Zaginiony bez śladu

Howard Wakefield jest pozornie człowiekiem sukcesu. Jest prawnikiem w dużej korporacji, ma piękny dom na przedmieściach, śliczną żonę i dwoje dzieci. Ale któregoś dnia mężczyzna postanawia nie wracać do domu. Najpierw dochodzi do awarii prądu w pociągu, a Howard decyduje się zamieszkać na poddaszu, by móc obserwować sytuację w domu.

wakefield1

Film Robin Swincord to adaptacja opowiadania E.L. Doctorowa, a punkt wyjścia wydaje się intrygująca. To bardzo kameralny dramat psychologiczna człowieka przeżywającego wewnętrzny kryzys. Powoli zaczynamy poznawać jego przeszłość, jak zdobył swoją kobietę oraz poczuciu pewnej pustki, wypalenia. Początkowo to zniknięcie wydawało się hecą, wygłupem, próbą odegrania się na żonie, z którą od pewnego czasu coś się zaczęło psuć. Ale to wszystko pozwala Howardowi na zmianę perspektywy, spojrzenie z boku i rozliczenie się z samym sobą. Pojawiają się retrospekcje skontrastowane z obecnym stanem Howarda, który – niejako na własne życzenie – staje się żebrakiem, żulem żyjącym ze śmieci. Wszystko to nie jest pozbawione odrobiny humoru (sceny, gdy Howard wyobraża sobie, że zostanie rozpoznany przez żonę), chociaż te fragmenty pojawiają się bardzo rzadko. Chyba, że wspomnimy o narracji Howarda z offu, pozwalającej na bliższe poznanie tego zwichrowanego charakteru. Sam film jest bardzo wymagający i skupiony na oczyszczającej psychodramie, niemniej w żaden sposób nie wywołuje znużenia. Kolejne elementy układanki nie sprawiają wrażenia wydumanych, a niektóre refleksje są zadziwiająco trafne.

wakefield3

Jedynie rozdrażnić może zakończenie, stawiające na niedopowiedzenie (chociaż przed napisami końcowymi widzimy dwie możliwości). Czasami dialogi brzmią troszkę literacko, ale nie irytuje to zbyt mocno. Melancholijny klimat bardzo dobrze buduje muzyka, razem ze stonowanymi zdjęciami oraz spokojnym montażem.

wakefield2

Aktorsko jest całkiem dobrze, ale tak naprawdę liczy się tylko Bryan Cranston, kolejny raz potwierdzający klasę. Początkowo Howard wydaje się niezbyt przyjemnym typkiem, a jego decyzja dla mnie była kompletnie niezrozumiała i nieracjonalna. Ale im dalej w las, tym bardziej widzimy skomplikowanego bohatera, nie pozbawionego wad (manipulacja, bezwzględne dążenie do celu), ale też bardzo zagubionego i próbującego odnaleźć się na nowo. Howard potrafi wzbudzić współczucie, co nie jest takie łatwe. Bardzo niejednoznaczna postać.

„Zaginiony bez śladu” to kolejny przykład one man show, zdominowane całkowicie przez Bryana „Heisenberga” Cranstona, pokazującego swój wszechstronny talent oraz robiącego nieprawdopodobne wrażenie. Dla niego absolutnie warto odnaleźć ten film na półkach DVD.

7/10

Radosław Ostrowski

Ślepa furia

Sama historia filmu Philipa Noyce’a jest prosta jak konstrukcja cepa. Bohaterem jest niejaki Nick Parker – żołnierz wojny w Wietnamie, który podczas walki stracił wzrok. Trafił jednak po opiekę miejscowej ludności, która nauczyła go trochę tego i owego. 20 lat później wyrusza by odnaleźć swojego starego kumpla z wojska. Ale ten zostawił swoją żonę i syna, do których dociera Nick, od razu pakując się w grubszą sprawę. Spotkanie kończy się morderstwem, a Nick z chłopcem Billym muszą uciekać.

