Wilcza skóra

Gdzieś w górach Hiszpanii żyje Martinon – myśliwy, który utrzymuje się z tego, co upoluje. Za zrobione skóry kupuje sobie odpowiednie artykuły. Ale po stracie swojego psa, coraz bardziej doskwiera mu samotność. Wreszcie decyduje się „kupić” sobie żonę od młynarza Ubaldo – jego starszą córkę Pascualę. Ta jednak nie wytrzymuje surowych warunków i umiera, więc myśliwy żąda zwrotu pieniędzy. Młynarz jednak proponuje mu za żonę młodszą córkę, Adelę.

wilcza_skora1

Kolejny film Netflixa, ale tym razem z hiszpańskiego otoczenia. Dzieło Sama Fuentesa jest bardzo wyciszonym, wręcz surowym dramatem, gdzie niemal cała akcja toczy się w otoczeniu bezwzględnej naturze. Akcja toczy się tutaj bardzo powoli, dialogów jest praktycznie niewiele, a wszystko jest zdominowane przez imponującą przyrodę – las i góry ze śniegiem oraz domostwo myśliwego. Sama historia jest bardzo prosta, bo mamy mężczyznę zderzonego z przyrodą, troszkę zachowującego się niczym zwierzę, a także wejście w ten świat kobiety. Najpierw schorowanej, ciężarnej Pascuali oraz młodszej Adeli, nie chcącej się w żaden sposób podporządkować się swojemu obecnemu mężowi. Wszystko to jednak pokazane jest w gestach, spojrzeniach oraz działaniach, a nie w oszczędnych dialogach. I ta surowość dla wielu może okazać się bardzo ciężką barierą do przeskoczenia, zmuszając do większego skupienia w trakcie seansu.

wilcza_skora2

Trudno jednak cokolwiek zarzucić realizacji, bo film potrafi zrobić imponujące wrażenie. Nie tylko scenami przyrodniczymi (że się tak wyrażę), ale też montażem równoległym, bardzo nastrojowej muzyce oraz bardzo spokojnej reżyserii. Może za spokojnej, bo „Wilcza skóra” nie zawsze potrafi zaangażować i bardzo wolne tempo działa czasem wręcz usypiająco.

wilcza_skora3

Sytuację częściowo ratują aktorzy – kompletnie nieznane twarze, którzy budują swoje postacie jedynie za pomocą gestów, spojrzeń. Ale udaje się wykreować postacie z krwi i kości, co na pewno nie było prostym zadaniem. Najbardziej wybija się Mario Casas, czyli nasz myśliwy, coraz bardziej przyzwyczajony do surowych warunków. Może i na pierwszym razem sprawia wrażenie szorstkiego, a głos ma bardzo spokojny, jednak to bardzo twardy mężczyzna, nie pozbawiony jednak ludzkich odruchów. Partnerujące mu panie (Ruth Diaz i Irene Escolar) dopełniają, tworząc różne oblicza kobiecości: podporządkowanej oraz zbuntowanej.

Zaskakująco solidne kino, chociaż wymaga bardzo wiele, zaś surowość bywa wadą, jak i zaletą. Ale jest w „Wilczej skórze” coś, co nie pozwoliło mi odwrócić oczu od seansu. Może też dacie szansę hiszpańskiemu tytułowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cheap Tobacco – Szum

cheap-tobacco

W Polsce muzyka bluesowa ma spore tradycje, choć nie tak duże jak Amerykanie. Niemniej ostatnio coraz bardziej przebija się kilka nowych twarzy w tym nurcie jak Limboski czy właśnie zespół Cheap Tobacco, działający już od 7 lat. I teraz pojawiają się z nowym wydawnictwem zwanym „Szum”.

