Rasmentalism – Tango

RASMETNALISM-TANGO-1000x1000-560x560

Duet Ras i Ment mocno wybił się na polskiej scenie hip-hopowej. Rasmentalism szedł swoją drogą, przez co zdobył masę wielbicieli (album „Za młodzi na Heroda”), ale też niektóre zabiegi (eksperymentalny „1985”) doprowadziły do podziałów oraz ostrych dyskusji. Szóste dzieło, czyli „Tango” wydaje się iść w kierunku uproszczenia brzmienia oraz powrotu do chwytliwych dźwięków. Tylko czy panowie nie poszli ze skrajności w skrajność?

Początek, czyli „Niebo” brzmi jak dawne numery duetu, czyli mieszankę zapętlonych wokaliz z funkowym bitem oraz surową perkusją (nawet cykającą w przesterowany sposób), tworzą bardzo bujającą mieszankę. Niczym na „Wyszli coś zjeść”, a nóżka chce tańczyć. Podobnie jest w minimalistycznym „Tranquilo”, któremu bliżej do Flirtini ze swoim śpiewanym refrenem oraz chilloutowym klimatem, a także płynący „Fast Food”, gdzie nieźle śpiewa Rosalie. i całkiem zgrabnie wjeżdża Taco Hemingway. Także utwór tytułowy wpisuje się w nowe, bardziej popowe wcielenie, z płynącymi cudeńkami elektronicznymi w tle. „Moment” też buja, a śpiewany refren Otsochodzi wpada bardzo w ucho. Nawet drobiazgi w rodzaju Hammonda („Kilka dni”) Ale najbardziej zapada w pamięć „Duch”, gdzie Rasa wsparli Sokół z Oskarem, tworząc mocarny kawałek. Troszkę zdziwił mnie „Tryb samolotowy”, gdzie wchodzi Vito brzmiący bardziej jakby z jakiejś ludowej formacji niż rapu, co wybiło mnie z rytmu oraz… uśpiło.

Uderza wręcz popowy sznyt tego albumu, co może wprawić wiele osób w konsternację, jednak coraz bardziej zaskakuje to nowe oblicze duetu. Ment nadal tworzy niesamowite bity, tym razem zanurzone w elektronice, zaś tekstowo dominują tutaj relacje damsko-męskie, ale nie brakuje trafnych strzałów oraz zgrabnych porównań. Nie mniej dla mnie problemem jest to, ze nie zostaje to w głowie na długo, co jest dużym zaskoczeniem in minus. Sam Ras jest w niezłej formie i przyjemnie się słucha tej nawijki, ale „Tango” wydaje się być najsłabszym albumem Rasmentalismu. Jest, jakby to ująć, jednorazowym materiałem – posłuchasz raz, może kiedyś drugi i trzeci, ale w pamięci nie zostanie zbyt wiele. Szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Warszawskie Combo Taneczne – Dancing, salon, ulica

dancing_salon_ulica

Janek Młynarski razem ze swoim combo dalej penetrują przedwojenne szlagiery, wykonując je tak jak kiedyś miejskie kapele. Dwa lata temu wydali drugi album, którego tytuł nie jest przypadkiem. Jak zwykł mawiać Andrzej Włast (przedwojenny autor) piosenka staje się szlagierem dopiero wtedy, gdy kochają ją dancing, salon i ulica. Na pewno też było z utworami znajdującymi się na tym albumie.

Od razu uprzedzę, brzmieniowo absolutnie się nic nie zmieniło. Nadal wygrywa gitara z mandoliną i bandżolą, wspierana przez… piłę oraz kontrabas. I wszystko to jest wykonywane z lekkością, ulicznym sznytem, co już wychwytujemy od „Dziś panna Andzia ma wychodne”. A im dalej w las, tym znajdziemy te bardziej znane („Tango Milonga”, „Chryzantemy złociste” – nie, nie te serwujące słowne wiązanki uliczne), jak i te mniej dla osób spoza Warszawy. Jest i żwawy walczyk („Kącik marzeń” czy „Twych słodkich ust”), troszkę bardziej liryczne granie ze skrzypcami w tle (powoli rozkręcający się „Dlaczego właśnie dziś”), lekko „podchmielona” „Wódeczka” czy posiadająca długi wstęp „Tango Milonga”. Warto też wspomnieć gitarowe „Ecie pecie” z dowcipnym tekstem czy wolniejszy „Kwiat paproci”.

Teksty nie są pozbawione zarówno poetyckości („Dlaczego właśnie dziś”, „Kwiat paproci”), jak i dowcipu („Mój czarny kot”, „Czarnoksiężnik”), co na pewno wzbogaca to wydawnictwo. Owszem, utwory brzmią jakby grane na jedno kopyto, ale wdzięk Młynarskiego oraz zgrane brzmienie formacji daje wiele luzu do całości. Tak sympatycznej, dowcipnej, jak i groźnej niczym ulice przedwojennej Warszawy. Czas mija szybko (troszkę za szybko), ale zawsze można włączyć płytę od nowa.

7/10

Radosław Ostrowski

Amator

Czym jest koszykówka? Dla Amerykanów jest sensem życia, zwłaszcza dla czarnoskórych. Jednym z takich ambitnych chłopaków jest Terron – 14-letni chłopak ze świetnym talentem do gry oraz równie dużym problemem z liczbami. I ten cholernie zdolny dzieciak dostaje szansę od prestiżowej szkoły, by grać w jej drużynie. Ale to w drugiej stronie stanu, przez co nasz bohater staje się zdany na siebie.

amator1

Kolejna produkcja od Netflixa, gdzie tym razem dostajemy film sportowy. Ale jednocześnie reżyser próbuje pokazać amatorski sport na poziomie licealnym. Nie brakuje tutaj zgrabnie sfilmowanych scen gry w kosza i pewnych dramatów rzuconego na głęboką wodę chłopaka: nie rozróżnienie liczb (tutaj cyfry są rozmyte, namieszane i nieczytelne), pozostanie sobą, działanie systemu edukacji, skupionego na sportowym rozwoju, amatorski sport pełen kasy oraz sponsorów (aż dziwne). Sytuacja chłopaka pełna jest dylematów, które nie są do końca wygrane. Jest znowu wiele wątków, które są albo powoli rozkręcają, albo stanowią tylko tło (fałszowanie wieku, zdrowotne problemy ojca-byłego sportowca czy relacje szkoła-sponsor), nie wykorzystując w pełni potencjału. Wszystko jest tutaj skupione na sportowym wątku, gdzie początkowe zagubienie oraz dezorientacja zostaje pokonana dość łatwo. Tutaj najbardziej interesująca jest relacja chłopca z trenerem, sprawiającym wrażenie surowego, lecz sprawiedliwego ojca. Ale ten człowiek ma w sobie jeszcze inne oblicze, pojawiające się bardzo rzadko (scena rozmowy z ojcem chłopca), starającego się dbać przede wszystkim o wynik. I to świetnie prezentuje Josh Charles w tej roli, kradnąc film samą swoją obecnością.

amator2

Tak samo prywatne mocne są problemy chłopaka próbującego ogarnąć swoje problemy i trudną relację z ojcem, próbującym dać najlepsze dla swojego syna. To wszystko zostaje sprowadzone do słodko-gorzkiego finału, gdzie niby udaje się zrealizować plan, tylko cena za spełnienie swoich marzeń jest bardzo wyboista. Może i nie imponuje rozmachem czy dużym budżetem (to taki spokojny dramat obyczajowy z wątkami sportowymi), ale nie brakuje emocji.

amator3

Aktorsko jest solidnie (wybija się Charles jako trener), a nawet nasz protagonista (Michael Rainey Jr.) potrafi łatwo wzbudzić sympatię i pozostaje naturalny aż do samego końca. Pozostali zawodnicy się nie wybijają, ale nie są w żaden sposób źle. „Amator” jest całkiem niezłym dramatem sportowym, nie do końca wykorzystujący swój potencjał, jednak ma swoje ciekawe momenty.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pierwszy śnieg

