Katarzyna Groniec – Ach!

ivddku31b3wc

To jedna z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny muzycznej, od lat zawsze idąca własną ścieżką, balansując między piosenką poetycką, ale tworzoną inaczej, nie zawsze kameralnie, intymnie, eksperymentując z brzmieniem bardziej alternatywnym. Przy swojej dziesiątej płycie “Ach!” Katarzyna Groniec serwuje własne kompozycje zamiast coverów, wsparta przez Marcina Borsa (producent), Basię Wrońską (muzyka i niektóre teksty) oraz Macieja Macuka (muzyka). Co tym razem powstało?

Jest szorstko, melodyjnie i mrocznie, co czuć w “Na pół”, gdzie klawisze z perkusją tworzą klimat znany choćby z ostatniej płyty Bat for Lashes, a sama Groniec tutaj wręcz szepcze w tym onirycznym spektaklu. A co utwór, to niespodzianka oraz spory eklektyzm. Akustyczny “Rescue”, gdzie w tle słychać ptaki (przynajmniej na początku), by uderzyć wplecionymi klawiszami. Bardziej rockowe, chociaż delikatne jest “Koko” oraz rozmarzone “Kanaan”, okraszone Hammondami, a mrok wraca w singlowym “Nie kocham”, gdzie perkusja pędzi, a gitara niby się snuje, ale nie jest spokojnie. Pewna sielankowość, wręcz folkowy klimat przewija się w “Końcu”, zaskakując cały czas. Zwłaszcza, gdy w tle są klawisze oraz trąbka, by zostać zduszona melancholijnym “Deszczem”, gdzie po raz pierwszy gra fortepian. Niepokój wraca w podpartym elektroniką “Się rozpłacz”, gdzie pozornie radosny głos wydaje się zgrzytem, rys, by podrzucić perkusyjny bit oraz ambient, mieszając jeszcze bardziej w głowie. Utwór tytułowy też skręca ku elektronicznemu tłu, przypominając troszkę… Massive Attack (nie wierzę, że to piszę), co kompletnie mnie zaskoczyło. Wtedy staje się piękny “Cud”, gdzie wracamy do oniryzmu (klawisze robią swoje, tak samo jak nakładające się głosy Groniec – ten szepczący i melorecytujący w refrenie), by na końcu wrócić do akustycznej gitary w “Goodbye”, kończąc słowami “I don’t wanna die anymore”.

Pani Groniec tylko raz pozwala sobie na większą ekspresję (“Nie kocham”), a reszta jest bardzo śpiewana delikatnie, na granicy szeptu, ale jednocześnie wyraźnie ją słychać, zaś teksty pełne smutku oraz miejscami gorzkich obserwacji, trafiają w punkt. I nawet ten muzyczny eklektyzm, który może początkowo wprawić w konsternację, staje się spójnym elementem całości, pokazując różne oblicza miłości. Ciekawe, nieszablonowe, ale i wymagające doświadczenie.

7,5/10

Radosław ostrowski

Maria Skłodowska-Curie

Czy ktoś w tym kraju nie znał tej kobiety? Naukowiec, żona, matka, kochanka i podwójna laureatka Nagrody Nobla. Było o Skłodowskiej-Curie wiele filmów, ale w zeszłym roku powstała polsko-francuska koprodukcja, próbująca przedstawić portret tej niezwykłej kobiety.