Samo brzmienie to klasyczny blues w starym stylu znanym przed 40 lat, co czuć w produkcji, delikatnie wspieranej przez syntezatory. Otwierający całość „Nieidealny” ma prosty, lecz wpadający w ucho riff, spokojny rytm oraz mocny finał.ale po drodze nie brakuje paru niespodzianek jak klaskany „Thunder” z metalicznym basem, bardziej stonowana „Nić” (przynajmniej na początku) czy niemal minimalistyczne „Halo”, bardziej idąc ku krótkim solówkom. Jednak kośćcem pozostaje mocna gra gitary oraz bardzo silny wokal Natalii Kwiatkowskiej, chociaż sporadycznie odzywają się także elektroniczne dźwięki („Running Wild”), fortepian (mroczny „Deszcz”) czy delikatna gitara akustyczna (początek utworu tytułowego, gdzie w refrenie robi się bardzo ostro). Nawet bas potrafi zagalopować, co pokazuje coraz bardziej rozkręcający się „End of the World” czy troszkę cięższa „Wędrówka” z siarczystym solo na klawiszach. Nawet spokojniejszy numer musi zaskoczyć tak jak „Bez Ciebie”, gdzie wchodzą… cymbałki.

Ale największym skarbem jest wokal wspomnianej Kwiatkowskiej, który brzmi bardzo niewspółcześnie, ale bardzo naturalnie, co najbardziej widać z zmieniającym tempo oraz klimat „Śladzie”, wieńczącym ten ciekawy album. Staroświecki styl, świetna produkcja, chwytliwe numery plus magnetyzujący głos – to wystarczy, by zwrócić na nich uwagę. Jeśli nie słyszeliście, zacznijcie ich obserwować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Fahrenheit 451

Kolejne podejście do powieści Raya Bradbury’ego, tym razem dokonane przez stację HBO. Czyli świat, w którym książki w formie papierowej są zakazane (poza trzema tytułami), a strażacy wywołują pożary. Ale tym razem Guy Montag jest samotnikiem, mieszkającym w domu, pracującym 16 lat w straży (tak jak jego ojciec) kierowany przez kapitana Beatty’ego. Cały świat jest podłączony do Internetu, nazywanego tutaj Dziewiątką, który obserwuje wszystko i wszystkich, umieszczając obrazy wszędzie – na ścianach, w szybach, jednak ci poza systemem (mątwy) ukrywają się wśród ludzi, czytając książki i próbując je zachować.

fahrenheit_451_20181

Reżyser Ramin Bahrani uwspółcześnia powieść Bradbury’ego, czerpiąc garściami z innych klasyków kina oraz literatury SF. Bo nie brakuje neonowych bajerów z „Blade Runnera”, inwigilacji znanej z „Roku 1984” (kamery, drony) i tutaj bardziej czuć bezwzględne działanie systemu. Tu nie brakuje klimatu zagrożenia, momentów niepewności, ale też czegoś, co nawet mnie zaskoczyło. Pewien dość prosty podział na dobrych i złych: dobrzy to mątwy, źli to strażacy. I jeszcze jedno: reżyser zamiast dylematów na temat sztuki, pokazania antyutopijnej wizji świata, gdzie doszło do poważnej modyfikacji historii świata (po II wojnie secesyjnej), skupia się na samej akcji. Sceny palenia książek robią niesamowite wrażenie (zwłaszcza ta w domu starszej pani, która się podpala), stonowana kolorystyka dodaje poczucie niepokoju, tak samo jak oszczędna muzyka. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia pewnej płytkości tematu (książki czynią ludzi nieszczęśliwymi i by uniknąć ataków pewnych grup społecznych są niszczone), zaś finał nie dał mi zbyt wiele satysfakcji. Nawet przemiana głównego bohatera wydaje się – tak jak w wersji Truffauta – zbyt mechaniczna, nie przekonująca. Aczkolwiek wplecenie scen retrospekcji oraz sposobu „czyszczenia” pamięci za pomocą… kropel do oczu jest pewną zaletą. Jest kilka ciekawych pomysłów (świetna czołówka z płonącymi książkami czy sceny szkoleń), ale miejscami zbyt galopuje.

