Tajemnica Marrowbone

Rok 1969. Na amerykańską ziemię przybywa brytyjska rodzina Fairbairnów – matka z czwórką dzieci, którzy przenieśli się do dawnego domostwa. Jack, Billy, Rose i Sam powoli zaczynają się adaptować do nowego otoczenia, ukrywając się przed światem. Wkrótce w ich życiu pojawia się Allie – sąsiadka, pracująca w bibliotece. Wkrótce matka dzieci umiera i te zobowiązują się trzymać się razem. Lecz ich życie zostaje bardzo brutalnie przerwane z powodu ojca oraz jego brutalnej przeszłości.

marrowbone1

Hiszpański thriller/horror to coś, co ostatnio przeżywa dużą popularność. Albo przynajmniej tak było jeszcze 10 lat temu. Do tego nurtu próbuje się wpisać reżyserski debiut Sergio Sancheza, w którym nie pada ani jedno słowo po hiszpańsku. Ale europejski duch historii jest mocno obecny, gdyż całość jest mało efekciarska. Pozornie wydaje się klasycznym dreszczowcem z nawiedzonym domostwem. Coś tam skrzypi, lustra są popękane, słychać jakieś głosy, dodatkowo w tle jest jakaś tajemnica, „krwawe pieniądze” – coś zaczyna wisieć w powietrzu. Reżyser bardzo oszczędnie przekazuje informacje, gdzieś w połowie ujawniając najważniejsze. Jednak, ku wielkiemu zdumieniu, nie wszystkie karty zostają wyłożone na stół. I to jest ogromna zaleta „Marrowbone”, troszkę przypominającego stare, gotyckie opowieści, tylko bardziej uwspółcześnione.

marrowbone2

Ale Sanchez czyni atmosferę coraz gęstszą za pomocą prostych środków przekazu, coraz bardziej mnożąc kolejne tropy, doprowadzając do kolejnej przewrotki. Więcej wam nie zdradzę, ale kilka momentów potrafi podnieść ciśnienie (próba wejścia do zamurowanego strychu przez dach czy retrospekcje z ojcem), potęgowane przez liryczno-mroczną muzykę. Niby są tu dość dobrze odtworzone realia lat 60., jednak pełnią rolę tylko tła dla domu, gdzie nie ma prądu, źródłem światła są stare lampy. Ładnie to wygląda w obrazku, buduje to bardzo mroczny klimat, pod koniec nawet jest równoległy montaż oraz bardziej dramatyczne chwile, włącznie z odkryciem tajemnicy. Wtedy reżyser potrafi trzymać za gębę, nie puszczając aż do finału.

marrowbone3

Reżyserowie udaje się bardzo dobrze poprowadzić młodych aktorów, z których część może być już rozpoznawalna. Największe wrażenie robi George MacKay (Jack), który – jako najstarszy – próbuje utrzymać całą rodzinę w jedności. Świetnie wypada zarówno, gdy wydaje się opanowany i spokojny, jak i coraz bardziej przytłoczony nieprzyjemną sytuacją. Obok niego są także Charlie Eaton (narwany Billy), Mia Goth (rozsądna Jane) oraz Matthew Stagg (ciekawski Sam), tworząc bardzo silną więź, jaką czuć tutaj od samego początku. Po drugiej stronie mamy Anyę Taylor-Joy (Allie), będącą tym razem bardzo ciepłą, empatyczną dziewczyną. Jej relacja z Jackiem zaczyna nabierać rumieńców, zaś finał czyni jej decyzję świadomą.

„Tajemnica Marrowbone” to kolejny przykład ciekawego dreszczowca z klimatem oraz tajemnicą. Bardzo mroczny, pełen niepokojącego klimatu, świetnego aktorstwa, stopniowego budowania napięcia oraz inteligentnie poprowadzonej fabuły. Nie brakuje zaskoczeń, co z dzisiejszej perspektywy jest nieoczywiste i daje troszkę świeżości.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gorillaz – The Now Now

Gorillaz_-_The_Now_Now

Damon Albarn i jego rysowani kumple z Gorillaz wracają po zaledwie roku. Ale poprzednik był przeładowany gośćmi, za mało było Albarna, a i muzyka przypominała groch z kapustą. I teraz Gorillaz postanowiło zmodyfikować swoją filozofię, ograniczając gości do minimum. Co z tego wyszło?