maria_curie1

Akcja toczy się między pierwszą, a drugą Nagrodą Nobla, bardziej skupiając się na jej życiu prywatnym. Z jednej strony mamy pracę nad radem i wykorzystania do zwalczania nowotworów, ale z drugiej jest nagła śmierć męża, samotne wychowywanie oraz ukryty w tajemnicy związek z innym naukowcem. Ale reżyserka Maria Noelle nie do końca panuje nad materiałem, tworząc kompletny chaos wątków. Nie udało się w pełni rozwinąć żadnego z wątków: próby zdobycia katedry na Sorbonie, spotkanie z Einsteinem, kontynuacja badań, próba pogodzenia się ze śmiercią męża – to wszystko jest ledwie dotknięte, pozostawiając w kompletnej obojętności. Nawet wątek związany z siostrą wydaje się wrzucony na siłę, podobnie jak senne wizje gdzieś na pustyni czy w wodzie – po co to? Mówi się o zasługach, jednak za co ten Noble były przyznane, to będziecie mogli poczytać w Wikipedii, o twórcy kompletnie tą kwestię olali. Ja po biografii zawsze się spodziewam, że o głównym bohaterze/bohaterce będę wiedział więcej po niż przed. Niestety, Noelle nie jest w stanie tych informacji dostarczyć, a co gorsza gubi się w tym, o czym tak naprawdę ma być ten film. O nauce, feminizmie, przełamywaniu schematów, romansie? Nic z tego mieszania grzybków nie wynika.

maria_curie2

Broni się za to warstwa techniczna. Zarówno do scenografii, jak i kostiumów trudno się przyczepić, widać przywiązanie do realiów. Także muzyka potrafi delikatnie zbudować klimat oraz pokazać emocje, których tutaj zadziwiająco jak na lekarstwo. Tylko, że to dużo za mało, by pociągnąć całość do końca.

Aktorsko jest może nie tyle nierówno, ile nie wszyscy aktorzy zostają w pełni wykorzystani. Znane nam nazwiska (Kuna, Olbrychski, Frycz) są ograniczeni tylko do roli tła, które nie wnosi zbyt wiele. Świetny jest Piotr Głowacki w roli Einsteina, wnoszącego odrobinę lekkości oraz humoru, ale pojawia się tylko w jednej scenie. A jak sobie poradziła w głównej roli Karolina Gruszka? Jest najmocniejszym atutem w tej talii, przyciągającym uwagę aż do samego finału. Tylko, że nawet ona nie była w stanie zamaskować niedoróbek scenariusza, przeskoków z wątku na wątek.

maria_curie3

Jeśli to miał być mocny, wspaniały pomnik, to twórcy filmu zrobili go z bardzo kruchego materiału. Pomieszanie z poplątaniem, czyli próba złapania kilku srok za ogon, musiała doprowadzić do uderzenia głową w mur. „Maria Skłdowska-Curie” nie daje żadnej satysfakcji i nawet nie sprawdza się ani jako laurka, ani jako dramat, ani jako opowieść o niezwykłej kobiecie, przecierającej szlaki innym w świecie nauki.

5/10

Radosław Ostrowski

Nerve

Czym jest Nerve? To taki interaktywna gra w wyzwanie, za które otrzymuje się pieniądze. Można być graczem lub obserwatorem, który finansuje oraz tworzy kolejne wyzwanie. Do tej gry włącza się pewna nieśmiała dziewczyna o imieniu Vee – młoda licealistka, która próbuje zebrać kasę na studia. Ale pierwsze zadanie przecież jest takie proste i nieskomplikowane: pocałować nieznajomego.

nerve1

Sam film ma bardzo chwytliwy i trafny pomysł gry, będącej zbiorem zadań, które są coraz bardziej niebezpieczne, podkręcające adrenalinę: kradzież ubrań, jazda na motorze czy nawet przejście po drabinie między budynkami. A im dalej, tym bardziej ten świat staje się pułapką. Bo jak wejdziesz w tą grę, stajesz się jej niewolnikiem. Jak? Twórcy wiedza o tobie wszystko: to, co umieszczasz na Facebooku, numer konta bankowego (przecież muszą jakoś wysyłać kasę), twoje ulubione książki, muzykę. I kiedy będzie próbował robić inaczej niż zaplanowano, może dojść do najgorszego – kradzieży tożsamości czy pozbawienia kontroli nad swoim życiem. Taki młodzieżowy odpowiednik Wielkiego Brata. Twórcy coraz bardziej podkręcają stawkę, dając do zrozumienia jak dużym ryzykiem jest udział w tej grze, przekraczając kolejne granice, coraz bardziej się zatracając. Pytanie, co jeszcze zrobisz dla sławy, chwały (dla widzów, serduszek, kolejnych dolców)? I to jest bardzo frapująca refleksja.

nerve2

Z drugiej strony „Nerve” to thriller skierowany do nastolatków, przez co wygląda jak kolejna produkcja a’la MTV: bardzo rytmiczna muzyka, wszystko toczy się szybko, efektownie. Do tego wizualnie film przypomina produkcje Refna: te pulsujące neony, nasycenie kolorami, Nowy Jork nocą. Wchłaniasz to swoimi oczami i to wszystko pasuje do fabuły. Wygląda to jak gra komputerowa, tylko dzieje się w realu. Dodatkowo jest to wszystko otoczone tajemnicą oraz pozornie prostymi regułami. Ogląda się to świetnie, jest napięcie i strach, tylko że to zakończenie jakieś takie wzięte z „Igrzysk śmierci”. I cale to złamanie gry (więcej nie powiem) – jakieś takie za proste, ale może się czepiam.

nerve3

Aktorsko jest całkiem dobrze. Świetnie sobie radzi Emma Roberts jako Vee, która z wycofanej szarej myszki, zaczyna iść w stronę bardzo ostrej, nie bojącej się wyzwać zawodniczki. I ta przemiana jest pokazana bez cienia fałszu ani przyspieszenia. Troszkę słabszy jest Dave Franco, czyli tajemniczy nieznajomy, także uczestniczący w grze. Do pewno momentu (akcja w sklepie i na motorze) ma w sobie coś, co skupiłoby uwagę, jest chemia między nim a Roberts, tylko że potem zaczyna się to sypać. Nie do końca też wykorzystano Juliette Lewis (matka Vee), która pełni rolę tylko tła. Reszta postaci była zagrana przyzwoicie.

„Nerve” jest ładnie zrobionym thrillerem z nerwem, a kilka sztuczek (widok z „perspektywy” telefonu czy komputera, gdzie mamy odwrócone teksty i obrazy) tworzą bardzo interesującą wizję świata. Może nie tak skrajnie mroczną jak „Black Mirror”, ale potrafi zmusić do myślenia, a nie tylko dając dużo rozrywki. Gracie dalej?

7/10

Radosław Ostrowski

Suburbicon

Tytułowe Suburbicon to małe miasteczko wyglądające jak przedmieścia jakiegoś większego miasta, pod koniec lat 50. Jest spokojnie, wszyscy ludzie są sobie bliscy, serdeczni, przyjaźni oraz życzliwi. Ale wszystko się zmienia, gdy do miasta wprowadza się czarnoskóra rodzina Mayersów. Problem w tym, że mieszkańców bardzo się to nie podoba. Ale w okolicy też mieszka rodzina Lodge’ów – mąż, żona, jej siostra oraz syn. W czasie, gdy mieszkańcy stoją obok nowych lokatorów, rodzina zostaje zaatakowana i żona ginie.

suburbicon1

George Clooney wraca do stołka reżyserskiego i bierze na warsztat scenariusz braci Coen. Czuć tutaj motyw niby prostego planu, który coraz bardziej zaczyna się komplikować, ale z drugiej strony jest próbą zdemaskowania lat 50. oraz życia w idealnym miasteczku, z idealnie ostrzyżonymi trawnikami oraz mieszkaniami. Te dwa wątki prowadzone są niejako obok siebie, przez co można poczuć pewien dysonans. Początek wygląda wręcz bajkowo, z reklamówką życia w mieście – niczym telewizyjna reklama. Potem pojawiają się kolejne tajemnice, które – dla mnie – za szybko zostają wyłożone na stole, przez co łatwo można się domyślić o co tu tak naprawdę chodzi. Bardziej skupił moją uwagę ten wątek rasistowskiej nienawiści, gdzie biali ludzie mają – nomen omen – czarne serca i dla własnej wygody stoją pod domem, robiąc cyrk. Najpierw się tylko przyglądając, rzucając wyzwiskami, a następnie atakując. Tylko, że to jest tło dla bardzo niemrawego kryminału, gdzie w jednej scenie wszystko zostaje wyłożone kawa na ławę. Dodatkowo te wątki za cholerę, nie chcą się w żaden sposób połączyć.

suburbicon2

Trudno powiedzieć coś złego o warstwie realizacyjnej. Świetną robotę wykonali scenografowie i kostiumolodzy, odtwarzając stylistykę lat przełomu lat 50. i 60., włącznie z fakturą oraz kolorystyką. To robi duże wrażenie, podobnie jak stylizowana muzyka Alexandre’a Desplata. Z jednej strony bardzo podniosła, wręcz sielankowa, z drugiej potrafiąca zbudować napięcie. Tylko, że to nie wystarczy do zrobienia dobrego filmu.

suburbicon3

Aktorzy robią, co mogą, ale nie mają wsparcia. Choć Matt Damon dobrze się odnajduje w roli wycofanego, pakującego się w kłopoty Gardnera, to nie dało się polubić tego bohatera, ze względu na jego tajemnicę, chłód emocjonalny. Troszkę lepsza jest Julianne Moore w dwóch kreacjach (żony i jej siostry), dając spore pole do popisu, ale całość kradnie Oscar Isaac w roli cwanego agenta ubezpieczeniowego o aparycja Clarka Gable’a (niemalże). I to mógł być mocny pojedynek między nim a Damonem, lecz wszystko się potoczyło inaczej.

„Suborbicon” to dziwaczna mieszanka groteskowej satyry z bardzo nudnym, ogranym niby-kryminałem. Clooney nie zapanował nad reżyserią, a film rozpada się na dwie historie, mające w założeniu się połączyć. Gdyby Coenowie sami się wzięli, może byłoby to lepsze kino, ale tego się już nie dowiemy.

5/10

Radosław Ostrowski

Fisz Emade Tworzywo – Numer 1

20180301031556_FET_numer_1_standard_(002)

Fisz i Emade, czyli bracia Waglewscy to jedni z bardziej rozpoznawalnych polskich duetów na scenie hip-hopowej. Chociaż ostatnie lata to bardziej skręt ku muzyce alternatywnej (zaskakująco udany), tym razem postanowili przypomnieć swoje poprzednie dokonania. “Numer 1” to – niestety, albo stety – składanka zawierająca przeboje duetu znanego jako Tworzywo Sztuczne lub Fisz Emade Tworzywo z lat 2000-2011.

Wszystko zaczęło się od surowego, jazzującego “Polepionego” oraz utrzymanego w podobnym tonie “Huraganu”, który jest bardziej minimalistyczny (mimo dźwięków szklanek oraz nalewanego piwa). “Tajemnica” ma w sobie więcej z r’n’b, tak samo jak oparty na fletach oraz klawesynie “30 cm”. Pewną zmianę serwują “Sznurowadla”, gdzie ładnie gra gitara elektryczna oraz drobna elektronika w tle, ale prawdziwa wolta nastała wraz z “Tysiąc pięćset sto gwiazd”. Tutaj elektroniczna fascynacja wystrzeliwuje od tłustszych bitów przez perkusję aż po “przemielony”, miejscami zakrzyczany głos Fisza. Nawet mocniejsze riffy się odzywają, co jest zaskoczeniem. “Deszcz w butach” kontynuuje tą ścieżkę, ale nawet tło jest mocno podrasowane, wręcz oniryczne. Wypadkową obydwu stylów są chwytliwy “Imitacje”, prowadzone przez gitarowy sampel. Powrót do surowego brzmienia serwuje “Jesteście gotowi”, a takżz bazujące na perkusji soczyste “Serce” z bardzo mocnymi panczami.

I kolejna wolta, czyli bardzo delikatne, wręcz rozmarzone “Nie bo nie” z funkową gitarą oraz ciepłymi klawiszami. Tak jak bardzo dynamiczna oraz bogata (dziwnie) aranżacyjnie “Szef kuchni”, którego nie powstydziłby się sam OSTR. Z kolei “Heavi Metal” to niejako powrót do początków, gdzie mamy surową perkusję oraz powrót do podkładów na funkowych kawałkach z lat 70. (gitara, flety, wokale), kontynuowany przez szybki “666” oraz w bardziej rockowej “Najpiękniejszej kobiecie w mieście”. Nawet “Wiosna 86”, choć wydaje się minimalistyczna, ma w sobie dużo energii, rozkręcającej się z każdą sekundą. Jedynym zgrzytem są utwory ze “Zwierza bez nogi”, ponieważ sprawiają wrażenia przeładowanych dźwiękami (utwór tytułowy oraz reagge’owe “Tak to robimy”).

Żeby nie było, że mamy tylko stary stuff dostajemy dwa premierowe kawałki, przypominające stylistyką poprzednie dokonania: oszczędny “Zwykły” oraz bardziej taneczny “Kanterstrajk”. Tekstowo, a także technicznie Fisz potrafi rzucać kwiecistymi metaforami, dowcipnymi frazami czy braggowaniem, z koniecznym wspomnieniem tego, co Emade robi na perkusji. Słucha się tego fantastycznie i jeśli ktoś chciałby zapoznać się z dorobkiem braci Waglewskich, “Numer 1” będzie idealnym wstępem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Julia Pietrucha – Postcards From The Seaside

Postcards_from_the_Seaside

Debiutancka płyta Julii Pietruchy była jedną z niespodzianek ostatnich lat oraz dowodem na to, że śpiewający aktor to nie koniecznie poezja śpiewana czy piosenka aktorska. Zastanawiałem się, czy był tylko jednorazowy wyskok, czy będzie jednak ciąg dalszy. Tydzień temu wyszedł drugi album i, tak jak poprzednik, jest dostępny w całości na YouTube. Jak wyglądają “Pocztówki z widokiem na morze”?

Artystka nie zapomniała o swoim ukulele, które przewija się cały czas. Choć otwierający całość “Sailor” zaczyna się od… wiolonczeli oraz akordeonu, do którego dołącza delikatniejsza gitara z perkusją, tworząc bardzo przyjemny koktajl. Skoczniejsi są “Friends”, oparte na gitarach oraz fajnych (z braku lepszego słowa) chórkach w tle, dając energetycznego kopa. Nawet ten klaskany środek pasuje tutaj, a gdy wchodzą ładne klawisze z dęciakami, można się rozmarzyć. Zmianę wprowadza “Ewka” I nie chodzi o to, ze jest śpiewana po polsku. Odbijający się jak echo fortepianu budzi niepokój, które nie łagodzą dźwięki cymbałków, skontrastowane z “łkającymi” smyczkami w tle. Jeden ze smutniejszych, ale pięknych utworów. “Undo de sea” ma coś ze swingu – dynamiczna gra dęciaków, rytmiczny bas oraz popis perkusji. Powrót do melancholii serwuje zgrabny “Niebieski”, oparty tylko na fortepianie oraz tajemnicze “Medea”, brzmiąca jakby nagrana na starej płycie. Do tego jeszcze wchodzą dziwne perkusjonalia, a także nakładające się głosy, budujące mroczny, lekko “lynchowski” klimat. Mocny kawałek, z pazurem, jakiego się nie spodziewałem tutaj.

To nie jedyna niespodzianka, bo jeszcze jest grany na ukulele… blues ze świerszczami (“Small Town”), gdzie znowu robi się tak ciepło na serduszku, utrzymany w duchu dream popu “Who Knows” (znowu klaszczemy!!) z bardzo ciepłymi klawiszami, a także podparte perkusyjnym “bitem” “Wasted”, na którym skrzypce na początku się wykazują. Cudowne. Tak samo jak rozpędzone folkowe “Nie potrzebujemy nic” czy minimalistyczno-soczyste “Mindless Crime”

Sam wokal Pietruchy nadal jest bardzo delikatny, pełen dziewczęcego uroku, ale też niepozbawiony emocjonalnego ciężaru, co nie jest takie łatwe. Znowu wokalistka sama napisała wszystkie utwory, pokazując zaskakującą wszechstronność. “Pocztówki” są bardziej różnorodne, pokazujące inne oblicze Pietruchy, która niczym kameleon zmienia się, a jednocześnie jest sobą. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak jest. Jestem pewny, że jeszcze będę wracał do tych utworów.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dziecko w czasie

Stephen Lewis jest autorem książek dla dzieci, mieszka z żoną oraz córką Kate. Ale pewnego dnia podczas zakupów, dziewczynka znika bez śladu. Trzy lata później już nie mieszkają ze sobą z powodu nadmiaru smutku. On pracuje w rządkowej komisji ds. dzieci, ona przeniosła się do małego miasteczka i próbują jakoś żyć dalej.

dziecko_w_czasie1

Ta produkcja telewizyjna to adaptacja powieści Ian McEwana i jest to całkiem przyzwoita historia. Reżyser Julian Farino nie próbuje skupiać się na próbie odnalezienia dziecka, ale pokazuje jak takie wydarzenie wywraca psychikę do góry nogami oraz życie. Stąd takie troszkę niespieszne tempo, ale wątek naszego bohatera nie jest jedynym. Po drodze mamy przyjaciela-wydawcę, który odcina się od świata i zaczyna zachowywać się jak duże dziecko, próba odnowienia więzi z żoną, spotkanie z rodzicami, komisja rządowa. Jest nawet moment, gdy naszemu autorowi wydaje się, że widzi swoją córkę. To wszystko jest bardzo mocno pomieszane, chaotyczne niczym umysł człowieka po traumie, co może wywołać dezorientację. ale to bardzo płynnie jest sfilmowane oraz zmontowane. Ale jednocześnie twórcy dają pewną nadzieję, że mimo tak dramatycznych zdarzeń wszystko jeszcze może się ułożyć, co sugeruje finał. Tylko, że oglądając film gubiłem się w chronologii, bo retrospekcje oraz teraźniejszość są bardziej pomieszane niż w „Manchester by the Sea”. I to nie pomaga wejść w ten klimat, wprawiając w stan zakłopotania.

dziecko_w_czasie2

Jeśli coś wybija ten film od średniej półki, to jest fantastyczne aktorstwo. Klasę potwierdza kolejny raz Benedict Cumberbatch, który jest znacznie bardziej wycofany niż zazwyczaj w swoim emploi. Ból, cierpienie wręcz malują się na jego twarzy, ale widać też pewną nadzieję, podlaną odrobiną ironii. Wszystko to wygrane, bez żadnej fałszywej sceny. Równie przekonująca jest Kelly Macdonald, czyli Julie, która bardziej stoi na ziemi oraz lepiej sobie radzi. I co najważniejsze jest silna chemia między tą parą, intrygując aż do końca. Drugi plan za to dominuje Stephen Campbell Moore, czyli Charles. Z jednej strony oczytany i inteligentny, ale powoli znudzony swoją pracą oraz życiem, dlatego odchodzi na wieś. Jego zachowanie może się wydawać dziwaczne, ale ma swoje uzasadnione.

dziecko_w_czasie3

Dziwne to kino, w którym trzeba sobie samemu poukładać wszystkie elementy układanki. Może znużyć, zmęczyć, ale jednocześnie potrafi zaintrygować. Wymaga to jednak większego wysiłku, co może doprowadzić do odbicia się od ściany.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wampiry

Paryż. Tam pracuje dziennika Pierre Martini, który zajmuje się tropieniem sensacji. W tym romantycznym mieście dochodzi do tajemniczych śmierci młodych kobiet. Nie ma żadnych śladów walki, zadrapań, blizn, niczego. Jakby kompletnie wyssano z nich życie, a poszukiwania zabójcy zwanego Wampirem nie przynoszą rezultatów. Mimo bezradności policji, reporter próbuje prowadzić własne śledztwo.

wampiry11

Ten film uznawany jest za pierwszy włoski film grozy. Realizujący go Riccardo Freda, wspierany przez operatora Mario Bavę (niewymieniony jako reżyser) próbują budować atmosferę niepokoju oraz strachu za pomocą powoli odkrywanej tajemnicy oraz tajemniczego zamczyska. Sama intryga toczy się dość powoli, a przebieg fabuły jest oparty na ogranych kliszach: uparty śledczy zderzający się z murem bezradności, pozornie niekompetentny detektyw, poszlaki prowadzące donikąd, zmuszanego do porwań narkomana oraz tajemnicze eksperymenty mające zapewnić wieczne życie. Te elementy niestety, nie potrafią połączyć się w sensowną całość. Zamiast przerażać, film zwyczajnie nuży, fabuła nie porywa, a im dalej w las, tym wszystko staje się bardzo przewidywalne. Dialogi też są takie sobie, a nadekspresyjna oraz barokowa muzyka, nachalnie wali po uszach swoimi intencjami, że staje się to nieznośne.

wampiry21

Jedyną rzeczą, która nadal się broni jest scenografia, ze szczególnym wskazaniem starego zamczyska. Te ponure mury, korytarze oraz to ukryte laboratorium wyglądają bardzo ładnie, także za sprawą sposobu fotografowania. To jednak za mało, by uznać „Wampiry” za godne uwagi.

Nawet aktorstwo wydaje się bardzo teatralne i mało przekonujące. Poza pociągającą i tajemniczą Gisele (powabna Gianna Maria Canale), skupiającą w pełni swoją uwagę, pozostałe postacie albo są mocno przerysowane jak Signoret (niby narkoman) czy kolejna ofiara, ograniczająca się do krzyków oraz roztrzęsienia. Nawet sceny śmierci wyglądają bardzo sztucznie.

wampiry31

Początki kariery Bavy jako reżyser trudno zaliczyć do udanych, choć jego wkład nie był zapewne zbyt wielki. „Wampiry” zostały przez czas potraktowane bardzo ostro i kompletnie zawodzi na każdym aspekcie. Omijać szerokim łukiem.

3/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

 

Bez słowa

Futurystyczny Berlin. To tutaj przybywa amisz Leo – pozbawiony głosu barman, spotykającym się z niebieskowłosą Naadirah, pracującej w tej samej knajpie. Ale pewnego dnia kobieta znika, a nasz niemy protagonista wyrusza na jej poszukiwania. Tylko, że miasto nie jest przyjazne, a Leo jest technologicznym analfabetą, co na pewno nie pomaga.

bez_slowa1

Kolejne dzieło Netflixa, który daje twórcą dużą swobodę oraz dużo kasy na realizację swoich projektów. Tym razem dołączył do nich Duncan Jones, odpowiedzialny choćby za świetny „Moon”, a „Bez słów” to próba zrobienia własnej historii w cyberpunkowym duchu znanym z „Blade Runnera” czy nowego „Ghost in the Shell”. Cała historia toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy niemego Leo, z drugiej mamy amerykańskiego dezertera, Cactusa Billa, który pracuje jako chirurg w półświatku, chcącego się wyrwać z Berlina. Wszystko to się splata w finale, ale po drodze będzie dość różnie. Film wizualnie potrafi zachwycić i przypomina to, co w cyberpunkowej klasyce znamy, jednak całość ma taki noirowy klimat. Czyli jest wiele tajemnic, brudnych układów, zagadek. Tylko, ze cała intryga związana z Leo zwyczajnie nudziła, kompletnie nie angażując. Powoli (zbyt) odkrywamy elementy układanki, ale to wszystko wydaje się bardzo mechaniczne, a zarówno Leo, jak i ta dziewczyna kompletnie mnie nie obchodziły. Znacznie ciekawszy oraz bardziej angażujący jest wątek związany z wojskowym, gdzie mamy sporo humoru oraz silniejszą motywację. No i te zajebiste wąsy, których nie da się zapomnieć, a partnerujący mu kumpel Duck ma też swoją niepokojącą tajemnicę.

bez_slowa2

Podoba mi się to, że ci bohaterowie nie są (poza Leo) jednowymiarowi. Audio-wizualnie też to wygląda porządnie, wręcz nawet ładnie, muzyka odpowiednio buduje nastrój, jednak środek historii się rozłazi, a nadmiar wątków pobocznych budzi poczucie niedosytu. Tak samo aktorsko się nie broni do końca. Zawodzi Alexander Skarsgard w roli niemowy Leo, bo mimo kilku ciekawych scen, pozostawał kompletnie obojętny. Ale całość kradnie fantastyczny Paul Rudd, mający wiele luzu, troszkę chamskich pyskówek oraz grający na kontraście Justin Theroux (Duck) mocno zapadają w pamięć.

bez_slowa3

„Bez słów” nie zmieni stosunku widzów wobec Netflixa, który próbuje zdobyć uwagę kinomanów. Niby ambitne SF, ale wizualnie bardzo puste w środku, co strasznie boli.

5/10

Radosław Ostrowski

Warszawskie Combo Taneczne – Przyznaj się

przyznaj-sie-w-iext38493581

Czy mówi wam coś nazwa Warszawskie Combo Taneczne? To formacja kierowana przez Jana Młynarskiego, która gra i przypomina utwory przedwojennej Warszawy, a dokładniej utwory śpiewane przez ulicznych grajków. Już wkrótce szykuje swój trzeci album, ale ja przypomnę nagrany w 2014 debiut “Przyznaj się”, zawierająca w większości utwory Andrzeja Własta, zmarłego w getcie warszawskim autora ponad 2000 piosenek.

Mamy dość klasyczne instrumentarium, czyli gitarę, mandolinę, kontrabas, klarnet, a nawet… piłę (taką, co ścinania drzew), a całość brzmi jakby grana w jakiejś knajpie czy gdzieś nagrana na ulicy. Czasem po drodze pojawi się jakiś akordeon z saksofonem (taneczny “Wspominałem ten dzień”), ale nawet spokojniejsze numery są zrobione z nerwem jak “Na wolskiej Sali iskry szły”, gdzie jeszcze mamy bardzo chropowaty wokal Anny Bojary w refrenie. Nie zabrakło tanga w postaci “Daremnie prosisz”, krótkiego popisu w minimalistycznych “Były święta u Sztachetów” i “Rum Helce” czy bardziej skocznych pieśni w rodzaju “Warszawo, moja Warszawo” aż po bardziej egzotyczne fragment jak w “La Paloma” z cudną perkusją oraz wręcz płynącą gitarą akustyczną (w podobnym tonie wybrzmiewa utwór tytułowy, tylko bardziej psychodeliczno-melancholijny, gdyż gra tam saksofon), znacznie dynamiczne “Ach, te Rumunki” lub bardziej podniosłe “Serce w plecaku”.

Nie zabrakło też znanych przebojów jak “Siekiera motyka”, poruszająca “Warszawo ma” czy “Bal na Gnojnej”, a to wszystko Młynarski ubiera w takie bardzo retro brzmienie, lecz nie idzie w stronę skansenu. Teksty, od bardziej dowcipnych po wręcz wzruszające pozostają nadal aktualne. Ta ulica nadal żyje, oddycha I funkcjonuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski