Dr Goldfoot i bombowe dziewczyny

Dr Goldfoot już raz na ekranie się pojawił w 1965 roku. Z jednej strony miał być takim żartem z bondowskiego Goldfingera, połączonego z nieprzewidywalnym Fantomasem, zawsze będącym o krok przed swoimi przeciwnikami. W kontynuacji zrobione przez Mario Bavę, nasz zbrodniarz tym razem planuje zaostrzyć stosunki między USA a ZSRR za pomocą swoich dziewczyn-robotów z ładunkami wybuchowymi. Panny zabijają generałów NATO, a jednocześnie organizuje eksplozję bomby jądrowej z amerykańskiego samolotu na Syberię.

dr_goldfoot1

Sama historia brzmi dość bzdurnie i idiotycznie. Bo i w sumie tak jest, chociaż reżyser próbuje wycisnąć z tej fabułki ile się da. Tylko, że całość jest ciągiem slapstickowych gagów, sfilmowanych w przyspieszonym tempie niczym z serii o Bennym Hillu. Wszystko toczy się na bardzo cienkiej granicy podobieństwa, dowcipy oparte są na improwizacji, powtarzalnych gagach (odbicie się ciapowatych agentów przed wpadnięciem) oraz lekko erotycznych podtekstach. Głupota zarówno bohaterów (portierów Cichio i Franco, próbujących zostać agentami), jak i miejscami samego antagonisty wprawia w zakłopotanie. Każdy absurdalny pomysł (willa zamieniona w szkołę prowadzoną przez zakonnicę czy ucieczka z samolotu za pomocą… parasola) zamiast rozbawić, niczym w komediach z Leslie Nielsenem, tutaj wprawia w osłupienie i jest co najwyżej głupawy, pozbawiony finezji oraz frajdy.

dr_goldfoot2

Bava nie chce, ale musi zrobić ten film, kompletnie nie potrafią się w tym cyrku odnaleźć. Fabuła nie angażuje, postacie są kompletnie przerysowane i sztuczne, aktorstwo bardzo przeszarżowane, humor bardzo koślawy oraz troszkę prymitywny. Z całego projektu wybija się jedynie Vincent Price w roli głównego złego, sprawiający wrażenie najbardziej wyluzowanego w tym całym chaosie. Jednak nawet on nie jest w stanie wyciągnąć tej miernoty na wyższy poziom. Po obejrzeniu najlepiej wymazać z pamięci.

2/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Ostrza zemsty

Wracamy do czasów nordyckich, pełnych okrucieństwa, przemocy i krwi. W tym świecie ukrywa się kobieta z dzieckiem. Oboje pochodzą z królewskiego rodu, prześladowani przez demonicznego Hagena. Mężczyzna chce zmusić kobietę do ślubu, by objąć tron. I wtedy na jej drodze pojawia się – niczym z klasycznego westernu – przybysz znikąd, sprawnie posługujący się nożem.

Tym razem Mario Bava wraca do historycznego fantasy, okraszonego przygodowym duchem. Sam początek z przepowiednią na plaży, robi mocne wrażenie. Jednak im dalej w las, tym akcji jest coraz mniej, za to pojawia się więcej scen, gdzie nasz tajemniczy przybysz staje się figurą ojca dla młodego chłopca. Wspólne polowanie, nauka posługiwania się bronią – wszystko idzie to dość szybko, chociaż sam bohater skrywa pewną mroczną tajemnicę. Niby są to spowalniacze, ale dzięki nim troszkę bliżej poznajemy naszych bohaterów, ich motywacje, losy. Wszystko to prowadzone jest bardzo spokojnie, a realizacja broni się przyzwoicie.

ostrza_zemsty1

Podobać się może scenografia oraz kostiumy, nie przypominająca żadnej taniochy, bliżej nieokreślonych realiów fantasy. Także całkiem nieźle sprawdzają się sceny akcji, mimo teatralności scen śmierci. Sposób realizacji kilku scen (konfrontacja w tawernie) przypomina nawet western. Zbliżenia na twarze, ujęcia z kąta na broń, nerwowe budowanie napięcia – ta scena potrafi wessać i zaangażować. Ale klasycznego Bavę czuć dopiero w finałowej potyczce w jaskini. Tu mamy tą grę światłocieniem, wyraziste kolory, choć sama lokalizacja troszkę przypomina Hades z wcześniejszego filmu o Herkulesie.

ostrza_zemsty2

Zagrane jest to naprawdę porządnie, choć pozornie materiału nie było zbyt wielkiego. Cameron Mitchell bardzo płynnie przechodzi od tajemniczego „przybysza znikąd”, z dobrym sercem po żądnego zemsty mściciela z celnością godną prawdziwych twardzieli. Równie wyrazisty jest Fausto Tozzi w roli czarnego charakteru – demonicznego, sprytnego, lecz nie przerysowanego, szarżującego. A między panami jest ładna, długowłosa Elissa Plichelli (Karin), próbująca być niezależną, silną kobietą.

„Ostrza zemsty” to całkiem zgrabne przejście Bavy do nordyckiego peplum. Solidnie poprowadzone i zagrane, z paroma scenami trzymającymi w napięciu oraz klasycznym motywem zemsty. Może dałoby się troszkę wydłużyć i pogłębić niektóre postacie, jednak jako czysto rozrywkowy film dostarcza. Przyjemne, lekkie kino.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Droga do Fortu Alamo

Dziki Zachód czasów wojny secesyjnej. To w tych okrutnych czasach żyje niejaki Bud Massany – zwykły bandzior, który stracił rodzinę i ranczo wskutek działań wojennych. Przejeżdżając znajduje ciężko rannych żołnierzy, z czego jeden z nich zawiera rozkaz wypłacenia z banku 150 tysięcy dolarów. Razem z poznanymi nowymi wspólnikami decyduje się dokonać skoku, ale coś poszło nie tak, bo są ofiary, a i wspólnicy dopuszczają się zdrady. Bud zostaje ogłuszony, a że ma na sobie tylko mundur żołnierski, zostaje włączony do przejeżdżającego w kierunku fortu Alamo konwoju.

fort_alamo2

Włoski western kojarzy się głównie z popisami Sergio Leone, który przełamał wiele elementów gatunku, dając mu w zamian drugie życie. Jednak niektórzy próbowali przed nim realizować opowieści o koniach, kowbojach i Dzikim Zachodzie. Mario Bava próbował wejść w kowbojki, jednak bardziej czerpiąc z amerykańskich wzorców. Jednak sam punkt wyjścia był dość interesujący: droga Buda jako fałszywego żołnierza w drodze towarzysząc osobom, za którymi nie przepadają. I to mogło dać duże pole do popisu, a reżyser serwuje karuzelę atrakcji: bezwzględni Indianie, niekompetentny dowódca, opanowany sierżant, chciwi zdrajcy, troszkę nieprzystosowane do życia kobiety. A na początku jeszcze mamy próbę oszustwa karcianego.

fort_alamo1

Problem jednak w tym, że cała ta opowieść sprawia wrażenie bardzo skrótowej, troszkę po łebkach. Sama przemiana bohatera wydaje się mało przekonująca, chociaż miał wiele okazji do ucieczki. Do tego parę troszkę dziwacznych pomysłów (łódki z banknotów do zwabienia żołnierzy), chociaż akcja miejscami pędzi na złamanie karku. Troszkę widać, że to jednak nie jest Dziki Zachód, tylko jakaś włoska pustynia, zaś samo miasteczko wygląda dość ubogo. Na szczęście nie pojawiamy się tam na długo, a strona plastyczna jest całkiem solidna.

fort_alamo3

Tak samo aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie, dając troszkę życia swoim bohaterów. Solidnie prezentuje się Ken Clark, balansując między byciem gościem z mroczną przeszłością a próbującym zmienić swoją życiową drogę. Choć pokazano to dość szybko, aktor daje sobie radę. Podobnie jak będący bardziej życzliwym niż zwykle sierżant (Gustavo De Nardo) oraz będąca więźniem Janet (ładna Jany Clair). Z kolei postacie negatywne są troszkę przerysowane, tak samo jak Indianie, którzy albo zabijają albo skalpują.

Bava nie do końca czuje konwencję opowieści z Dzikiego Zachodu, przez co „Droga do fortu Alamo” sprawia wrażenie dziwnego eksperymentu. Dość negatywne pokazanie amerykańskiej kawalerii, niejednoznaczny główny bohater oraz zaskakująca szansa na odkupienie dawały dość duże pole manewru oraz pokazania pewnych szarości. Może się podobać, akcja przychodzi dość szybko, film jest krótki (około 80 minut), a w tle gra sympatyczna piosenka.

5,5/10

Radosław Ostrowski


Bitwa pod Maratonem

Wszyscy z historii słyszeli (przynajmniej ja) o starożytnej bitwie pod Maratonem między wojskami Aten i Sparty z Persami w 480 r. p.n.e. Wspomina się o niej także z powodu wysiłku jednego z wojowników, Filipiadesa, który po zwycięstwie ruszył (biegiem) do Aten pokonując ok 40 km, po czym zmarł z wyczerpania. To zdarzenie, zostało też inspiracją do stworzenia filmu z końca lat 50. zrealizowanego przez Jacquesa Tourneura oraz Mario Bavę, który odpowiadał także za zdjęcia.

Sama historia nie jest tutaj zbyt skomplikowana, jednak wiele rzeczy przeinacza. Ok, to nie jest rekonstrukcja i byłbym w stanie to przełknąć, gdyby to angażowało. Bohaterem jest wspomniany Filipiades, który wygrywa ostatnie igrzyska olimpijskie. Wracając do kraju, zostaje wybrany dowódcą świętej straży, pilnującej świątyni Ateny. W samym mieście zawiązuje się spisek kierowany przez Teokratesa oraz Kreusa, który przyrzekł temu drugiemu swoją córkę, Andromedę. I wtedy pojawiają się wieści o przybyciu Persów na pole Maratonu.

maraton1

Innymi słowy jest tutaj miszmasz, jakiego reżyserzy nie byli w stanie do końca opanować. Z jednej strony polityczne knowania, z drugiej wątek miłosny, z trzeciej zaś walka oraz próba zdobycia pomocy od Spartan. Problem w tym, że tutaj wszystkie problemy są rozwiązywane w sposób bardzo prosty, zbyt prosty. Niby są po drodze komplikacje, jednak kompletnie nie czuć wagi zagrożenia, ani napięcia. Nawet kilka drobnych tricków operatorskich (morska potyczka) nie są w stanie wciągnąć. Także sceny batalistyczne wypadają dość teatralnie, nie czuć żadnych uderzeń mieczy, ciosów. Nawet statyści sprawiają wrażenie niezaangażowanych, a to już jest poważny błąd. Scenografia i kostiumy są ok, także podniosła muzyka nie wywołuje irytacji.

maraton2

Chciałbym pochwalić kogoś z obsady, jednak wszyscy grają postacie tak papierowe, że choćby nie wiem, jakby się starali, nie są w stanie dać im życia, uczynić ich przekonującymi. Do tego miejscami rzucają podniosłe, patetyczne dialogi, sprawiając miejscami duży ból. Oko można zawiesić na Mylene Demongeot (Andromeda), która wygląda apetycznie.

„Bitwa pod Maratonem” jest reliktem swoich czasów, czyli – z dzisiejszej perspektywy – tanich, bardzo skromnych filmów historycznych, próbujących wyglądać imponująco, dynamicznie i efektownie. Czas jednak był wobec niej bardzo okrutny, nie zostawiając absolutnie nic zapadającego w pamięci, co nie świadczy zbyt dobrze.

4/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Caltiki – nieśmiertelny potwór

Wszystko zaczyna się od pewnej naukowej wyprawy, gdzieś w Ameryce Południowej. Badacze chcą ustalić, co spowodowało, ze w VII wieku naszej ery Majowie opuścili swoje domostwa. Jednak na miejscu dochodzi do zaginięcia jednego z członków ekspedycji, drugi zaś wraca w stanie szoku. Dr John Fielding decyduje się wyjaśnić sprawę, co doprowadza do tragedii (ciężko raniony członek wyprawy Max) oraz znalezienia pewnej mazi, która zostaje zabrana do badań.

caltiki1

Mario Bava znowu dokańcza film Richardo Fredy, który został zwolniony. Tym razem jednak mierzy się z horrorem SF, któremu troszkę też po drodze do monster movie. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się dość śmieszny, chociaż miewa momenty bardzo urocze. Reżyser obiecuje dość wiele i mimo skromnego budżetu oraz czarno-białej taśmy, potrafi zbudować klimat. Nieźle wyglądające budowle, podwodne ujęcia – to wygląda całkiem przyzwoicie. Podobnie jak prosty pomysł odtworzenia zaginionej taśmy (pra-początki found footage) czy powolne odkrywanie kolejny tajemnic związanych z dziwaczna mazią oraz boginią Caltiki. Wraz z powrotem do domu, akcja zaczyna iść wobec dwóch wątków: dr Fieldinga i badań nad mazią oraz „zarażonego” i okaleczonego przez nią Maxa, zmieniającego się w bardzo nieprzyjemnego osobnika.

caltiki2

Choć na pierwszy rzut oka wydaje się to interesujące, to „Caltiki” nie potrafi wykrzesać zbyt wielkich emocji. Sama istota, która posiada zdolność do klonowania, nie wywołuje takiego przerażenia, zaś sceny epickie (głównie finał z użyciem plastikowych makiet czołgów) mogą się wydawać dość zabawne. Podobnie jak kilka klisz związanych z próbą powstrzymania naszych protagonistów (aresztowanie przez policję, wypadek zakończony spektakularną eksplozją), bardzo teatralne aktorstwo czy bardzo wybijająca się muzyka. Ale nie brakuje kilku pomysłowo wykonanych scen: oszczędna czołówka, pierwszy atak Maxa po wypadku czy badanie za pomocą promieniowania nadal mogą sprawić wiele radości.

caltiki3

„Caltiki” bardziej dzisiaj śmieszy, choć pewnie w dniu premiery było czymś świeżym. Czas okazał się bardziej morderczy niż jakiekolwiek monstra z dawnych czasów, technicznie nie robi zbyt dobrego wrażenia, a realizacyjnie wypada najwyżej przeciętnie.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Herkules we wnętrzu ziemi

Herkules to wdzięczna postać dla filmowców, o czym przekonywali się widzowie wielokrotnie. Nic dziwnego, bo wiele przygód można było zaserwować z bogatego źródła, jakim jest mitologia. Swoje też postanowił zrobić Mario Bava na początku swojej kariery. W tej wersji Herkules razem z przyjacielem Tezeuszem wyruszają do domu. Na miejscu okazuje się, że wybranka naszego herosa wpadła w obłęd, zaś władzę przejął jej wuj. By jednak przywrócić swojej ukochanej władzę na umyśle, Hercules musi wyruszyć do Hadesu i zdobyć Kamień Życia.

herkules_19611

Jak widać sama fabuła przypomina przygodową grę: dotrzeć z punktu A do punktu B, znaleźć przedmiot i po drodze pokonać różne przeszkody. Klasyka gatunku, a całość ubrana w konwencję fantasy. Całość balansuje między akcją, przygodą a komedią (postać Telemacha), bardzo swobodnie czerpiąc z opowieści mitologicznych. Trzeba pokonać nieprzyjemne tereny, paskudne monstra czy posłużyć się podstępem. Tylko, że intryga jest bardziej skomplikowana, chociaż od samego początku wiemy kto jest złym, zaś akcenty komediowe już nie bawią tak mocno. Pochwalić za to trzeba – jak to u Bavy – stronę plastyczną, chociaż niektóre trickowe zdjęcia (przeskok do palącego morza) wydają się mocno przestarzałe. Niemniej sam Hades, pełen mgły oraz jaskiń, ma swój klimat. Scenografia i kostiumy też prezentują się całkiem nieźle (pałac, siedziba wyroczni). Sceny akcji (walka z kamiennym stworem) bardziej śmieszą niż angażują, niemniej ogląda się to bezboleśnie, ale też bez żadnego zaangażowania.

herkules_19612

Sytuację próbują ratować aktorzy, chociaż najbardziej wybija się tutaj Christopher Lee jako król Liko. Typowy czarny charakter, pragnący władzy, jednak posiada najwięcej charyzmy. Złego słowa też nie powiem o Regu Parku, który jest odpowiednio przypakowany, prostolinijny oraz całkiem przekonujący w roli Herkulesa. I czuć też chemię miedzy nim a bardziej wyluzowanym George’m Ardissonem (Tezeusz), będącym mieszanką lojalnego przyjaciela i bawidamka. Jeśli chodzi o panie, najbardziej wybija się George Ruffo (Dejanira), zgrabnie pokazując swój obłęd.

herkules_19613

„Herkules” od Mario Bavy to z dzisiejszej perspektywy bardzo pachnące naftaliną kino przygodowe, mocno zdradzające wiek. Niezbyt angażujące, z kilkoma niezłymi pomysłami operatorskimi, lekkim humorem oraz pewną skromnością budżetową.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Cudowna lampa Aladyna

Ileż to powstało opowieści o Aladynie – tego nie jestem w stanie policzyć. Ta baśń o młodym chłopaku, który znajduje lampę z dżinem była wałkowana od czasów „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Swoją wersje postanowił opowiedzieć Mario Bava, z drobnym wsparciem włosko-francuskim, kontynuując robotę Henry’ego Levina. Co z tego wyszło?

Tytułowy Aladyn to młody cwaniak, obibok, marzący o sławie, kobiecie i pieniądzach. Mieszka ciągle z mamą (jak na typowego Włocha, przepraszam, Araba przystało), która kupuje dla niego pewną małą lampę. I jak wszyscy wiemy, w lampie znajduje się dżin, który spełni trzy życzenia. Wskutek pewnych okoliczności chłopak wpakuje się w intrygę Wielkiego Wezyra, pragnącego dla siebie córki sułtana za żonę. A że ona jest przyrzeczona komuś innemu, to nie jest żaden problem.

aladyn11

„Cudowna lampa Aladyna” brzmi jak coś, co może być interesującą baśnią, pełna przygód, rozmachu i intryg? Niestety, ale całość ogromnie rozczarowuje. Za dużo jest tutaj slapstickowych gagów, gdzie Aladyn niezdarnie wplątuje się w skomplikowaną sytuację, z której jakimś cudem (m.in. dzięki partactwu wspólników wezyra czy nieprawdopodobnemu szczęściu) spada na cztery łapy. Czasem udaje się sprytowi (za pomocą „palącego” oleju czy gwoździom na ziemi), ale też dzięki wsparciu przyjaciół spotkanych na drodze. Jednak sam Aladyn kompletnie się nie zmienia, nadal pozostając nieodpowiedzialnym, cwanym dużym chłopakiem, co mocno mi przeszkadza.

Sama realizacja też mocno odstaje, bo czas okazał się tutaj bardzo bezwzględny. Podobać się może całkiem przyjemna muzyka, niektóre kadry (zatrudniono samego Tonino Delli Colli) wyglądają niezgorzej, jednak zarówno scenografia, jak i kostiumy wyglądają dość tandetnie oraz kiczowato. Zupełnie jakby wykonane po taniości. Tak samo efekty specjalnie dzisiaj nie dają zwyczajnie rady, chociaż pewnie w 1961 roku były niesamowite, dziś (choćby w finałowym starciu Aladyna z Wezyrem) prezentują się zwyczajnie śmiesznie.

aladyn12

A jak prezentują się aktorzy? No niestety, mocno średnio i nie zapadają za bardzo w pamięci. Wcielający się w roli głównej Donald O’Connell, próbuje być dość zabawny, jednak te żarty są dość mało zabawne, chyba że dla dzieci. Nawet jeśli pojawiają się znane twarze (Terence Hill, Michele Mercier) są zaledwie tłem i nie mają zbyt wiele okazji do wykazania. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest wcielający się w dżina reżyser Vittorio De Sica, który nawet całkiem nieźle się bawi jako lekko zblazowany gość.

Bava z Levinem nie podołali zadaniu zrobienia opowieści o Aladynie. Nudna, mało angażująca, z nieciekawymi bohaterami, masą nieprawdopodobieństw, słabym aktorstwem. Mógłbym wymienić, co jeszcze tu nie zagrało, ale lepiej będzie zasłonić to „dzieło” kurtyną wstydu.

2,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Operacja strach

Małe miasteczko, gdzieś daleko, gdzie diabeł mówi dobranoc. To tutaj przybywa dr Eswai, którego ściągnął inspektor Kruger. Ponieważ doszło tutaj do dość niejasnej śmierci pewnej kobiety, inspektor prosi doktora o przeprowadzenie autopsji. Okazuje się, że denatka miała wszytą w serce monetę, a miejscowi wierzą, że nad miasteczkiem krąży klątwa. Lekarz nie wierzy w te opowieści, a w sprawie pomaga mu Monika, która niedawno wróciła do miasteczka.

operacja_strach1

Mario Bava wraca do gotyckiego horroru, toczącego się gdzieś na początku wieku XX. Sama historia to zderzenie racjonalnego umysłu z ludowymi przekonaniami i przesądami, czyli klasyczne podejście do grozy. Samo miasteczko wydaje się strasznie puste, pełne ruin, cmentarza oraz tajemnicy. Gdzieś w tle słychać jakieś śmiechy oraz hałas, a noc jest znacznie ciemniejsza niż zwykle. Gdy jeszcze dodamy do tego panującą zmowę milczenia, a także elementy nadprzyrodzone, będziemy mieli do czynienia z poważną zagadką. Jednak Bava jest za sprytny, by od razu rzucić rozwiązanie, chociaż pewnych rzeczy możemy się domyślać. Historia potrafi zaciekawić, intryga pokazuje kolejne tajemnice oraz elementy układanki. Ale też paroma prostymi sztuczkami potrafi przestraszyć – nagłym zamknięciem drzwi, samym śmiechem, bijącym dzwonem nie pociąganym za sznurek. Ale tak naprawdę największą robotę robi dziewczynka. W momencie, gdy dotyka okna, kamera gwałtownie przyspiesza, a jej obecność rozkręca spiralę przemocy (wyjątkowo stonowanej i dziejącej się poza kadrem).

operacja_strach2

I tak jak większość filmów Bavy, także i „Operacja strach” ma bardzo piękną stronę plastyczną. Kamera jest tutaj spowita mrokiem, jednak każde miejsce wygląda imponująco. Zarówno surowa kostnica, pełna światła oberża, jak i siedziba pewnej tajemniczej wiedźmy, wiedzącej więcej niż reszta. Ale tak naprawdę największe wrażenie robi willa madame Graps z zakręconymi schodami, niepokojącym pokojem z lalkami oraz właścicielką. Do tego klimat podkręca pełna organowych dźwięków muzyka, sprawny montaż z całkiem niezłymi dialogi oraz lekko surrealistyczna aura.

operacja_strach3

Zaskakująco dobre jest tu aktorstwo, choć wiele postaci jest bardzo delikatnie naszkicowanych. Zarówno nasz sympatyczny protagonista (Giacomo Rossi-Stuart), jak i inspektor (Piero Lulli) są reprezentantami racjonalnego podejścia do wydarzeń, chociaż ten drugi wyraża to w bardziej ekspresyjny sposób. Po drugiej stronie mamy magnetyzującą Ruth (zjawiskowa Fabienne Dali), skrywającą wiele tajemnic oraz niewinną Monikę (śliczna Erika Blanc), wokół której krąży pewna niejasna przeszłość.

To wszystko potrafi wciągnąć, zaś sam Bava kolejny raz potwierdza klasę. Świetna reżyseria, wciągający scenariusz, przepiękne zdjęcia oraz techniczny poziom czynią „Operację strach” (ten tytuł jest bardzo słaby) jedną z bardziej klimatycznych horrorów lat 60. Wiele ze scen zostanie w pamięci na długo, zwłaszcza wydarzenia z willi.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Najeźdźcy

Wikingowie – naród znany z okrucieństwa i przemocy, podbijał kraje w okresie średniowiecznym, siejąc spustoszenie po całej Europie. W roku 786, doszło do opanowania części Brytanii, o czym opowiada ten film. Lud pod wodzą króla Haralda zajmuje Dorset, lecz wskutek podstępu barona Ruthforda, monarcha zostaje zamordowany. Podczas ucieczki jego dwaj synowie zostają rozdzieleni – jeden wraca do ojczyzny, drugi zostaje wychowywany przez królową. Paręnaście lat później wybucha wojna, w której bracia są zmuszeni do walki.

najezdzcy1

Mario Bava kojarzy się wielu widzom głównie z krwawych kryminałów zwanych giallo oraz horrorów, ale to tylko procent jego szerokich zainteresowań. „Najeźdźcy” (albo jak wolą Amerykanie „Eric the Conqueror”) to już historyczny film akcji, który dość umownie traktuje realia historyczne. Fabuła jest niemal żywcem skopiowana z filmu „Wikingowie” z Kirkiem Douglasem w roli głównej (kiedyś sobie ten film odświeżę), lecz to kompletnie nie przeszkadza. Może i reżyser nie miał tak dużego budżetu jak ziomki z Ju Es Ej, jednak udało się zrobić, wciągający, widowiskowy tytuł. Nie zabrakło w nim scen pojedynków (starcie Erona z Garianem o dowodzenie wojsk, morski abordaż czy finałowe oblężenie zamku z dość ciekawym wdrapaniem się na szczyt), solidnie wykonanych kostiumów, ciekawej intrygi pełnej zdrady oraz skomplikowanych losów czy epickiej – jak na lata 60. – muzyki, budującej klimat. Historia potrafi miejscami poruszyć, a bohaterów nie da się nie lubić. Może zbyt łatwo rozpoznać czarne charaktery, a i parę dialogów jest lekko patetycznych, to jednak „Najeźdźcy” potrafią dostarczyć sporo rozrywki.

najezdzcy2

Jednak najbardziej mnie w tym filmie urzekła strona plastyczna, zrealizowana w Technikolorze. Bava potrafi bardzo pomysłowo pokazać zarówno jaskinie Wikingów (bardzo mroczną, chociaż pełną mocnych kolorów), scenę przeprawy przez bardzo cienki most (sfilmowane z daleka niczym w dawnych grach video) czy dynamiczne sfilmowane pojedynki jeden na jeden. Nawet sceny zbiorowe potrafią zaprezentować się imponująco, mimo wieku, co też jest sporym plusem.

najezdzcy3

Równie dobrze prezentują się aktorzy. Zwłaszcza wybijają się Cameron Mitchell (Eron), jak i George Ardisson bardzo dobrze poradzili sobie w rolach dorosłych braci. Pierwszy jest dość pewnym siebie, odważnym wojownikiem, drugi bardziej posługuje się inteligencją, choć nie jest pozbawionym honoru człowiekiem. Solidnie prezentuje się tutaj Andrea Checchi w roli czarnego charakteru, zaś panie stanowią tutaj ładny dodatek, na którym można zawiesić oko.

„Najeźdźcy” to jeden z ładniejszych filmów Bavy, który nawet w kinie akcji osadzonym w realiach historycznych odnajduje się pewnie. Może i jest to troszkę skrótowo przedstawione, jednak dostarcza wiele rozrywki, zachwyca pięknym wyglądem, pomysłową realizacją oraz dobrym aktorstwem. Europejski fresk, nie gorszy od filmów zza Wielkiej Wody.

7/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

A Prayer Before Dawn

Filmy więzienne to gatunek, który ma swoje charakterystyczne elementy, zaś więzień stał się jedną z postaci, stających się archetypem bohatera. zazwyczaj w nich chodzi o przetrwanie lub ucieczkę z piekła. I wydawałoby się, że historia Billy’ego Moore’a pójdzie w te same rejony. Ten młody Brytol przebywa w Tajlandii, gdzie trenuje boks i zaczyna ostro ćpać. I za to ostatnie trafia do więzienia, bez znajomości języka, kompletnie nie znając reguł gry.

modlitwa_przed_switem1

I o tym opowiada film Jean-Stephane’a Sauvaire’a, będący ekranizacją wspomnień Billy’ego Moore’a. to bardzo brudny, wręcz szorstki film, któremu daleko do produkcji hollywoodzkich. Nie mocna mówić o szczęśliwym happy endzie, zaś sama historia jest bardzo trudna do przełknięcia. Ponieważ wszelkie dialogi są w tajskim języku, lecz bardzo rzadko są one tłumaczone na język angielski, co pomaga wejść w buty zdezorientowanego bohatera – białego, w obcym otoczeniu, obcym świecie, próbując rozpoznać reguły panujące w pierdlu. Gwałty, papierosy, brutalne morderstwa oraz dość nietypowa forma resocjalizacji – przez boks oraz zawody w boksie tajskim. Wizualnie jest bardzo chropowaty, z bardzo nieostrymi kadrami, minimalistyczną muzyką elektroniczną, zaś sama fabuła wydaje się bardzo szczątkowa. Niemniej reżyser nadrabia to wszystko klimatem – pełnym brudu, przeładowanych cel, śliskich strażników oraz załatwiania narkotyków.

modlitwa_przed_switem2

I to wszystko działa, zaś bardzo surowo zrealizowane sceny bokserskie, pełne ruchliwej kamery, mocnego montażu, potrafią chwycić za gardło, dając mocnego kopa. Powoli widzimy kolejne przygotowana, spięcia między Billym a resztą czy relację z handlującą Fran. Mimo pewnej skrótowości, „A Prayer Before Dawn” potrafi zaangażować, co jest zasługą kapitalnego Joe Cole’a w roli głównej. Aktor wyciska soki z pozornie prostej postaci, pełnej sprzecznych emocji: wściekłości, gniewu, strachu, wyobcowania oraz walki. Ten aktor jest wręcz sercem tego dzieła, bez którego byłaby to kolejna więzienna opowieść.

modlitwa_przed_switem3

Aż trudno mi było uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Może i ten film ma wiele niedopowiedzeń (rodzina, działanie struktur), jednak potrafi poruszyć, zaś brak oczywistego happy endu staje się zaletą. To bardzo realistyczne, mroczne, surowe kino, bardziej stawiające na psychologię postaci niż klasyczne łubu-dubu. Jeśli będziecie mieli okazję, zobaczcie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski