Wojna płci

Rok 1972 to czas, kiedy w tenisie na topie była Billie Jean King – młoda (przed 30-tką) i ambitna kobieta, dla której ten sport jest jej największą miłością. Oprócz tego ma męża oraz parę koleżanek po fachu. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy nasze panie postanawiają założyć WTA, ponieważ nie zgadzają się na nierówne płace (ośmiokrotnie mniejsze niż mężczyźni). Jednocześnie poznajemy niejakiego Bobby’ego Riggsa – kiedyś bardzo utytułowanego tenisisty, obecnie pracownika firmy oraz nałogowego hazardzisty. I to właśnie on proponuje zagranie meczu między nim a King. Kobieta jednak odmawia, ale kiedy obecna rakieta numer jeden (Margaret Court), przegrywa pojedynek z Riggsem, kobieta postanawia przyjąć wyzwanie.

wojna_plci1

„Wojna płci” to próba sklejenia poważnego tematu równouprawnienia w bardziej tragikomiczną konwencję. Zanim jednak dojdzie do przygotowań tego pojedynku, mającego zmienić oblicze świata (a to miał być tylko zwykły mecz), minie bardzo dużo czasu. Dokładniej, jakieś pół filmu. Po drodze zaczynamy coraz bardziej poznawać główne dramatis personae, ich motywacje, charaktery oraz problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Z jednej strony to kwestia równouprawnienia (zarobki, szacunek) oraz walki – symbolicznej, ale jednak – z szowinizmem oraz seksizmem, z drugiej poczucie pustki, odnalezienie siebie na nowo i hazard. Tylko, ze z tych interesujących elementów powstał film – w najlepszym wypadku – bardzo letni.

wojna_plci2

Cała ta opowieść nie angażuje, oglądałem troszkę na zimno, a te najciekawsze wątki są ledwo liźnięte i miejscami wykorzystujące ulubione narzędzie filmowców, czyli łopatę (finałowa scena czy pyskówki między Billie a niejakim Jackiem Kramerem – wpływowym związkowcem tenisa). Do tego (jak w przypadku „Wielkich oczu”) jest troszkę za dużo błazenady ze strony Briggsa, co z jednej strony pasuje na zasadzie kontrastu między pajacującym Briggsem a wręcz śmiertelnie poważną Jean. Z drugiej strony jednak to osłabia siłę rażenia tego filmu, chociaż nie przekracza to granicy przesady jak w „Wielkich oczach”.

Pochwalić za to można odtworzenie klimatu oraz realiów lat 70. – te fryzury, te bardzo wyraziste stroje czy fragmenty imitujące relację telewizyjną pasują do tej epoki. To są też czasy, gdy pewne odchylenia za ogólnie przyjętych norm społecznych nie były akceptowane (ale to już minęło, prawda?), a kobiety nadal były traktowane jako osoby tylko do kuchni i łóżka, bo mają za słabą psychikę oraz nie radzą sobie z presją.

wojna_plci3

Jeśli coś potrafi skupić uwagę to główne role. Znakomita jest Emma Stone – kompletnie niepodobna do siebie (co jest zrozumiałe), ale idealnie weszła w skórę Billie Jean, która jest bardziej męska niż niejeden mężczyzna. Pewna siebie, twarda, nie pozwalająca sobą pomiatać, ale też i bardzo delikatna, zagubiona. A wszystko to pokazane bardzo delikatnie, powściągliwie, bez fajerwerków. Steve Carell zaś jako Briggs też jest świetny, dodając wiele humoru, ale jego motywacja jest nie do końca jasna. Naprawdę był „szowinistyczną świnią” czy to była tylko medialna kreacja znudzonego ryzykanta, próbującego na nowo zdobyć sławę? I stąd ten cały cyrk? To intryguje, a kilka scen (rozmowa z żoną czy wizyta u terapeuty zakończona zabawną puentą) pokazuje troszkę kogoś więcej niż tylko pajaca. Reszta postaci to tak naprawdę tylko tło, choć zapełnione znanymi twarzami jak Sarah Silverman (Gladys Heldman), Bill Pullman (Jack Kramer), Andrea Riseborough (fryzjerka Marilyn) czy Elisabeth Shue (żona Briggsa), których przyjemnie się ogląda.

wojna_plci4

„Wojna płci” miała potencjał na mocne kino z feministycznym zacięciem, ale zmarnowała go. Całość ratuje fantastyczne aktorstwo na pierwszym planie, klimat epoki oraz sceny finałowego pojedynku, okraszone dość dynamicznym montażem. Po twórcach „Małej Miss” liczyłem na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Narcos – seria 3

Pamiętacie naszego cudownego agenta Javiera Penę? Nasz agent DEA znowu musi wrócić do gry, bo po Pablo Escobarze schedę w handlu narkotykami przejął kartel z Kali, kierowany przez braci Rodriguez. Cała historia zaczyna się w momencie, kiedy szef kartelu, Gilberto Rodriguez postanowił zrealizować plan poddania się w ciągu pół roku. Do tego czasu próbują się obłowić po raz ostatni, ale agent Pena idzie na konfrontację.

narcos_31

Wielu się obawiało trzeciej serii „Narcos”, bo jak zrobić serial o narkotykowych baronach po śmierci głównego bohatera? I czy w ogóle jest sens ciągnąć to? Ale panowie z Brazylii wiedzą, co robią, a serial nadal podtrzymuje wysoki poziom. Całość jest nadal skomplikowaną łamigłówką, gdzie nasi główni wrogowie bardziej działają w cieniu niż blasku reflektorów. Nie znaczy to jednak, ze nie będzie krwi, strzelanin i przemocy. Wszystko się coraz bardziej gmatwa, komplikuje, gdyż nie wszystkim pasuje ten układ (zwłaszcza konkurencji), a zdrada wydaje się jedyną formą wyjścia z sytuacji. Pena tym razem pełni rolę dowódcy i rzadko wychodzi na teren, ale to nie znaczy, że nie ma nic do roboty. Próba zdobycia świadków (żywych) jest znacznie trudniejsza niż w poprzednich seriach, bo kartel z Kali ma bardzo szeroko rozbudowany wywiad (niemal wszędzie podsłuchy, siatki informatorów oraz aktywnych ludzi), skorumpowani policjanci, politycy, co na pewno nie ułatwia sprawy. Trzeba wtedy liczyć na farta albo potknięcie przeciwnika – tak schwytano Gilberta, to doprowadziło do eksplozji jednego z laboratorium w Nowym Jorku.

narcos_32

Formalnie jest tak jak zawsze – narracja z offu, wplecione materiały archiwalne oraz wiele zaskakujących faktów. To wszystko ogląda się z wielkim zaangażowaniem, mamy wyrazistych bohaterów, dochodzi do roszad, a najmocniejszy wątek dotyczy niejakiego Jorge Salcedo (rewelacyjny Matias Valera). Facet odpowiedzialny za wywiad decyduje się nawiązać współprace z DEA oraz pomóc w schwytaniu szefów kartelu. Jakie on bierze na siebie ryzyko, jak próbuje w tym zamieszaniu zachować spokój, wiedząc jaka może być za to cena. Bardzo mocno to widać w trzymającej za gardło sekwencji próby dorwania Miguela Rodrigueza, gdzie wszystko jest postawione na jedną kartę, a pójść nie tak może wszystko. Emocje się wręcz kumulują niczym w „Breaking Bad”, coraz bardziej podkręcając poczucie zagrożenia i niepokoju aż do bardzo gorzkiego finału (chociaż może nie aż tak gorzkiego?) z sugestią kolejnej serii w nowym regionie.

narcos_33

Nadal mamy mniej znanych aktorów (poza bohaterami z poprzednich części) i przez to wypada zaskakująco przekonująco. Ciągle nie zawodzi Pedro Pascal, którego Pena to mieszanka uporu, determinacji oraz trzymania się przepisów, ale w pewnych okolicznościach potrafi nagiąć zasady. Poza nim wybijają się bracia Rodriguez (kapitalni Damian Alcazar oraz Francisco Denis) – Gilberto to „złotousty”, inteligentny facet, z kolei drugi jest porywczym, bezwzględnym narwańcem, tworząc idealną kombinację. Nowi agenci tropiący, czyli Feistl oraz Van Ness (Matt Whelan i Michael Stahl-David) również się dobrze sprawdzają, chociaż nie wiemy o nich zbyt wiele, a do duetu Murphy/Pena po prostu brakuje wiele.

narcos_34

Trzecia seria „Narcos” zachowuje poziom poprzednika, a brak Escobara nie przeszkadza tak bardzo, jak by się mogło wydawać. To nadal trzymające w napięciu produkcja sensacyjna, jakiej nie powstydziłby się sam Martin Scorsese. Ma być czwarta seria i… czekam na nią jak na Gwiazdkę.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rytuał

Co może zrobić grupka Brytyjczyków po 30-tce, żeby rozerwać się od dnia codziennego? Może wspinaczka górska po Szwecji? Problem w tym, że przed wyprawą jeden z nich zginął podczas napadu na sklep, a drugi się schował. Pół roku później dochodzi do wyprawy ku pamięci zmarłego kumpla, ale wracając ze szczytu Luke, Hutch, Dom oraz Phil zamiast ścieżką decydują się wrócić skrótem przez las. Gdyby nie pewne okoliczności, nie weszliby do chaty z dziwną rzeźbą istoty z rogami zamiast rąk, a od tej pory zaczyna się robić niepokojąco.

rytua_20171

Brytyjski horror dla Netflixa. Tak można opisać film Davida Brucknera, który garściami czerpie z klasyki kina grozy. Nasi bohaterowie nie korzystają z telefonów komórkowych, Internetu, wi-fi, a wszystko toczy się gdzieś z dala od cywilizacji. Wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem, a po drodze dostajemy to, czego moglibyśmy się spodziewać: gęsta mgła, las pełen drzew, tajemnicze znaki na drzewach, jakieś widzące trupy na drzewach. I coś, co próbuje zabić. Nie widać tego wyraźnie, miejsce wydaje się kompletne obce, ciche, chłodne, nieprzyjemne. Ale jednocześnie nasz bohater Luke będzie musiał zmierzyć się ze swoimi demonami: strachem, śmiercią kolegi, co zostało sfilmowane w niemal surrealistyczny sposób (zapalające się światła sklepu w… środku lasu czy cała ta sytuacja odbywająca się w lesie), przez co nie można się zastanawiać, czy to jawa, a może sen? Do tego jeszcze zostaje wpleciony kult pewnemu bóstwu oddawany przez mieszkańców pewnych chatek, co troszkę kojarzyło mi się w „The Witch” (pewnie z powodu wyglądu domostw).

rytua_20173

Jest mrocznie, kamera pozwala sobie na oddalenia, reżyser powoli odsłania karty, a ciągle czułem się zagrożony. Do strachu poza kadrami oraz onirycznymi wstawkami wykorzystuje dźwięk oraz nie pokazywanie wszystkiego przez kamerę. I muszę przyznać, że to działa. Jest mrocznie, brutalnie, z bluzgami oraz poczuciem zagrożenia. Jak w klasycznym filmie tego gatunku.

rytua_20172

Mimo pewnych klisz „Rytuał” sprawdza się zarówno jako klimatyczny horror, jak też i przykład walki z własnymi demonami. Jest dobrze zagrany (wybija się Rafe Spall jako Luke), niepokojącą muzykę oraz pięknie wyglądające plenery, budujące niezwykłą atmosferę. Dobrych horrorów nigdy dość.

7/10

Radosław Ostrowski

Pusty i głupi gest

Film jest próbą pokazania postaci Douga Kinneya. Nic wam nie mówi to nazwisko? A nazwa „National Lampoon”? to było w latach 70. najpopularniejsze czasopismo satyryczne, gdzie pisali ludzie kierowani przez Kinneya oraz kolegi ze studiów, Henry’ego Bearda. A wszystko to zaczęło wywracać amerykańską komedię do góry nogami.

pusty_i_glupi_gest2

Film Davida Waina wyprodukowany przez Netflixa jest oparta na biografii Kinneya. I muszę przyznać, że wreszcie udało się skleić dobry film. Nie jest to jednak stricte klasyczna biografia, tylko czysta komedia, gdzie znajomość postaci z tego okresu nie będzie stanowić żadnego problemu. Ale jednocześnie twórcy bawią się tą konwencją (obecność narratora, łamanie czwartej ściany, zabawa chronologię), co bardzo oddaje wywrotowy charakter naszego bohatera. Imponujące wrażenie robi droga od pierwszych tekstów na studiach, będących parodiami książek literatury aż po wielkie nakłady do realizacji pierwszych filmów („Menażeria”, „Golfiarze”) i nagłej śmierci. Wszystko to tworzy bardzo przyjemny koktajl, gdzie mamy masę absurdalnych pomysłów, zgrabnych żartów (szybko pokazywany spis rzeczy, które zmieniono względem prawdziwych wydarzeń), ale i zaskakująco gorzkich obserwacji. Bo reguły szołbiznesu są bardzo okrutne, a jeśli się nie wyrabiasz, to możesz wejść w ciemną stronę sławy: alkohol, narkotyki. Wtedy ceną może być poczucie wypalenia, ciągłe udowadnianie swojej wartości, wreszcie autodestrukcja i zagubienie.

pusty_i_glupi_gest1

Te dwa elementy, czyli komediowe żarty oraz wręcz egzystencjalny dramat są wygrywane bez cienia fałszu, nie doprowadzając do zaburzenia balansu. Można się przyczepić tego, że aktorzy nie są fizycznie podobni do postaci, w jakie się wcielają, ale nawet to zostaje obśmiane.

Twórcy parę razy zaskakują montażem (rozstanie Douga z pierwszą żoną w formie… komiksowych kadrów, sposób realizacji okładek), w tle grają piosenki z epoki. Wrażenie też robi scenografia (siedziba redakcji), kostiumy z epoki oraz fryzury, co bardzo pozwala wejść w klimat lat 70. i 80. Ale kiedy trzeba, film potrafi wejść w dramatyczne tony, chwytając za gardło.

pusty_i_glupi_gest3

Swoje też robi świetne aktorstwo. Największe wrażenie robi Will Forte (Doug) oraz Martin Mull (narrator, czyli starszy Doug). Z jednej strony Doug to inteligentny, sypiący bon-motami jak asem z rękawa, ale też to facet naznaczony rodzinną tragedią, nie spełniający oczekiwań rodziców. Ta dziwna mieszanka błyskotliwości z brakiem akceptacji ma zaskakującą siłę ognia, jakiej nikt się nie spodziewał. Na drugim, bardzo bogatym, planie wybija się kompletnie nie do poznania Domhnall Gleeson, czyli Henry Beard. Druga połówka składu założycielskiego, ma w sobie z jednej strony wiele luzu, dystansu, otwartości na pomysły, z drugiej jest tym bardziej odpowiedzialnym, mądrzejszym, opanowanym facetem. Razem z Forte aktor tworzy bardzo mocny duet. Z pań najbardziej wybija się Emma Rossum (druga partnerka Douga, Kathlyn Walker), dodając wiele powagi do całego filmu.

pusty_i_glupi_gest4

„Pusty i głupi gest” to zaskakująco dobra komedia oraz jedna z bardziej przełamujących schematów dla kina biograficznego, co nie jest częste. Dowcipne, ale i miejscami gorzkie kino pokazuje do czego może doprowadzić sława oraz chęć rozśmieszania ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Jack White – Blunderbuss

Jack_White_Blunderbuss_cover

Ten album przesłuchałem w okolicach premiery, ale postanowiłem do niego powrócić po latach. Jack White był jednym z tych ludzi, którzy spowodowali, ze w XXI wieku rock nadal ma się dobrze i potrafi być świeży. Tak było, gdy działał jako duet The White Stripes. Ale w 2012 roku wydał swój pierwszy solowy album, którego fani oczekiwali jak nowej Ewangelii. Sam też wyprodukował “Blunderbuss” (garłacz) i jak to brzmi po latach?

Otwierające całość “Missing Pieces” wydaje się wzięte z lat 60., co mogą sugerować rozpoczynające utwór klawisze, coraz bardziej rozpędzająca gitara oraz sekcja rytmiczna. I wypada to całkiem nieźle, zwłaszcza finałowe popisy instrumentalne. Fani Stripesów odnajdą się w szybkim, garażowym “Sixteen Saltines” – to, co tygryski lubią bardzo. I nawet ten dziwacznie śpiewający White pasuje do tego zestawu. Odrobinę klimat się zmienia w “Freedon at 21”, gdzie nawet perkusja wydaje się troszkę przesterowana, gitarka się zapętla, a Jacuś… rapuje. Ale od tego momentu gitarę elektryczną zastępuje akustyczna, a klimat idzie w kierunku country. O ile jeszcze “Love Interrruption” jeszcze broni się duetem klawiszowo-klarnetowym, to dalej jest po prostu smęcenie wsparte na gitarze, steel guitar, smyczkach. Pojawiają się pewne fragment przebudzenia jak “Weep Themselves to Sleep” oraz bardziej pobrudzone “I’m Shakin’”, jednak to wszystko za mało. White próbuje eksperymentować, łapiąc kilka srok za ogon. Tylko, że to folkowo-country’owe pitolenie nie jest tym, czego oczekują fani White’a.

Trudno powiedzieć coś złego o grze muzyków, bo ci robią naprawdę zgrabną robotę. White też potrafi wokalem oraz gitarą namieszać, tylko że czuję się wpuszczony w maliny. Owszem, ma swoje momenty i potrafi nawet oczarować (umieszczone w wersji japońskiej “Love is Blindness”), jednak w ostatecznym rozrachunku “Blunderbass” to rozczarowanie. Chyba, ze jest się zapatrzonym w swojego idola fanem White’a, łykającym wszystko, co zrobi. Ta spluwa nie wypaliła.

6/10

 

Radosław Ostrowski

Maska szatana

Sam początek filmu to proces nad czarownicą, księżną Asą oraz jej kochankiem. Inkwizycja, napiętnowanie, nałożenie maski Szatana (maska z kolcami w środku). wreszcie ma dojść do spalenia ciała, ale burza przerywa cały rytuał i kochankowie zostają pochowani – on na cmentarzu w niepoświęconej ziemi, ona w podziemnym sarkofagu. I nikomu by to nie przeszkadzało, gdyby nie dwieście lat później dwóch lekarzy zmierzających na sympozjum naukowe. Doktor Gorobec i profesor Kurajan utknęli po drodze w lesie, odwiedzili ruiny kaplicy, przez przypadek budząc czarownicę. Ta zaś zamierza się zemścić na przodkach tych, którzy ją skazali.

maska_szatana1

Samodzielny debiut Mario Bavy to klasyczny, wręcz gotycki horror, mocno inspirowany opowiadaniem Mikołaja Gogola. Jest mroczna tajemnica, ponure zamczysko, skrywające wiele sekretów oraz bardzo ponura atmosfera. Reżyser zaskakująco sprawnie opowiada tą opowieść o walce dobra ze złem, a wszystko bardzo w duchu znaków epoki romantyzmu – zderzenie nauki oraz świata racjonalnego z elementami nadprzyrodzonymi, grozą i poczuciem niepokoju. A czarno-białe zdjęcia tylko potęguje to wrażenie. Można odnieść wrażenie, że z dzisiejszej perspektywy nie wygląda to za bogato, ale jaki to tworzy klimat – bezcenne. Jest bardzo nastrojowo, mrocznie i chociaż poznajemy wszystkie elementy układanki, to Bava potrafi zaangażować, trzyma w napięciu do samego końca, podkręcając stawkę. Jest miłość, walka o duszę, zemsta, cmentarz, podniszczona krypta – wszystko odpowiednio wymierzone (jak w adaptacja Poego w reżyserii Cormana), zaskakująco wysmakowanie plastycznie, ze świetną scenografią. I nie miałem poczucia, ze to film z początku lat 60. – może poza zbyt mocno wchodzącą w uszy muzyką.

maska_szatana2

Aktorstwo jest zaskakująco niezłe, chociaż zdarzają się momenty nad ekspresyjne. Tutaj pod tym względem wybija się Barbara Steel (księżna Katja oraz Asa Vajda), ale jeszcze daje się ją oglądać bez bólu. Dobrze się zaprezentowali nasi naukowcy, czyli John Richardson (młody, troszkę naiwny, lecz oddany Andriej Gorobec) i Andrea Checchi (doświadczony profesor Kruvajan), tworząc zgrabny duet. Nawet drugi plan potrafi zapaść w pamięć, mając nawet kilka minut, co jest imponujące.

maska_szatana3

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu „Maska szatana” nadal potrafi oddziaływać na kolejnych kinomanów. Klasyczny, bardzo nastrojowy horror, z rzadko spotykanym klimatem, co robi nadal imponujące wrażenie. Smakowity kąsek dla fanów kina grozy.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

The Florida Project

Gdzieś na Florydzie znajduje się mały motel, w okolicach Disneylandu. Motel zwie się Magic Kingdom, gdzie mieszkają Moonee z matką Halley, zaś poza nimi są ludzie wykluczeni, bardzo biedni. A wszystko toczy się w wakacje, gdzie tak naprawdę nie ma co robić.

florida_project1

Sean Baker przygląda się tej części Ameryki, o jakiej tu nie widzimy, nie słyszymy, nie prezentuje się zbyt często. Choć motel wygląda wręcz bajkowo, z pastelowymi kolorami, znajduje się w przedsionku Disneylandu, to tak naprawdę nie jest to raj. Wszystko tak naprawdę poznajemy z perspektywy Moonee, czyli rozbrykanej, postrzelonej, energicznej dziewczynki, nie do końca ogarniającej otaczającej jej rzeczywistości. Trudno wejść w ten film, bo przypomina to wszystko dokument, gdzie przyglądamy się pewnym zdarzeniom, które pozornie sprawiają wrażenie niepowiązanych fragmentów. Ale reżyser jest zaskakująco szczery, a wszystkie klocki zaczną powoli się sklejać w jedną całość. Powoli zaczynamy poznawać jak Halley zarabia na swój oraz swojego dziecka byt, a wiele rzeczy dzieje się poza okiem kamery. Zabieg ten ma celu „przyjęcia” perspektywy Moonee, a rzadko pojawiający się dorośli oraz ich problemy przewijają się jako tło. „Florida Project” to kolejna próba – i zaskakująco udana – rozdrapania amerykańskiego snu, który dla dorosłych się skończył. Dzieci jeszcze mają marzenia, ale pytanie na jak długo. A im bliżej finału, tym bardziej robi się dramatycznie, co kompletnie mnie zaskoczyło. Dla tego momentu warto przeczekać te krzyczące, rozbiegane dzieciaki na początku. Pozornie wszystko wydaje się nudne, ale dalej widzimy coraz większą patologię. Więcej wam nie powiem, bo to jest jedna z niespodzianek.

florida_project2

Jeszcze większą są znakomite role dziecięce. Nie wiem, jak robią to Amerykanie, ale nie można przejść wobec tego obojętnie, zwłaszcza wobec tego, co robi Brooklyn Prince. Mooney to bardzo rozkręcona dziewucha z ADHD, pełna naiwności, ale i bardzo dużej energii oraz siły, kopiująca też pewne zasłyszane słowa, gesty, zachowania. Równie mocna jest Bria Vinaite, czyli wytatuowana i pyskata Halley, sprawiająca wrażenie starszej siostry niż matki, która pozornie sprawia wrażenie osoby mającej gdzieś innych. Ale tak naprawdę przekonująco pokazuje różne desperackie kroki w celu utrzymania siebie oraz córki. Największą uwagę przykuwa jednak Willem Dafoe, czyli menadżer hotelu, Bobby. Nie tylko spec od naprawiania, pilnowania porządku, ale ktoś, mogący być autorytetem, nawet jeśli wydaje się troszkę szorstki w obyciu.

florida_project3

Film Seana Bakera troszkę przypomina dorobek Harmone’a Korine’a, chociaż jest to bardziej wizualnie pokazany świat znany z filmów Mike’a Leigh czy Kena Loacha. Takie wizualne zderzenie z treścią oraz tematyką może wywoływać na początku dysonans, jednak udało mi się złapać ten rytm. I co najważniejsze: potrafi wzruszyć, poruszyć, rozbawić.

7/10

Radosław Ostrowski

Ringo Starr – Give More Love

RSGiveMoreLove

Od tego tygodnia Ringo Starr nosi tytuł szlachecki, co patrząc na jego dorobek nie jest zaskakujące. Ale jest to na tyle dobry pretekst, by posłuchać osttniego wydawnictwa perkusisty The Beatles, którego wsparł stary znajomy – Dave Stewart. Ringo pozapraszał jeszcze paru gości oraz kumpli, z którymi grywał i tak powstało “Give More Love”. Mieszanka pop-rockowych numerów, ale czy dobra?

Początek to “We’re On The Road Again” – dynamiczne, energetyczne, wręcz lekko bluesowe ze świetnymi riffami Steve’a Lukathera oraz bardzo nośnym refrenem. Po takim pazurze wchodzi spokojniejsze, bardziej taneczne “Laughable”, gdzie najważniejsze są riffy Petera Framptona (z czasem pędzące niczym skoczek narciarski na belce) oraz klawisze, by wejść w bardziej melancholijny “Show Me the Way”, przypominający klimatem utwory z lat 70. czy rozpędone w refrenie bluesisko “Speed of Sound”. Wszystko zaczyna się sypać przy “Standing Still”, próbującym wejść w buty country, gdzie broni się tylko solówki gitary akustycznej, a reagge’owe “King of the Diamond” wpada całkiem nieźle, poza cytowaniem “One Love” Boba Marleya. Trudno przejść przy “Electricity” do refrenu, gdzie wokal Starra zostaje mocno podrasowany cyfrowo, co psuje efekt. Podobnie jest ze smęcącym country “So Wrong For So Long”.

Sam Starr ma przerobiony wokal, by brzmiał bardziej czysto, co jest już obecne od co najmniej dwóch ostatnich płyt. Nadal jednak nie wywołuje to tak wielkiej irytacji, jakiej moglibyśmy się spodziewać. Skręty w inne gatunki nie zawsze satysfakcjonują, a w wersji deluxe są jeszcze dwie nowe wersje utworów, w których Starr macza palce (tak słabe, że warto ich wspominać). Jest całkiem nieźle, czyli tak jak ostatnio. Ma swoje momenty, ale końcówka mocno rozczarowuje.

6/10

Radosław Ostrowski

Dorwać Gunthera

Poznajcie Blake’a – to zwykły leszcz, który chce być najlepszym kilerem. Ostro się szkolił i postanowił zebrać ekipę, by zabić najlepszego zabójcę świata, by zająć jego miejsce. Jest nim niejaki Gunther – prawdziwa legenda w swojej profesji. Jest tak świetny, że nikt nie wie, jak wygląda, jak się naprawdę nazywa i gdzie przebywa. Blake zbiera ekipę profesjonalistów, by dokonać swoje zadanie oraz sfilmować wszystko, by mieć dowód. Problem w tym, że od początku wszystko idzie pod górkę.

gunther3

Debiutujący reżyser Taran Killam postawił na dość ryzykowne połączenie kina akcji z konwencją mockumentary, dzięki czemu łatwiej było zakamuflować skromny budżet. „Dorwać Gunthera” miało być żartem zrobionym na poważnie, igrającego z konwencją. Są strzelaniny, wybuchy, jednak to wszystko jest gdzieś w tle, ma kilka niezłych scen (pościg za Guntherem w korporacji), a wszystko ma być próbą udowodnienia sobie swojej wartości. Problem w tym, że tempo jest dość nierówne, a realizacja jest miejscami chaotyczna. Niby są próby pogłębienia psychologii postaci (skomplikowana relacja z byłą żoną), ale to wszystko wydaje się bardzo na siłę, nieprzekonujące oraz sztuczne. Humor też wydaje się dość prostacki (chociaż galeria dość ekscentrycznych postaci wydaje się plusem), chociaż samo nakreślenie postaci Gunthera, czyli przeciwnika nie do wytropienia, robi duże wrażenie. Tak jak choreografia niektórych scen akcji czy finałowa wolta związana z ostateczną konfrontacją, doprowadzając do przewrotnego finału.

gunther1

Killam obsadził siebie w roli Blake’a i nawet daje sobie radę jako buc z dużym ego, większymi ambicjami. Za to sprytnym zabiegiem okazał się Gunther, czyli… Arnold Schwarzenegger, dający sobie wiele luzu, dystansu do swojego wizerunku, co jest autentycznie zabawne. Pozostałe postaci (zabójczyni żyjąca w cieniu ojca, piroman, spec od trucizn, rodzeństwo z Rosji oraz informatyk) wybijają się mocno, a interakcje między nimi dodają troszkę rumieńców.

gunther2

„Dorwać Gunthera” miało potencjał na całkiem lekki, niezobowiązujący seans, ale przez większość czasu średnio angażuje. Jest troszkę zabawnych scen (popis pirotechniczny przed szpitalem czy ostatnia scena), jednak wycisnąć można było z tego coś więcej.

5/10

Radosław Ostrowski

Anihilacja

Gdzieś w przyszłości dochodzi do dziwnego zdarzenia. W latarni morskiej na terenie parku narodowego pojawiło się coś, co doprowadziło do powstania tzw. Strefy X – miejsce, które coraz bardziej zaczyna się rozszerzać, powiększać. Wysłano tam przez trzy lata kilka ekip do sprawdzenia tego miejsca, ale nikt nie wrócił. Tym razem do Strefy ma wyruszyć ekipa naukowa kierowana przez psychiatrę, dr Ventress, by wybadać, co się tak naprawdę dzieje.

anihilacja2

Alex Garland to jeden z najzdolniejszych scenarzystów ostatnich lat, a jego reżyserski debiut „Ex Machina” wprawił widownię w zachwyt. Tym razem mierząc się z powieścią Jeffa VanderMeera, zrobił kolejny film SF. Sięga po ograny motyw, czyli spotkania z nieznanym, którego cel i motywacja pozostaje największą zagadką. Wszystko to jest retrospekcją ocalonej członkini ekspedycji – biolożki Leny, której mąż (sierżant Kane) ocalał ze Strefy, tylko że kompletnie nic z tego nie pamięta, a potem traci przytomność. Świat strefy budzi bardzo silne skojarzenie ze „Stalkerem” czy książkami Lema (ze wskazaniem na „Solaris”), gdzie wątek pierwszego kontaktu mówił więcej o niezdolności porozumienia oraz strachu ludzi niż cokolwiek innego. Dodatkowo przez chwilę pojawia się motyw zaburzenia percepcji, ale to zostaje bardzo szybko porzucone. Wszystko zaczyna się bardzo powoli układać w jedną całość, jednak nie wszystko zostaje w jakikolwiek sposób wytłumaczone, co może wprawić wiele osób w niezadowolenie.

anihilacja1

Nie mogę za to nie pochwalić strony wizualnej. Strefa wygląda wręcz bajkowo, a niektóre elementy dekoracji robią niesamowite wrażenie. Z drugiej strony nie mogłem pozbyć się wrażenia pewnego ubogości, skromności efektów specjalnych. To jednak bardzo pomaga w budowaniu tajemnicy, a Garland bardzo zgrabnie lawiruje miedzy dramatem psychologicznym, SF, thrillerem i kinem akcji (walka z krokodylem czy z mutowanym niedźwiedziem przejmującym głos ofiar). Świat ten, choć wygląda, to tak naprawdę widać, że coś zaczyna się zmieniać – wszystko przechodzi mutacje, powstają dziwaczne krzyżówki, ale też „promieniuje” na nasze bohaterki. To stan tytułowej „anihilacji”, zagłady, prowadzącej do nowego porządku, układu sił, świata? Ale czy tego rozpadu nie dokonujemy sami od początku swojego istnienia? Nawet te wrzucone retrospekcje z życia Leny (biolożka) wydają się fragmentem większej układanki.

anihilacja3

Aktorsko dominuje tutaj Natalie Portman, która jest tutaj bardzo wycofana, zamknięta w sobie oraz nieufna. Jest to zrozumiałe z powodu męża, ale zachowuje się najbardziej racjonalnie z całej grupy. Równie wyrazista jest Jennifer Jason Leigh, czyli zdeterminowana psycholożka, pozwalająca sobie (rzadko) na kilka chwil refleksji. Kluczową rolę ma Oscar Isaac, czyli Kane, mąż Leny – trafnie pokazując zagubienie, bezradność (teraźniejszość), jak i bardziej ciepłe oblicze (retrospekcje).

Czym jest „Anihilacja”? Taką krzyżówką „Stalkera” z „Solaris”, chociaż zakończenie sugeruje, że pozostałe części nie zostaną przeniesione. A ostatnie minuty to wręcz prawdziwy mindfuck, jakiego nikt się nie spodziewał – przejdzie to do historii kina.

8/10

Radosław Ostrowski