Otwierające całość “Humility” zapowiada bardzo przyjemny, letni klimat. Dużo bujajacej elektroniki, funkowej gitary (gra na niej George Benson) oraz lekko odbijającego się niczym echo Albarna. Bardziej elektronicznie, ale i dyskotekowo robi się w “Tranz”, ocierajacym się o lata 80. Wreszcie pojawia się okraszony tłustym bitem “Hollywood”, gdzie Albarnowi wsparcia udzielił Snoop Dogg z Jamie Principlem, który kradnie ten kawałek. Nadal nie brakuje zabarwień funkowych (bujające “Kansas”, dynamiczniejsze “Sorcererz” z wyrazistym basem oraz wyciszonym środkiem), to pojawia się tutaj parę zaskoczeń. “Idaho” brzmi niczym zakoszone jakiejś folkowej indie grupie, gra gitara akustyczna (!!!), zaś elektronika zostaje zepchnięta na drugi plan. “Lake Zurich” jest niemal instrumentalny groove sprzed 30 lat, podrasowany współczesnym sznytem. Równie nieoczywiste jest “One Percent”, bardziej pasujące do blur, gdzie całość oparta jest na przestrzennej elektronice oraz gitarze. Tak samo jak finałowe “Souk Eye”, które zaczyna się niczym ballada z perkusją nie pasujacą za bardzo do reszty. Z czasem coraz bardziej wybijają się smyczki, a w tle wchodzimy w stronę techno.

“The Now Now” to dość dziwna hybryda, ale bardziej przystępna niż poprzednik. Bardziej przebojowa, chwytliwa, mniej chaotyczna, ale to nadal Gorillaz. Stare, dobre Gorillaz okraszone mieszanką gatunkową, polaną elektronicznym sosem, nadal dające sporo frajdy.

7/10

Radosław Ostrowski

Leski – Miłość. Strona B

milosc-strona-b-b-iext52917335

Pamiętacie takiego młodego chłopaka Leskiego? Taki młodzik z gitarą, który trzy lata temu zaskoczył wszystkich swoim debiutem “Splot”, będąca mieszanką folku, indie z popem. Pamiętam, że to był dobrze spędzony czas, a kilka piosenek (“Ulotny”, “Kosmonauta”) zostało w głowie do teraz. Ale w przypadku każdego muzyka przychodzi tzw. test drugiej płyty, czyli próba udowodnienia sobie, że debiut (tak udany) nie był kwestią przypadku, tylko mamy kogoś bardzo interesującego. Muzyka wsparł producencko Marcin Bors, co gwarantuje wysoką jakość. A jaka jest “Miłość. Strona B”?

Znałem wcześniej jedynie otwierający całość singiel “Skąd ten wir”, który daje jasny sygnał – to stary Leski. Z gitarą akustyczną oraz oszczędną perkusją, jednak więcej przestrzeni ma tutaj zapętlony sampel z dziwacznie obrobionymi dźwiękami w tle. Także wokal tutaj jakby przypomina echo, odbijające się z nieokreślonej przestrzeni. “Humanitarnie” też miesza niezależne folkowe granie z dziwacznie przesterowanym tłem, a w refrenie wskakuje elektronika niczym wzięta z 8-bitowych gier komputerowych. Etnicznie, choć i bogaciej zaaranżowana jest “Skóra”, z niemal baśniowym wstępem, do którego dołącza perkusja oraz znacznie zadziorniejsza gitara elektryczna, pod koniec zastąpiona przez akustyczną (ale na krótko). Tytułowa kompozycja miesza szybki rytm, pełen dziwacznej elektroniki z melancholijnym fortepianem (początek) oraz perkusyjnym uderzeniom, wprawiając w konsternację. Zwłaszcza, gdy dochodzi dość spokojny wokal Leskiego, tworząc dość trudną mieszankę. Bliżej folku, choć bardziej dynamiczny jest “Pocisk”, jednak nawet tutaj elektronika (na szczęście, delikatniejsza) zaznacza swoją obecność. Ciepły “Cukier” nie jest na szczęście przesłodzony, chociaż gitarka z oszczędną perkusją robią robotę.

Gitara akustyczna ma więcej do roboty w “Q”, stając się równym partnerem dla elektroniki z lat 80. (nawet perkusja się dostosowała) oraz rozmarzonemu “Polaroidowi”. A kiedy wydaje ci się, że tak łagodnie będzie do końca, wchodzi mniej przyjazny “Skowyt” z walącą perkusją oraz elektrycznymi riffami. “Bejrut” nadal przesiąknięty jest retro elektroniką, co daje minimalistyczna perkusja z przytłumionym basem. Zabarwieniem jest “orientalna” gitara w tle, a na finał dostajemy bardziej nastrojowe “Wszystko, co kocham”.

Sam Leski wokalnie nie zmienił się aż tak bardzo jak warstwa muzyczna, jednak potrafi się z nią dobrze zgrać. Tak samo jak z tekstami, które są bardziej intymne, choć nie pozbawione odrobinki poetyckości, bez popadania w banał. Na obecną porę roku idealne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wenus z Ille

Małe miasto Ille, które kiedyś było tłumnie odwiedzane przez ludzi, ale teraz nikt już się tam nie zapuszcza. Jednak pojawiła się w okolicy pewna duża, wykonana z brązu rzeźba, przedstawiająca Wenus, którą znalazł pan de Peyrehorade. Ten prosi o pomoc znawcy sztuki, Francuza Matthieu, by ustalić autentyczność tego dzieła.

„Wenus z Ille” to jeden z odcinków telewizyjnego mini-serialu grozy „I giochi del diavolo” realizowanego w latach 1979-81. Ta adaptacja opowiadania Prospera Merimee została zrealizowana przez Bavę oraz jego syna, Lamberta. I od razu widać, że jest to produkcja przeznaczona na mały ekran. Krótki czas trwania, dość spokojnie płynąca narracja i – jak na produkcję w stylu horror – mało straszna. Albo inaczej, reżyser postanawia skupić się bardziej na tworzenie atmosfery i rozwiązaniu pewnej tajemnicy. Czym jest tajemnicza rzeźba? Czy naprawdę przynosi pecha? Czy jest ona prawdziwa? Historia toczy się swoim rytmem i skupia się bardziej na opowieści z perspektywy Matthieu, który próbuje odkryć wszelkie relacje oraz zawiłości, a po drodze pojawia się miłość.

wenus_ille1

Z drugiej strony nie brakuje tutaj skupienia na drobnych detalach, związanych z przygotowaniem do uczty czy gry w tenisa. Bava dość dokładnie odtwarza realia XIX wieku, ale nie mogę pozbyć się wrażenia emocjonalnego chłodu. Dialogi są w sporej części deklaratywne, sama historia dość gwałtownie się urywa, zaś napięcie w zasadzie pojawia się w śladowych ilościach (zwłaszcza finał). „Wenus” po prostu płynie, płynie i kiedy pojawiają się napisy końcowe, pojawiło się w głowie pytanie: „to już?”.

Sam film (w zasadzie odcinek) prezentuje się całkiem nieźle, bo kadry są ładne, skąpane w słońcu, zaś bardzo klasyczna muzyka dodaje pewnego sznytu. Aktorstwo jest w zasadzie poprawne, ale bez jakiegoś błysku, trudno kogokolwiek wyróżnić. A obejrzeć można tylko w ramach uzupełnienia filmografii Bavy.

6/10

Radosław Ostrowski

Schock

Dla Dory Baldini powrót do domu jest niezbyt przyjemny. To w nim jej pierwszy mąż popełnił samobójstwo, zaś kobieta zapłaciła za to dłuższym pobytem w szpitalu psychiatrycznym. Ale to już było ponad pół roku temu, a teraz kobieta razem z synem oraz drugim mężem powraca do domu. Wydaje się, że będzie sielanka, spokój i najgorsze już jest za sobą? Ale powoli zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy: od poruszających się przedmiotów aż po dziwaczne zachowanie chłopca.

schock1

Dla Mario Bavy „Schock” był ostatnim kinowym tytułem, zrealizowanym pod koniec lat 70. horrorem. Bardzo nietypowym, jak na reżysera, mającego duży zmysł wizualny. „Schock” jest bardzo surowy, zrealizowany jest wręcz niemal jak reportaż, co sugeruje już sam początek. I reżyser ciągle podpuszcza, co do wydarzeń na ekranie. Czy to jest stricte horror z nawiedzonym domem? A może mamy do czynienia z „opętanym” dzieckiem, będącym pod silnym wpływem domostwa? Czy może jest to horror psychologiczny w stylu pierwszych filmów Romana Polańskiego? Tropów jest bardzo wiele, a Bava ciągle zmienia sposób straszenia. Raz mamy poruszające się przedmioty, raz dziwaczne zachowanie chłopca (jak mówi do Dory: „Mamo! Muszę cię zabić”), który kłamie, mąci i miesza, by potem wskoczyć dość makabrycznym koszmarem. Do tego jeszcze retrospekcje z bardzo nieostrymi kadrami, całkiem niezłymi efektami (latająca brzytwa) oraz coraz bardziej gęstniejącym klimatem.

schock2

I mimo sięgania po pozornie oczywiste sztuczki, parę razy Bava potrafi nastraszyć. I nie ważne, czy mówimy o montażowej sklejce huśtawka-metronom, zagrożeniu dla samolotu czy kolejnych marach, nawiedzających Dorę. Niepokój potęguje też muzyka, mieszająca bardziej popowe brzmienie z organami, chórami i elektroniką, tworząc bardzo zgrabną mieszankę. A zakończenie potrafi chwycić za gardło.

schock3

Całkiem nieźle radzi sobie także obsada. Film kradnie całkowicie Daria Nicolodi, znakomicie wcielając się w Dorę. Pozornie jest to kobieta radosna i szczęśliwa, która zaczyna się czuć coraz bardziej obco w swoim domostwie, by znaleźć się na skraju szaleństwa. A my razem z nią, próbujemy ustalić, co się tak naprawdę dzieje. Ale w kontraście do niej strasznie drażni David Colin Jr. jako Marco. Może i wygląda dość niepokojąco, jednak kiedy zaczyna się odzywać doprowadza do prawdziwego bólu uszu. Jest sztuczny, nienaturalny, wręcz irytujący, przez co jest największą wadą filmu.

„Schock” pokazuje, że Bava nie skończył się w latach 60., ale później też potrafił pokazać wysoką formę. Jest mrocznie, tajemniczo, z bardzo gęstym klimatem, nierównym aktorstwem i kilkoma mocnymi scenami. Nadal potrafi wywołać szok.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Ostatnie pokolenie

Wyobraźcie sobie świat, w którym coraz trudniej jest zdobyć wodę z powodu ogromnej suszy. Z tego powodu dystrybucja tego surowca jest mocno ograniczona, zaś ranczerzy, by przetrwać, muszą handlować alkoholem i liczyć na cud. Kimś takim jest Ernest Holm, ale bardzo brakuje mu umiejętności. Mężczyzna mieszka z synem i córką, która umawia się z dość szemranym Flemmingiem, który ma inne plany wobec tej ziemi.

ostatnie_pokolenie1

Początek dzieła Jake’a Paltrowa może budzić skojarzenia z postapokaliptyczną wizją świata, pełnego pustynnych krajobrazów, szalejących bandytów oraz zwykłych ludzi, próbujących przetrwać. Reżyser przez dłuższy czas prezentuje wizję swojego świata, gdzie nie brakuje pomysłowych gadżetów (futurystyczny telefon czy mechaniczny osioł), jednak nie one są tu najważniejsze. Degrengolada świata, pełna biurokracji, korupcji oraz drobnych cwaniaków jak Robbie, handlujący dziećmi czy licytacje sprzętu. I tutaj mamy zwykłą rodzinę oraz mocno przywiązanego do ziemi Flema, który do realizacji swoich celów nie cofnie się nawet przed morderstwem. Historia skupia się na zabójstwie, zemście, brutalnej inicjacji oraz uczynieniu ziemi znowu żyznej. Niby nie dzieje się wiele, ale reżyser powoli zaczyna odkrywać kolejne elementy intrygi, prowadząc do dość oczywistego finału, naznaczonego krwią, odpowiedzialnością oraz mrokiem. Wszystko to wsparte przez bardzo surowe zdjęcia, pełne pustynnych krajobrazów (na początku) oraz niepokojącą muzykę. Może czasami dialogi wydają się dość suche, a pewne wątki związane ze światem poza rolniczym, gdzie trzeba mieć przepustki, są szybko urwane i można było je rozwinąć, niemniej seans jest całkiem przyjemny.

ostatnie_pokolenie2

Za to nie zawodzą aktorzy, z których najbardziej wybija się trzech panów. Michael Shannon zawsze się sprawdzał w postaciach z tajemnicą oraz nieprzyjemną przeszłością, tutaj jedynie potwierdza swoje umiejętności. Ernest jest bardzo wycofanym, skrytym facetem, próbującym wytrwać do końca. Bardziej wybija się za to Nicholas Hoult, przechodzący olbrzymią ewolucję Flemming. Na początku chłopak na motorku, wyglądający jak bandzior, z czasem stający się panem na włościach, pewnym siebie facetem. Wreszcie bardzo wycofany Kodi Smit-McPhee (Jerome), który jest zapatrzony w ojca, też zmienia się w sprytnego, dojrzałego mężczyzny.

ostatnie_pokolenie3

„Ostatnie pokolenie” to kolejny ciekawy głos w nurcie niezależnego kina SF. Niby nic nowego, a sama intryga może też wydaje się niezbyt zaskakująca, ale potrafi miejscami poruszyć i trzymać w napięciu, chociaż wydaje się spokojny. Te paradoksy nie wykluczają się nawzajem.

7/10 

Radosław Ostrowski

Opowieść

Poznajcie Jennifer – to dziennikarka przed 50-tką, ale nadal atrakcyjna. Od lat żyje w narzeczeństwie z wziętym operatorem i powoli szykuje się do ślubu. Jednak jej dość spokojne życie zmienia się przez telefon od przerażonej matki. Pozornie kobieta ignoruje ten telefon, aż w końcu zostaje wysłana przyczyna: opowiadanie napisane przez Jen w wieku 13 lat, gdzie wspomina okres pobytu u nietypowej pary, zajmującej się trenowaniem (dzieci) oraz hodowlą koni. Tylko, że jest też o relacji intymnej z dorosłym mężczyzną.

opowiesc1

Reżyserka filmu Jennifer Fox postanowiła opowiedzieć o sobie samej oraz próbie pokonania swojej traumy, która dawno temu została wyparta przez pamięć. Sama Jenny pamięta samo miejsce, wrażenia, postacie, ale szczegóły dawno się zatarły, a wiele rzeczy oraz pozostało nienazwanych. To obyczajowy dramat, poprowadzony jednak troszkę inaczej niż tego typu produkcje nas przyzwyczaiły. Wiele scen, dialogów i fragmentów opowiadania zostaje powtórzonych, chociaż kontekst coraz bardziej zaczyna się zmieniać. Z jednej strony jest tu prowadzone dochodzenie własne śledztwo, gdzie poznajemy kolejne retrospekcje, rozmowy z bohaterami tamtych wydarzeń i odkrywanie kolejnych elementów układanki. Czyli klasyka tego typu produkcji. Z drugiej zaś Jenny „rozmawia” poprzez łamanie czwartej ściany i zwracanie się bezpośrednio do tych bohaterów już jako dorosła kobieta. Robi to nawet z młodszą wersją siebie, co na pewno czyni całość o wiele bardziej atrakcyjnie.

opowiesc2

Bardzo przekonująco odtworzono realia lat 70. – czasów bardziej liberalnych, gdy takie słowa jak molestowanie, pedofilia były nieznane, zaś o niewłaściwych zachowaniach nie mówiło się wprost. Tylko co zrobić w takiej sytuacji, jak odkryć prawdę i czy jest szansa na oczyszczenie, rozwianie wątpliwości. Nawet sceny intymnych relacji pokazane są na tyle delikatnie, by nie oskarżać twórców o pornografię, ale potrafią nadal przerazić. I co najważniejsze, nie daje tutaj mocnej kropki nad i w sprawie co dalej. Czy będzie szansa na związek, jaka była prawda i jaki będzie kolejny ruch? To może troszkę przeszkadzać.

opowiesc3

Za to film nadrabia świetnym aktorstwem. Tutaj błyszczy znakomity Laura Dern w roli Jennifer – pozornie spokojna, opanowana, lecz drobnymi modyfikacjami głosu oraz gestami widać, że w środku zaczyna się tutaj gotować. I to jest postać mocno trzymająca za gardło, której losy zaczynają nam zależeć. Równie mocna jest Elisabeth Debicki jako zjawiskowa pani G, będąca mieszanką delikatności, surowości oraz ciepła, a także partnerujący jej Jason Ritter (bardziej śliski, choć tego nie widać od razu Bill). Tak samo klasę prezentuję Ellen Burstyn jako matka oraz nieźle radzący sobie Common. Ale największą niespodzianką jest młodsze oblicze Jennifer, czyli Isabelle Nelisse – bardzo delikatna, naiwna oraz zagubiona dziewczynka, zauważona przez obcych ludzi.

„Opowieść” znowu pokazuje, że jeśli chodzi o realizację filmów telewizyjnych, HBO nadal pozostaje wyznacznikiem wysokiej jakości. Może czasami tempo może wielu znużyć, jednak sam film prowokuje do refleksji i dotyka (na szczęście, nie powiechrzownie) poważnego tematu, wspierany przez świetne aktorstwo. Ta „Opowieść” porusza i angażuje.

7/10

Radosław Ostrowski

Krwawy obóz

Mała, spokojna zatoczka, gdzieś na odludziu. Tam przebywa pewna starsza hrabina, poruszająca się na wózku inwalidzkim. Ale jej samotny żywot kończy się morderstwem. Żeby jednak nic nie było takie proste jak wygląda, jej zabójca też kończy żywot. Do tego po okolicy panoszy się pewna niemłoda parka, żyje pewien architekt, dość ekscentryczne małżeństwo i przyjeżdża czworo nastolatków.

krwawy_oboz1

Mario Bava tym razem postanowił zrobić dość dziwaczne cudadło. Początek zapowiada wręcz klasyczne giallo (morderca w czarnych rękawiczkach), by przez krotką chwilę (wątek nastolatków) wejść w buty slashera zapowiadając krwawe „Piątki 13-tego”, a następnie coraz bardziej zachowując się jak thriller z domieszką horroru. Początkowo wątki wydają się dość mocno oderwane od siebie i płynnie przeskakują między sobą, kończąc się czasem dość gwałtownie. Sama intryga jest bardzo zamotana i dotyczy walki o majątek, czyli posiadłości na zatoce. Mimo dość krótkiego czasu trwania, czasem dość trudno się w tym wszystkim połapać, zwłaszcza w pierwszej połowie panuje chaos oraz brak czytelności. Kto tak naprawdę jest najważniejszy w tej całej układance, kto gra jaką rolę, a kto pełni rolę tylko zapychacza. Jeśli to miało uczynić intrygę coraz bardziej skomplikowaną, to się naprawdę udało.

krwawy_oboz2

Warto jak zawsze pochwalić stronę plastyczną, z pięknie wyglądającą zatoką, zarówno rano jak i nocą. Bava znowu potrafi oczarować, tak samo jak oszczędnie budując napięcie prostymi sztuczkami w postaci gwałtownej, krwawej przemocy czy drobnych jump-scare’ów (wypłynięcie zwłok z jeziora czy nagłe wyskoczenie z mroku postaci). I o dziwo ogląda się to całkiem nieźle, m.in. odrobinie humoru oraz przewrotnemu finałowi. Pod koniec jeszcze zaczynają się retrospekcje, objaśniające całą tą układankę (w miarę sensownie).

krwawy_oboz3

Samo aktorstwo jest co najwyżej niezłe, ale trudno było mi polubić jakąkolwiek postać. Nie tylko dlatego, że za mało poznajemy każdą z postaci, lecz także z powodu niejasnych motywacji, szczątkowego charakteru, a także pewnej ekscentryczności (małżeństwo etymologa z tarocistką). To może sprawiać pewne problemy, niemniej nie wywołuje to irytacji.

„Krwawy obóz” może sprawić frajdę fanom kina grozy, mieszając brutalną przemoc z pogmatwaną intrygą, zapowiadając przyszłe slashery. Może nie ma równego tempa, historia bywa dość nieczytelna, a niektóre wątki (studenci) są zbędne, niemniej daje pewną satysfakcję.

6,5/10

Radosław Ostrowski


nadrabiambave1024x3071

Dom egzorcyzmów

Lisa Reiner jest turystką, która przebywa z wycieczką gdzieś we Włoszech. Jednak podczas odwiedzania placu, odłącza się od grupy i gubi się po okolicy. Po drodze trafia na małżeństwo, które przybywa i razem znajdują się w dworku gdzieś na odludziu. Dworek należy do hrabiny, jej syna oraz dość ekscentrycznego służącego.

lisa_i_diabel1

Mario Bava tym razem wraca do tego, co umie najbardziej, czyli do horroru. I nie jest to klasyczny horror, tylko gotycka opowieść z romansem w tle. Chociaż sam początek niczego takiego nie zapowiada, bo mamy zagubioną kobietę w obcym otoczeniu. Reżyser powoli zaczyna budować atmosferę tajemnicy, wynikającej z poczucia osaczenia, ale też obecności bardzo podobnych do ludzi manekinów. Wszystko się zmienia w momencie przybycia do domostwa, pełnego mrocznej tajemnicy rodu, mroczniejszego klimatu oraz atmosfery niepokoju. Bava sięga z jednej strony po klasyczne elementy (niepokojący dźwięk, niepokojące kadry), ale też parę razy zaskakuje wizualnie jak podczas scen igraszek pokazanych z odbijającej się papierośnicy. No i nadal wygląda pięknie, co widać w scenach na dworze.

lisa_i_diabel2

Po drodze pojawiają się pewne retrospekcje, które mogą wprawić w kompletną dezorientację, zarówno wobec postaci, jak i miejsca. Pewną poszlaką może być bardziej rozmyte oświetlenie w kadrach, jednak sama intryga jest dość zaplątana, sprawiając dużą konsternację. Także muzyka, niepozbawiona lirycznych fragmentów, brzmi bardzo współcześnie dla realizacji, czyli latami 70. Nie brakuje też zarówno scen przemocy z cieknącą krwią oraz złowrogich miejsca jak pokój kamerdynera pełen manekinów czy kaplica. Jednak na mnie wrażenie zrobiło przewrotne, wręcz surrealistyczne zakończenie, które potrafi zmrozić.

lisa_i_diabel3

Aktorstwo wydaje się tu troszkę przerysowane, jednak nie wywołuje ono w żaden sposób żenady czy frustracji. Najbardziej wybija się tutaj dystyngowany, elegancki Leandro w wykonaniu Telly’ego Savallasa, już z lizakiem w ustach. Opanowany, spokojny, ale jednocześnie z dużym dystansem oraz luzem. Dobrze sobie też radzi ładna Elke Sommer (Lisa) oraz bardzo wyrazista Alida Valli (hrabina), grając bez popadania w manieryzm czy przesadę.

„Dom egzorcystów” to bardzo klasyczny, wręcz elegancki horror w starym stylu, w którym Bava trzyma fason. Mimo pewnych logicznych dziur oraz miejscami średniego aktorstwa, dostarcza wiele frajdy, co sugeruje już bardzo ciekawa czołówka. Zawodu raczej nie będzie.

7/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Rebel in the Rye

Filmy o pisarzach mogą dla wielu być niezbyt interesującym materiałem, bo jak pokazać proces twórczy, skoro nasi autorzy tylko skrobią coś ołówkiem, długopisem oraz ewentualnie na maszynie. Ale nie znaczy to, że nie da się zrobić ciekawej biografii pisarza, bo jego losy mogą być inspiracją dla jego dzieł. I o jednym taki twórcy jest „Rebel in the Rye”, który nie trafił do polskich kin. A szkoda, bo to bardzo interesujące dzieło.

rebel_in_the_rye1

Czy czytaliście taką książkę „Buszujący w zbożu” niejakiego Jerome’a Davida Salingera? Bo ja nie miałem okazji ani w szkole, ani w dorosłym życiu. A jaki był sam autor? Cały film można podzielić na dwie części, gdzie punktem zwrotnym jest rok 1945. Gdy poznajemy J.D., przebywa w szpitalu psychiatrycznym, otępiały, przybity i wyniszczony psychicznie po tym, co zobaczył podczas wojny od lądowania w Normandii aż do wyzwolenia obozu koncentracyjnego. I wtedy po raz pierwszy pada nazwisko Holdena Caulfielda, a następnie cofamy się do roku 1939, gdy przyszły autor chce podjąć swoich sił jako literat. Syn handlarza serem, wspierany przez matkę decyduje się zapisać na kurs literatury prowadzony przez Whita Burnetta. To zdarzenie staje się pierwszym przełomem, a reżyser Danny Strong skupia się na dwóch wątkach: samym autorze, jego emocjach i przeżyciach oraz pokazywanie sensu pracy twórczej, rozwijania warsztatu, dbania o uczciwość wobec siebie. A druga część to próba poskładania się do kupy, realizacja swojego opus magnum oraz… życie tuż po.

rebel_in_the_rye2

Sam film może sprawiać (zwłaszcza w drugiej części) wrażenia bardzo skrótowego, pokazującego wydarzenia z kilku lat w ciągu paru minut, bez informowania nas o tym. Na mnie największe i najciekawsze dostajemy na początku, czyli relacja Salingera z Burnettem, który staje się dla niego mentorem, w pewien sposób zastępując ojca. Wtedy film nabiera rumieńców, dostarczając kopa. Sam wątek wojenny jest pokazany w kilku scenach, jednak jego reperkusje dotykają aż do samego końca. Próby wyrwania się z wojennych koszmarów doprowadzają nie tylko do napisania „Buszującego w zbożu”, ale też do większego wyalienowania wobec świata. Czy to musi być cena za tworzenie swojego dzieła? Reżyser w tym przypadku pokazuje, że może tak być, jednak cały czas próbuje zrozumieć swojego bohatera.

rebel_in_the_rye3

Pisarz ma tutaj twarz Nicolasa Houlta, który bardzo dobrze poradził sobie z budowanie zagubionego outsidera, konsekwentnie walczącego o realizację swoich pasji. Rzadko sobie pozwala na wylewanie emocji, mieszając strach, wątpliwości, ale także upór w dążeniu do celu, na własnych warunkach. To bardzo złożona, intrygująca kreacja. Na tym samym poziomie wchodzi Kevin Spacey (czy może powinienem napisać Kevin S.?) w roli Burnetta, spełniający się w roli mentora, budząc uznanie od pierwszego zdania. Chociaż wygląda niepozornie (sweterek, okulary), ma w sobie większą siłę, przekonując swoim doświadczeniem, co aktorowi zawsze wychodziło bez problemu. Drugi plan zawłaszcza Sarah Paulson (wydawca Dorothy Olding), tworząc sympatyczną wspólniczkę oraz śliczna Zoey Deutch (Oona O’Neill – pierwsza miłość pisarza), dodając smaczku.

Film Danny’ego Stronga może nie jest przełomową biografią literacką, ale potrafi wciągnąć i pokazuje inną stronę pracy pisarza. Nie brakuje zarówno stylowych zdjęć czy rekonstrukcji okresu lat 40. oraz 50., świetnie budującej klimat muzyki oraz wspaniałych kreacji duetu Hoult/Spacey. Bardzo solidnie opowiedziany, gdzie nawet ta skrótowość nie przeszkadza stworzeniu wiarygodnego portretu psychologicznego bohatera.

7/10

Radosław Ostrowski