fahrenheit_451_20182

Jeśli coś broni i przykuwa uwagę, to chemia między głównymi bohaterami granymi przez Michaela B. Jordana oraz Michaela Shannona. Ten pierwszy w roli Montaga radzi sobie całkiem nieźle w roli protagonisty, który zaczyna mieć wątpliwości, ale bardziej interesował mnie ten drugi. Shannon zawsze sprawdza się w rolach mrocznych postaci, chociaż Betty nie boi się manipulować (kiedy zmusza Montaga do przeczytania książki na głos), jednak wydaje się być kimś więcej niż narzędziem systemu. Relacja tych dwóch postaci przypomina uczeń-mistrz, ale także niby ojciec-niby syn, elektryzując także w finale.

Ta ekranizacja wydaje mi się na podobnym poziomie, co wersja Truffauta, która też nie była do końca udana. Na pewno przemawia współczesnym językiem, czerpiąc z bardziej znanych dzieł SF, ale jednocześnie wydaje się pozbawiona własnej tożsamości, co działa bardzo negatywnie. Można obejrzeć, jednak lepiej sięgnąć po pierwowzór literacki.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

The Pineapple Thief – Dissolution

The_Pineapple_Thief_Dissolution_Album_Cover

Ta brytyjska formacja progrockowa w ostatnich latach poszła ku bardziej piosenkowym formom, co fanów ekipy Bruce’a Strooda mocno podzieliło. Jednak ostatni album “Your Wilderness” pokazał, że można to połączyć w taki sposób, by wprawić w zachwyt. Ale to było dwa lata temu I pytanie: czy ta forma uchowała się w “Dissolution”, gdzie do zespołu już na stałe dołączyć perkusista Gavin Harrison (Purpucine Tree, King Crimson)?

Powiem tak: klimat zachowano, co już czuć w dość długim (dwuminutowym) wstępie w postaci “Not Naming Any Names”, opartym tylko na fortepianie oraz delikatnym wokalu Strooda. To jednak zmyłka przed mocniejszym “Try As I Might”, gdzie odzywają się gitary z perkusją, by uderzyć na koniec mocnym riffem w bardziej garażowym stylu. Melancholia wraca w delikatnym “Threating War”, gdzie gitary pełnią role rzadko wybijającego się tła (oprócz akustycznej), by przemieszać się z ostrzejszymi wejściami elektrycznych dźwięków (mostki oraz refren) oraz mroczniejszym “Undercoving Your Tracks”, dając więcej pola dla perkusji oraz niepokojących klawiszy, chociaż i gitara bardziej wrzaśnie, by jeszcze mocniej uderzyć w szybkim “All That You’ve Got” oraz niemal chropowatym “Far Below”, gdzie riffy zderzone z odbijającą się niczym echo elektroniką i smyczkami może zmrozić krew. Niemal na sam finał dostajemy 11-minutowy “White Mist” z gościnnym udziałem gitarzysty Davida Torna, który w środku pozwala sobie zaszaleć razem z sekcją rytmiczną, zmieniając tempo oraz melodię, chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że ten utwór bardzo się wlecze (ale środkowy fragment, gdzie Torn szaleje – miażdży), by na finał uderzyć poruszającym “Shed a Light”.

Trudno odmówić albumowi klimatu, kilku chwytających za serducho momentów, zaś wokal Strooda zaczyna coraz bardziej mi przypominać Stevena Wilsona (to akurat jest plus). Jednak poprzedni album zrobił większe spustoszenie i bardziej na mnie działał. Niemniej “Dissolution” jest całkiem solidnym albumem, dobrze zgranym z obecną pogodą.

7/10

Radosław Ostrowski

Ian Gillan & The Javelins – Ian Gillan & The Javelins

ian-gillan-the-javelins-b-iext53077091

Moda na retro rockowe granie trwa już od kilku ostatnich lat, choć nie tylko tylko o granie coverów, lecz działalność takich kapel jak River Sons, Blues Pills czy ostatnio coraz popularniejsza Greta Van Fleet. Jednak The Javelins wpisują się w tą pierwszą grupę. Kapelę tworzą: gitarzyści Gordon Fairmaier i Tony Tacon, basista Tony Whitfield, perkusista Keith Roach oraz na wokalu Ian Gillan (jeśli kojarzy się to nazwisko z zespołem Deep Purple, to bardzo dobrze się kojarzy). Choć działają od lat 60., swój pierwszy album wydali dopiero w 1994 roku (“Sole Agency and Representation”) i teraz wracają z premierowym materiałem. Ale premierowy nie oznacza w tym przypadku oryginalny, bo znów są to covery hitów z czasów rock’n’rolla.

Zaczyna się od zaskakująco energicznego “Do You Love Me”, który już daje czuć klimat rock’n’rolla: od staroświecko uroczej perkusji, śpiewanych chórków przez zespół w refrenie, łagodne gitary oraz mocny głos Gillana, ale bez ekspresji znanej z macierzystej formacji. A im dalej w las, tym bardziej elegancko wybrzmiewa całość: od ubarwionego jazzem “Dream Baby” (dęciaki są cudne) przez delikatnie pędzące “Memphis, Tennessee” z ładnymi solówkami czy zaskakujące “Little Egypt” z wstępem w klimacie wesołego miasteczka, by pójść w niemal tanecznego bluesa, z dęciakami oraz wręcz werblową perkusją w środku. Javelinsi też potrafią przyspieszyć (“High School Confidential” czy “Rock’n’Roll Music”, gdzie szaleje fortepian Dona Aireya), by pójść w bardziej liryczne klimaty jak w “It’s So Easy!” oraz bujając w delikatnym “Save the Last Dance for Me” czy organowych “Another Saturday Night”, nie zapominając o bluesisku (“You’re Gonna Ruin Me Baby”, gdzie swoje solówki mają klawisze z harmonijką ustną).

Niektórzy mogliby stwierdzić, że poboczny project Gillana jest tylko skokiem na kasę oraz grą na sentymentach. Ale zespół bardzo dobrze się bawi, Gillan wrzuca na luz, zaś klimat wylewa się z każdego granego utworu. Czasami warto uruchomić taki wehikuł czasu, nawet jeśli nie jest to nic nowego. Ale czy zawsze trzeba na nowo odkrywać koło, by sprawić wielką frajdę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tede & Sir Mich – Noji?

noji-w-iext52951827

Wszyscy znamy Tedego. Jeden z najstarszych aktywnych polskich raperów nie zna słowa emerytura, choć ostatnie albumy (przydługi „Keptn’” oraz trapowy „Skrrrt”) bardzo mocno podzieliły fanów. Graniecki zawsze szedł z prądem, dzięki czemu tak długo funkcjonuje, a współpraca z Sir Michem to najlepsza rzecz, jaka trafiła się w karierze rapera. Czy „Noji” będzie tym, na co fani tak naprawdę czekają?

Sam początek jest bardzo oszczędny, ale lekko imprezowy „199II”, mieszający cykającą perkusję z funkową gitarą oraz ciepłymi klawiszami. Tylko lekko podśpiewywany refren psuje wrażenie, chociaż nie brzmi to aż tak tragicznie. Tytułowy utwór jest już bardziej imprezowy, z mocno wybijającą się perkusją oraz niemal klubową elektroniką, czyli „klasyczny” współczesny Tedas. Energetyczna petarda z nośnym refrenem. Bardziej mroczny, choć minimalistyczny „Airmax 98”, płynie niczym fale nad oceanem, zaś podśpiewywany w sposób „orientalny” refren potrafi rozbawić, jak powoli nakręcający się „Hot18banglasz” z cykaczami oraz bardzo spokojnie wchodzącymi dźwiękami (follow-up do siebie) czy niemal rozpędzony do granic wytrzymałości „WJNWJ” oraz nostalgiczne „Hejka”, przypominając troszkę dźwięki z lat 80. oraz Tedasem na autotunie.

Jednak o dziwo najlepiej prezentują się wolniejsze, choć pełne wokalnych przeróbek „Stadnina”, pełna niepokojących klawiszy, czerpiący z mieszanki funkowo-rockowej „Sinusoidalne tedencje” czy mieszający jazz z bardziej „tłustymi” bitami „Amsterdam”. Sir Mich nadal potrafi oczarować swoimi podkładami, nawet jeśli brzmią tandetnie (początek „Drugbox” czy niemal uliczny w przedwojennym stylu „Żelipapą”, parodiujący potem disco), by wystrzelić różnymi modyfikacjami wokalnymi („Nikmi nikmi”) czy dźwiękami inspirowanymi wręcz retro popem („Filozofia WNDB”), a nawet skręcając po indyjskie klimaty (rozpędzony „Fansi 3H”) czy latynoskie („Bailando melo”).

Tedas, jak to Tedas, nie wymyśla jakichś nowych tematów i opowiada niemal o tym samych: sława, kasa, szczęście, imprezy, ale też o przejażdżce rowerem czy o kulturze francuskiej. Nie znaczy to, że robi to w sposób nudny, bo technikę ma mocną (przyspieszyć też potrafi) i bawi się świetnie podczas nagrywania. Na imprezkę nada się idealnie, co chyba było głównym celem tego dzieła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

22 lipca

Dla Norwegii miał to być zwykły, normalny dzień w pracy. Na wyspie Utoya trwał obóz integracyjny, gdzie znajdowały się dzieci polityków, imigranci, spędzający wspólnie czas. W tym samym czasie Anders Breivik produkował bomby, zbierał broń, kamizelkę, by zrealizować swój misterny plan: wysadzić budynek rządowy i zabić wszystkich na wyspie Utoya.

22_lipca2

Sięganie po taki bardzo trudny i delikatny temat zawsze jest ogromnym ryzykiem, zwłaszcza jeśli stoi za tym Netflix. Jednak reżyser Paul Greengrass już nie raz pokazywał, że nawet bardzo trudne tematy rozgrywał w taki sposób, by poruszyć („Lot 96”), bez popadania w publicystykę czy moralizatorstwo. Nie inaczej jest tutaj, ale reżyser wywraca swoją dotychczasową konstrukcję do góry nogami. Wszystko zaczyna się od przygotowań oraz przebiegu ataków z obydwu perspektyw (kata oraz ofiar), by potem skupić się tym, jak żyć dalej. Jak państwo tak spokojne i liberalne jak Norwegia musi zmierzyć się ze złem, jakiego nigdy nie spotkali. Jak mają żyć ci, co mieli szczęście przetrwać – jak Valje, który dostał pięć kul (jedna z nich trafiła w głowę i pozbawiła go oka), ledwo wychodząc z tego zdarzenia. Sama scena ataku mrozi krew w żyłach, bo Greengrass realizuje swój film w niemal paradokumentalnym stylu, na zimno – niczym podgląd pod mikroskopem. I to wywołuje największe przerażenie, a reżyser nie epatuje przemocą. Ale ten zamach i atak budzi przez to prawdziwy strach, budując poczucie osaczenia, bezsilności oraz ogromnego lęku, chwytając wręcz mocno za gardło.

22_lipca1

Im dalej jednak w las, Greengrass bardzo pewnie pokazuje konfrontację Breivika ze społeczeństwem norweskim. Zaczynają się pojawiać kolejne fakty oraz bardzo sprzeczne informacje na punkcie terrorysty. Czy aby na pewno działał z jakąś grupą? Czy jest planowany kolejny atak? Czy jest wspierany przez kilku przedstawicieli skrajnych prawicowców? Tutaj pojawia się więcej odcieni szarości i pokazuje te zdarzenia z każdej perspektywy (premier Stoltenberg, Valje, Breivik, jego adwokat), by znaleźć odpowiedź na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego doszło do ataku? Czy można było temu zapobiec? Oraz skąd wziął się taki człowiek jak Breivik (znakomity Anders Danielsen Lie)? I co tak naprawdę go motywuje do działania?

22_lipca3

Paradokumentalny styl Greengrassa sprawdza się tu znakomicie. Naturalne światło, bardzo oszczędna muzyka, lekko trzęsąca się kamera oraz obsadzenie kompletnie nieznanych aktorów dodaje realizmu i pozwala skupić się na samej opowieści. Każdy z aktorów wykonuje swoją robotę fantastycznie

„22 lipca” z każdą sekundą nabiera intensywności, a kilka scen jest bardzo, bardzo mocnych. Jednocześnie reżyser wydaje się wierzyć, że można ze złem wygrać bez stosowania ekstremalnych metod. Nie nienawiścią, bo ona działa niczym nakręcająca się spirala, lecz dalszym życiem. Tylko, że droga do tego nie jest wcale taka prosta, co nie oznacza, ze jest nieosiągalna.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

The Wall

Irak, rok 2007, czyli czas powolnego końca wojny. Przynajmniej dla Amerykanów, zaczynających się wycofywać. I nagle dwóch żołnierzy (sierżant Allen oraz sierżant Matthews) ma zbadać okolicę, gdzie doszło do ataku snajperskiego. Jednak cała zabawa zaczyna się, gdy Matthews mocno obrywa, zaś Isaac próbując mu pomóc zostaje zraniony, traci wodę i chroni się przed ostrzałem do bardzo cienkiego muru. Zaś przeciwnik zaczyna z nim prowadzić rozmowę.

the_wall1

Po opisie można stwierdzić, że nie będzie to klasycznie rozumiany film wojenny. Mamy bardzo ograniczoną przestrzeń, dwie postacie oraz jeden głos, którego posiadacza nigdy nie zobaczymy. Podobnie jak „Mina”, to bardzo kameralny dramat psychologiczny, gdzie dwaj antagoniści prowadzą ze sobą grę w kotka i myszkę. Co gorsze, nie wiadomo skąd może paść strzał decydujący o życiu lub śmierci. Tym bardziej zaskakuje fakt, że „The Wall” wyreżyserował Doug Liman – reżyser takich filmów jak „Tożsamość Bourne’a” czy „Na skraju jutra”. Bardzo surowy film, gdzie napięcie ma budować tylko i wyłącznie rozmowa dwóch postaci, co zmusza do o wiele większego wysiłku niż klasycznego thrillera. Powoli zaczynamy odkrywać pewne zdarzenia z życia Allena, z kolei próby wyrwania się z klinczu oraz dopadnięcia snajpera potrafią zaangażować i trzymają w napięciu (zdobycie radia), chociaż ja już chyba widziałem zbyt wiele tego typu produkcji, by dać się bardziej wciągnąć.

the_wall2

Wrażenie robi za to bardzo surowa realizacja, bez fajerwerków, bez muzyki, z długimi ujęciami. Dialogi potrafią zaskoczyć i przypominają, że wojna nie tylko jest bardziej skomplikowana niż się na pierwszy rzut oka, ale też pozbawiona jakiegokolwiek sensu, co pokazuje dosadne zakończenie. Tylko, że to zakończenie łatwo przewidzieć, co psuje dobre wrażenie, jakie robi Liman przez ¾ filmu.

Za to bardzo dobrze wypada aktorstwo. Kolejny raz zaskakuje Aaron Taylor-Johnson, pokazując osaczonego, zmęczonego żołnierza, który coraz bardziej próbuje się odnaleźć w tej niekomfortowej sytuacji. I ta rola przyciąga uwagę. Podobnie jest z całkiem niezłym Johnem Ceną, którzy tworzy naprawdę sympatyczną kreację. A może to wynika z faktu, że nie mówi zbyt wiele i leży na ziemi ranny. 😉

„The Wall” mnie bardzo zaskoczył i nie okazał się straconym czasem, chociaż wymaga większej cierpliwości, nie jest efekciarski i w żaden sposób widowiskowy. Liman pokazuje troszkę inną twarz, co może być wielką niespodzianką.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Dama w vanie

Alan Bennett to bardzo uznany w swoim kraju dramaturg oraz scenarzysta filmowy, chociaż początki miał dość trudne. W jego spokojne, bardzo nudne życie wjeżdża pewna furgonetka, którą prowadzi bardzo starsza pani i na ulicy wywołuje wielkie poruszenie. W końcu nasz autor decyduje się ją przygarnąć, a w zasadzie wpuścić do swojego podjazdu dla aut. To miało być tylko na chwilkę, aż pani Shephard stanie na nogi. Ta chwila potrwała 20 lat i stała się inspiracją do tego filmu.

dama_w_vanie1

Reżyser Nicholas Hytner parę razy już pracował ze scenariuszami Bennetta, więc jego wybór na stołku reżyserskim nie zaskakuje. Jednak sama historia robi to parokrotnie. Po pierwsze, reżyser bardzo delikatnie balansuje między komedią a dramatem, serwując kilka błyskotliwych dialogów. Po drugie, mamy tutaj dość skomplikowaną relację między autorem a starszą panią, która jest bardzo trudna w obyciu. I zaczyna się tworzyć pewna trudna więź, dzięki której powoli życie Bennetta zaczyna nabierać barw, choć autor musi się zmierzyć ze swoją chorą matką. Sama pani Shephard dla mieszkańców staje się początkowo kimś w rodzaju kukułczego jaja, którego nikt nie chce przygarnąć i chcą okazać jej pomoc, bo… tak wypada, bo co powiedzą sąsiedzi. Z czasem staje się elementem krajobrazu, rzadko komu przeszkadzając. Ale sama Shephard przez długi czas pozostaje zagadką, a powoli odkrywane informacje prowokują do jednego pytania: dlaczego? Dlaczego wykształcona kobieta kończy jako bezdomna? Dlaczego nie przepada za muzyką, choć sama ją grała w młodości? I dlaczego ktoś ją nawiedza i zmusza do płacenia? Te zagadki coraz bardziej mierzą, zaś ich rozwiązanie jest w pełni satysfakcjonujące.

dama_w_vanie2

Realizacyjnie to film pozbawiony fajerwerków, bardziej skupiający się na bohaterach. Zwłaszcza tutaj wybija się pani Shephard, zagrana przez rewelacyjną Maggie Smith. Z jednej strony sprawia wrażenie nie do końca normalnej (malowanie furgonetki farbą nie przeznaczoną do tego), pełnej silnej wiary, ale jednocześnie jest bardzo zagubiona, niepewna oraz skrywająca pewną tajemnicę. Postać ta wywołuje bardzo skrajne emocje: od współczucia przez odrazę oraz pewnego rodzaju szlachetność i szacunek. Ale w żadnym wypadku nie jest to rola przerysowana, przeszarżowana, pozostając do końca ludzką. Partnerujący jej Alex Jennings (pan Bennett i pan Bennett) bardzo dobrze sprawdza się w roli opiekuna mimo woli, początkowo niechętnego, lecz z czasem bliżej poznaje swoją nową sąsiadkę. Czuć powoli rozpędzającą się chemię między bohaterami i kilka razy łapie za gardło.

dama_w_vanie3

„Dama w vanie” wyciąga to, co najlepsze z kina brytyjskiego, mieszając smutek, dramat i humor w jedną, spójną całość o niespełnieniu, nadziei oraz o tym, że pozory potrafią wprowadzić w błąd.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tomb Raider

Ile było już prób przeniesienia na ekran gier komputerowych? Filmowcy są jednak na tyle uparci i próbują sięgać po takie znane marki jak „Warcraft” czy „Assassin’s Creed”, bo można w łatwy sposób ściągnąć kasę od fanów. „Tomb Raider”, czyli seria gier przygodowych o Larze Croft już miała dwa podejścia (ale już nic nie pamiętam), więc nie była to marka kompletnie obca. Czy sprawdza się stare porzekadło, że do trzech razy sztuka?

Tutaj Lara jest bardzo młodą dziewczyną, której ojciec zaginął wiele lat temu. Nie może korzystać z jego majątku (niepodpisane pewne dokumenty) i dlatego pracuje jako kurierka, trenuje boks i tego typu sprawy. Przygotowując się do przejęcia majątku znajduje pewną łamigłówkę. Razem z nią klucz, łamigłówkę i (ostatecznie) bardzo dużo materiałów związanych z ostatniej wyprawy (poszukiwanie grobowca japońskiej królowej) oraz film od ojca. Na nim prosi, by zniszczyć wszelkie materiały na ten temat, czego oczywiście nie robi, za to wyrusza na jego poszukiwania.

tomb_raider1

Najnowszy „Tomb Raider” to origin story, czyli widzimy tutaj drogę Lary to tej poszukiwaczki przygód jaką znają gracze choćby z pierwszych części serii. Początek może wywoływać konsternacje, bo toczy się w mieście, gdzie nie brakuje kilku pomysłowych scen akcji („polowanie na lisa” w wersji rowerowej) i ta ekspozycja miejscami działała dość usypiająco – nawet retrospekcje nie pomagały (później pojawiają się za często). Ale kiedy nasza bohaterka trafia na wyspę, coś się zaczyna dziać, a klimatem przypomina troszkę staroszkolne kino przygodowe z elementami survivalu. Czyli to, z czego znana jest obecnie Lara z gier. Problem z tym, że twórcy serwują klisze jakie w kinie przygodowym (grobowiec pełen pułapek, poświecenie się jednej z postaci znamy nie od dziś oraz wiele dialogów, od których bolą zęby. Choć same sceny akcji zaskakują tym, ze nie ma tutaj zbyt wiele efektów komputerowych, co jest pewną zaletą i dodaje jako takiego realizmu. Poza tym przemiana naszej Lary w twardą wojowniczkę, co z łuku kasuje wrogów niczym John Rambo, przebiega zbyt szybko i z czasem historia traci swój impet, kompletnie nie angażuje, a postacie wydają się być pozbawione charakterów.

tomb_raider2

Sama realizacja jest poprawna, sama wyspa potrafi zachwycić, muzyka jakaś tam gra, ale nie odwraca uwagi. Jest parę ciekawych scen akcji oraz popisów kaskaderskich (akcja w rozbitym samolocie czy wspinanie się po ścianach), jednak to wszystko ogląda się bez emocji. Wygląda to nieźle (choć ostateczna konfrontacja jest zbyt efekciarska i wali komputer po oczach) i ogląda się to bez wielkiego bólu, ale do zachwytów jest bardzo daleko.

tomb_raider3

Nawet sytuacji nie są w stanie uratować aktorzy – bardzo uzdolnieni i nawet mający momenty przebłysku. Jak sobie radzi Alicia Vikander? To jest rola bardziej fizyczna, wymagających więcej wysiłku niż umiejętności w budowaniu postaci, ale jest w niej coś zadziornego, co ma w sobie pewien urok. Zgrabnie bawi się swoją rolą Walton Goggins jako główny villain, nie do końca traktując się poważnie. To troszkę dodaje luzu. Za to kompletnie nie rozumiem zmarnowania talentu Kristin Scott Thomas i Dereka Jacobi do drobnych epizodów – chociaż finał sugeruje, że Thomas może odegrać istotniejszą rolę w następnych częściach (o ile powstaną).

Ci, co liczyli na to, że „Tomb Raider” odmieni sytuację ekranizacji gier komputerowych, muszą jeszcze wiele poczekać. Fakt, że jest wiele odniesień do nowej serii jest bardzo dużym plusem, jednak sama historia jest schematyczna, przewidywalna oraz strasznie nudna. Chciałbym jednak, by powstał sequel.

5/10

Radosław Ostrowski