Orzeł kontra rekin

Gdybym sugerowałbym się tylko samym tytułem, spodziewałbym się jakiegoś filmu z jakimiś zmutowanymi zwierzętami, które się naparzają. Wiecie, jak Godzilla z King Kongiem, Obcy z Predatorem, PiS z PO (to akurat słaby przykład) czy Jaegery z Kaiju. Jednak już pierwsze minuty debiutanckiego filmu Taiki Waititiego okazują się zwykła wkrętką. Ale może po kolei.

Poznajcie Lily – pozornie zwykła dziewczyna pracująca w fast-foodowej knajpie. Ale jest dość dziwna, bo nikt jej nie lubi – ani koleżanki z pracy, ani szef. Poza bratem, który jest prawdziwym nerdem i ma z nim najsilniejszą więź. I jest jeszcze ktoś, kto jej się bardzo podoba, do którego wzdycha, choć nie zauważa jej. To jest Jarrod – pracownik sklepu ze sprzętem elektronicznym, który wygląda dość osobliwie. W końcu dostaje szansę, by go bliżej poznać, a to z powodu zaproszenia na imprezę.

orzel_kontra_rekin1

Skoro nie jest żadna naparzanka czy inne filmy z mordobiciem w tle (choć jest scena walki, ale TO trzeba zobaczyć samemu), to czym jest „Orzeł kontra rekin”? To typowy film nowozelandzkiego twórcy, zdominowanego przez samych ekscentrycznych bohaterów, szukających tego, co szukają wszyscy ludzie: akceptacji innych, miłości, szczęścia. Tutaj jest bardziej lub mniej pokręcony, co może wynikać z pewnych przykrych doświadczeń (śmierć najbliższych), ale też pewnych własnych oczekiwań zderzonych z rzeczywistością oraz poczuciem porażki, przegranej. Tutaj wariactwo czy ekscentryczność (haker-amator, który zawirusował swój komputer, rodzeństwo prowadzące własny – nieudany – biznes z ciuchami oraz kosmetykami) jest czymś absolutnie normalnym, a reżyser traktuje swoje postaci z życzliwością.

orzel_kontra_rekin2

Waititi serwuje tutaj bardzo specyficzne poczucie humoru, polane absurdem, które może dla wielu być zbyt niedorzeczne i niezrozumiałe. Ale w tym całym wariactwie jest metoda, bo lubi się te postacie, mimo dziwaczności, chce się z nimi pobyć jak najdłużej. Zarówno z tą bardzo empatyczną, ciepłą Lily (olśniewająca Loren Taylor – ten uśmiech), która po prostu jest i nie wymaga niczego więcej, jak i Jarroda (świetny Jemaine Clement), chociaż do tego drugiego trudniej dotrzeć. Jest wielkim egoistą, który mocno ubarwia pewne rzeczy, by przez chwilę poczuć się lepszy. I to on musi pogodzić się z pewnymi kwestiami, by w ten sposób odnaleźć szczęście, doceniając to, co ma.

orzel_kontra_rekin3

Trudno jednoznacznie ocenić, kto wygrał ten pojedynek, ale jedno jest pewno. Sam film pozostaje bardzo pokręconą komedią romantyczną, przerabiając reguły tego gatunku na swoją modłę i polewając humorem a’la Taika. Jeśli dodamy do tego piękne animowane wstawki oraz śliczną muzykę w duchu indie, będziemy mieli bardzo ciepły i pogodny film, jeśli lubicie „inne”, mniej mainstreamowe dzieła.

8/10

Radosław Ostrowski

Summer of ’84

Nie wiem, czy zauważyliście, ale moda na lata 80. od paru lat coraz bardziej się nasila. Sukcesy takich dzieł jak „Stranger Things”, „Gość” czy „Coś za mną chodzi” doprowadziła, że każdy chce jeszcze zgarnąć z tego nostalgicznego tortu ile się da. Czy na tym sentymencie można jeszcze coś ugrać? Wygląda na to, że tak i tej retro fali powstrzymać się nie da. Już tytuł filmu „Summer of ‘84” nakręcony przez trio RYSS wskazuje kierunek.

lato_84_1

Jesteśmy gdzieś na przedmieściach hrabstwa Cape May w roku 1984 roku. Nic się nie dzieje i nie ma zbyt wiele do roboty, zwłaszcza gdy jesteś nastolatkiem w rodzaju geeka, masz ojca reportera. Wtedy jedynym zajęciem (poza dorywczą pracą jako gazeciarz) jest podglądanie sąsiadów (w szczególności sąsiadek) oraz zabawa z najbliższymi kumplami. Tak właśnie ma Davey, mający bardzo bujną wyobraźnie. Zmianę tej sytuacji może wprowadzić sprawa seryjnego mordercy, który porywa dzieci. Z jakiegoś powodu Davey uważa, że poszukiwanym mordercą może być… jego sąsiad, Wayne Mackey. Tylko, że jest on policjantem – bardzo lubianym i szanowanym. Dlatego trzeba tą tezę udowodnić.

lato_84_2

Kanadyjscy filmowcy mieszają tutaj Alfreda Hitchcocka, mocno inspirując się „Oknem na podwórzu” (motyw podglądactwa) polewając sosem z lat 80. Detale w postaci przedmiotów (walkie-talkie z G.I. Joe, rowery, walkmeny, biblioteka) oraz pojazdów budują wiarygodność realiów. Tak samo jak bardzo elektroniczna muzyka, pełna syntezatorów i perkusji brzmiącej tylko w tych czasach. Ale twórcy zgrabnie podpuszczają i mylą tropy, skupiając się na jednym pytaniu: czy nasz bohater ma rację czy zwyczajnie odleciał? A że większość „śledztwa” toczy się nocą, to suspens miejscami jest elektryzujący i klimatem zahacza wręcz o horror (świeżo zakopana ziemia w ogródku, zamknięte na kłódkę pomieszczenie, nadmierna serdeczność podejrzanego), co działa tylko na plus. Ale zapomnijcie o jump scare’ach, tutaj liczy się nastrój oraz klimat.

lato_84_3

Sam tytuł w konwencji mystery movie opowiada o zamknięciu pewnego etapu w życiu człowieka, po którym nic już nie będzie takie samo. choć najważniejszy pozostaje Davey, pozostali bohaterowie tez mają bardzo poważne i nawet ciężkie tło związane z rodzicami: rozwód rodziców (Nikki, będąca obiektem pożądania), przemoc („Eats”), ciężka choroba matki (Woody). Jest to ledwo liźnięte i zaznaczone, ale stanowi istotne tło. A monolog o tym, że pod każdym idealnie wyglądającym ogródkiem oraz domem czai się mroczna tajemnica, wybrzmiewa coraz bardziej.

Kolejny film wpisujący się w retro klimat, ale zrobiony z sercem. Świetnie zagrany przez kompletnie nieznanych aktorów (między chłopakami jest chemia), konsekwentnie buduje napięcie aż do przerażającego, brutalnego i nieoczywistego finału. Parę razy zmroziło mi krew, co nie zdarza się często.

7/10

Radosław Ostrowski

Zeus – Zeus. To pomyłka

zeus-to-pomylka

Dawno nie słuchałem tego zdolnego łódzkiego rapera, którego ksywka sugeruje, że ma ambicje obecności w panteonie bogów polskiego rapu. Zeus ma wszelkie powody ku temu, zwłaszcza że jego ostatnie albumy pokrywały się platyną. Czy też tak będzie z albumem “Zeus. To pomyłka”?

Na pewno jest to inna płyta od poprzedniczek, która fanów łódzkiego ziomala bardzo mocno podzieli. A wszystko z powodu wybranych singli, zapowiadających raczej ogromną katastrofę, kombinowanie z różnymi brzmieniami (z naciskiem na elektroniczne eksperymenty) oraz bajzel. Początek, czyli “Kamilfornia” ma dwa dziwaczne pomysły. Z jednej strony elektroniczny wstęp zmieszany z cyfrowym wokalem w refrenie, z drugiej zaś polany funkowym basem podkład polany smykami oraz fortepianem. Chwytliwe jak diabli, zaś sama nawijka gospodarza buja się między tymi wszystkimi dźwiękami niczym surfer na fali, przypominając West Coastowe klimaty. Kompletnie inaczej wchodzi “Tetsuo”, gdzie mieszamy futurystyczne dźwięki z łagodnymi wejściami zabarwionymi Orientem (dzwony oraz wokalizy w tle) oraz nieźle zaśpiewany refren. I brzmi to dziwnie, a potem wskakuje oldskulowy “Social menda” (śpiewany refren tutaj wypada świetnie, a w zwrotkach flety z perkusją), gdzie Zeus opisuje swoje relacje z fanami m.in. z mediami społecznościowymi w tle. I kiedy wydaje się, że ten poziom zostanie utrzymany, wskakują pianistyczne „Kwiaty dla J.” – bardziej delikatne oblicze rapera, idące ku bardziej popowej estetyce. O ile ten utwór brzmi całkiem poprawnie, to „Like Ra” jest prawdziwym dziwadłem. Podśpiewywany refren, przemielony początek (wokal dziwacznie nakłada się na siebie), minimalistyczna perkusja, jakieś podśpiewywanie w tle, zaś w nawijce zderzenie zdrowego trybu życia z botoksem w lekko ironicznej (chyba) formie.

Ale zdarzają się też prawdziwe perełki jak bardzo klasyczny w formie „Płomień 83”, gdzie opowiada o początkach swojego nawijania (świetne cuty, a i tytuł przypominający dawny skład Płomień 81), idący w podobne rewiry „Gdzie jest Zet?”, bardziej jazzującym „Hideo Audio”. Z drugiej strony są drobne wpadki w rodzaju troszkę zbyt podniosłego „Krew wampirów” (refren śpiewany przez Justynę Kuśmierczyk całkiem niezły) czy kompletnej rzeźni w postaci nudnawego „Miss Ya” (refren bardzo usypiający). Z trzeciej jest wiele bardziej spokojnych, refleksyjnych numerów pokroju „Świetnego Pawła” oraz „Cienia nauczyciela”.

Sinusoida to drugie imię tej płyty, bo poziom jest strasznie nierówny. Poziom dotyczy głównie nawijki, bo sam gospodarz bardzo dobrze sobie radzi. Nie tylko technicznie (choć czasem balansuje na granicy), ale i tematycznie, gdzie mamy kwestie wewnętrznego spokoju, relacji z fanami, poczuciem niezrozumienia. Ale czy tylko mi barwa głosu troszkę przypominała Bisza? Przesłuchanie tego albumu nie będzie w żadnym wypadku pomyłką.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostateczna operacja

To była najgłośniejsza akcja wywiadowcza w historii Izraela, a wszystko dla nich zaczęło się od informacji przekazanej przez Fritza Bauera (prokurator generalny Hesji), że w Argentynie ukrywa się architekt ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Zostaje powołana specjalna komórka wywiadowcza pod wodzą Petera Milkena oraz Zhi Aharoniego, która ma jeden cel: schwytać i doprowadzić Eichmanna przed sąd w Jerozolimie. Żywego, nie martwego.

ostateczna_operacja1

Filmów o schwytaniu Adolfa Eichmanna pojawiało się parokrotnie (ostatnio choćby w niemieckim „Fritz Bauer kontra państwo”). Tym razem zadania podjął się Netflix, a konkretniej Chris Weitz znany z takich filmów jak „American Pie” czy „Był sobie chłopiec”. Sam reżyser próbuje bardzo spokojnie przygotować całą historię z perspektywy Milkena. Kiedy poznajemy tego agenta, uczestniczy w schwytaniu nazisty w 1957 roku na terenie Austrii. I delikatnie mówiąc, nie poszło wszystko zgodnie z planem, co mocno nadszarpnęło jego reputację. Schwytanie Eichamanna jest szansą na rehabilitację, ale porażka może mieć katastrofalne skutki. Weitz poza intrygą, pokazuje też sytuację polityczną w Argentynie, gdzie nazistowscy zbrodniarze ze swoją ideologią się ukrywają. Ale mają za to bardzo głębokie macki w policji oraz powoli zdobywają polityczną pozycję, by móc zdobyć władzę (scena przemowy Carlosa Fuldnera – przyjrzyjcie się gościom).

ostateczna_operacja2

Konstrukcja filmu przypomina klasyczny heist movie, tylko że „łupem” jest Eichmann. Czyli jest przygotowanie (tutaj przybycie do Argentyny, wcześniej dobierając zespół), realizacja (samo schwytanie) oraz ewakuacja i ucieczka. I muszę przyznać, że początek buduje napięcie. Nie brakuje kilku operatorskich sztuczek (przekazanie fotek w kawiarni zrealizowane w jednym ujęciu) czy krótkich montażowych zbitek, które nie wybijają z rytmu, lecz stawiają pytania (scena eksterminacji w lesie). Samo porwanie Eichmanna jest świetnie poprowadzone i wygląda tak, jak w rasowym thrillerze być powinno. Druga część już nie działa tak mocno, co nie znaczy, że jest nudno. Tutaj akcja przebiega dwutorowo: naziści próbują znaleźć Eichmanna, a porywacze muszą zmusić Eichmanna do… wyrażenia zgody (wiem, że to brzmi idiotycznie, ale tak było – chyba prościej byłoby go rozwalić), by w ostatnim akcie suspens znowu zaczął się wznosić (świetna sekwencja na lotnisku).

ostateczna_operacja3

Muszę przyznać, że Weitzowi udaje się wykonać swoją robotę na poziomie. Wrażenie robią bardzo stylowe zdjęcia (zwłaszcza nocne, z takim pożółkłym światłem) oraz każda scena, gdzie pojawia się Eichmann (chociaż charakteryzacja Bena Kingsleya – odwrotnie proporcjonalna do jego aktorstwa, które jest dobre) i wygłasza swoje zdanie na temat nazizmu oraz swojej roli w tej maszynerii. To bardzo sugestywna kreacja, chociaż pod koniec nie boi się pokazać swojej obojętności oraz bezwzględności. W samej fabule zdarzają się pewne drobne przestoje oraz pewne skróty i uproszczenia, niemniej całość potrafi wessać niczym odkurzacz.

Poza Kingsleyem swoje robi absolutnie świetny Oscar Issac. Milken w jego wykonaniu jest spokojnym, metodycznie podchodzącym do spraw agentem, chociaż na twarzy maluje się pewien konflikt, ma skłonność do ryzyka oraz skrywa pewną tajemnicę. Sceny, gdy rozmawia z nazistą, próbując go złamać, należą do najbardziej elektryzujących momentów w tym filmie. Poza tym duetem wyróżnia się śliczna jak zawsze Melanie Laurent (Hanna), Michael Aronov (służbista Aharoni) oraz Pepe Rapazote (Fuldner).

Rzadko oglądam filmy Netflixa, bo poziomem bardzo mocno odstają od seriali. Niemniej dzieło Chrisa Weitza to bardzo przyzwoita robota z naprawdę dobrym aktorstwem oraz kilkoma elektryzującymi momentami. Są pewne drobne potknięcia (środkowa część filmu), niemniej ogląda się to z dużym zainteresowaniem oraz napięciem, co jest sporą zaletą.

7/10 

Radosław Ostrowski

Szczęściarz

Rzadko zdarza się osiągnąć 90 lat i nadal być sprawnym fizycznie, zachowującym świeżą energię. Taki szczęściarzem jest Lucky – bardzo starszy pan, co mieszka sam, pali za dwóch i jego rozkład dnia w większości wygląda tak samo: poranna gimnastyka, wizyta w kawiarni, sklepie z papierosami, by wieczorem zajść do baru. Rutyna dnia codziennego, aż pewnego dnia upada. Tak zwyczajnie, bez przyczyny, a badania nic nie wykazują. I to zdarzenie zmusza Lucky‘ego do pewnych przemyśleń.

lucky1

Pewnie nie kojarzycie Johna Carrolla Lyncha? To jeden z takich charakterystycznych aktorów, co pojawiają się na krótką chwilę, zapada w pamięć ich twarz, lecz nazwisko już niekoniecznie. Grał m.in. w takich filmach jak „Zodiak”, „McImperium” czy serialu „Anatomia zbrodni”. „Lucky” to był jego debiut reżyserski, który jest takim bardzo spokojnym kinem obyczajowym. Nikt nigdzie się tu nie spieszy, wszystko wręcz płynie swoim rytmem. Czy to znaczy, że „Lucky” jest nudnym, nie ciekawym filmem? Absolutnie nie, bo w tym wszystkim jest pewien urok oraz magia. W zwykłych rozmowach, pozornie o niczym, jednak tak naprawdę dzieje się tu dużo. Każdy bohater (nawet drobny epizod) jest bardzo wyrazistą postacią – nieważne, czy to prawnik, weteran wojenny czy szefowa sklepu. Tych rozmów słucha się z przyjemnością, nie popadają w pretensjonalne filozofowanie, a nawet są okraszone odrobiną humoru (kwestia zaginionego… żółwia).

lucky2

Nawet te proste sceny (początek dnia Lucky’ego czy impreza urodzinowa) mają w sobie wiele ciepła oraz momentów chwytających zwyczajnie za serce. Nie ważne czy mówimy o śpiewaniu „Volver” przez Lucky’ego w towarzystwie mariachi, rozmowach o prezydencie Roosevelcie czy dialogu o swoim dziecku. W tle przygrywa folkowo-westernowa muzyka, krajobrazy miejscami wyglądają jakby wzięte z Dzikiego Zachodu (co nie jest wadą), co tworzy fajny klimat. Reżyser prowadzi to bardzo delikatnie oraz spokojnie.

lucky3

Największą furorę robi Harry Dean Stanton, który bardzo rzadko grywał główne role w karierze. Tutaj w roli głównej magnetyzuje, choć jest to postać bardzo tajemnicza, o której nie wiemy zbyt wiele. Z czasem dostrzegamy w tej postaci kolejne fragmenty z życia samotnika, choć wiele rzeczy pozostaje zagadkowymi (rozmowy przez telefon). Ten aktor wystarczy, że pojawiał się na ekranie i już skupiał na siebie uwagę. Dla mnie film jednak ukradł David Lynch w roli Howarda, który okazuje się niezłym źródłem humoru, choć jeden jego monolog potrafi poruszyć jak diabli. Nie można też zapomnieć drobnych ról Toma Skeritta (weteran), Rona Livingstone’a (adwokat) czy Jamesa Darrena (Paulie), wnoszących wiele życia w tym filmie.

„Szczęściarz” okazał się pożegnaniem Harry’ego Deana Stantona z kinem i jednocześnie bardzo ciepłym, bezpretensjonalnym kinem obyczajowym. Po jego obejrzeniu – jakkolwiek to zabrzmi – poczujecie się lepiej i będziecie chcieli mieć tyle siły w sobie, co Lucky.

7/10 

Radosław Ostrowski

Czuwaj

Wyobraźcie sobie, że jedziecie na obóz harcerski. A na obozie wiadomo: ognisko, granie na gitarze, śpiew i tematyka powstańcza. Do tego ładna druhna-lekarka, apele, ćwiczenia – w ogóle żyć nie umierać. Ale komendant do obozu dorzuca jeszcze paru młodych chłopaków z poprawczaka, których można też nazwać „patriotami” z nurtu kibolskiego. Dla obwoźnego Jacka Wesołowskiego jest to bardzo poważny problem. Zwłaszcza, że podczas obozu jeden z harcerzy – Tomek zostaje znaleziony martwy na skarpie. Wypadek? Samobójstwo? A może morderstwo? Jacek próbuje na własną rękę wybadać sprawę.

czuwaj1

Nowy film Roberta Glińskiego chyba w założeniu miał być kryminałem czy nawet moralitetem. Punkt wyjścia, czyli konfrontacja dwóch światopoglądów był ciekawy, zaś osadzenie wszystkiego w lesie, gdzieś poza cywilizacją, mogło zbudować świetny klimat. Wydaje mi się, że reżyser chce pokazać do czego może doprowadzić uprzedzenia, wrogość oraz nieufność. I nawet niebezpieczna jest teza, gdzie zarówno nacjonalizm (pseudokibole), jak i patriotyzm (harcerze) są tutaj stawiani troszkę na równi. W tym sensie, że harcerze są tutaj bardziej święci od papieża (niektórzy), bo jest i palenie, picie gorzały, wyzwiska, bluzgi, nawet seks oraz pewne poczucie wyższości nad innymi. Brzmi znajomo? Wystarczy tylko zmienić uniform harcerski na dres. I to zrównanie wiele osób może wkurwić, zwłaszcza ze środowisk ZHP. Reżyser niby próbuje dodać odcieni szarości (w czym pomagają surowe, wyprane z kolorów zdjęcia), tylko że ten świat wydaje się jakiś dziwnie fałszywy, sztuczny, przerysowany.

czuwaj2

Ale sama intryga wydaje się prowadzona spokojnie, lecz do momentu pierwszego trupa zaczyna się odlatywać. Obóz, zamiast zostać zlikwidowanym działa dalej, informacja o śmierci zostaje utrzymana w tajemnicy (do czasu autopsji), a komendant nagle znika (niby powiadomić rodzinę chłopaka). Wtedy obóz harcerski zmienia się w obóz upokorzeń, zaś nasz oboźny zmienia się wręcz w dyktatora, który wymusza posłuszeństwo siłą, psychicznym znęcaniem czy nawet szantażem (próba „sfilmowania” przyznania się), co doprowadza do kolejnej tragedii. Tylko, że ja miałem to kompletnie w dupie, kolejne minuty coraz bardziej odlatują ku zdarzeniom nielogicznym, niedorzecznym i bez sensu.

czuwaj3

Aktorstwo jest w zasadzie żadne, bo nie ma tutaj postaci, interakcja jest bardzo śladowa. Nawet ci wychowankowie z poprawczaka w swoich dresach wyglądają dość groteskowo, jakby dorosłych ludzi (powyżej 30-tki) zmuszono do odtwarzania nastolatków (pamiętacie Steve’a Buscemi z „Rockefeller Plaza 30”?). Dorośli bohaterowie zostają zepchnięci na dalszy i nie mają wpływu na fabułę (Lichota jako komendant, Barciś w epizodzie księdza czy Zamachowski w roli inspektora policji). A nasz protagonista? Mateusz Więcławek wypada tutaj fatalnie, choć zamysł tej postaci jako skonfliktowanego chłopaka, próbującego wybadać sprawę oraz zaślepionego swoimi przekonaniami, był intrygujący. Tylko, że ta postać jest przerysowana, antypatyczna, drażniąca swoimi metodami pracy i z każdą minuta miałem jej dość.

„Czuwaj” miało trzymać w napięciu i zadać pytania o to, co może być impulsem do wybuchu zła. Zamiast tego wyszedł wielki, żenujący teatrzyk, pozbawiony logiki, postaci i jakiegokolwiek sensu. Harcerze powinni żądać przeprosin od reżysera za profanowanie ich organizacji, zaś reżyser spalić się ze wstydu za takie prostackie kino.

2/10 

Radosław Ostrowski

Sicario 2: Soldato

Granica amerykańsko-meksykańska, czyli miejsce pełne niebezpieczeństwa, gdzie kartele przemycają ludzi, siejąc śmierć oraz spustoszenie. Tutaj dobro i zło dawno się zmieszały ze sobą, doprowadzając do eskalacji ciągłej wojny. I tam właśnie wracamy, gdy podczas przerzutu ludzi, kurier popełnia samobójstwo. Później w jednym z amerykańskich marketów dochodzi do ataku samobójczego i za to ktoś musi zapłacić. Zwłaszcza, że za przemyt odpowiada jeden z karteli. Na polecenie rządu, ekipa pod wodzą Matta Grimesa, dostaje jedno zadanie: rozpętać wojnę między kartelami. By tego dokonać, decydują się porwać córkę jednego z bossów.

soldato1

Gdy trzy lata temu pojawiło się „Sicario”, reżyser Denis Villeneuve uderzył między oczy wielu kinomanów, doprowadzając do niemal ekstazy. Ale tym razem Kanadyjczyka zastąpił włoski filmowiec Stefano Sollima (serial „Gomorra”), by pójść w zupełnie inne tory. Pamiętacie agentkę Kate, której idealizm został zderzony z brutalną, bezwzględną rzeczywistością? Tu jej nie ma, zaś reżyser skupia się na krwawej rzeźni, nie zapominając o mrocznym klimacie. Nadal jest to przerażający, mroczny, krwawy świat, gdzie najważniejsze jest osiągniecie celu. Nieważne, że po drodze musisz zabić, że kartel zmusza dzieci do zabijania (początek finału), że musisz postąpić wbrew swoim zasadom (jakim, kurwa, zasadom?), bo politycy nie chcą sobie ubrudzić rączek.

soldato3

Trudno nie odmówić reżyserowi faktu, że skupia się przede wszystkim na intrydze oraz akcji. Gdy do niej dochodzi, adrenalina nakręca się (atak na konwój przez skorumpowanych policjantów czy bardzo ostre zakończenie), odpowiednio zachowując tempo i intensywność (porwanie dziewczynki), w czym pomagają świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego. To wszystko działa przez ¾ filmu, bo zakończenie nie daje satysfakcji (nawet sugeruje ciąg dalszy), bo pewne zachowania naszych bohaterów budzą pewne wątpliwości (relacja Alejandro z porwaną w formie niby-ojciec, niby-córka nie wybrzmiewa). I jeszcze wchodzi wątek pewnego chłopaka, który dołącza do kartelu jako przemytnik. Sama ta historia początkowo sprawia wrażenie zbędnego balastu, nie pasującego do całości. Jednak im bliżej końca, zaczyna nabierać znaczenia. Jakby całe to społeczne tło było tylko dodatkiem dla intrygi, która potrafi wciągnąć.

soldato2

„Dwójka” ma też jeden bardzo mocny atut: starzy znajomi z poprzedniej części, czyli Josh Brolin i Benicio Del Toro. Obaj bardzo szorstcy, twardzi, bez robienia z siebie ubermacho, co kipi testosteronem i dogadują się niemal bez wielu słów. Nawet momenty, gdy zaczynają się na ich twarzy malować wątpliwości (u tego pierwszego jest to wielkie zaskoczenie), pozostają przekonujący. Nieważne, czy przesłuchują terrorystę, czy próbują wyjść cało z niełatwej sytuacji. Także grająca „cel” Isabela Monel sprawdza się dobrze jako pyskate dziecko, poznające ten mroczny świat na sobie czy idący w tym samym kierunku Elijah Rodriguez (Miguel).

„Soldato” pozostaje mrocznym, ciężkim kinem akcji, z dusznym klimatem oryginału, jednak inaczej rozkłada akcenty. Zamiast poczucia bezsilności stawia na sensacyjną intrygę, pełną krwi i przemocy, wracając na stare śmieci. Pytanie, jaki czeka nas finał tej historii.

7/10 

Radosław Ostrowski

Już za tobą tęsknię

Nie lubię tego określenia, ale podobno istnieje taki podział filmów na filmy męskie oraz kobiece. Męskie to takie, gdzie najczęściej dochodzi do dużej ilości zgonów, pełnej wiader krwi oraz kipiącego testosteronem, z kolei w kobiecym umiera tylko jedna osoba, doprowadzając widzów do wylania oceanu łez. Jak myślicie, do którego z tych rodzajów kina pasuje „Już za tobą tęsknię”?

To słodko-gorzka opowieść o przyjaźni dwóch kobiet, które znają się od małego. Jess była Amerykanką, która trafiła do Londynu, gdzie przenieśli się rodzice. W szkole poznaje Millie, z którą szybko nawiązuje nić porozumienia. Pierwszy pocałunek (z chłopakiem, nie ze sobą), pierwsze relacje damsko-męskie, w końcu ciąża Millie z pewnym rockowym muzykiem oraz związek Jess z Jaco, którzy próbują mieć dziecko. Jednak cała ta przyjaźń zostanie wystawiona na ciężką prób z powodu pana raka, który postanowił odwiedzić Millie.

juz_za_toba_tesknie1

Reżyserka filmu Catherine Hardwicke (na zawsze zapamiętana jako twórczyni „Zmierzchu”) mierzy się z mieszanką dramatu, komedii oraz filmu obyczajowego. Pozornie przypomina to oglądanie albumu ze zdjęciami, gdzie mamy tylko pewną zbitkę pewnych wydarzeń. I o dziwo, udaje się to wszystko ułożyć w spójną fabułę, gdzie humor miesza się z dramatem, dojrzałość z nieodpowiedzialnością, śmiech ze łzami. Niczym w prawdziwym życiu, ale jednocześnie nie szarżuje ze skrajności w skrajność. I to zachowanie równowagi działa. Bo wybrzmiewają te dramatyczne momenty (coraz bardziej bezwzględne działania raka), rozładowywane za pomocą miejscami ironicznego, brytyjskiego poczucia humoru (scena porodu, by nie popaść w przesadę. Ale pod tym wszystkim przebija się ta przyjaźń, z lekko toksycznym osadem, polanym egoistyczną wręcz postawą Millie. Kobieta niejako znajduje się w orbicie otoczenia i wydaje się być z tego zadowolona, choć zdarza się wykorzystywać innych (ściąga Jess do hotelu Bronte, by zobaczyć miejsce akcji „Wichrowych wzgórz” i przy okazji zrobić mały skok w bok), co nie czyni tego układu tak schematycznym oraz oczywistym. Zaś prowokuje do pytań o granicę przyjaźni i ile można dla niej ze swojego życia powiększyć.

juz_za_toba_tesknie2

Hardwicke jest bardzo szczera oraz blisko trzyma się ziemi, przez co udaje się uniknąć stosowania emocjonalnego szantażu. Do tego nie brakuje pięknych kadrów (nie tylko wrzosowiska, ale nawet platforma wiertnicza podczas burzy) oraz bardziej spokojnej muzyki w tle, a także świetnej obsadzie. Absolutnie błyszczy Toni Collette w roli egoistycznej Millie, balansując między przerażeniem, zgrywą i powagą, dając wiele mięcha w tej roli. Równie zaskakująca jest Drew Barrymore, której nie jestem wielkim fanem. Ale tutaj tworzy postać bardzo empatycznej Jess, która dla przyjaciółki jest w stanie zrobić wiele oraz przede wszystkim czuć chemię z Collette. Drugi plan dominują tutaj Dominic Cooper (Kit) oraz Paddy Considine (Jaco) w rolach partnerów głównych bohaterek, nie będących tylko tłem dla tych postaci.

Coś dziwnego się ze mną dzieje, bo to kolejna słodko-gorzka historia obyczajowa, pełna bardziej zniuansowanych portretów postaci oraz bardziej trzymająca się ziemi niż klisz gatunku. Pełna ciepła, humoru oraz dramatu w odpowiednio wymierzonych proporcjach, co zdarza się niezbyt często. A czy wy będziecie tęsknić za bohaterkami?

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Pomiędzy nami góry

Historia pozornie prościutka niczym konstrukcja cepa. Oboje muszą pilnie polecieć, lecz burza śnieżna spowodowała, iż ich loty zostały odwołane. Ona jest fotografem pracującym dla gazety i spieszy się na… swój ślub. On jest lekarzem, wracającym z konferencji i musi wracać do swojego szpitala. Kobieta wpada na prosty pomysł, by prywatną awionetką wyruszyć. Co może pójść nie tak? Jeśli pilot dostaje udaru, samolot rozbija się w górach, to wszystko.

pomiedzy_nami_gory1

Wydaje się, że zrobienie kina z gatunku survival a’la Bear Grylls nie może być jakoś super skomplikowanym zadaniem. Rozbity samolot, duże góry, a jak góry, to od groma śniegu, brak zasięgu, brak ludzi, brak cywilizacji. Dodajmy jeszcze bardzo skromne zasoby żywności, drobne urazy (chyba, że mówimy o złamaniu nogi) oraz kompletnym – przynajmniej na początku – braku zaufania tej pary. Czy udaje się reżyserowi zbudować klimat zagrożenia oraz walki o przetrwanie? Na początku tak i już sama scena zderzenia zrobiona w jednym ujęciu z perspektywy pasażerów robi mocne wrażenie. Dwie różne postawy, które doprowadzają do spięć, wreszcie przyroda wyglądają wręcz monumentalnie (ale piękne te góry, las też bardzo ładny, a śnieg to w ogóle jest bielszy niż zęby z reklam). Problem w tym, że im dalej w las, tym poczucie zagrożenia staje się coraz słabsze. Jasne, wynika to z faktu coraz lepszego radzenia sobie z tym wszystkim, ale upływającego czasu od katastrofy zwyczajnie nie czuć (jedynie pada to w dialogach). I troszkę bohaterowie mają sporo szczęścia.

pomiedzy_nami_gory2

Z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu, reżyser doszedł do wniosku, że będzie świetnie poprowadzić bohaterów ku romansowi. Bo jak wiadomo, przeciwieństwa przyciągają i nic tak nie łączy ludzi, jak wspólna walka o przetrwanie. Tylko, że ten romans nie jest w żaden sposób przekonujący, działając troszkę na zasadzie wciśnięcia guziczka i bach – już się zakochują (dzięki czemu przetrwają – to już naprawdę bolą uszy) i ta przemiana jest pozbawiona podstaw. Być może takie okoliczności mogłyby doprowadzić do takiej głębszej relacji, zaś ostatnie 20 minut – ciężko się to ogląda i niszczy kompletnie całość.

Sytuację próbują ratować Idris Elba oraz Kate Winslet, którzy może nie wznoszą się na wyżyny swoich możliwości, ale wypadają naprawdę przyzwoicie. Szczególnie Elba, tworząc postać naznaczoną pewną tajemnicą, determinacją oraz bardziej opanowanego. Problem w tym, że między tą parą nie czuć kompletnie chemii, co kompletnie zgrzyta. Ale nawet oni nie są w stanie wznieść tego filmu powyżej stanu średniego, który ogląda się bezboleśnie, lecz nie angażuje za bardzo. Z taką obsadą powinno wręcz iskrzyć.

5/10

Radosław Ostrowski

Riverside – Wasteland

RIVERSIDE%2B-%2BWasteland%2B-%2Bfront

Nie ma obecnie kraju bardziej popularnej reprezentacji rocka progresywnego niż kierowany przez Mariusza Dudę Riverside. Jednak ostatnie lata były bardzo brutalne dla formacji – najpierw zmarł ojciec frontmana, a następnie gitarzysta grupy Piotr Grudzieński. Jego pamięci był poświęcony album „Eye of the Soundscape”, gdzie pojawiły się ostatnie utwory z tym muzykiem, jednak skręt ku bardziej elektroniczno-ambientowym klimatom wywołał ogromne kontrowersje. „Wasteland” miał pokazać także, jak formacja (już jako trio) będzie dalej funkcjonować.

Uprzedzę wszystkich od razu: gitara nadal wybrzmiewa, lecz gra na niej sam Duda i/lub grający z nimi na koncertach Marcin Meller z Quidam. Choć otwierający całość „The Day After” jest śpiewany a capella (wokal nawet odbija się niczym echo), ale w połowie coraz mocniej dochodzi elektronika, budząca skojarzenia z Lunatic Soul. Tylko, że końcówka w niemal horrorowym stylu ostrzega, że będzie inaczej. Cięższe dźwięki gitary towarzyszą przez „Acid Rain”, gdzie tną niczym nożyczki,wspierane przez bardzo mroczną elektronikę, wręcz organową, by w połowie kompletnie zmienić klimat. Wtedy zaczyna odzywać się elektronika, zaś solówki wywołują niepokój swoim bluesowym wręcz zacięciem, by załkać w finale. O wiele bardziej hard rockowo dzieje się w „Vale of Tears”, chociaż refreny są o wiele spokojniejsze, przypominające średniowieczne pieśni (znowu te organy) oraz elektroniczne wstawki z dość nieoczywistą perkusją, zmiennym tempem (wręcz marszowym) oraz bardziej patetycznym solo, które miażdży. Po takim rollecoasterze wchodzi oaza spokoju w postaci akustycznego „Guardian Angel”, gdzie gitara się uspokaja i razem z fortepianem działa kojąco, ale w połowie dochodzi do przełamania z powodu wejścia melodyjnej gitary elektrycznej jako tła. Melancholijny „Lament” oparty na prostych dźwiękach gitary akustycznej (początek), by uderzyć podniosłym wokalem oraz zgraniem perkusyjno-organowo-gitarowym w refrenie, działając niczym rollercoaster, by na koniec dodać cymbałki oraz… skrzypce. Choć spokojny „River Down Below” potrafi chwycić swoimi dźwiękami, a na finał dostajemy pianistyczny, poruszający „The Night Before”.

Kiedy wydaje się, że już nic nie zaskoczy wskakuje „The Struggle for Survival”, który trwa prawie 9 minut. Krótkie solówki gitary, imitacje trąbek, metaliczny bas w tle – początek może wydawać się bardzo monotonny, ale dalej zaczynają się odzywać kolejne instrumenty, klawisze podświdrują, perkusja lekko uderzy, by na chwilę weszły gitary (elektryczna wydaje się nawet lekko orientalna), podkręcają tempo oraz dodając ostrości, dorzucić kolejny element, budując klimat miejscami godny horroru oraz totalnej psychodelii. Czy mówiłem o tym, że jest to kompozycja instrumentalna? Równie duży jest też utwór tytułowy, ale tym razem zawiera słowa i tez zaczyna się bardziej spokojnie, chociaż gitara akustyczna gra dość energicznie. Wejścia fortepianu oraz wokaliz z „łkającą” (a nawet szarpiącą) gitarą dają efekt niesamowitości, by wrócić do początku utworu i jeszcze podgrzać temperaturę.

Także i sam Duda na wokalu wydaje się być taki jak zawsze, ale parę razy zaskakuje. Od niemal spokojnego i głębokiego niczym Nick Cave przez pewien stan „anielskości” aż po… falset. I każdy z tych tonów wybrzmiewa bez fałszu. Choć „Wasteland” może wydawać się o wiele spokojniejszy niż poprzednie płyty Riverside, pozostaje autentyczny, potrafi poruszyć i wiele utworów zostanie w pamięci na długo.Na pewno jeszcze wrócę do tej płyty.

8/10

Radosław Ostrowski