Kim jest Harry Hole? (wymowa: Hule). To obok Kurta Wallandera najpopularniejszy bohater skandynawskich kryminałów, które stały się światowymi bestsellerami. W końcu jego śledztwami zainteresowali się hollywoodzcy bossowie i wzięli się za… siódmą część serii, bo była najlepsza. Kiedy poznajemy naszego bohatera, śpi w jakieś barce w parku z dziećmi. W ręku butelka, kac morderca terroryzuje umysł Harry’ego, jego mieszkanie jest pełne grzybów oraz toksycznego ścierwa, a związek z Rakel rozleciał się niczym domek z kart. Hole potrzebuje sprawy, bo inaczej się rozpadnie i… dostaje ją oraz przeniesioną z Wygwizdowa partnerkę. A wszystko zaczyna się od pewnego listu od „wielbiciela” oraz zaginięcia pewnej kobiety.

pierwszy_snieg1

Reżyser Tomas Alfredson mierzy się z bardzo bogatym materiałem, który daje spore pole do popisu. Wspiera go aż trzech scenarzystów, którzy pracowali m.in. w „Szpiegu” i „Drive”, a co z tego wyszło? Trudno odmówić „Pierwszemu śniegowi” bardzo mrocznego klimatu, potęgowanego przez śnieżne krajobrazy – zima pełną gębą, wręcz biała pustynia, z której nie można uciec. Te lasy tylko potęgują to wrażenie obcości. A jednocześnie poznajemy kolejne tajemnice: wychowywanie cudzych dzieci, aborcje, prostytucja. Czyli standard w kryminale, utrzymujący niezłe tempo, powoli budujące suspens oraz rozwiązywanie tajemnicy. Jednocześnie Harry chce poukładać ten cały burdel, koleżanka z pracy ukrywa jakąś niejasną przeszłość, z pewną traumą w tle. I to wszystko nawet daje wiele satysfakcji, łącznie z rozwiązaniem intrygi.

pierwszy_snieg2

Ale ten film ma jeden poważny problem – panuje pod względem wątków tak wielki burdel, że trudno to wszystko poskładać. Wrzucone tu i ówdzie retrospekcje z jednej strony są dość istotne dla rozwoju fabuły, z drugiej sprawiają, że ja wiedziałem od Hole’a o wiele więcej. Dodatkowo jeszcze parę razy przyjmujemy perspektywę mordercy (ale spokojnie, nie widzimy jego twarzy), co na szczęście nie psuje tego dobrego wrażenia. Z drugiej pewne wątki (organizacja Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Oslo, postać Arne Stropa i jego interesów) są zepchnięte na trzeci plan i niby stanowią tło, ale tak naprawdę można było z tego wycisnąć dużo więcej. Nie mogłem też się pozbyć wrażenie, że montażysta dużo rzeczy wyrzucił przy materializowaniu tej wizji. A zakończenie na tym polu wygląda po prostu słabiutko.

pierwszy_snieg3

A jak w sobie asa policji poradził sobie przeżywający kryzys formy i dobierający ostatnio ch***we scenariusze Michael Fassbender? To najmocniejszy punkt tego filmu, a aktor ma jeszcze masę charyzmy, by zbudować typ zmęczonego detektywa, zmierzającego ku destrukcji. W scenach przesłuchań jest bardzo wyciszony i skupiony, a jednocześnie widać, że coś w tej głowie się dzieje. Troszkę Hole w jego interpretacji przypominał… K. z nowego „Blade Runnera” i szkoda, ze Fazi nie dostał tej roli. Na drugim planie wybija się… Val Kilmer (detektyw Rafto), przypominający starszą wersję Hole’a. tylko, że zaskakująco dobre wrażenie psuje dubbingowanie tej roli. Wiem, z czego to wynika (aktor ma raka krtani), ale dysonans między głosem a twarzą Kilmera jest duży. Kompletnie niewykorzystani zostają J.K. Simmons (Arno Stop) i Toby Jones (prokurator Svensson), zepchnięci na trzeci plan.

pierwszy_snieg4

Dobrego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o Rebecce Ferguson, czyli partnerce Hole’a – Katrine. Nie zrozumcie mnie źle. Ta postać policjantki z tajemnicą nie jest zła, ale jej zachowanie i kilka decyzji (w skrócie ma własne rachunki do wyrównania, każą wątpić w jej inteligencję. I może zabrzmi to chamsko, ale nie było mi jej żal wobec tego, jak się jej los zakończył. Troszkę lepsza jest Charlotte Gainsbourg (Rakel), choć też nie ma zbyt wiele do zaprezentowania.

„Pierwszy śnieg” pokazuje duży potencjał w tej serii i mimo wad, byłem w stanie wejść w ten mroźny klimat. Niezłe aktorstwo, zgrabnie budowanie napięcie oraz dość makabryczne sceny przemocy działają na korzyść, chociaż scenariuszowo-montażowy bajzel niepotrzebnie miesza. I mimo tych wad oraz poczucia rozczarowania, chciałbym poznać kolejne śledztwa Hole’a.

6/10

Radosław Ostrowski

Mały Jakub

Bohaterem jest mężczyzna w średnim wieku, który mieszka sam gdzieś w bloku. Zauważa, że ktoś buszuje w lodówce. Dzięki podstępowi odnajduje małego chłopca, ukrywającego się w szafie. Ma takie samo imię jak on – Jakub. Dzieciak zostaje przewieziony do ośrodka, z którego ucieka i poznajemy historię dorosłego Jakuba.

maly_jakub1

Film Mariusza Bielińskiego próbuje odkryć wewnętrzne traumy dorosłego człowieka, który przeżył bardzo wyboistą drogę w wieku dziecięcym. Sama historia wydaje się bardzo delikatna, skromna, ale jednocześnie ciężko się w nią zaangażować. Dlaczego? Bo jest strasznie skrótowo przedstawiona, ledwo liźnięta i mimo kilku interesujących pomysłów zwyczajnie nudzi. Jest i relacja chłopca z bijącym go ojcem, który ulega drobnemu wypadkowi, przez co jest uziemiony w stodole czy odkrycie pewnej tajemnicy w domu dziecka, ale to wszystko wydaje się poprowadzone w tak banalny sposób, z tak słabymi dialogami i nie do końca przekonującymi postaciami, które nie są ani rozbudowane, ani interesujące, ani nawet wiarygodne psychologicznie. „Mały Jakub” podchodzi do kwestii przemocy domowej, samotności oraz ciężkiej przeszłości, ale sposób wydaje się mocno archaiczny. Scenki oraz punkty zapalne nie są rozwijane, przez co trudno wejść w tą opowieść, zmieniającą się w niestrawny kicz. A niektóre kadry (sceny z wnoszeniem latawca) sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę, by wydłużyć czas.

maly_jakub2

Zdjęcia próbują nadać całości wyższy pułap, ale nawet Arkadiusz Tomiak nie jest w stanie wybić tego filmu ponad telewizyjną produkcję. Trudno za to zapomnieć wpadającej w ucho, prześlicznej muzyki, towarzyszącej nam w tle. Aktorzy też próbują wycisnąć, co się da z postaci (zwłaszcza Mirosław Baka i Eryk Lubos), tylko scenariusz nie daje im absolutnie żadnej swobody. Nawet role dziecięce brzmią bardzo, bardzo sztucznie.

maly_jakub3

„Mały Jakub” niezgrabnie balansuje między powagą i kiczem. Chce powiedzieć coś ważnego, ale wnioski są pokraczne oraz zamącone (ostatnia scena) – dla dorosłych zbyt naiwne, dla dzieci za mroczne. Totalny bajzel.

4/10

Radosław Ostrowski

Editors – Violence

Editors_violence

Brytyjska formacja Editors ostatnimi czasy zrezygnowała ze stricte rockowego grania, ku bardziej elektronicznym klimatom znanym z Depeche Mode, co było słychać na dwóch ostatnich krążkach. Wyprodukowany wspólnie z Lee Abrahamsem szósty album „Violence” wydaje się kontynuować tą ścieżkę. Czy kapela z Birmingham utrzymuje poziom poprzedników czy może tym razem się potknęli?

Początek wydaje się bardzo spokojny w „Cold” z delikatnie płynącym głosem Toma Smitha oraz pulsującymi klawiszami w tle. Powoli dochodzą wokale w tle, dyskotekowa perkusja i robi się gęściej aż do podostrzonego refrenu, gdzie odzywa się gitara elektryczna spuszczona ze smyczy, dodając dynamiki. Bardziej radiowy jest wybrany na singla „Hallelujah (So Low)”, gdzie zdecydowanie więcej do powiedzenia ma gitara (ostra ściana dźwięku w refrenie, poprzedzona orientalnymi smyczkami oraz melorecytacją), doprowadzając wręcz do ataku na uszy. Jest ciężej, wręcz industrialnie, by wrócić do spokoju z początku – troszkę czuć ducha pierwszych płyt grupy. Ale wtedy na scenę wchodzi utwór tytułowy i nie ma zmiłuj – tu już bardziej czuć klimat elektropopu z lat 80., polany niepokojącym klimatem (przestery, przestrzenne dźwięki oraz perkusja), ale jednocześnie bardzo przebojowy oraz dynamiczny. Mroczny i liryczny jednocześnie, dyskotekowy, lecz nie tandetny, o co było bardzo łatwo i z długim, instrumentalnym końcem, dającym spore pole do popisu dla elektroniczno-perkusyjnych eksperymentów. Noworomantyczny i epicki „Darkness at the Door” (dęciaki, chórki w refrenie) spokojnie mógłby się znaleźć na jednej z płyt OMD, gdyby nie perkusyjne uderzenia, zmieniająca się w militarne werble, co tworzy intrygującą mieszankę. Spokojniej się rozkręca nastrojowe „Nothingless”, lecz twórcy wpuszczają w maliny, tak jak w przypadku „Cold”. Tutaj znowu zmieniają tempo, dochodzą chórki oraz… fortepian wpleciony w elektroniczne cudeńka, by znowu się uspokoić i zaatakować. Drugi singiel, czyli „Magazine” zaczyna się od zapętlonego chóru i lekkiego mroku, by wskoczyć w bardziej taneczne klimaty, nie zapominając o dodaniu „brudnych” gitar. Ale kompletnie nie spodziewałem się „No Sound but the Wind”, czyli delikatnej, nastrojowej ballady opartej niemal w całości na fortepianie i brzmi to… pięknie. Tak samo jak „Counting Spooks”, które jest bardziej rozbudowane aranżacyjnie, lecz zachowujące spokój. Lecz trwa to do połowy, by rozpłynąć się w bardziej tanecznym rytmie.

Na „Violence” grupa łączy melodyjność, gitary z elektroniką oraz miejscami onirycznym klimatem. Tom Smith nadal potrafi czarować swoim aksamitnym głosem, bez popadania w manieryczność. Chociaż bardziej podobały mi się poprzednie płyty Brytyjczyków, to ewolucja grupy budzi szacunek. Editors odnaleźli się na nowo i jeśli ktoś chciałby rozpocząć znajomość z tą grupą, „Violence” będzie idealnym wstępem. Nadal trzymają fason.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czarne święto

Znamy muzyczne składanki, ale filmowcy też robią kompilacje, czyli filmy nowelowe. Są to historie, które łączy jeden temat, konwencja czy gatunek. Nie inaczej jest z „Czarnym świętem”, który jest zbiorem trzech opowieści grozy, opartych na opowiadaniach. Wszystkie te historie zrealizował Mario Bava i klimatem troszkę przypomina ekranizacje horrorów Edgara Poe przez Rogera Cormana, ale bardziej jest to wzięte w nawias, co zapowiada sam Boris Karloff.

czarne_swieto1

Każda z opowieści toczy się w innym czasie i dotyczy innych elementów grozy. Pierwsza opowieść to „Telefon” i jest zdecydowanie najbliżej naszych czasów. Bohaterką jest Rosa (kojarzona z serią o markizie Angelice Michelle Mercier), kobieta – jakby to ująć – udzielająca się społecznie. Kiedy ją poznajemy, wraca do domu i szykuje się do snu. Ale wtedy dzwoni telefon i ktoś grozi jej śmiercią. Tutaj reżyser bawi się tropami (czarne rękawiczki, oczy patrzące z okna), przez co zgrabnie prowadzi grę, zaś wyjaśnienie początkowo może wydawać się żartem. Gra elegancki jazz, doprowadzając do przewrotnego finału, którego nie zamierzam zdradzić.

czarne_swieto2

Jednak najbardziej rozbudowana jest historia druga, czyli kostiumowy „Wurdalak”. Tutaj trafiamy do małej wsi w Rosji, gdzie przypadkowo trafia pewien młodzieniec. I tam trafia do domostwa, wcześniej znajdując trupa ze sztyletem. Tutaj klimat zdecydowanie bardziej przypomina powstająca w tym samym czasie horrory Cormana, mimo pewnej umowności przestrzeni, jaką znamy z „Maski szatana”. Mimo to ten segment ma wiele uroku, powoli odkrywana jest tajemnica (powrót ojca, krwawa walka oraz trudne więzy rodzinne), pojawia się miłość oraz mroczne ruiny zamku. I ten fragment potrafi przerazić kilkoma scenami, bardziej przemawiając klimatem, a także grą Borisa Karloffa.

czarne_swieto3

Trzecia historia wydaje się najprostsza – mamy pielęgniarkę (dobra Jacqueline Pierreux), która pomaga przygotować zmarła kobietę. Decyduje się wykraść jej pierścionek, co wywołuje komplikacje. Powoli zaczynamy dochodzić do stanu obłędu, co podkreśla najpierw spotęgowany dźwięk odbijającej się wody, a następnie pojawienie się samej zmarłej. Jednak sama nowelka wydaje się prościutka i niestety, bardzo przewidywalna, chociaż Bava dwoi się i troi, by utrzymać napięcie.

czarne_swieto4

Trudno jednak odmówić „Czarnemu świętu” na poziomie technicznym. Kolory wydają się nasycone, efekty oświetleniowe oraz praca kamery bronią się przed upływem czasu, scenografia bywa bogata w szczegóły. I to wszystko ma taki swój specyficzny urok, taką wręcz klasyczną elegancję, pozbawioną makabrycznych zbrodni oraz stosowania ciągłego szoku, który jest wręcz nadużywany we współczesnych filmach z gatunku horror und groza. To jest paradoksalnie największa siła antologii Bavy, stawiającego tutaj bardziej na nastrój czy klasyczne sztuczki z arsenału szkoły straszenia. W dzisiejszych czasach jest to zaskakująco świeże doznanie dla fanów grozy.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Narodziny narodu

Nat Turner – to nazwisko dzieli Amerykanów jak żadne inne. Dla czarnoskórych jest to wręcz bohater, a biali najchętniej by o nim zapomnieli. W plantacji pana Turnera nie tylko pracuje, ale jest też kaznodzieją, głoszącym Słowo Boże wśród swoich towarzyszy, gdyż jako dziecko przejawiał talent do pisania i czytania. Jednak im więcej widzi okrucieństwa, tym coraz bardziej zaczyna wątpić. Uznając się za naznaczonego przez Boga, decyduje się wywołać bunt.

narodziny_narodu1

Wbrew tytułowi nie jest to czarnoskóry remake filmu Davida W. Griffitha, choć jest to próba spojrzenia na kwestie niewolnictwa. Ale film Nate’a Parkera nie za bardzo się wybija na tym polu za bardzo niż powiedzmy „Zniewolony”. Niby jest plantacja, ale u Turnera jest wyjątkowo spokojnie, wręcz sielsko, bez przemocy oraz bicia – czarnoskórzy żyją tu względnie dobrze. Bo i panowie są ludźmi wykształconymi, inteligentnymi i traktujący niewolników niczym. Ale nie jest zbyt idealnie, a perspektywa bohatera zmienia się wraz z kolejnymi plantacjami (wyrywanie zębów, by zmuszać niewolników do jedzenia, batożenie, gwałty). Tylko, że to wszystko niespecjalnie angażuje i jest strasznie oparte na kliszach. Poza tym nasz bohater (co sugeruje początek, z tajemniczym nocnym rytuałem) jest kreowany na kogoś wyjątkowego, nowego lidera, a miejscami symbolika (czarnoskóry anioł – WTF? – śniący się bohaterowi) wydaje się wręcz łopatologiczna, zaś ciekawe wątki (relacja Nata z Samuelem, z którym dorastał czy „naznaczenie” bohatera) zostają ledwo liźnięte oraz bardzo szybko ucinane.

narodziny_narodu2

Dodatkowo reżyser jest niekonsekwentny w prezentowaniu scen przemocy. Z jednej strony bywa bardzo sugestywny, gdzie przy brutalniejszych scenach kamera się odwraca (gwałt na żonie Nate’a), z drugiej zaś nie boi się pokazywać wyrywania zębów, batożenia czy wieszania. Dodatkowo wiele faktów z życia zostało wybielonych (podczas buntu grupa Turnera mordowała wszystkich, co się napatoczyli – bez względu na wiek i płeć, a w filmie mordowani są tylko biali mężczyźni), zaś batalistyczne sceny są przekrzyczane, nadmiernie patetyczne oraz strasznie nijakie, pozbawione pazura.

narodziny_narodu3

Parker reżysersko i scenariuszowo rozbija całość na dwie części, które w żaden sposób nie chcą się ze sobą połączyć. Obsadził także siebie w roli głównej i radzi sobie całkiem nieźle, zwłaszcza podczas kazań. Na drugim planie zdecydowanie wybija się Armie Hammer jako bardzo dżentelmeński właściciel, chociaż ma on pewne problemy (długi, gorzała), ale nie traktuje niewolników jako tylko siłę roboczą. Z drugiej strony aktor pokazuje hipokryzję tej postaci, gdy Nate – wbrew jego woli – chrzci jednego z białych. Reszta postaci, choć pozornie wyrazista, nie zapada za mocno w pamięć.

narodziny_narodu4

„Narodziny narodu” mogły wywrócić spojrzenie na niewolnictwo i rasizm do góry nogami, ale powstały o wiele dekad za późno. To bardzo nudna laurka pokazująca czarnoskórego bohatera jako nowego Mesjasza swoich ludzi oraz pozbawiona pazura historia wstydliwego fragmentu historii USA.

5/10

Radosław Ostrowski

Geneza planety małp

Pamiętacie „Planetę małp” z 1968 roku? Koncepcja znana z powieści Pierre’a Boulle’a doprowadził do cyklu filmów z lat 60. i 70., prezentujących ten konflikt człowieka z inteligentnymi małpami. Była próba restartu serii przez Tima Burtona, ale nikt nie chce tego pamiętać. Ale w 2011 roku postanowiono kolejny raz wskrzesić tą markę, a reżyserem został kompletnie nieznany Rupert Wyatt.

geneza_planety_malp1

„Geneza” jak sama nazwa wskazuje, pokazuje początek konfliktu między ludźmi a małpami. Wszystko została spowodowane przez ludzką chciwość oraz dobrymi chęciami. Cezar jest synem szympansicy, na której testowano eksperymentalny lek, mający pomóc w walce z Alzheimerem. Ale matka ginie wskutek agresywnego zachowania podczas badań, zaś dr Will Rodman. Mały Cezar trafia pod opiekę mężczyzny oraz chorującego na Alzheimera ojca. Ale wskutek pewnych okoliczności, Cezar trafia do ośrodka dla zwierząt.

geneza_planety_malp2

Początek jest bardzo zaskakujący i spokojny, a reżyser powoli buduje całą intrygę stanowiącą przyczynę do konfliktu. Próba stworzenia leku doprowadza tak naprawdę do stworzenia śmiertelnego wirusa dla ludzi oraz wzrost ilorazu inteligencji u małp. A ludzka wrogość, głupota i wszystkie inne najgorsze cechy ściągają nas na samo dno. I stawia pytanie: co to znaczy być człowiekiem – zezwierzęconym bydlakiem czy jednak istotą myślącą. Powoli widzimy kolejne przypadki upodlenia zwierząt, traktowania ich jak obiektów doświadczalnych aż do buntu pod wodzą Cezara. Kulminacją jest ucieczka z ośrodka oraz starcie małp z policją na moście Golden Gate – dynamicznie sfotografowany, ciągle trzymający w napięciu oraz zaskakująco ostry. Same małpy też bardzo dobrze się prezentują, jak żywe.

geneza_planety_malp3

Wyatt pewnie też prowadzi aktorów, a największym zaskoczeniem jest utemperowanie i pokazanie bardziej dramatycznego potencjału Jamesa Franco. Tutaj jest lekarzem odpowiedzialnym za całe to zamieszanie, chociaż jego motywacja i intencje są dobre. Ale przyjęcie Cezara do siebie zaczyna uruchamiać całą lawinę zdarzeń, których nie jest w stanie przewidzieć. Najważniejszy jednak jest Cezar (rewelacyjny Andy Serkis) – na początku bardzo wycofany, nieśmiały i posłuszny, lecz on przechodzi ewolucję. Nadal pozostaje inteligentną istotą, wykorzystując swoją wiedzę oraz budując pozycję przywódcy, co mocno symbolizują pierwsze wypowiedziane słowa. Poza tym duetem na drugim planie najbardziej wybija się świetny John Lithgow (ojciec Willa), bardzo sugestywnie przedstawiającego jakie spustoszenie robi choroba oraz dobry David Oleyowo w roli śliskiego, chciwego biznesmena Jacobsa.

Może i jest to zbyt ospałe, wolno rozkręcające się kino, niemniej ma ono coś do powiedzenia i przypomina o tym, jakim zwierzęciem jest człowiek. Aż nie mogę się doczekać kolejnych części.

7/10

Radosław Ostrowski

I Saw the Light. Historia Hanka Williamsa

W Polsce muzyka country nie jest ani tak ważna, ani tak popularna jak w macierzystej Ameryce. To wyjaśnia fakt, ze wiele filmów o tym nurcie muzycznym nie trafia za często do kin. Nie inaczej było w przypadku „I Saw the Light”, czyli biografii ulubionego wykonawcy jednego z więźniów „Skazanych na Shawshank” – Hanka Williamsa.

i_saw_the_light1

Wszystko zaczyna się w momencie, gdy Hank bierze ślub z Audrey Mae pod koniec lat 40. Muzyk i wokalista pracuje w radiu, gdzie razem ze swoim zespołem gra muzykę gitarowo-folkową. Ale Hank chce więcej – marzy o karierze muzyka, nagrywaniu płyt oraz koncertowej trasie. Tylko, że Hank ma jednego demona, z którym nie radzi sobie za dobrze: alkohol. „I Saw the Light” to posklejany z różnych kawałków portret, odtwarzający okres przełomu lat 40. i 50., gdzie wiele osób zaczęło wracać z wojny, a Ameryka powoli zaczynała się odnosić z Wielkiego Kryzysu. Nie brakuje zarówno śpiewania, relacji z koncertów, jak i bardziej osobistych fragmentów z życia Hanka: chlanie, kochanki, ciąże oraz coraz większy ból kręgosłupa. Wszystko to stanowi jedną wielką przeplatankę, tylko że wszystko to sprawia wrażenie taśmowej produkcji, pozbawionej większego pazura, głębszego wejścia w postać oraz jego wpływ na muzykę. Owszem, pojawia się kilka ważnych piosenek z „Lovesick Blues” na czele, jednak nie poznajemy samego Williamsa, a cały film wydaje się oparty na kliszach (zawsze wspierająca matka, artysta z nałogami) jakie z filmów o zbyt młodo odchodzących twórcach znamy dość dobrze. A wykorzystane wywiady na czarno-białej taśmie sprawiają wrażenie balastu.

i_saw_the_light2

Ale mimo tej matrycy i sztancy, film ogląda się całkiem nieźle. Z jednej strony jest to zasługa stylowych zdjęć (pierwszy występ Hanka, śpiewającego a capella w mroku) Dante Spinottiego, pomagającego zbudować klimat lat 50. Te korytarze biura, sale muzyczne czy nowojorski hotel prezentuje się okazale Z drugiej sama muzyka prezentuje się okazale i wpada w ucho, a co najbardziej zaskakuje, wykonują ją aktorzy (bez playbacku) i radzą sobie nieźle.

i_saw_the_light3

Wszystko to próbuje nieść na swoich barkach Tom Hiddleston jako Hank Williams i jest on najmocniejszym punktem tego filmu. Kiedy musi śpiewać, robi to z lekkością (poza wizerunkiem Luke’a The Driftera), a stany psychiczne są odtwarzane bezbłędnie. Tylko, że aktor jest tak naprawdę zdany na siebie, bo scenariusz ani reżyser nie pozwalają w pełni wykorzystać potencjału aktora. Podobnie niewykorzystana jest Elisabeth Olsen jako charakterna, zadziorna i ambitna Audrey Mae, chociaż też ma swoje momenty.

„I Saw the Light” to niestety przykład przeciętnej biografii, marnującej potencjał swojego bohatera. O samym Williamsie nie dowiadujemy się zbyt wiele, a cała historia wydaje się zebrana z poradnika „Jak zrobić biografię artysty na łatwiznę”. Należało to zrobić o wiele lepiej.

5/10

Radosław Ostrowski