Duchy Goi

Francisco Goya był jednym z najbardziej znanych hiszpańskich malarzy przełomu XVIII i XIX wieku. Jednak ostatni film Milosa Formana nie jest stricte biografią tego twórcy, ale jego losy przeplatają się z dwójką bohaterów, w których losy zostanie wplątany. Pierwszy to inkwizytor ojciec Lorenzo, nawołujący do powrotu wykorzystania dawnych metod, drugą jest modelka malarza – Ines Bilbatua, oskarżona o tajemne praktykowanie judaizmu.

duchy_goi3

Reżyser portretuje realia epoki, skupiając się na dwóch przestrzeniach czasowych – rok 1792 oraz 1807, kiedy do Hiszpanii przybywa Napoleon z hasłami „wolności, równości i braterstwa”. Najpierw mamy terror św. Inkwizycji oraz panującą psychozę strachu, gdzie na podstawie drobnego gestu można zostać oskarżonym o herezję, a tortury tylko wywołują jeszcze większy ból. Bóg się tylko przygląda i nie ingeruje, robi to za niego Historia – przewrotna, okrutna oraz złośliwa persona. Wszystko to okraszone bardzo sugestywnymi rycinami Goi, trafnie punktującego okrucieństwo, podłość oraz wszelkie grzechy ludzkie. Ale potem na scenę wkracza sam Napoleon oraz jego wojska, wprowadzające swój porządek: gwałty, morderstwa, powieszenia, egzekucje. Kraj niby wydaje się „oświecony”, ale jest tak samo zdegenerowany i zgniły jak przedtem, zwłaszcza że ludzie za sterami są niemal ci sami. Może i nie ma św. Inkwizycji, a wpływy Kościoła osłabły, ale poza tym? Forman pokazuje niezmienną siłę władzy dokonywanej przez ludzi, lecz także pewną przewrotność ludzkiego losu, tak zaskakującego i nieoczywistego, doprowadzając do dość ciekawego finału. Cała intryga jest bardzo zgrabnie poprowadzona, a niektóre dialogi do dziś mogą robić wrażenie.

duchy_goi4

Technicznie „Duchy Goi” przypominają obraz – trudno oderwać oczu od trafnej kolorystyki, czasem wręcz surowej (wizyta w zakładzie dla obłąkanych), a jednocześnie pełnej masy detali oraz szczegółów. Przepięknie wyglądały sceny w tawernie czy pierwsze kadry, gdzie inkwizytorzy rozmawiają o grafikach Goi. Także kostiumy robią wręcz piorunujące wrażenie, jakie był pod tym względem (i nie tylko pod tym) osiągnął tylko „Barry Lyndon” oraz scenografia, wiernie rekonstruująca Hiszpanię w czasie fermentu, wręcz z ogromnym pietyzmem odtwarzając choćby tworzenie rycin przez Goyę czy tortury św. Inkwizycji, budząc wielki podziw.

duchy_goi2

To wszystko nie miałoby takiej siły, gdyby nie rewelacyjne aktorstwo. Na pierwszy plan wybija się ojciec Lorenzo, fenomenalnie zagrany przez Javiera Bardema. Sprawia wrażenie początkowo oddanego sprawa fanatyka, ale to tak naprawdę to śliski facet, zmieniający przekonania niczym chorągiewka na wietrze oraz mający wiele, BARDZO WIELE na sumieniu. Ale mimo to ta postać pozostaje ludzka, nie jest czystym wcieleniem zła, co byłoby bardzo łatwo osiągnąć. Równie piorunujące wrażenie robi podwójna kreacji Natalie Portman. Ines, gdy ją poznajemy jest energiczną, żywiołową dziewczyną, pełną radości. Ale pobyt w lochach Inkwizycji zmienia ją nie do poznania, a charakteryzacja dopomogła aktorce w pokazaniu zagubienia, lęku oraz poczucia obcości. Z kolei jej córka Alicia to jej przeciwieństwo – pewna siebie, pozbawiona troszkę zębów, lecz nadal atrakcyjna. I każda z tych Pań mówi i zachowuje się inaczej, co jest ogromnym plusem.

duchy_goi1

A jak z Goyą? Wcielający się w tego malarza Stellan Skarsgaard wydaje się jedynie postacią poboczną, pionkiem wplątanym w opowieść Ines oraz Lorenzo. Pozornie wyluzowany, towarzyski, ale jednocześnie zdystansowany obserwator, nie opowiadający się po żadnej ze stron. Niby tło, ale zapada w pamięć. Drugi plan też jest przebogaty: od wielkiego Inkwizytora (solidny Michel Lonsdale) przez ojca Ines (świetny Jose Louis Gomez) aż po pozbawionego talentu muzycznego króla Hiszpanii (bardziej poważny Randy Quaid).

