzo śliskiego prokuratora Krynickiego (Mariusz Dmochowski).

Janusz Majewski tworzy bardzo soczysty, mocny dramat pozbawiony łatwych odpowiedzi na pytanie o winę/niewinność Gorgonowej, pełen świetnych dialogów, wyrazistych postaci oraz wiernego odtworzenia realiów epoki. Zastanawia mnie czemu później niewielu twórców mierzyło się z dramatem sądowym.

9/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Sztuka kłamania

Francuska komedia była jednym z popularniejszych gatunków w naszym kraju. Chociaż ostatnie lata serwowały głównie całkiem przyzwoite produkcje, wydaje się jednak, że czas popularności tego nurtu chyba mija. Niemniej ojczyzna Żabojadów nie odpuszcza i pojawia się kolejny film z potencjałem na rozśmieszanie widowni, dodatkowo jest filmem kostiumowym. Czy to mogło nie wypalić?

sztuka_klamania1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: mamy czasy wojen napoleońskich, a dokładniej rok 1809. W Burgundii mieszka dość zamożna familia Beaugrandów. I to o rękę jednej z córek tej rodziny prosi oficer armii, kapitan Neville. Ale potem przychodzą rozkazy, wojna zaś czekać nie lubi i oficer musi wyruszyć, jednak mężczyzna obiecuje korespondować do swojej wybranki. Ale jakoś listy nie trafiają i stan zdrowotny Pauliny coraz bardziej słabnie. Wtedy do gry wchodzi siostra (Elżbieta), decydująca się na wielkie oszustwo: pisanie listów od kapitana, dokonującego wielkich czynów, godnych mitycznych herosów. Decyduje się zakończyć maskaradę i w ostatnim liście sugeruje powoli zbliżającą się śmierć, co pozwala dziewczynie ułożyć życie z kimś innym. Spokój i szczęście wydają się panować w okolicy. Do czasu, bo po trzech latach uznany za zmarłego wraca i to wywołuje ogromną sensacje.

sztuka_klamania2

Nowe dzieło Laurenta Tirada to niemal klasyczna farsa oraz zbiór scenek opartych na nieporozumieniach, kolejnych kłamstwach oraz nitkach, które mogą bardzo łatwo zdemaskować mężczyznę, będącego kompletnym zaprzeczeniem dżentelmeńskich cnót. Tylko dzięki sprytowi oraz determinacji siostry cała ta historia zaczyna żyć swoim życiem, co doprowadza do zaognienia pewnych sytuacji, a także serwowania kolejnych gagów (dobór pistoletu do pojedynku czy tworzenie piramidy finansowej). Ale przy okazji reżyser serwuje pewne poważne kwestie, bo mamy człowieka zmuszonego do odegrania swojego „prawdziwego” wizerunku, silną kobietę chcącą być kimś więcej niż tylko obiektem westchnień czy destrukcyjny wpływ wojny na ludzką psychikę. I te wątki nie gryzą się ze sobą, chociaż wszystko kończy się w dość przewidywalny sposób. Niemniej śmiechu jest tu troszkę, trafnych obserwacji też, więc czas nie jest stracony.

sztuka_klamania3

No i mamy fantastyczny duet wodzirejów, który elektryzuje. Jean Dujardin to klasa sama w sobie, a ten uśmiech cwaniaka powinien zostać opatentowany, a kapitan Neville w jego wykonaniu pozostaje wiarygodny. Lawirujący między oszustwami czuje się jak ryba w wodzie, ale pod tą maską kryje się człowiek, który widział więcej niż był w stanie znieść. A te sprzeczności nie niszczą spójności bohatera. Równie czarująca jest Melanie Laurent, czyli Elżbieta. Jest bardzo charakterna, samodzielna, pełna wyobraźni. Spięcia między tą dwójką są kołem zamachowym tego filmu i bez tej pary straciłby sporo swojego uroku oraz mocy. Drugi plan jest zwyczajnie solidny i bez fajerwerków.

„Sztuka kłamania” to bardzo przyjemna, leciutka rozrywka, potrafiąca rozbawić kilkukrotnie, co jest sporą zasługą świetnego duetu na pierwszym planie. A powiedzenie, że kłamstwo ma krótkie nogi zostaje tutaj poważnie zweryfikowane. Eleganckie, stylowe kino z uniwersalnymi kwestiami na pierwszym miejscu.

6/10

Radosław Ostrowski

Sejf

Początek zapowiada klasyczny heist movie. Niby zwykła rozmowa i kłótnia w okienku zamienia się w napad. Pomysłodawczynie są dwie siostry, które chcą spłacić dług brata. Problem w tym, że w skarbcu okazuje się być za mało pieniędzy na spłatę. W końcu jeden z pracowników informuje o drugim skarbcu: w podziemiach. Od tej pory cały napad zaczyna się sypać.

sejf1

Reżyser Dan Bush postanowił połączyć dwa gatunku, które pozornie nie pasuje do siebie: heist movie oraz horror. Już czołówka zapowiada dość brutalną historię (czyli napad na bank zakończony krwawą jatką), a początek wydaje się bardzo spokojny. Chociaż podskórnie wyczuwa się, że coś wisi w powietrzu. Problem jednak w tym, że w sposobie straszenia sięga po ograne sztuczki z duchami. A to nagle zaczyna się psuć światło, a tu znikąd pojawi się jakiś cień czy postać niewidoczna w kamerze monitoringu. Oczywiście na dole jest tak ciemno, że schodzenie tam w pojedynkę nie może się skończyć dobrze. Dochodzi do coraz dziwniejszych sytuacji (tajemniczy telefon z wezwaniem), dialogi są miejscami bardzo drętwe, mimo bluzgów, a postacie ledwo zarysowane oraz zwyczajnie nieciekawe. Logika siada, historia pełna jest dziur, napięcie totalnie siada, zaś strachu tyle, co kot napłakał. Bo jak ma mnie przerazić nagłe pojawienie się ucharakteryzowanych ludzi (fakt, wyglądają paskudnie), mordujących innych, bo… tak, niczym w rasowym slasherku. Nawet montaż dość łatwo sugeruje, kto wie więcej niż mówi (dość szybkie przebitki), przez co finałowa wolta jest bardzo łatwa do przewidzenia.

sejf2

O aktorstwie w zasadzie trudno powiedzieć coś sensownego, bo materiał nie daje pola do popisów. Wiele osób zostaje bezczelnie zmarnowanych (Clifton Collins Jr. w roli detektywa Igera), z kolei główne protagonistki (Francesca Eastwood oraz Taryn Manning) są dość słabo zarysowane, choć głównie pełnią rolę wizualnego ozdobnika. Jedynie James Franco się wybija (głównie wyglądem), ale też nie ma zbyt wiele do roboty (jest skuty przez większość czasu).

„Sejf” to jeden z takich filmów, który po realizacji trafia od razu na VOD czy DVD. Pomysł nawet nie głupi, ale wykonanie przypomina tysiące innych filmów grozy, zrobione od linijki. Nudny, nieciekawy, standardowy horror w bardzo amatorskim wykonaniu. Ziew.

4/10

Radosław Ostrowski

Loving

Kolejna opowieść dziejąca się w czasach, kiedy małżeństwa między rasowe były uważane za największą zbrodnię w historii ludzkości. Takie rzeczy mogli wymyślić tylko Amerykanie. O jednym z takich małżeństw, które stało się jednym z symboli walki o prawa obywatelskie stali się państwo Loving. On (Richard) jest białym pracownikiem budowlanym, ona (Mildred) jest czarnoskórą dziewczyną, która pracuje na plantacji. Postanowili wziąć ślub i zamieszkać razem, zwłaszcza że ona jest w ciąży. Tylko, że jest to rok 1958 i stan Wirginia, gdzie takie relacje nie są mile widziane.

loving1

Rasizm był już tyle razy mielony przez amerykańskich twórców, że postawiłem sobie jedno pytanie: czy w ogóle jest sens tworzenia takich filmów? Ale podjął się tego bardzo zdolny reżyser Jeff Nichols. Reżyser znany jest z tego, że przełamuje pewne szablony oraz schematy kina gatunkowego wszelkiej maści. Problem w tym, iż „Loving” jest kompletnym zaprzeczeniem dokonań tego twórcy. Sama historia jest bardzo szablonowa, poprowadzona wręcz od linijki. Choć muszę przyznać, że reżyser unika wielkich słów i bardzo kameralnie odnosi się do kwestii rasizmu, nietolerancji, bez korzystania z szantażu emocjonalnego. Tylko, że w tym przypadku jest to broń obosieczna, ponieważ obniża emocjonalną temperaturę filmu. Doceniam wyciszenie, spokojne tempo, ale brakowało mi wejścia głębiej w naszych bohaterów – tego, jak oni obserwują całą sytuację, jak do tego się odnoszą. Sprawiają wrażenie pionków sterowanych przez innych na szachownicy, pozbawiona charakteru, niemal godząca się na wszystko. Ale jednocześnie czuć (na początku) atmosferę zaszczucia, niepokoju, że w każdej chwili to szczęście może zostać zabrane.

loving2

Trudno mi cokolwiek złego powiedzieć o aspektach technicznych. Nie brakuje ładnych plenerów, odpowiednio budującej nastrój muzyki czy odtworzeniu (scenograficznym) realiów lat 50. oraz 60. Pod tym względem jest naprawdę solidnie, chociaż brakuje jakiegoś błysku. To samo mógłbym powiedzieć w kwestii aktorskiej. Nie jestem w stanie złego powiedzieć o Joelu Edgertonie czy Ruth Nigga, bo oboje radzą sobie dobrze i czuć chemię między nimi. On troszkę szorstki, mówiący niewyraźnie i jak cudnie gra oczami. Ona wydaje się ciekawsza i sprawia wrażenie silniejszej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Drugi plan też wydaje się porządny, choć najbardziej wybija się Marton Csokas (szeryf) oraz epizod Michaela Shannona (w końcu film Jeffa Nicholsa bez tego aktora byłby po prostu niekompletny) jako fotografa „Life”.

loving3

Niestety, „Loving” to najsłabszy film Nicholsa, który parę razy potrafił mnie zaskoczyć czy to fantastycznym „Uciekinierem” czy okraszonym elementami SF „MIdnight Special”. „Loving” to klasyczna biografia, zrobiona według wszelkich panujących reguł tego gatunku, przez co – poza tematem – nie wyróżnia się z tłumu. A szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Marianne Faithfull – Negative Capability

Marianne_Faithfull_-_Negative_Capability

Dla jednych muza Micka Jaggera, dla innych aktorka (choćby film “Irina Palm”), ale przede wszystkim wokalistka z bardzo długim stażem oraz mocno zachrypniętym, podniszczonym głosem. Po czterech latach wraca z absolutnie premierowym materiałem. Tym razem wsparli ją Rob Ellis (współpraca z PJ Harvey), Warren Ellis (członek Nick Cave & the Bad Seeds) – panowie nie są spokrewnieni – oraz niejaki Head. By było jeszcze ciekawiej utwory współtworzyli Nick Cave, Mark Lanegan oraz Ed Harcourt.

Pierwsze, co uderza to bardzo melancholijny klimat oraz bardzo folkowe instrumentarium, zdominowanym przez gitarę akustyczną, skrzypce oraz fortepian. Ta aurę czuć w otwierającym całość poruszającym “Misunderstanding” oraz wybranym na singla pięknym “The Gypsy Faerie Queen” w duchu ostatnich dokonań Nicka Cave’a (gościnnie udziela się także wokalnie). Także swoje nowe oblicze utrzymuje “As Tears Go By” wykonywane przez artystkę od początku swojej kariery I ta aranżacja zachwyca pięknym solo skrzypiec. Marianne nie boi się pokrążyć w okolicach bluesa (“In My Own Particular Way”, gdzie nawet gitara elektryczna ma troszkę miejsca czy mroczniejszy “They Come at Night”, jakiego nie powstydziłby się horror z lat 80., a tekstowo odnosi się do ataków w Paryżu sprzed 3 lat), skręcić w minimalizm (“Born to Live”, gdzie jest tylko wokal z fortepianem I śladowymi ilościami smyczka), a nawet zahaczyć w okolice country (“Witches Song”, “Loneliest Person”). Nawet jeśli pewne fragment zaczynają się zlewać, to jednak pojawiają się pewne drobne detale (cymbały w “It’s All Over Now, Baby Blue”, flet w romantycznym “Don’t Go”), wyróżniającego go z tłumu.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to sam głos Faithfull, który nadal ma w sobie ta energię, choć sprawia wrażenie mocno nadgryzionego przez czas. Ale jednocześnie pozostaje bardzo refleksyjny, przemycający bardzo niegłupie teksty, niepozbawione liryzmu, powagi I delikatności.

“Negative Capability” to Faithfull bardziej jesienna, niemal folkowa, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Idealnie współgra z obecną pogodą, choć jest jeden mocny grzaniec (“They Come at Night”) pokazujący, że wokalistka jeszcze nie zdziadziała.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mścicielka

Pomysł na ten film wydaje się tak niedorzeczny, że aż ciekawy. Frank Kitchen jest zabójcą działającym na zlecenie mafii Los Angeles, kierowanej przez niejakiego „Uczciwego Jacka”. Jednym z jego celów zostaje uzależniony od hazardu i narkotyków hulaka. Problem w tym, że jego siostrą jest działająca w podziemiu lekarka, przeprowadzająca nielegalne operacji. Kobieta z zemsty decyduje się… zmienić Frankowi płeć, co wywołuje kompletny szok i konsternację.

mscicielka2

Dawno, dawno temu Walter Hill był jednym z asów kina akcji, które może i wyglądało skromnie, ale było zawsze efektowne, wciągające i pełne adrenaliny. Ale ostatnie lata nie należą do zbyt udanych i nawet Sylvester Stallone nie był w stanie wykrzesać z niego energii („Kula w łeb”, chociaż dla mnie było całkiem niezłe). Jednak nowe dzieło „The Assigment” sprzed dwóch lat to porażka niemal na całym froncie. Całą historię poznajemy dwutorowo. Pierwszy plan to „przesłuchania” dr Rachel Kay przez jej kolegę po fachu, Franka Galena. Drugi plan to retrospekcje związane z postacią Franka. Ta przeplatanka mogłaby nawet wypalić, tylko że historia kompletnie nie angażuje, zwyczajnie nudzi i wygląda bardzo ubogo. By to zamaskować, reżyser czasem wykorzystuje ręcznie rysowane kadry, niby w komiksowym stylu, tylko bez dymków czy „odgłosów”. Wszystko to wygląda wręcz archaicznie, jak dowcip opowiedziany z kamienną twarzą i zastanawiasz się, czy to idiota mówi, czy jakiś nieodkryty geniusz.

mscicielka1

Realizacyjnie przypomina proste kino klasy B, czyli coś, na czym Hill zna się dobrze. Ale wszystko to jest jakieś dziwnie statyczne, wręcz toporne w stylu, pozbawionym jakiejkolwiek tożsamości. Nawet sceny akcji wyglądają bardzo przeciętnie, by nie rzecz słabo. Wszystko pozbawione jakiegoś wyrafinowana, emocji, pasji – tylko szybki strzał oraz bach. Przez co miałem wrażenie oglądania snuja, gdzie wiadomo kto zdradzi, kto jest zły, pełnym setek tysięcy klisz. Po seansie kompletnie rozmazały mi się szczegóły, a wszystko udaje się naszej bohaterce/bohaterowi zbyt gładko, za prosto i za szybko. Dlaczego miałoby mnie to w ogóle obchodzić?

mscicielka3

Aktorstwo też bardzo rozczarowuje. Tutaj nasz czarny charakter o aparycji Sigourney Weaver jest totalnie przerysowany, ale w inny sposób. Cały czas mówi spokojnym, monotonnym głosem, cytuje Szekspira i wygłasza jakieś moralne bzdury o swojej wyższości. A wszystko jakieś takie na pół gwizdka, dziwnie groteskowe oraz strasznie nijakie. Jeszcze bardziej szalonym pomysłem jest wybór Michelle Rodriguez w roli głównej. Sama aktorka robi co może, ale jej charakteryzacja jest nieprzekonująca, mimo zmiany narządów. Od razu widać, że to kobieta udająca faceta i doklejenie brody z wąsami tego nie zmienią. Jedyna w miarę wyrazista postać to Anthony LaPaglia w roli „Uczciwego Jacka”, troszkę przypominając z wyglądu Harveya Keitela, ale to troszkę za mało.

„Mścicielka” jest ostatecznym potwierdzeniem przekonania, że Walter Hill swoje najlepsze lata ma już za sobą i powinien kamerę odstawić na zawsze. Kompletnie archaiczny, wymęczony i marnujący talent wszystkich pracujących wokół. Panie Hill, kończ pan tą karierę.

3/10 

Radosław Ostrowski

Sexy Beast

Brytyjskie kino gangsterskie pod koniec lat 90. XX wieku przeżyło swój renesans. Wszystko to miało być zasługą jednego gościa i gościa jednego tylko: Guy Ritchie. Inspirował się stylem Quentina T., przeszczepiając go swoim brytyjskim kolorytem oraz czarnym humorem. Troszkę w cieniu znajduje się inny film gangsterski, który preferował inne podejście do tego gatunku.

Film zaczyna się dość dziwnie: mamy palące się słońce oraz opalającego się dość pulchnego faceta. Upał jak fiut, cytując klasyka, piękna żona wraca z zakupów, hacjenda wygląda okazale. Żyć, nie umierać – też by zamienił deszczową Anglię na ciepłą Hiszpanię (chociaż jest tam za gorąco). I jedno dziwne zdarzenie: toczący się głaz uderza prosto w basen, omijając naszego bohatera, Gala Dove’a. a to dopiero zapowiedź wydarzeń, jakie mogą wywrócić spokój emerytowanego gangstera do góry nogami. Katastrofa ma na imię Don Logan i chce zwerbować Gala do nowej robótki: prostej, gładkiej, nieskomplikowanej. Tylko, że mężczyzna nie chce dołączyć do ekipy, ale Logan nie przyjmuje tego do wiadomości.

sexy_beast1

Reżyser Jonathan Glazer wcześniej realizował teledyski, ale już w debiutanckim „Sexy Beast” pokazuje, że będzie robił troszkę inne kino niż jego koledzy po fachu. Powiedzmy, że tutaj bliżej jest do „Nigdy cię tu nie było” niż do „Porachunków” czy „Przekrętu”. Może troszkę przesadzam, ale nie jest to klasyczny film w stylu heist movie. Sam skok dokonuje się w ostatnich 30 minutach filmu, niejako pod koniec. Bez poznawania szczegółów, zostajemy wtedy rzuceni w sam środek. Znaczy wiemy, co jest celem, kto to robi i ilu ludzi potrzeba. Nie dostajemy informacji jak ma to zostać zrobione, co w momencie realizacji było sporym zaskoczeniem. Przez dwie trzecie filmu mamy zwykłe życie Dove’a na emeryturze oraz próby przekonania przez psychopatycznego Dona, traktującego to bardzo osobiście.

sexy_beast2

Czy to oznacza, że Glazer przynudza? Abso-kurwa-lutnie nie. Świetnie się bawi formą, co pokazuje choćby scena toczącego się głazu pokazana z… jego perspektywy czy rozmowa o tym kto zleca robotę i co jest celem, która jest montażową perłą (repetycje, zbliżenia na postacie, ujęcie z obrotowych drzwi), a kilka operatorskich tricków (otwieranie drzwi pokazane tak, jakby kamera do tych drzwi się przykleiła czy zrobiony w jednym ujęciu szybki najazd z ulicy do skarbca) uatrakcyjnia tą statyczną historię. Są jeszcze oniryczne sceny z tajemniczym, czarnym diabło-królikiem, skręcające ku lżejszym filmom Davida Lyncha oraz troszkę surrealistycznego, nawet smolistego humoru.

sexy_beast3

Choć nie do końca dostałem to, czego oczekiwałem, jedna rzecz przyciągnęła moją uwagę od samego początku: aktorstwo. Całość tak naprawdę jest w rękach dwóch kreacji, czyli Raya Winstone’a oraz Bena Kingsleya. Pierwszy w roli Dove’a sprawia wrażenie takiego uśpionego miśka, który porzucił przeszłość i chce tylko odpoczywać w blasku słońca. Jednak pewne okoliczności zmuszają go do powrotu, niemal do samego końca próbuje zachować spokój. Z kolei Kingsley to prawdziwa petarda – psychol z wielkim ego, gadający niczym rozpędzony pociąg. Dla niego są dwa wyjścia: albo tak jak on chce, albo… tak jak on chce i chuj. Piekielnie groźny typ, jakiego nie chcielibyście spotkać na swojej drodze.

„Sexy Beast” bywa sexy pod względem formy oraz troszkę innego spojrzenia na oczywiste klisze kina gangsterskiego oraz konwencji heist movie. Nie wszyscy złapią tą konwencję, bo to specyficzne kino jest. Niemniej warto spróbować podjąć to wyzwanie, bo raz obejrzane, zostanie na długo.

7/10

Radosław Ostrowski