slepa_furia1

Nakręcona w 1989 roku film to wręcz klasyczny film akcji, gdzie mamy prostą intrygę, wyrazistych bohaterów oraz kilka pojedynków. „Ślepa furia” to amerykańska wersja „Zatoichiego” – ślepego samuraja, mierzącego się ze złem tego świata i niczym rewolwerowiec z westernu odchodził ku zachodzącemu słońcu. Noyce jednak wnosi wiele serca oraz tworzy bardzo specyficzny klimat, który mógł powstać tylko w latach 80. – oszczędna elektroniczna muzyka, skromny budżet oraz prosto opowiedziana fabuła. Ale to wszystko jest bardzo dobrze poprowadzone – dialogi wpadają w ucho, nie brakuje nawet humoru (omijanie aligatora czy scena z „cukierkiem”), zaś sceny akcji wypadają więcej niż dobrze. Trudno zapomnieć porwania oraz walki na polu kukurydzy czy finałowej konfrontacji Nicka z japońskim mistrzem miecza – tu choreografia jest wręcz obłędna. Sami przeciwnicy to prości rednecy o mentalności nieskomplikowanych osiłków, przez co walki z nimi mogą dziś wydawać się mogą dość śmieszne. Niemniej dają wiele satysfakcji, a choreografia walk nadal potrafi zrobić dobre wrażenie, mimo przewidywalności fabuły.

slepa_furia2

Realizacja jest solidna (zwłaszcza sceny retrospekcji), tempo zachowano odpowiednie, a napięcie jest budowane w sposób konsekwentny. Ale i tak najlepiej wypada Rutger Hauer w roli głównej. Nick jest twardym wojownikiem, którego nic nie jest w stanie zniszczyć ani złamać i jest przekonujący w roli niewidomego, zdanego na inne zmysły. Jednak jest w nim wiele doświadczenia, wewnętrznej siły oraz determinacji. Także jego więź z Billym (dobry Brandon Call) jest pokazana bez fałszu i przekonująco poza Haurem reszta spisuje się całkiem nieźle (zwłaszcza Terry O’Quinn jako Frank czy bezwzględny Randall „Tex” Cobb) i solidnie na tego typu produkcji.

slepa_furia3

„Ślepa furia” nadal jest uważana za jeden z najlepszych filmów w dorobku Noyce’a. Sprawna realizacja, znakomity Rutger Hauer oraz pomysłowo wykonane sceny akcji dają mnóstwo frajdy. Prosta, pretensjonalna rozwałka z sercem i klimatem jedynym w swoim rodzaju.

8/10

Radosław Ostrowski

Judyta Pisarczyk – Koncert w Trójce

koncert-w-trojce-w-iext52608214

Wydanie płytowe koncertów ze Studia im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie stało się pewną gratką. Kolejne wydawnictwo z tej serii to zapis koncertu Judyty Pisarczyk – bardzo młodej oraz utalentowanej wokalistki jazzowej, która w zeszłym roku zdobyła Grand Prix Ladies Jazz Festiwal w Gdyni. I to ta nagroda doprowadziła do realizacji tego koncertu.

Zapowiadał to zgrabnie trójkowy dziennikarz Piotr Baron, wspierany przez przewodniczącą jury gdyńskiego festiwalu, Urszulę Dudziak. By płynnie przejść ku jazzowym numerom (nie swoim, ale to nie szkodzi) wsparta przez fortepiano, gitarę elektryczną oraz perkusję. Buja bardzo “Moanin’”, gdzie w połowie instrumenty oraz wokalizowanie Judyty zaczynają rozkręcać całą imprezę. Równie przyjemnie jest “Find” z bardzo długim i dynamicznym wstępem, dającym wiele swobody dla gitarowego duetu basowo-elektrycznego. Ich zadanie to rozkręcić całą tą imprezę, co przez większość czasu im się udaje. Nawet w chwilach dominacji fortepianu (swingujące “Tight”) czy Hammonda (zmieniający tempo “What If?”), Pisarczyk nie traci lekkości w swoim głosie, ani energii. Ale czy śpiewa tylko w języku Szekspira? Jest jeden polski utwór – “Co to jest czułość?”, najbardziej delikatny i liryczny z tego zestawu, ale też bardzo gorzki. To jednak jedyny wyjątek od reguły.

Dalej jest równie dynamicznie jak przy “What If?”, klimatem sięgając po muzykę z lat 60. i 70. (bogato zaaranżowane “Upside Down” czy zaśpiewany standard Dave’a Brubecka “Take Five”), nakręcając fanów śpiewanego jazzu. Jest elegancko, stylowo oraz przyjemnie dla uszu, pokazując ogromny potencjał wokalistki. Nie wiem jak wy, ale chciałbym posłuchać jej autorskiej płyty. A koncert z Trojki jest udany oraz daje wiele frajdy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Azyl P. i przyjaciele – Koncert w Trójce

azyl p i przyjaciele

Azyl P. był jedną z popularniejszych kapel rockowych lat 80., kojarzona z hitem “Mała Maggie”. Później były reaktywacji, samobójstwo wokalisty Andrzeja Siewierskiego, były nagrywane piosenki, a grupę tworzą: basista Dariusz Grudzień, perkusista Marcin Grochowalski oraz gitarzysta Bartosz Jończyk. 24 września 2017 roku zespół nagrał koncert w Studiu im. Agnieszki Oscieckiej, zapraszając wielu przyjaciół. Co z tego wyszło?

Gospodarzem tej imprezy był Marek Wiernik i radzi sobie naprawdę dobrze, przechodząc między gośćmi. Dodatkowo grupę wsparł drugi gitarzysta Piotr Zając. Pierwszy był Juan Carlos Cano, który uczestniczył w jednym z programów typu talent show. Na początek poszedł lekko orientalny “Chyba umieram”, rozpędzający się z każdą sekundą oraz idący we wręcz hard rockowe klimaty. Równie wściekły jest “Dajcie mi azyl”, jadący niczym walec po konkurencji, a na koniec seta Cano (nawet ten akcent nie przeszkadzał) zaserwował “Nic więcej mi nie trzeba”, który jest melodyjny i agresywny jednocześnie. Po nim wchodzi Titus, który samym głosem mógłby rywalizować z Lemmym Klimsterem. “Twoje życie” to hard rockowy blues, ale “Och, Lila” to już prawdziwa petarda (gościnnie w chórku Ania Brachaczek) z takimi riffami, że aż włosy się jeżą na głowie. Sama Brachaczek wskakuje w “Daj mi swój znak”, gdzie gitary tną, perkusja wali, a Ania wydaje się bardzo łagodnie śpiewać. Tuż po niej obecny wokalista zespołu – Maciej Silski, serwujący trzy kawałki. Szybki “Już lecą” to przykład rockowej petard, pozornie spokojniejsza jest “Kara śmierci”, chociaż solówki gitary brzmią bardzo mrocznie tak jak wręcz metalowa “Praca i dom”, a sam Silski bardzo dobrze się w tym odnajduje. Po nim wchodzą dwie legendy – Krzysztof Jaryczewski (chropowate oraz chwytliwe “Buty czerwone”) i Marek Piekarczyk (spokojniejsze “Zwiędłe kwiaty” oraz zdecydowanie rozpędzona niczym Pendolino “Och, Alleluja”), którzy nie są w stanie zawieść nikogo.

Na sam finał, bo musi być on spektakularny dostajemy “Mała Maggie” wykonywaną przez wszystkich gości. A żeby było jeszcze bardziej ekstra, wydawnictwo kończy nowe nagranie grypy “Co ja wiem”. Muszę przyznać, że utwór dorównuje całości wydawnictwa, pokazujące nadal jaką moc oraz energie ma ta formacja. Nie wiem jak wy, ale ja chciałbym posłuchać nowej, studyjnej płyty Azylu P.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kruk. Szepty słychać po zmroku

UWAGA!
Recenzja może zawierać spojlery, choć autor będzie starał się ich unikać jak ognia!

Komisarz Adam Kruk pracuje w łódzkim wydziale kryminalnym policji. Mieszka z żoną, dziecko jest w drodze, trzeba przygotować mieszkanie. Ale komisarz zostaje zesłany do Białegostoku, by zająć się przemytem lewych papierosów. Wyrusza z nim jego przyjaciel Sławek z lat dziecięcych. Kruk ma też w swoich rodzinnych stronach pewne własne rachunki. W tym samym czasie dochodzi do porwania dziecka bardzo bogatego biznesmena, Morawskiego.

kruk1

Kolejny polski serial kryminalny ze stacji Canal+, tym razem stworzony przez Macieja Pieprzycę. Bo kto inny byłby w stanie zrealizować taką historię? Sam początek, czyli pierwszy odcinek wywołuje lekką dezorientację, bo sami nie wiemy, o czym to ma być. Przemyt na granicy, porwanie, pedofilia – dzieje się wiele, a od drugiego odcinka zaczynają się krystalizować. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, podejrzanych i panujący w tej mieścinie układ, do którego nasz bohater zwyczajnie nie pasuje. „Kruk” wymaga skupienia, bo bardzo łatwo można coś przeoczyć, a początkowy chaos zaczyna tworzyć zespół naczyń połączonych. Historia wydaje się być taką krzyżówką „Belfra” (brudne tajemnice, układy, tuszowane zbrodnie) z „Watahą” (klimat pogranicza, strona wizualna i wejścia zespołu Południce – rewelacja), przez co serial wygląda bardzo filmowo i ogląda się znakomicie. Historia parę razy zaskakuje, myli tropy i bardzo brutalnie przypomina, jak przeszłość może naznaczyć całe nasze życie.

kruk2

Istotnym wątkiem jest także stan psychiczny Kruka, z którym widać, że coś jest nie tak. Wrażenie to potęgują sceny rozmów komisarza, gdzie widzimy ich z perspektywy jego oczu – kamera wtedy troszkę lata, a wypowiadane słowa czasami są albo niesłyszane, albo zniekształcone. Dodatkowo jeszcze ten Sławek jest jakiś taki dziwny – pojawia się i znika (jakby był jakimś superbohaterem), z jednej strony stara się pomóc Krukowi (rozmowa z Cyganami), z drugiej zależy mu tylko na zemście i przeszkadza (próba dopadnięcia sprawcy, gdzie dochodzi do szamotaniny podczas jazdy), aż w połowie ta relacja zostaje wyjaśniona. Może i początkowo wydaje się to oparte na kliszach (młoda idealistka, skorumpowany komendant, jego śliski pomocnik), ale nie czuć tutaj fałszu ani znużenia.

kruk3

Dla wielu osób największą wadą serialu było udźwiękowienie, przez co część dialogów (i to spora) była absolutnie niezrozumiała, co w przypadku kryminału jest kardynalnym grzechem. Ja – z braku telewizora – oglądałem serial na laptopie i na słuchawkach – i muszę się przyznać: albo ja ma taki super słuch, albo dobry sprzęt, bo nie miałem z tym aż tak dużych problemów. Sporą część dialogów byłem w stanie usłyszeć niemal od razu, ale nie wszystkie. Ale dla mnie największą wadą były role dziecięce, ze szczególnym wskazaniem na recytowanie wierszyka z offu, który doprowadzał mnie do bólu uszu oraz postaci epizodycznych z retrospekcji.

kruk4

Poza tym aktorsko „Kruk” prezentuje się co najmniej bardzo dobrze. Michał Żurawski vel Grzmichuj jako jest fantastyczny. Kruk jest bardzo wycofany, sprawia wrażenie troszkę zagubionego i zdezorientowanego, ale kiedy ma rozwiązać zagadkę, pracuje na wysokich obrotach, łącząc trafnie wszystkie elementy układanki. Podczas przesłuchań czy prób rekonstrukcji (odtworzenie porwania) przechodzi samego siebie. Równie mocny jest Cezary Łukaszewicz, czyli tajemniczy Sławek. Relacja między tą parą przez długi czas nakręca ten tytuł i wiele razy ta postać popycha fabułę do przodu. Także ich młodsze wcielenia (Nicolas Przygoda i Hubert Wiatrowski) wypadają dobrze. Drugi plan jest przebogaty (i poza postaciami kobiecymi) oraz wyrazisty. Zarówno komendant Tylenda (Andrzej Zaborski), twardy glina Kapanow (świetny Mariusz Jakus), jak i rządzący miastem Morawski (trzymający fason Jerzy Schejbal) zapadają bardzo mocno w pamięć, tak jak pozornie nieistotna dla fabuły postać Szeptuchy (Danuta Kierklo), dodająca troszkę elementu nadprzyrodzonego. Trudno też nie wspomnieć Marcina Bosaka (Szymon Wasiluk), który – tak jak Kruk – jest bardzo wycofany, małomówny i sprawia wrażenie nieobecnego (te puste oczy), by w finale rozsadzić ekran.

kruk5

„Kruk” jest bardzo zamkniętą, spójną i konsekwentnie poprowadzoną opowieścią o walce ze swoimi demonami. Bardzo specyficzny klimat (te ujęcia przyrody a’la „Pokot”), wielowymiarowe postacie, aura tajemnicy troszkę przypomina kryminały skandynawskie czy „Jezioraka”, co jest dla mnie plusem. Pieprzyca potwierdza klasę jako reżysera i sprawia, że warto czekać na każde jego kolejne przedsięwzięcie.

8/10

Radosław Ostrowski

Sting & Shaggy – 44/876

1524139360_sting-shaggy-44-876

Tego duetu nie spodziewał się nikt. Stinga przedstawiać nie trzeba, a Shaggy swoje najlepsze lata wydaje się mieć za sobą. Więc kooperacja ta wydawała się być ratowaniem kariery ziomka z Jamajki, ale czy może wyszłoby z tego coś więcej? Byłem bardzo sceptyczny do “44/876”, wyprodukowanym przez Martina Kierszenbauma (producent Stinga, były współpracownik Shaggy’ego), dodatkowo nie jestem fanem reggae. Ale może tym razem miało być inaczej?

Sam początek to utwór tytułowy, gdzie panów wsparli Aidonia z Morganem Heritagem i brzmi to… nieźle. Bardziej reggae’owate jest “Morning is Coming” z bujającymi dęciakami oraz “ciachającą” gitarą. Ale gdy wchodzi saksofon robi się jeszcze bardziej chilloutowo. Jednak dla mniej najciekawsze są element spoza tego gatunku (pianistyczny początek “Waiting for the Break of Day”, mocniejsza perkusja w niemal soulowym “Gotta Get Back My Baby”), chociaż czysto jamajskie klimaty brzmią przyjemnie (niezłe “Don’t Make Me Wait” czy oparte na dęciakach “Just One Lifetime”). Wymienianie poszczególnych utworów wydaje się troszkę na siłę, choć złego słowa nie powiem ani o gitarowym “22nd Street” czy przypominającym nagrania The Police “Dreaming in the U.S.A.”, które najbardziej się wybijają.

Dla obydwu panów brzmienia z Jamajki są znane nie od dziś i obaj panowie tworzą bardzo zgrabny duet. Lekko szorstki głos Stinga połączony z rapowaniem Shaggy’ego pasują do tej muzyki tak, że już bardziej się nie da. Dodajmy do tego teksty o miłości, pozytywnej energii oraz nostalgii i mamy murowany hit stacji radiowych, przypominającym o zbliżających się wakacjach. To co, bujamy się?

7/10 

Radosław Ostrowski

Pierścionek z orłem w koronie

Rok 1944. Kiedy wybucha powstanie, dowódcą jednego z plutonów pozostaje młody chłopak Marcin. Z całego plutonu przeżyła ledwie garstka chłopaków, a po upadku rozkazuje ocalonym zdjąć mundury i w cywilu opuścić miasto. Dowódca jest ranny, a jego dziewczynę Wisię zabierają własowcy. Po powrocie do zdrowie kontaktuje się z nim były dowódca, major Steinert. Chce przekonać Marcina do członkostwa w organizacji NIE, ale odmawia. Nawiązuje kontakt z byłym żołnierzem AL – Tadeuszem Śliwą z PPR.

pierscionek1

Andrzej Wajda tym filmem wraca do tematyki świata powojennej Polski. „Pierścionek” zaczyna się od mocnego uderzenia i krótkich scen z Powstania Warszawskiego. Widzimy beznadziejną walkę z Niemcami oraz coraz bardziej gasnący zapał do walki. A jednocześnie zaczynamy obserwować zagubienie młodych ludzi i całego środowiska AK, próbującego się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Świecie zdominowanym przez komunistów, gdzie dawni bohaterowie są uważani za wrogów ojczyzny, zaufanie jest towarem deficytowym i nie wiadomo, kto tak naprawdę jest kim. Kłamstwo i podstęp stało się elementem prowadzenia gry – gdzie Historia śmieje się z naszego poczucia obowiązku oraz mechanizmów, na które nie mamy żadnego wpływu. Reżyser z jednej strony pokazuje naiwność oficerów AK, którzy – z różnych powodów – są przywiązani do wydawałoby się bezsensownych wartości, przekonani o gwarancjach Zachodu, ale też pokazuje bezsensowność jakiejkolwiek decyzji. Czy pozostaniesz po swojej stronie czy spróbujesz pójść na pakt z diabłem (współpracę z Sowietami), zawsze poniesiesz klęskę.

pierscionek2

Cała intryga jest tutaj mocno zawikłana – współpraca Marcina z tajemniczym porucznikiem Kosiorem, wywóz żołnierzy AK na Syberię, wreszcie próby dotarcia do dowództwa podziemia. Wajda bardzo gorzko pokazuje ten beznadziejny czas. Ale to wszystko wydaje się jednocześnie bardzo teatralne – w scenach dominują dwie, trzy postacie, wszystko oparte jest na sporej ilości dialogów, czasami wręcz przeładowany. Nie brakuje scen zbiorowych jak wywiezienie AK-owców z peronu kolejowego, ale nie ma ich zbyt wiele. Wajda wydaje się troszkę wycofany i miejscami zwyczajnie nudzi, spowalnia, a dla osób nieznających historii Polski wyda się zbyt nieczytelny.

pierscionek3

„Pierścionek” za to może pochwalić się świetną obsadą, która wyciska soki. Bardzo dobrze radzi sobie debiutujący wówczas Rafał Królikowski. Marcin w jego wykonaniu to zagubiony, zgorzkniały człowiek, który stracił wiarę w swoich dowódców. Próbuje się odnaleźć i na własną rękę zrozumieć działania nowej władzy, jednak każda próba kończy się klęską. Całość bezczelnie kradnie rewelacyjny Cezary Pazura jako porucznik Kosior. Pozornie wydaje się troszkę dowcipnym, balansującym między powagą a zgrywą, wojskowym. Ale tak naprawdę to bardzo bezwzględny i zabójczo skuteczny ubek, bardzo łatwo rozgryzający swoich rozmówców (scena „przesłuchania” Marcina, w którym pozbawia go złudzeń wobec pomocy Zachodu), przez co jest strasznie nieprzewidywalny. Równie świetny jest Mirosław Baka (Tadeusz Śliwa), który magnetyzuje swoimi kwestiami.

pierscionek4

„Pierścionek” dla Wajdy jest próbą rozliczenia się zarówno z mitem Armii Krajowej, jak i polemizuje z samym sobą. Stąd obecność sceny z „Popiołu i diamentu” (tej z płonącymi kieliszkami), gdzie też podejmowane były kwestie nowego świata w latach 1944-45. Jednak tamten film miał większą siłę rażenia, ale film z 1992 roku miał kilka mocnych scen.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cicha noc

Mała wioska gdzieś na Mazurach. To tutaj na Święta Bożego Narodzenia przyjechał Adam – młody chłopak, który pracuje w Holandii. Ma dziewczynę, która spodziewa się dziecka i którą chce zabrać ze sobą za granicę. Nie planuje powrotu do kraju i poza spędzeniem Wigilii, ma jedną sprawę do załatwienia: chce sprzedać dom dziadka, by rozkręcić swój własny interes. Ale to nie będzie takie proste.

cicha_noc1

Debiut Piotra Domalewskiego może budzić pewne skojarzenia z filmami Wojciecha Smarzowskiego. Bo mamy rodzinną uroczystość (jak w „Weselu”), powolne odkrywanie trupów z szafy oraz bardzo skomplikowane relacje rodzinne. Jest obowiązkowa wódka, oglądanie Kevina, śpiewanie i słuchanie kolęd, kradzież choinki oraz wspólne jedzenie. Reżyser owszem, pokazuje bardzo depresyjny Polaków portret własny, ale nie jest ani cyniczny, złośliwy czy bezwzględny. Przygląda się temu niczym dokumentalista i jest w tym bardzo szczery, zupełnie jakbyśmy widzieli swój własny dom. Realizmu dodają nie tylko sceny filmowane kamerą Adama (trafny i ciekawy zabieg), ale też wpadające w ucho dialogi, okraszone odrobiną gorzkiego humoru. I jednocześnie ten dom wygląda tak swojsko, bez żadnych bajeranckich zabawek, troszkę ciasny, niczym z dawnej epoki.

cicha_noc3

Powoli widzimy kolejne komplikacje w planie Adama, skrywane bóle, pretensje oraz kolejne tajemnice: czuć pewne spięcia (zwłaszcza między Adamem a młodszym bratem), poznajemy oblicza naszych postaci – czasami rozbrajające (dziadek-alkoholik, ojciec kiedyś pracujący na saksach i walczący z gorzałą), czasem bolesne (siostra związana z damskim bokserem czy próbująca opanować to wszystko matka). A jednocześnie dotyka kwestii emigracji zarobkowej – tego, jak działa na rodzinę wręcz destrukcyjny (postać ojca), ale dla młodych wydaje się jedyną szansą. Zakończenie, mimo dość dramatycznego wydźwięku, pozostawia pewną nadzieję.

cicha_noc2

To wszystko jest jeszcze fenomenalnie zagrane. Reżyserowi udało się zebrać bardzo imponującą obsadę, która wycisnęła ze swoich postaci maksimum. Trudno oderwać oczy zarówno od Dawida Ogrodnika i Tomasza Ziętka (Adam i Paweł), miedzy którymi jest bardzo silna chemia oraz pełna niedopowiedzeń historia, jak i kradnącego ekran Arkadiusza Jakubika (ojciec), znakomicie radzącego sobie w roli złamanego bohatera z tajemnicą czy pozornie wycofaną Agnieszkę Suchorę (matka). Każdy ma swoje pięć minut oraz swoje niezapomniane teksty, co daje prawdziwego kopa.

cicha_noc4

„Cicha noc” nie jest tylko szorstko-depresyjnym kinem o próbie wyrwania się z piekiełka zwanego Polską, które dusi i spycha cały czas w dół (zakończenie). Ale to wszystko potrafi poruszyć, bez żadnego fałszu, sztuczności i jest brutalnie szczere. Nawet jeśli macie wrażenie, że jest to dziwnie znajome.

8/10 

Radosław Ostrowski

Reakcja łańcuchowa

Warszawa i troje bohaterów: Marta, jej chłopak Adam oraz przyjaciel Paweł. Cała trójka należy do tzw. pokolenia Czarnobyla, czyli rocznika 1986. Nasza para ma wkroczyć we wspólne życie, ale zaginięcie poprzedniej dziewczyny Adama, Kasi wywraca wszystko.

reakcja_lancuchowa1

Kinowy debiut Jakuba Pączka jest jednym z najdziwniejszych kuriozum, jakie widziałem ostatnio. Początek jest poszatkowany i mętny (wybuch atomowy nad Warszawą – że co?; budząca się kobieta, budzący się mężczyzna w więzieniu, jakaś głowa i masa dziennikarzy) i parę minut wywołuje dezorientację. A wtedy wracamy do początku, czyli rozmowy w Urzędzie Stanu Cywilnego oraz nocnego przyjęcia-niespodzianki. Ale im dalej w las, tym balansowanie między dramatem obyczajowo-psychologicznym a kryminałem doprowadza do stanu schizofrenicznego. Na ekranie mamy młodych ludzi ze swoimi wydumanymi problemami (praca w ocenianiu pornosów ze strony Piździelec.com – o ja pierdolę, prezentacja o Czarnobylu, próby wyjścia z cienia dyktatorskiej matki) i reżyser stawia tezę, że współczesne pokolenie 30-latków jest tak zjebane, bo pili płyn Lugola – wiecie, takie cudadło, by chronić przed promieniowaniem. Dodatkowo jeszcze mamy zaginiecie, a działania policji poznajemy z… dialogów postaci czy serwisu informacyjnego, zaś jego przebieg oraz rozwiązanie to coś tak nieprawdopodobnego i głupiego, że tylko k***a jasnowidz mógł to wymyślić.

reakcja_lancuchowa2

Dodatkowo jeszcze reżyser próbuje gmatwać intrygę, pokazując bohaterów jako młodych, cynicznych ludzi, którzy nie mają się przeciwko czemu zbuntować. Do tego jeszcze są pewne elementy oniryczne (sen z „tonącym” bohaterem), sporo golizny i seksu – bo nic tak nie pomaga skupić uwagę jak sceny rozbierane – ale to wszystko wydaje się ogromnym bałaganem z dialogami balansującymi między kuriozum a błyskotliwością. I nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.

reakcja_lancuchowa3

Aktorzy też niespecjalnie mają co robić – albo prowadzą rozmowy o niczym, albo pokazują jak cierpią (ale tak w środku), albo uprawiają seks, albo toczą ważne dyskusje. I to jest tak cienkie jak barszcz. I co tu robi w tym składzie Magdalena Popławska (matka zaginionej), zepchnięta całkowicie na trzeci plan i Janusz Chabior (policjant)? Młodzi na pierwszym planie coś próbują, ale potrafią zwrócić swoją uwagę tylko wzrokowo jak Małgorzata Mikołaczyk (Marta) czy Wiktoria Stachowicz (Asia). Najbardziej w pamięć zapada Anna Radwan, czyli chłodna matka Adama – kobieta wyrachowana i skupiona na sobie oraz Bartosz Gelner (Paweł) z kilkoma „niezapomnianymi” dialogami.

Film, który miał zaskoczyć i trzymać w napięciu, ale tak naprawdę jest kolejnym przykładem filmu o niczym. Ani postacie nie interesują, ani historia jest nieciekawa, zaś Czarnobyl jako tło wydaje się zbędny oraz niepotrzebny. Nie wywołuje żadnej reakcji.

3/10

Radosław Ostrowski

Totem

Dziki to młody chłopak, który pracuje na bramce w klubie. Jego dziewczyna jest w ciąży i pracuje w lokalu jako prostytutka, a brat chłopaka jest bardzo wybijającym się drobnym mafiozem. Ale życie chłopaka zaczyna się zmieniać, gdy jego dziewczyna zostaje pobita przez klientów. Dziki dowiaduje się o dużym biznesie, gdzie ma dojść do handlu dragami. Razem z Igorem planują wykraść oraz sprzedać towar.

totem1

„Totem” to próba zrobienia kina sensacyjno-gangsterskiego na naszym podwórku. Założeniem jest surowa realizacja, bardzo chropowata, z rozedrganą kamerą oraz drobnymi cwaniakami, próbującymi ugrać jak najwięcej. Tylko, ze cała ta historia zwyczajnie nuży i nie angażuje. Dlaczego? Bo debiut Jakuba Charona to pełna amatorszczyzna. Zdjęcia są bardzo niestabilne, w kadrze widzimy tylko głowy albo twarze postaci, spychając kompletnie całe otoczenie. Niewiele widać, słychać też nie za bardzo, a nawet jeśli coś słyszymy, to dialogi oparte są tylko na rzucaniu bluzgów oraz paru ulicznych mądrości. Uszy od tego więdną, a przy scenach zbiorowych widać, że twórcy nie mieli wiele kasy na realizację. Intryga jest bardzo zamotana, kilka scen ma wyraźnie charakter deliryczno-ćpuński (mocna kolorystyka, elektroniczna muzyka w tle), co jeszcze bardziej utrudnia oglądanie. Ciąg przyczynowo-skutkowy też wydaje się nie istnieć w słowniku twórcy, przez co trudno zrozumieć co, kto i dlaczego robi, to co robi. Ale wnioski wyciągane przez reżysera są tak błahe, że nie warto sobie tym zawracać głowę: gangsterka może się skończyć śmiercią, dragi są złe, a kobietom nie można ufać. I co z tego? Nawet strzelaniny wyglądają chaotycznie (może nie aż tak jak „Historia Roja”, ale i tak nie jest dobrze) i nie ma absolutnie ŻADNEJ dobrej sceny.

totem2

Aktorsko postawiono tutaj na amatorów i to niestety mocno się odbija. Bohaterowie są wyjątkowo antypatyczni, postaciom brakuje charyzmy, myślenia, a nawet dykcji, bo nie da się tego zrozumieć. Zwłaszcza tutaj bryluje Olaf i jego słynne „nałokały” czy inne kwestie z akcentem wschodnim. Popek, który jest sygnowany jego nazwiskiem, ma ledwie jedną scenę, troszkę lepszy jest Sobota (Igor), tylko niewiele z tego wynika.

totem3

„Totem” to przykład kompletnego badziewia, gdzie absolutnie nic się nie udaje. Amatorska realizacja oraz brak budżetu, marne dialogi, kompletny chaos – kto dopuścił ten film do dystrybucji? Kompletna strata czasu, beznadzieja, nuda, wściekłość, bzdura. Co za kurestwo, nie film.

2/10

Radosław Ostrowski