„Duchy Goi” dla wielu były sporym rozczarowaniem, bo oczekiwano drugiego „Amadeusza”. Jednak Milos Forman potwierdza swój imponujący warsztat, zarówno od strony audio-wizualnej i prowadzeniu aktorów aż do przewrotności w opowiadaniu historii. Gorzkie, refleksyjne oraz bardzo brutalne kino, chociaż pozornie statyczne i teatralne w formie. Bardzo niedoceniony tytuł.

8/10

Radosław Ostrowski

Śmierć nadejdzie dziś

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że budzicie się w dzień swoich urodzin. Po przebudzeniu czujesz się jakbyś był sparingpartnerem braci Kliczko, pamięć dnia wczorajszego praktycznie nie istnieje i jesteś aroganckim bucem. A że masz dziś urodziny, przypomina ci dzwonek telefonu i jakoś młody, pryszczaty gnojek. Wieczór zapowiada się na fajną imprezę, ale pojawia się osobnik w masce twarzy bobaska i wbija ci nóż. Lecz zamiast skończyć w kostnicy, otwierasz oczy i masz poczucie deja vu. Znowu ten sam pokój, ten sam chłopak, ten sam dzwonek. Co tu się wyrabia?

happy_death_day1

Pomysł z „Dnia świstaka”, czyli zapętlenia jednego dnia non stop, jest sam w sobie świetny. Był w komedii (w/w), był film wojenny („Na skraju jutra”), teraz przyszła pora na film horror und groza. Film Christophera Meloni wykorzystuje koncept umierania aż do nieskończoności, by ugrać dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, by poprowadzić grę z widzem w kwestii tożsamości mordercy, będącego ciągle o krok przed naszą Tree. Kim jest? Dlaczego to robi? To, jak reżyser podrzuca tropy (maski porozrzucane, obecność seryjnego mordercy w szpitalu uniwersyteckim), robi wrażenie, ale twórcy nie traktują tego tytułu absolutnie poważnie. Elementy horroru (nieznany morderca, pomysłowe zgony, sceny filmowane nocą czy budująca napięcie muzyka) bardziej pasują choćby dla serii „Krzyk”, stanowiąc dodatkowe źródło humoru i pokazując cudzysłów całego przedsięwzięcia. Właśnie, humor tutaj oparty jest i na ironicznych tekstach, wykorzystaniu repetycji, nawet zachowania Tree w sytuacji sam na sam z mordercą polegających na krzyczeniu oraz uciekaniu przed delikwentem.

happy_death_day2

Z drugiej strony to młodzieżowa historia dziewczyny, dla której szansa ponownego przeżywania tego samego dnia staje się szansą do zmierzenia się z samą sobą oraz zmianą pewnych postaw. O dziwo, przemian z imprezowej, zołzowatej jędzy w fajną dziewuchę jest przekonująca, mimo pozornie absurdalnego założenia, dając sporo satysfakcji. Nawet bardziej poważniejsze wątki związane ze stratą matki i relacją z ojcem, nie są zbyt przeszarżowane, o co byłoby bardzo łatwo.

happy_death_day3

Postawiono tutaj na kompletnie nieznane twarze i to był kolejny strzał w dziesiątkę. Aktorzy grają dobrze, nawet z pewnym luzem (świetna jest Jessica Rothe, wyglądająca jak młodsza siostra Blake Lively) i dystansem, wpasowując się do konwencji horroru z przymrużeniem oka.

happy_death_day4

To lekkie i bardzo przyjemna rozrywka, stanowiąca zgrabną zabawę konwencją horroru. Choć bywały znacznie zabawniejsze („Zombieland”, „Krzyk”) albo znacznie bardziej makabryczne („Martwica mózgu”) i mimo wykorzystania klisz z kina młodzieżowego (romans z nauczycielem, grupa zrzeszająca chude laski, nerdy, sexy chłopak), film Meloniego daje wiele frajdy oraz satysfakcji. Jak dobrze przygotowany drink.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dzikie róże

Mała wioska gdzieś w Polsce, gdzie wszyscy się znają. To tutaj mieszka Ewa – młoda kobieta, zbierająca dzikie róże, opiekująca się dwójką dzieci. A jej mąż wyjechał za chlebem poza kraj i pojawia się raz na rok. Kobieta sprawia wrażenie bardzo wycofanej, nie kontaktowej oraz nieufnej, a my powoli zaczynamy odkrywać, co się naprawdę stało.

dzikie_re1

Film Anny Jadowskiej to dramat obyczajowy, który stara się nie iść na łatwiznę i nie pokazywać polskiej wsi w jeden z dwóch znanych sposobów. Pierwszy to „wieś sielska, anielska”, gdzie wszyscy są sobie życzliwi, przyjaźni i każdemu można zaufać. Drugi sposób to wizja znana z dorobku Smarzowskiego, czyli piekło, patologia oraz wszelki możliwy koszmar. Reżyserka jest tutaj gdzieś pośrodku, bo nie brakuje plotek i życia na pokaz, ale kiedy zdarza się tragedia, mieszkańcy rzucają się na pomoc. To pierwsze pokazują przygotowania do komunii oraz poczucie, by żyć tak, żeby nie dawać pretekstu do plotek. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę związaną z Ewą, do której na początku bardzo trudno się przekonać, polubić, zrozumieć. Ale z czasem widzimy jej klincz z resztą otoczenia (apodyktyczna matka, pyskata i krnąbrna córka, coraz bardziej oddalający się od niej mąż czy pewien namolny chłopak), gdzie musi odgrywać pewne role i coraz bardziej zaczyna jej to ciążyć. Pytanie tylko, co zrobi – dalej będzie się kisić czy w końcu podejmie próbę wyrwania się z tej dziury?

dzikie_re2

Jadowska nie ocenia swoich postaci, ale traktuje ich ze zrozumieniem oraz sympatią. Jednocześnie portret tej wsi (mimo dość luźnej konstrukcji fabularnej) nie sprawia wrażenia złagodzonego czy przerysowanego, ale jest też bardzo autentyczny, bardzo przyziemnie. Wszystko to jest zaskakująco pięknie wizualnie (zdjęcia pokazujące las z dzikimi różami), tylko muzyka potrafi rozdrażnić uszy. Wiele wątków może sprawić wrażenie pourywanych (komunia, zaginięcie, romans), ale później to wszystko zaczyna się kleić w jedną, sprawnie połączoną układankę. Nawet to pourywane zakończenie daje pewną nadzieję i szansę na nowy rozdział.

To wszystko nie miałoby takiej siły rażenia, gdyby nie fantastyczna Marta Nieradkiewicz. Jej Ewa to bardzo wycofana kobieta, tłumiąca w sobie masę niekiedy bardzo sprzecznych emocji: od zmęczenia przez obojętność po walkę. Bardzo trudno grać postać, sprawiającą wrażenie biernej emocjonalnie, ale wszystko zostało tutaj wygrane drobnymi spojrzeniami, niewielkimi ruchami, pauzami czy „łapaniem” oddechu. Nie potrafiłem oderwać oczu i z czasem zacząłem coraz bardziej rozumieć tą bohaterkę. Drugą niespodziankę zrobił Michał Żurawski, czyli Andrzej – żywiciel domu, pan i władca. Ale to bardziej złożona postać, próbująca na nowo odnaleźć więź z żoną, której nie rozumie, atakuje, grozi. Czuć w tym pewną miłość, ale dla niego coraz trudniej jest ją wyrazić. Ten duet nakręca „Dzikie róże”, pozbawiając poczucia fałszu. Nawet role dziecięce wypadają bardzo przyzwoicie, ale największą skazą jest Konrad Skolimowski (kochanek), który samym głosem wywołuje irytację.

dzikie_re3

To zaskakująco delikatny, spokojny film, ale nie jest to chłodna wiwisekcja polskiej wsi. To bardzo przekonujący dramat osoby nie potrafiącej dostosować się do norm społecznych, mimo wszelkich starań. Jaki będzie kolejny etap Ewy? Dojdźcie do ostatniej sceny i sami wyciągnijcie wnioski.

7/10

Radosław Ostrowski

Nigdy cię tu nie było

Kim jest Joe? Poza brodatym, zmęczonym facetem? To facet do wynajęcia, kiedyś posiadał bardzo odpowiedni zestaw umiejętności do tropienia, lokalizowania i likwidowania wszelkiej maści delikwentów. Gdy go widzimy po raz pierwszy, jest w trakcie roboty. Właśnie skończył i dostaje kolejną fuchę: porwano córkę pewnego senatora, kandydującego w wyborach.

nigdy_cie_tu_nie_bylo1

To bardzo dziwny film, który pozornie wydaje się klasycznym thrillerem. Lynne Ramsey postanowiła pomieszać wątek kryminalny z dramatem psychologicznym, polewając onirycznym klimatem znanym z filmów Lyncha czy Refna. Powbijane niczym kasza skwarkami krótkie retrospekcje potrafią wywołać dezorientację i próbują wejść płynnie w narrację, w czym częściowo pomaga montaż. Skąpane w mroku zdjęcia ze świdrującą uszy muzyką Jonny’ego Greenwooda tylko potęguje poczucie niejasności, tajemnicy, niezrozumienia. Wszystko jest jeszcze przyprawione arthouse’owym sosem, zawierającym długie kadry oraz bardzo krótkie sceny przemocy. Zdarzają się ciekawe pomysły (odbicie dziewczyny oraz sceny zabijania pokazywane z perspektywy kamery przemysłowej), jednak to wszystko nie wyjaśnia zbyt wiele. Reżyserka nie zostawia żadnych narzędzi pomocnych do interpretacji kilku scen czy symboli (odliczanie od 50 do 1 czy wrzucenie ciała do jeziora), a wszystko tonie we krwi. Samych scen przemocy nie ma zbyt wiele, widzimy główniej jej skutki.

nigdy_cie_tu_nie_bylo2

Drugim problemem jest dla mnie fabuła, sprawiająca wrażenie mocno naciąganej oraz banalnie prostej. Tylko, że samo rozwiązanie bardziej przypomina działanie deus ex machina, pozbawione czasem logiki (odnalezienie ciała sprawcy całego zamieszania, zakończone dużym poczuciem winy oraz… dotarciem do dziewczyny w kuchni, jedzącej sobie jak gdyby nigdy nic czy szybko budowana więź między Joe a porwaną) oraz sensu. Wszystko to wydaje się puste, pozbawione postaci, zbudowanymi z jakiegoś papierka zamiast krwi i kości.

nigdy_cie_tu_nie_bylo3

Wyjątkiem od tej reguły jest nasz bohater Joe, grany przez Joaquina Phoenixa. To gość z mocno połamaną psychiką oraz bardzo dziwnymi fetyszami (uwielbia duszenie w plastikowym worku, bawi się nożem i jest wielkim fanem młotków – ale nie takich dużych jak Thor) i wewnętrznymi demonami w środku. Ten facet mógłby być bratem Drivera z filmu Refna, a jego tajemnica zaczyna także męczyć.

„Nigdy Cię tu nie było” miało być chyba nowym wcieleniem „Taksówkarza”, tylko że nadmiar oniryzmu wywołuje totalny bajzel w głowie. O co tutaj tak naprawdę tu chodzi? Próba odkupienia? Zemsta? Sprawiedliwość? Możemy się domyślać, tylko że brak jakichkolwiek tropów doprowadza do stanu znużenia. Wymęczony seans dla prawdziwych twardzieli.

4/10

Radosław Ostrowski

Pitbull. Ostatni pies

Dawno, dawno temu, czyli gdzieś w 2005 roku pojawił się „Pitbull”. Debiut niejakiego Patryka Vegi to było surowe, brudne i – co z dzisiejszego czasu wydaje się niemożliwe – bardzo realistyczne, wiarygodne pod względem psychologicznym, mimo fragmentarycznej konstrukcji fabuły. Despero, Benek, Gebels, Metyl, Nielat – te postacie, dodatkowo fantastycznie zagrane, zapadły mocno w pamięć. Ale Vega zaczął robić filmy pokazujące prawdę, całą prawdę i gówno prawdę, a reaktywacja „Pitbulla” w 2015 roku była szczytem przeciętności. Teraz za markę wziął się twórca, który na psach znał się dobrze – Władysław „Co ty, k****a, wiesz o reżyserowaniu” Pasikowski.

Cała historia zaczyna się od zabójstwa niejakiego Soczka – byłego partnera Majami („Kto to k***a jest Majami?). Dostał kulkę w łeb, a że to było za mało, to jego wóz eksplodował. Komendant zbiera ekipę, wraca Metyl z zesłania, prosto ze szkolenia FBI wskakuje Nielat (teraz Quantico) i jest hipoteza: zabójstwo zlecił Gawron – szef Pruszkowa. Tylko jak to zweryfikować? Jest plan: infiltracja przez gliniarza pod przykrywką. Wybrany zostaje Despero, który jest łudząco podobny do niejakiego Hycla, którego schwytali Ruscy.

pitbull__ostatni_pies1

I już pierwsza scena, czyli transakcja na wschodzie z wódą, podniszczony magazynem oraz rosyjską ruletką pokazuje jak wielka jest różnica jest między kinem wegańskim, a kinem dobrym. Bo dla takiego Pasikowskiego napisanie scenariusza z początkiem, środkiem i zakończeniem to rutyna, a dla Vegi był szczytem możliwości. Sama intryga jest prowadzona powoli, spójnie oraz z wręcz sk***łą konsekwencją. Reżyser pewnie buduje swój świat: pozbawiony zasad, gdzie męska przyjaźń jest szorstka oraz z typowym dla tego twórcy portretem kobiet – albo są to dziwki, morderczynie i suki, bardziej bezwzględne (albo i tak samo) od facetów. I jak żyć w takim świecie? Reżyser potrafi wciągnąć w dochodzenie, po drodze odnosząc się albo do poprzednich części (czego się nie spodziewałem), jak i do aktualnych wydarzeń (Amber Gold, zabójstwo komendanta Papały), trzymając aż do, prawie samego końca. Bo zakończenie, niestety mnie rozczarowało, sprawiając wrażenie urwanego.

pitbull__ostatni_pies2

Stylistycznie nowemu „Pitbulowi” bliżej jest do sensacyjniaków z lat 90., co wynika z przedstawienia tła. Rzadko są pokazywane nowoczesne cacka (w komisariacie), nadal mamy wojnę Pruszkowa z Wołominem, dyskoteki z pstrokatymi kolorami oraz gangsterów z ciuchami jakby z tego okresu. Czy to mi przeszkadzało? Absolutnie nie, choć dla wielu może stanowić problem. Po drodze nie brakuje rozmów, ciętych dialogów, niepozbawionych złośliwego humoru, dobrze zrobionych strzelanin (akcja na targu czy starcie z Wołominem – trzech na siedmiu, czyli uczciwa, równa walka) oraz kilku zwrotów akcji. Może i troszkę czuć pewne stępienie pazurów.

pitbull__ostatni_pies3

Za to film jest fantastycznie zagrany. Klasę potwierdza powracający do roli Despera Marcin Dorociński, który ciągle balansuje między obydwoma stronami barykady. W zasadzie on jeden mógłby grać i byłby lepszy niż cała obsada poprzednich części. Wrócił też Rafał Mohr, który kompletnie nie przypomina swojej postaci z poprzednich części. Nielat, wróć Quantico zmężniał, lepiej się nosi, no i jakby troszkę mądrzejszy się zrobił. Na mnie jednak największe wrażenie zrobił kapitalny Krzysztof Stroiński, czyli Metyl. Nadal inteligentny, nadal pijący i nadal rzucający ciętymi ripostami – jakby nic się nie zmieniło. A jego wejście podczas finałowej strzelaniny („Wchodzę na dancing”), robi porażające wrażenie. Stara gwardia ciągle w formie.

pitbull_ostatni_pies4

A jak sobie radzą nowe postacie? Rzuca się w oczy Dorota Rabczewska, czyli Mira. Niby zwykła, ale charakterna dziewucha, która – z powodu pewnych okoliczności – musi przejąć inicjatywę, stając się rozgrywającą. Niespodziankę też zrobił Cezary Pazura jako gangster Gawron, pokazując troszkę zapomniany talent dramatyczny. Mocny jest Adam Woronowicz (Junior), sprawiający wrażenie tylko pomocnika, ale jest bardziej cwany, wręcz śliski. Także drobniejsze role Jacka Króla („Kowal”), Zbigniewa Zamachowskiego (bezdomny „Gawełek”) czy pojawiającej się na chwilę Kasi Nosowskiej zostaje w pamięci na długo.

Pasikowski może i troszkę złagodniał (jest troszkę sucharów, mniej bluzgów niż zwykle), troszkę czerpie z klisz klasycznego kryminału, ale „Ostatni pies” tylko na tym zyskał. To mocne, klimatyczne kino sensacyjno-policyjne, wieńczące ten cykl i wracające troszkę do korzeni. Na takiego „Pitbulla” czekałem.

7/10

Radosław Ostrowski

Paterno

Kim jest Joe Paterno? To jeden z najaktywniejszych trenerów ligi uniwersyteckiej, pracujący od ponad 60 lat w szkole Penn State. Jednak jego ostatni, 66 sezon miał odbić się na jego karierze najmocniej. 29 października 2011 Paterno wygrywa 409 mecz w swojej karierze, co robi imponujące wrażenie, ale niecały tydzień po meczu wybucha prawdziwa bomba – były asystent trenera, Jerry Sadursky został oskarżony o molestowanie seksualne 8 chłopców. Dziennikarka lokalnej gazety, Sara Ganim, próbuje dalej śledzić sprawę.

paterno1

Barry Levinson ostatnimi czasy łapie wiatr w żagle, dzięki współpracy z telewizją HBO. „Paterno” potwierdza tą tezę, a reżyser opowiada o jednym z największych skandali pedofilskich ostatnich lat. Ale twórcy prowadzą swoją narrację dwutorowo: z perspektywy dziennikarki oraz samego Paterno, skupiając się na dwóch tygodniach. Levinson wprowadza retrospekcje, miesza wątki, mnoży postacie, ale jednocześnie wszystko jest bardzo czytelne. Ale czy to oznacza, że wiemy wszystko w tej kwestii? Dlaczego w 2001 roku nie powiadomiono policji? Czemu próbowano zamieść pod dywan? Ale na najważniejsze pytanie, czyli czy Paterno wiedział odpowiedź nie jest wcale taka prosta. Skąd ten wniosek? Im dalej poznajemy całą historię, zdarzenia i fakty, coraz bardziej wszystko zaczyna przybierać kolor szary. Jest wiele sprzeczności (brak rozmowy członków z ofiarą, braki pamięci i szok, z drugiej maile mówiące, że Paterno był na bieżąco informowany, próba pozbycia się odpowiedzialności), a sam Paterno sprawia wrażenie zagubionego dziecka, pionka pozbawionego głosu w obawie, że może jeszcze bardziej zaszkodzić. Z drugiej strony jest ofiara (Aaron), traktowany tylko przez dziennikarkę oraz osoby z opieki społecznej poważnie, bez osądzania, szczucia i straszenia.

paterno2

Levinson bardzo zręcznie stosuje montaż oraz kolorystykę. Retrospekcję związane z rozmowami głównych graczy tej historii wyglądają jak stare fotografia, pełne światła, wręcz stonowane. Z kolei szybkie cięcia (czytanie aktu oskarżenia czy momenty wywołujące mętlik w głowie trenera) jeszcze bardziej podkręcają klimat tajemnicy, niejasności, potęgowany przez niepokojącą muzykę. Ale ostatnie kadry (rozmowa dziennikarki przez telefon) wprawią w konsternację, pozbawiając kropki nad i.

paterno3

„Paterno” nie byłby tak świetnym filmem, gdyby nie wracający do wielkiej dyspozycji Al Pacino. Aktor znakomicie pokazuje zagubienie oraz mętlik w głowie trenera, który jest bardziej skupiony na swojej pracy trenerskiej niż na czymkolwiek innym. Ale jednocześnie jest przekonany o swojej pozycji i sile, ciągle oddany drużynie oraz szkole, traktowany przez uczniów jak Bóg. Tak zniuansowanego Pacino chciałoby się oglądać jak najczęściej, żeby zapomnieć o takiej „wybitnej” roli z „M jak morderca”. Gwiazdor zmiótł pozostałych aktorów z powierzchni ziemi, że choćby nie wiadomo jak się starali (a starają się bardzo), nie są w stanie odwrócić od niego uwagi. Nie można nie wspomnieć Riley Keough (dziennikarka Ganim), Petera Jacobsena (naczelny gazety, David Newhouse) czy świetnego Bena Cooka (bardzo wycofany Aaron – ofiara Sadursky’ego), którzy również tworzą wyraziste postacie.

paterno4

„Paterno”, mimo pozornie sięgania po temat, mający tylko wywołać kontrowersje, prowokuje do pytań. O odpowiedzialność, moralność i kwestię komu tak naprawdę można dziś ufać. Bo jeśli najbliższy przyjaciel czy współpracownik jest pedofilem, to czy mógłbyś dać pod opiekę swoje dzieci? Jakkolwiek pomyślimy o tytułowym bohaterze i jego czynach (nie wiedział, nie chciał wiedzieć, zrobił ile trzeba, a może za mało), zawsze będzie go stawiać w złym świetle. Poza tym, to znakomite kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Wściekłość

Adam jest dziennikarzem, ma dobrą pracę, całkiem niezłe pieniądze, żonę i dwójkę dzieci. Do tego dostaje awans na szefa jutrzejszego wydania serwisu informacyjnego. No i oczywiście kochankę, z którą spędza czas na siłowni. Nocą – jak to zawsze – biega na dłuższym dystansie. Ale ta noc będzie troszkę inna, a wszystkie problemy nałożą się na całe życie naszego bohatera.

wscieklosc11

Bracia Węgrzyn to kolejni polscy twórcy niezależni, kręcący filmy poza strukturami państwowego finansowania, a „Wściekłość” to już trzeci pełnometrażowy tytuł. Pomysł, gdzie mamy samotnego, wędrującego bohatera po mieście nocą, z telefonem przy uszach troszkę przypomina „Locke’a”. Tylko, że cały – dość intrygujący konspekt – trafia jasny szlag. Nie tylko dlatego, że mamy bieg oraz rozmowy przez telefon, ale ponieważ sam bohater jest strasznie odpychający. W przeciwieństwie do bohatera w/w filmu, Adam to arogancki dupek i egoista, który sprawia wrażenie kompletnego pierdoły, bezradnego, pozbawionego własnej woli oraz myśli. Niby dziennikarz, ale najgorszego sortu: podporządkowany szefowi, nie interesujący się prawdą, obiektywizmem oraz fachowością swojej roboty. Kolejni rozmówcy, też nie są postaciami pozytywnymi (poza żoną): kochanka, szef, wydawca, wreszcie matka-dewotka, która najbardziej intryguje. Jej rozmowy mają największy ciężar, co jest też sporą zasługą świetnej Małgorzaty Zajączkowskiej.

wscieklosc21

Zaskakuje strona techniczna, bo „Wściekłość” ładnie wygląda. Zdjęcia są naprawdę ładne, w tle gra zaskakująco przyjemna muzyka elektroniczna, a dźwięk bardzo wyraźny. Nawet dialogi są całkiem całkiem. Tylko, że ta cała opowieść nie angażuje, przebieg wydarzeń wydaje się wydumany, a dwa napady (jeden dość brutalny) sprawiają wrażenie dodanych na siłę. Ten brud, zgnilizna oraz degrengolada świata, gdzie wartości są pozbawione swojego znaczenia – wydają się tak ograne, że zwyczajnie nużą. A zakończenie może dawać nadzieję, tylko czy aby na pewno.

wscieklosc31

Największą wadą jest główny bohater, który jest bardzo słabo napisany. Jakub Świderski zwyczajnie odpycha swoim chamskim podejściem, bezczelnością oraz pozbawieniem autorefleksji. Niby dochodzi do przemiany Adama, tylko że nie brzmi w żaden sposób przekonujący. Z głosów postaci – poza Zajączkowską – najbardziej się wybija Konrad Marszałek, czyli profesjonalny dziennikarz Gadowski. Jako jedyny potrafi zyskać sympatię.

Jak na „Wściekłość” jest to film zadziwiająco spokojny, statyczny oraz pozbawiony pazura. Trudno odmówić jednak sprawności technicznej, mimo skromnego budżetu, ale sam scenariusz nie wyrabia i nie potrafi skupić uwagę.

5/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna, która wiedziała za dużo

Wszystko zaczyna się dość niewinnie – młoda Amerykanka, Nora Davis przyjeżdża do Włoch, odwiedzić swoją ciotkę. Już przy lądowaniu jej sąsiad zostaje aresztowany za przemyt narkotyków, a na miejscu ciotka choruje i tej samej nocy umiera. Szok doprowadza do tego, że kobieta wychodzi z miasta nocą, zostaje okradziona oraz poturbowana. Uderzenie w głowę wywołuje dezorientację, którą potęguje fakt, że Nora widzi morderstwo. No właśnie, widzi czy to było urojenie?

dziewczyna_ktora_wiedziala_za_duzo1

Kryminał Mario Bavy rozpoczął trend filmów zwanych giallo – krwawych kryminałów zmieszanych z horrorem, gdzie zagadka coraz bardziej się gmatwa, a po drodze jest bardzo brutalnie. Reżyser jednak nie pokazuje za bardzo morderstw, unika też widoku krwi, dodatkowo Bava na początku podpuszcza i dezorientuje, nie wiedząc o czym tak naprawdę jest ten film: przemyt narkotyków, upozorowane zabójstwo czy urojone (chyba?) morderstwo. A im dalej w las, tym wszystko zaczyna się krystalizować, chociaż pojawiają się kolejne tajemnice, związane z niejakim „alfabetowym mordercą”. Z drugiej strony jest tu poprowadzony wątek między Norą a pewnym lekarzem, którego nigdy nie widzimy w szpitalu, co też jest ciekawym tropem, a jego motywacja pozostaje tajemnicą. Bava bardzo powoli buduje napięcie, w czym pomaga mu troszkę nachalna (z dzisiejszej perspektywy) muzyka, ale przede wszystkim praca kamery. Mistrzowsko jest tutaj wykorzystany światłocień (scena przygotowywania pułapki oraz oczekiwanie na wchodzącego do drzwi), powoli odkrywamy karty, zaś zagadka ma dość nieprzewidywalny finał. Choć ostatnia scena z papierosem może troszkę zmienić spojrzenie na całość ;). Nawet obecność narratora nie była problemem, wręcz uzupełniała historię, podkreślając stan emocjonalny naszej bohaterki, pozwalając łatwiej się z nią identyfikować.

dziewczyna_ktora_wiedziala_za_duzo2

To także zasługa naturalnie grającej Leticię Roman, przekonująco pokazując zagubienie, bezradność oraz strach kobiety w obcym mieście. Jednocześnie to fanka kryminałów, przez co parę razy wykorzystuje to w śledztwie. Partneruje jej kojarzony z „Wejścia smoka” John Saxon, który daje radę w roli lekarza, stającego się przyjacielem oraz przewodnikiem po Italii. Kilka wspólnych scen zwiedzania dodają troszkę lekkości do filmu. Z drugiego planu wybija się najbardziej Dante DiPaoli (dziennikarz Andrea Landini) oraz Valentina Cortese (Laura), dodając odrobinę kolorytu.

dziewczyna_ktora_wiedziala_za_duzo3

„Dziewczyna, która wiedziała za dużo” to zgrabnie poprowadzony kryminał, który godnie znosi próbę czasu. Intryga nadal potrafi wciągnąć, zaskoczyć, a rozwiązanie daje satysfakcję. Są pewne drobne minusy (nachalna muzyka, czasami logika szwankuje), ale nie jest w stanie zepsuć frajdy z seansu. Aż jestem ciekawy kolejnych dokonań Bavy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Benji

Kolejny film z piesełem w roli głównej. Kim jest Benji? To bezpański czworonóg, szukający swojego miejsca na ziemi. I wtedy w jego życiu pojawia się para dzieciaków, wychowywani przez matkę. Dzieciaki chcą zachować psa, a matka niekoniecznie.

benji1

Brzmi jak komedia familijna o tym, jak pies miękczy serce pani, stając się nowym członkiem rodziny, prawda? Błąd. Bo nowa wersja „Benji” wywraca konwencję do góry nogami. Zaczyna się dość przyjemnie, budując ciepły klimat Nowego Orleanu. Ładnie to wygląda, jest milusio, nawet zabawnie i zwyczajnie fajnie. Ale wszystko się zmienia, gdy nasze dzieciaki zostają… porwane podczas napadu na lombard. Robi się bardziej dramatycznie, akcja przyspiesza, ale wszystko i tak musi się dobrze skończyć. A nasz pies zaczyna posiadać różne supermoce, jakich nikt się po nim nie spodziewał: nie tylko potrafi wprowadzić w pole psa naszych antagonistów, to jeszcze otworzy drzwi kluczem (!!!) i robi z miejscowej policji kompletnych idiotów. Ciekawe, Benji powinien się nazywać Sherlock. Jest to troszkę naiwne, ale nie wywołuje to aż tak silnego bólu uszu. Dodatkowo w tle gra bardzo poruszająca muzyka z obowiązkowymi piosenkami, które mogą wydawać się archaicznym pomysłem.

benji2

Również ta więź między Benjim a dziećmi wydaje się czymś, co przyjmujemy na wiarę. Trudno mi było uwierzyć, że ta relacja staje się tak istotna, że czworonóg będzie w stanie dla nich zrobić tak wiele. Chociaż samemu psiakowi trudno powiedzieć coś złego o jego grze. Pozostali aktorzy są całkiem nieźli, ale nie zapadną w pamięć na długo. Szczególnie wybijają się dzieci, co jest standardem w produkcjach z USA. Tylko, że to wszystko niespecjalnie angażuje.

benji3

„Benji” to kolejny netflixowy przeciętniak, który się obejrzy i zapomni już po paru sekundach. Zdecydowanie propozycja dla najmłodszego kinomana, zaczynającego przygodę z kinem. Ale czy on też będzie w stanie przełknąć tyle uproszczeń i naiwności? Pewnie tak, ale obym się mylił.

5/10

Radosław Ostrowski

Lady Bird

Okres licealny to dla młodego człowieka moment graniczny – po nim już nigdy nie będzie tak samo. W pewnym sensie kończy się dzieciństwo, a zaczyna dorosłość, także dla niejakiej Lady Bird. Sama sobie nadała to imię, ale tak naprawdę nazywa się Christine McPherson i pochodzi ze znienawidzonego przez siebie Sacramento. Akurat kończy szkołę katolicką w roku 2002, a co dalej?

lady_bird1

Debiutująca reżyserka Greta Gerwig sięga po klasyczną opowieść kina inicjacyjnego. Mamy zbuntowaną nastolatkę, która idzie na wojnę ze wszystkim – matką, szkołą, Kościołem. Tylko, czy można to nazwać buntem? Raczej o poszukiwaniu samej siebie, poczucia bycia kimś wyjątkowym i pierwszych razach: pierwsza miłość, seks, silna przyjaźń. Wiem, że takich filmów inicjacyjnych były setki czy tysiące i będą dalej powstawać, ale „Lady Bird” mimo pewnych niedoskonałości, potrafi ująć szczerością. Trafne jest też osadzenie akcji na początku XXI wieku, gdy szalało bezrobocie, telefon komórkowy był rzadkością. Cała konstrukcja to ciąg scenek, powoli układających się w jedną całość, czyli starania Lady Bird (niezła Saorise Ronan) o załapanie się na studia do Nowego Jorku. Ale niektóre momenty sprawiają wrażenie nagle pourywanych (ksiądz-opiekun kółka teatralnego, który idzie do matki naszej bohaterki – dlaczego i po co? Nie wiadomo. ) i stanowiących jedynie tło: kryzys, homoseksualizm, próba buntu wobec kraju. Tak naprawdę kośćcem tego filmu jest relacja nastolatki ze swoją matką (fantastyczna Laurie Metcalf), która też miała swoje marzenia i pragnęła innego życia niż jest. Ale nie potrafi zrozumieć swojej córki – równie charakternej, silnej osobowości, próbującej żyć po swojemu. Jest tutaj miłość, ale taka bardziej szorstka, próby znalezienia wspólnego języka – ten wątek wydaje się najciekawszy, poprowadzony aż do wzruszającego finału.

lady_bird2

Jednak przez sporą część filmu (pourywane, przypadkowe scenki) nie byłem w stanie tak bardzo się identyfikować z bohaterami tak, jak by chcieli tego twórcy. Gerwig nie osądza, nie przyjmuje postawy moralizatorskiej (i chwała za to!), ale czułem się troszkę jak obserwator, przyglądający się przez szybę. I nawet ciekawy drugi plan z Lucasem Hedgesem oraz Timothym Chalametem na czele, nie jest w stanie skupić uwagi na dłużej.

lady_bird3

Jest kilka wręcz cudownych scen (fragment próby w teatrze czy taniec na balu), okraszonych wpadającą w ucho muzykę (z „Crush on You” Dave Matthews Band), jednak „Lady Bird” niespecjalnie się wyróżnia z tego grona. A szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski