Jestem najlepsza. Ja, Tonya

Łyżwiarstwo to jedna z tych dyscyplino sportowych, które do kina nadają się idealnie. Wygląda widowiskowo, jest dynamiczne oraz czuć krew, pot i łzy. Ale filmów o tej dyscyplinie sportu powstało zaskakująco niewiele. Próbą przełamania tego trendu podjął się reżyser Craig Gillespie filmem „I, Tonya”.

tonya1

Twórca „Miłości Larsa” tym razem próbuje opowiedzieć historię tej bardzo znanej w latach 90. łyżwiarki. Jednak jej sława nie wynikała tylko z umiejętności na lodowisku (pierwsza Amerykanka, której udało się wykonać potrójnego axla – a to niełatwa figura), lecz z powodu pewnego incydentu przed Igrzyskami Olimpijskimi w Norwegii z 1994 roku. Ale reżyser postanowił ubrać to w formę wywiadów przeprowadzonych przez reporterów z Tonyą oraz jej najbliższymi. Stąd narracja bywa poszatkowana i może parę osób wprowadzić w dezorientację, ale nie trwa to zbyt długo. a co dostajemy? Z jednej strony, klasyczna historia od zera do bohatera, czyli walkę Tonyi o sukces. O tyle ciężki, że była pozbawiona wsparcia niemal wszystkich: toksycznej matki, będącej dziwną mieszanką apatii, surowości oraz psychopatii, ani przyszłego męża, ani nawet Związku Łyżwiarskiego. Ten ostatni nie wspierał, bo nie pasowała do wizerunku, jaki chciano wypromować. Dlaczego? Bo Tonya Harding była brzydka (nie, to nie jest obraźliwe, tylko jest to fakt), niewykształcona, za tło wykorzystywała muzykę rozrywkową zamiast klasycznej oraz miała troszkę więcej przy kości niż typowe zawodniczki. Z drugiej zaś pokazuje niebezpieczną siłę mediów oraz siłę toksycznych więzi, krępujących oraz siejących spustoszenie w psychice.

tonya2

Wszystko to jest mieszanką dramatu, komedii (miejscami groteskowej), troszkę kryminału oraz kina sportowego, ale nie jest to rekonstrukcja jeden do jeden. I to nie tylko dlatego, że niektóre relacje są sprzeczne, lecz także z powodu przełamywania czwartej ściany przez bohaterów w trakcie opowieści. I ten koktajl wychodzi smakuje, nie wprowadzając zgrzytów czy poczucia przesytu. I jest to zaskakująco dobrze zbalansowane aż do samego końca. Z jednym małym wyjątkiem, czyli postacią ochroniarza Tonyi, który później mocno namiesza. Ta postać wnosi troszkę humoru, ale jednocześnie jest bardzo przerysowana. Za to świetnie wypadły sceny na lodzie, gdzie kamera (niczym w „Czarnym łabędziu”) krąży, wręcz obraca się dookoła naszej bohaterki.

tonya3

To wszystko by się nie udało. Kapitalnie zagrała Margot Robbie jako Tonya, która z jednej strony jest bardzo rednecka oraz charakterna, wręcz niesamowicie energetyczna. Taka mieszanka siły i słabości, czasami agresywna oraz porywcza, ale pozwalała też sobie pomiatać, unikając przerysowania, szarży czy groteskowości. W kontrze do niej stoi wielka Allison Janney, czyli matki jakiej żadne dziecko nie chciałoby mieć. Pozbawiona emocji, popychająca swoją córkę do przodu, jest wręcz chamska, agresywna, nie pokazująca miłości wobec dziecka. Ta relacja jest przez większą część paliwem dla całości. Wtedy do gry wchodzi Sebastian Stan (Phil, przyszły mąż Tonyi), który z jednej strony sprawia wrażenie pierdołowatego cwaniaka, ale z drugiej strony to facet nie bojący się uderzyć kobiety, którą (niby) kocha.

tonya4

Nie jest to klasyczna biografia, ale Gillespie tworzy bardzo mocne, wyraziste kino, z jednej strony dające sporo rozrywki oraz frajdy, z drugiej potrafi uderzyć dramatycznymi momentami. Pozornie sprzeczne, okazuje się zaskakująco spójnym, miejscami drapieżnym filmem, wprawiającym w zachwyt. Niczym wymyślne popisy na lodzie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Memoir of a Murderer

Byeung-su jest weterynarzem, mieszkającym ze swoją córką. Od paru miesięcy męczy go Parkinson, a wspomnienia coraz bardziej mieszają w głowie. Jest w czym mieszać, bo nasz bohater zabijał ludzi. Nie dlatego, że był gangsterem czy członkiem Yakuzy, ale tak wyszło. Tylko, że okolica nie jest zbyt bezpieczna, bo znowu ktoś zaczyna zabijać. A stawką w rozgrywce jest życie córki Byeung-su.

memoir_of_a_murderer1

Kolejne spotkanie z koreańskim kinem, który jest bardzo dziwnym miksem thriller psychologicznego a’la „Memento” z dramatem. Film Shin-yeon Wona robi ze mną to, co choroba z mózgiem naszego bohatera – miesza, mąci, prowokuje i kilkakrotnie wywraca naszą wiedzę do góry nogami. Całość bardzo wciąga, intryguje, stawiając wiele pytań o wspomnienia, zawodność ludzkiej pamięci, a jednocześnie rozwiązujemy kilka tajemnic. Dlaczego zaczął zabijać, kim była jego ostatnia ofiara, jak jedno zdarzenie zmieniło jego percepcję. Reżyser za pomocą montażu wielokrotnie wywraca karty, powoli wyczuwamy jak obydwaj wrogowie „obwąchują” się nawzajem, z czego ten nowy zawodnik jest młodszy, sprytniejszy i potrafi wykorzystać problem Byeung-su na swoją korzyść. I ciągle było stawiane pytanie: kto kogo oszuka i zabije? Cały czas czuć wysoką stawkę, napięcie konsekwentnie jest budowane, trzymając wręcz na krawędzi. Jest krwawo, ostro, a jednocześnie to wszystko zaczyna powoli układać się w jedną całość. Więcej wam nie powiem, bo układanka jest naprawdę piorunująca.

memoir_of_a_murderer2

Wielu może znudzić dość powolne tempo w środkowej części filmu, ale i tak z napięciem czekasz aż do końca. Chociaż początkowo też trudno polubić naszego bohatera (fantastyczny Kyung-go Sol), który jest bardzo wycofany, zagubiony i miewa stany zawieszenia, skasowania pamięci. Poza nim jest wyrazisty Nam-gil Kim (detektyw Tae-ju), będący bardziej spokojnym, opanowanym mordercą, działającym bardzo powściągliwie. Jest jeszcze córka Eun-hee (Seol-Hyum Kim), która miota się między obydwoma facetami.

memoir_of_a_murderer3

„Memoir of a Murderer” to kolejny przykład specyficznej potrawy azjatyckiej, która potrafi zaskoczyć, zdemolować, namieszać. Próba odkupienia win, mierzenie się z przeszłością oraz walka na śmierć i życie – smakowity miks, dający wiele satysfakcji.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Ach, śpij kochanie

Kraków, rok 1955. W dziwnych okolicznościach zaczynają znikać ludzie, jakby ich w ogóle nie istniało. Milicja jest bezradna, a śledztwo prowadzone przez porucznika Karskiego, tkwi w martwym punkcie. Ale w końcu pojawia się trop – Władysław Mazurkiewicz, bardzo szanowany obywatel, który posiada bardzo dużą ilość pieniędzy, co w ówczesnym czasie jest co najmniej zastanawiające. Tylko, że ten osobnik ma koneksje i znajomości, przez co dorwanie go będzie bardzo trudne.

ach_spij_kochanie1

Polski kryminał ma się całkiem nieźle, co pokazały takie filmy jak „Jestem mordercą”, „Czerwony pająk” czy dość kontrowersyjny „Amok”. Tym razem swoją cegiełkę postanowił dorzucić Krzysztof Lang, reżyser „Prowokatora”. Opierając się na prawdziwej historii, tym razem postanowił odwrócić konwencję. Od samego początku wiemy, kto zabija, a naszym bohaterem staje się prowadzący śledztwo Karski. Reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon, przez co film „Ach, śpij kochanie” sprawia wrażenie nie do końca wykorzystującego swój potencjał. Z jednej strony reżyser dość przekonująco odtwarza realia epoki, gdzie władza wie wszystko o wszystkich, doprowadzając do „zniknięć” czy „ucieczek” osób uznanych za niewygodne. Z drugiej, jeśli chcesz się postawić, to oni znajdą sposób na złamanie czy przestawienie na swoją stronę. Samo śledztwo toczy się dość spokojnie, dialogi są całkiem niezłe, a same zbrodnie są brutalne i krwawe.

ach_spij_kochanie2

Ale gdzieś w połowie, Lang zmienia tory i pokazuje próby złamania Karskiego przez swoich przełożonych, co wywraca całość do góry nogami. Potem dochodzi do dziwnej relacji morderca-śledczy, gdzie mamy fascynację oraz próbę zdobycia zaufania Mazurkiewicza, serwując po drodze wiele retrospekcji. Całość jest mocno stylizowana na czarny kryminał, gdzie mamy z jednej strony panów w kapeluszach, chropowatą kolorystykę oraz dużą ilość czerni. Nawet muzyka Michała Lorenca buduje poczucie niepokoju oraz lęku.

ach_spij_kochanie3

Aktorsko jest całkiem nieźle. Uwagę próbuje skupić Andrzej Chyra, wcielający się w Mazurkiewicza, ale jego postać pozostaje tajemnicą: czy to bon vivant i cwaniak próbujący wygodnie żyć, czy też (jak twierdzą nasi) był współpracownikiem UB, pomagającym „znikać” pewnym niewygodnym osobom? Nie jest on zbyt mocno zarysowany, ani pogłębiony psychologicznie, co jest dla mnie największą bolączką. Po drugiej stronie mamy Tomasz Schuchardta jako idealistycznego śledczego, będącego ostatni sprawiedliwym w tym paskudnym, skurwiałym świecie i radzi sobie całkiem nieźle. Ale dla mnie film kradnie Arkadiusz Jakubik (sierżant Pajek), ze swoim zmęczonym spojrzeniem oraz złamanym charakterem. Boli mnie za to niewykorzystanie kilku aktorów na dalszym planie, nie dając zbyt wiele materiału – Katarzyny Warnke (była żona Mazurkiewicza), Bogusława Lindy (pułkownik Olszowy) czy Karoliny Gruszki (kelnerka Anna). Ogromna szkoda.

ach_spij_kochanie4

W najlepszym wypadku kryminał Langa jest zmarnowanym potencjałem na pełnokrwisty, wyrazisty kryminał, pokazujący bardzo brudne, brutalne czasy stalinowskiego PRL-u. Jest mrocznie i niepokojąco, ale satysfakcji nie ma zbyt wiele, a nieliczny mogą zasnąć w trakcie.

6/10

Radosław Ostrowski

Outsider

Tuż po II wojnie światowej w japońskim więzieniu przebywa Amerykanin Nick. Tam udaje się uratować przed śmiercią mężczyznę. ten go prosi o pomoc w ucieczce, za co ma wobec Nicka dług wdzięczności. Jak się okazuje, zbieg był członkiem Yakuzy i proponuje Amerykaninowi dołączenie do tej organizacji.

outsider1

Sam pomysł na nową fabułę od Netflixa wydawał się całkiem niezły, bo gangsterskich filmów w orientalnym klimacie nigdy dość. Jest tu wszystko, co być powinno: zdrada, kwestia honoru, miłość, lojalność oraz kolejne awanse naszego bohatera. Tylko, że zawiązanie akcji (Amerykanin członkiem Yakuzy?) wydaje się co najmniej mało prawdopodobne. Nieufność Japończyków do obcych nie mogła doprowadzić do sytuacji, że osoba spoza Azji (biała) mogła zostać członkiem japońskiej mafii. Niemniej początek potrafi intrygować, ale dość szybka droga naszego bohatera, który wydaje się być bardziej honorowy – przynajmniej pod koniec – niż potomkowie samurajów, wydaje się niezbyt przekonujący.

outsider2

Dodatkowo film Martina Zandvlieta („Pole minowe”) jest zwyczajnie przewidywalny i nudny, gdzie nawet wątki poboczne (Nick zaczyna spotykać się z siostrą jednego z nowych braci czy bohater zostaje rozpoznany przez kumpla z wojska) są tylko zapychaczami, spowalniającymi akcję. Nawet sceny typowe dla kina gangsterskiego, czyli strzelaniny, egzekucje czy zabawy w podchody pozbawione są finezji. Muszę jednak przyznać, że zwyczaje związane z yakuzą (obcinanie palców za nieposłuszeństwo, dołączenie do grupy czy tworzenie tatuaży) są zrealizowane wręcz z pietyzmem. A nasz bohater, mimo nikłej znajomości japońskiego, zaczyna zyskiwać szacunek ludzi z mafii, co wydaje się największym kuriozum.

outsider4

Małomówny Jared Leto miał tutaj stworzyć postać opanowanego twardziela, tylko że brakuje mu charakteru. Wychudzony, z dużymi oczami, początkowo zagubiony, sprawia wrażenie faceta ze szczęściem większym niż Księżyc. Absolutnie niewiarygodna rola człowieka z przeszłością (wiemy, że służył w wojsku USA), która jest tak nijaka, że już bardziej się nie da. Drugi plan z kolei zlewa się w jedną, bezbarwną masę, pozbawioną wyrazistości.

outsider3

Niestety, ale Netflix przy realizacji filmów nie ma takiej ręki jak przy serialach. „Outsider” miał spory potencjał na udany film gangsterski, tylko dziurawy scenariusz oraz zagubiony reżyser wszystko zepsuli. Czyżby gigant z Los Gatos postawił w przypadku filmów na ilość niż na jakość? Oby takie koszmarki więcej się nie przytrafiły.

4/10

Radosław Ostrowski

Niemiłość

Współczesna Rosja. Tutaj żyją (choć to pewne nadużycie) Żenia i Borys, a także ich syn Alosza. Rodzice chcą się rozwieść, mają nowych partnerów i szansę na nowy etap w życiu. Tylko, że syn dla nich jest balastem, dla którego nie ma miejsca w tym nowym etapie. I co zrobić z tym fantem? Ale wszystko niejako samo się rozwiązuje, bo chłopak pewnego dnia znika. Tak po prostu.

niemilosc1

Andriej Zwiagincew powraca i znów przygląda się swojej ojczyźnie, ale już nie wrzuca tyle symboliki oraz politycznej alegorii, co w równie depresyjnym „Lewiatanie”. Tym razem reżyser przygląda się rodzinie, w której miłość jest tylko słowem, pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia, a jej obecność jest niezauważalna. Nasi bohaterowie są w stanie zawieszenia, a poznali się i związali z niekoniecznie dobrych powodów (ciąża, próba wyrwania się od swojej matki). Teraz bardziej przypominają duchy (ojciec) albo są bardziej skupieni na własnych potrzebach (ten wszechobecny telefon – matka), żywiące do siebie tylko urazy, pretensje oraz ból. Jeśli są zdolni do uczuć, to jest to albo nienawiść albo kompletna obojętność i poczucie pustki. Czy zaginięcie Aloszy będzie w stanie pomóc przewartościować swoje życie, czy też ta niemiłość będzie przekazywana kolejnemu pokoleniu homo sovieticusa?

niemilosc2

Zwiagincew nadal wrzuca mentalność swojego kraju, gdzie nawet policja nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa (za mało ludzi, za dużo biurokracji), tylko działający non-profit wolontariusze, a w tle radio oraz telewizja przekazują informacje o końcu świata czy wojnie z Ukrainą. A jedyną reakcją na te wydarzenia jest kompletna obojętność.

niemilosc3

Film jest zrobiony bardzo oszczędnie, kameralnie, ale podskórnie czuć tutaj rozpad, wewnętrzną apokalipsę, spotęgowaną zdjęciami utrzymanymi w buro-błękitnej tonacji. Nawet rzadko pojawiająca się muzyka wywołuje niepokój. Ale jednocześnie przeraża poczuciem pustki, obojętności wobec drugiego człowieka. Dominują tutaj długie kadry, co pozwala wejść w rytm tej niespiesznej opowieści. Może ona kompletnie ominąć, tak jak fotki na Facebooku czy Instagramie, jeśli nie będziecie myśleć, nie zaangażujecie się. A wtedy zaleją was tak nieprzyjemne emocje, że nie będziecie chcieli uwierzyć, że można tak żyć, że się da.

niemilosc4

„Niemiłość” to emocjonalnie brutalne kino, atakujące swoją obojętnością oraz światem, pozbawionym jakiejkolwiek nadziei, miłości, bliskości i empatii. Może poza jedną z ostatnich scen, gdzie jest dość jasno wyłożony symbol (matka biegnąca na bieżni w dresie z napisem Rosja i dostająca zadyszki) obecnego stanu Matuszki Rasyji, pozostaje bardzo wnikliwą, wręcz depresyjnym portretem bardziej uniwersalnym w odbiorze, niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. Mocna rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

LEGO Ninjago: Film

Jest takie miasto zwane Ninjago, gdzie żyje Lloyd. Chłopak jest nienawidzony przez wszystkich z powodu swojego ojca – demonicznego Garmadona, mającego za swój życiowy cel zdobycie Ninjago City. Nie znaczy to jednak, że Lloyd jest samotnikiem. Jest członkiem paczki, która jest wojownikami ninja kierowanymi przez mistrza Wu. Ale podczas kolejnego ataku Garmadon nie zostaje pokonany, przez co Lloyd wykorzystuje broń ostateczną i sprowadza niebezpieczne monstrum Miauzrę. I jak to odkręcić?

lego_ninjago1

Nowa animacja od Lego, czyli kolejne spotkanie z klockowymi postaciami. Tym razem trafiamy do świata ninja, mechów, Japonii oraz całej tej reszty. I nadal ta strona realizacyjna zachwyca, jest bardzo dopieszczona, włącznie z obecnością Miauzry, czyli… kota. Takiego prawdziwego, z sierścią itp. Ale cała reszta to stare, znane klocuszki, ciągle będące w formie. Ale sama historia – no cóż, nie powala. To klasyczne starcie dobra ze złem, próba pogodzenia rodziny (szczególnie ojca z synem), podbudowanie poczucia swojej wartości, siła przyjaźni. Niby takich wątków i motywów było na pęczki, ale przynajmniej było to napakowane pomysłową inscenizacją potyczek czy dowcipnymi żartami. Niestety, ale „LEGO Ninjago” nie jest w stanie niczego zaoferować z wyżej wymienionych. Humor praktycznie wyparował, całość jest strasznie poważna (w założeniu), zaś sama historia jest bardzo przewidywalna, przez co kompletnie nie angażuje. Nie wiem, czy nawet dzieciom by się spodobała, bo wszystko jest jasne po 25-30 minutach.

lego_ninjago2

„LEGO NINJAGO” broni się – poza stroną wizualną – także polskim dubbingiem, co jest już standardem. Całość kradnie świetny Jakub Wieczorek w roli Garmadona, który nie należy do najmądrzejszych łotrów w historii kina, ale ma wiele charyzmy oraz wyrazisty charakter. Jednocześnie to facet ze skomplikowaną przeszłością. Tak samo dobrze prezentuje się Aleksander Sosiński, czyli Lloyd – żyjący w cieniu ojca wojownik ninja, traktowany jak śmieć przez otoczenie. Cała reszta trzyma swój poziom, ale nie zapada zbyt mocno w pamięć.

lego_ninjago3

Trzecie spotkanie z Lego tym razem zakończyło się niemal zderzeniem z betonem. Nie daje takiej frajdy jak „Przygoda” i „Batman”, a wycięcie tego postmodernistycznego arsenału humoru pozbawiło siły. Dodajmy do tego przewidywalną historię i mamy kandydata na jedno z największych rozczarowań roku. Porzekadło do trzech razy sztuka tym razem się nie sprawdziło.

5/10

Radosław Ostrowski

Marlon Williams – Make Way for Love

a0616054986_10

O tym nowozelandzkim gitarzyście grającym folkowe odmiany dowiedziałem się dopiero, gdy został ogłoszony gwiazdą OFF Festiwalu. Był członkiem popularnej w swoim kraju formacji The Unfaithful Ways, by rozpocząć solową karierę. “Make Way for Love” to jego drugi autorski album, gdzie poza śpiewem gra także na gitarze.

Otwierające całość “Come To Me” zaczyna się bardzo delikatnie, jakbyśmy cofnęli się do lat 50., co mocno sugeruje sama jakość brzmienia oraz bardzo łagodnie grajaca w tle gitara elektryczna. A kiedy dochodzą do głosu smyczki, robi się po prostu pięknie. Bardziej dynamiczne, choć w duchu Elvisa jest “What’s Chasing You” z pięknie grającą gitarą, nawet gdy wydaje się wygrywać tylko jeden akord (“Beautiful Dress”, gdzie jest jeszcze fortepiano oraz cudowny chórek). Perkusja przyspiesza w “Party Boy” i rzeczywiście jest bardziej imprezowo, nawet gdy wkracza “chropowata” elektronika, z kolei więcej mroku wpuszcza do siebie “Can I Call You”, gdzie nawet gitara wydaje się grać bardziej złowrogo. Dla poprawy samopoczucia dostajemy melancholijne “Love Is a Terrible Thing” w całości prowadzona przez fortepiano, a klimatem zahacza o Nicka Cave’a. Powrót do brzmień folk/country serwuje “I Know a Jeweller”, w którym przygrywają cudnie smyczki oraz wolniejszy “I Didn’t Make a Plan”. Odrobina elektroniki wchodzi do lekko onirycznego “The Fire of Love”, by wskoczyć do pełnego cudów “Nobody Gets What They Want Anymore”, zaś finałowego utworu tytułowego (rock’n’rollowy walczyk) nie powstydziłby się Father John Misty.

Sam wokal Williamsa bardzo mocno przypomina Elvisa (mocny, wyrazisty oraz zaskakująco liryczny), a klimat dźwięków lat 50. oraz 60. zostaje świetnie ożywiony. Muzyka nie jest bezczelnym kopiowaniem tego, co było, zaś współczesna produkcja dodaje sznytu. Do tego dodajmy niegłupie teksty, tworząc jedną z ciekawszych retro albumów ostatnich lat.

8/10

Radosław Ostrowski

New People – New People

00077V0TKWTEJK67-C122

Określenie supergrupa ostatnio jest mocno nadużywane, ale w polskiej scenie alternatywnej narodził się kolejny project, który można tak śmiało ochrzcić mianem supergrupy. New People wbrew pozorom to nie debiutanci, a grupę tą tworzą: wokalistka Alicja Boratyn (Wicked Giant, ex-Blog 27), basista Jakub Czubak i klawiszowiec Piotr Piechota (obydwaj z The Car Is On Fire), perkusista Aleksander Orłowski (Magnificent Muttley), wokalistka Natalia Pikuła (Drekoty), gitarzysta Jakub Sikora (ZaStary, Crab Invasion) oraz trębacz Hubert Woźniakowski (Eric Shoves Them In His Pockets). Taki team wyruszył z debiutanckim dziełem pod prostym tytułem “New People”.

Tyle ludzi z różnymi zainteresowaniami oraz fascynacjami muzycznymi musiało doprowadzić do bomby, a wyszła bardzo melodyjna, ciepła oraz energetyczna płyta, ocierająca się troszkę o pop z lat 70. Sugeruje to szybki, gitarowy “Better Ways” z przyjemną perkusją na początku oraz bujającym basem. Podobnie, ale bardziej rozkręcające się jest “Rain Talk” z chwytliwym refrenem oraz mocniejszym środkiem, gdzie gitara pozwala sobie na więcej. Wolniejszy “Yoga Lover” zachwyca prostym basem, a także brzmieniem klawiszy. Bardziej dynamiczny jest “Sad Max” (nie powiązany w żaden sposób ze sławnym Mad Maxem), gdzie pod koniec pojawia się trąbka, dodając jeszcze więcej frajdy. Powrót do gitarowego popu daje “Lucky One”, gdzie klawisze, bas oraz funkowa gitara tworzą bardzo zgrany kolektyw, a także najwolniejszy “Cityboys Moonlight Treat”, idący w stronę eleganckiego jazzu z lat 50. oraz 60. czy rozmarzony “New Guy New Town”. Pęd wraca do “Get Right” z popisem basowo-perkusyjnym na początku.

Ta dziwna sklejka, gdzie czuć echa Beach Boys, Belle & Sebastian czy nawet The White Stripes daje bardzo wiele frajdy, a zespół nie zamierza w żaden sposób kombinować. Czar wnoszą śpiewające przez większość czasu duet Boratyn/Pikuła, chociaż panowie też czasem dadzą głos. “New People” warto posłuchać, gdy zrobi się cieplej na zewnątrz, bo album zrobi wam cieplej w serduchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna we mgle

Znacie takie małe miasteczka, gdzie wszyscy wiedzą o sobie wszystko? Tak jest w sprawie Avechot – górskim miasteczku gdzieś na pograniczu włosko-słoweńskim. Właśnie tutaj zaginęła 16-letnia dziewczyna Anna Lou. To było dzień przed Bożym Narodzeniem, w drodze do kościoła. Lokalna policja wydaje się bezradna, dlatego do pomocy zostaje wysłany inspektor Vogel i już znajduje podejrzanego.

dziewczyna_we_mgle1

Adaptacja powieści Donato Carrisi, dokonana przez samego autora. Czyli mamy do czynienia z kryminałem, gdzie całość skupiona jest na dwóch postaciach: prowadzącym śledztwo inspektorze oraz podejrzanym nauczycielu, a klamrą jest rozmowa policjanta z psychiatrą po pewnym tajemniczym wypadku. Tylko, że reżyser decyduje się wprowadzić widzów w pole. Bo nasz detektyw nie jest typowym śledczym, lecz medialnym manipulatorem, któremu zależy na cyrku oraz szaleństwie. Z kolei nauczyciel wydaje się być osobą pozbawioną motywu do porwania. I tutaj wszystko zaczyna się tutaj zacierać – co jest prawdą, manipulacją i kto kogo oszukuje. A gdzie jest nasza zaginiona dziewczyna? A kogo to obchodzi, liczy się, że media mają robotę, zaś turyści zaczynają chętniej przyjeżdżać do miasteczka i zostawiać pieniądze. Ale sprawa zaczyna się komplikować, reżyser coraz bardziej wodzi za nos, nie boi się manipulować, przez co intryga wciąga, zaś rozwiązanie dało mi wiele satysfakcji. Chociaż, czy aby na pewno mamy sprawcę zbrodni?

dziewczyna_we_mgle2

Klimat małego miasteczka, gdzie wszyscy się znają i skrywają tajemnice, budowany jest konsekwentnie. Powoli zaczynają do gry wchodzić manipulowane media, którym zależy tak naprawdę tyko na wytropieniu sensacji (aczkolwiek jest wyjątek), a każdy trop powoli zmusza do weryfikacji dostępnej nam wiedzy. Wrażenie tajemnicy potęgowane jest też przez delikatną muzykę oraz bardzo dużą ilość mroku w zdjęciach.

dziewczyna_we_mgle3

Ale prawdziwą perła jest tutaj znakomity Toni Servillo w roli inspektora Vogela. Nie jest to klasyczny śledczy z twardym kręgosłupem moralnym, ale świetny manipulator, którego motywacja pozostaje dla mnie największą zagadką. Równie wyborny jest Alession Boni w roli podejrzanego nauczyciela, który jest bardzo wycofany, wręcz kruchy, ale… nie, więcej nie mogę powiedzieć. Tak samo drugi plan kradnie Jean Reno jako lekarz psychiatra.

„Dziewczyna we mgle” bardzo brutalnie przypomina do czego może doprowadzić pycha oraz nadmierna pewność siebie, a wszystko zrobione z klimatem, głową oraz kilkoma przewrotkami po drodze. Fincher byłby dumny.

7/10

Radosław Ostrowski

Cudzoziemiec

Quan Minh to zwykły, szary człowiek mieszkający w Londynie. Prowadzi restaurację i ma córkę, która wkrótce ma rozpocząć dorosłe życie. Ale zostaje ono bardzo brutalnie przerwane przez atak terrorystyczny na bank znajdujący się obok. Do ataku przyznają się członkowie IRA, więc Minh próbuje prosić o pomoc pierwszego ministra Irlandii Północnej oraz byłego członka IRA, Liama Hennesseya o podanie nazwisk sprawców. Ten jednak odmawia, więc Minh postanawia dopaść sprawców na własną rękę.

cudzoziemiec1

Martin Campbell – kiedyś był to jeden z solidnym specjalistów od kina akcji, ale po nakręceniu „Zielonej Latarni” trafił do krainy niebytu oraz zapomnienia. Ale ten nowozelandzki filmowiec postanowił o sobie przypomnieć „Cudzoziemcem”. Ten film to dość zaskakująca mieszanka kina zemsty z thrillerem politycznym troszkę w stylu Toma Clancy’ego. Wygląda to troszkę jak kino z lat 90., gdzie bardziej mamy do czynienia ze skomplikowaną intrygą polityczną, dotyczącą wewnętrznego „śledztwa” w sprawie sprawców. Ta dwutorowa narracja wnosi wiele świeżości do pozornie skostniałego tematu terroryzmu w Irlandii, a powinno się to gryźć ze sobą. Jest dużo dialogów oraz rozmów, ale cała ta intryga ku mojemu zdumieniu potrafi wciągnąć, próba dobrania się do terrorystów, zagrażających pokojowi w Irlandii. Próba pogodzenia obydwu skrzydeł (tego ugodowego oraz bardziej radykalnego) pokazuje bardzo skomplikowaną drogę w Irlandii, ciągle rozdrapujące wojenne rany. I ten wątek dominuje w tej historii zemsty.

cudzoziemiec3

Ale kiedy ma dojść do scen akcji, których nie ma tutaj zbyt wielu, to mają w sobie siłę oraz bywają wręcz widowiskowe (finałowa konfrontacja z komórką terrorystów pod okiem… antyterrorystów). Z drugiej strony Campbell unika efekciarstwa, przesady, dając sporo przyjemności dla oka (walka w lesie). Jedni będą narzekać, że tych jest za mało, że nawet troszkę za bardzo pachnie Rambo, ale to ten rodzaj głupoty, który nie wywołuje aż takiego rozdrażnienia, bo wszystko wydaje się i tak bardziej realistycznie niż ostatnia „Szklana pułapka”.

cudzoziemiec2

Ale najbardziej nieoczywista jest tutaj obsada. Minha gra Jackie Chan i już wiem, co myślicie oraz czego można się spodziewać: kopaniny, bijatyk oraz popisów kaskaderskich. Tylko, że nie ma tego tutaj aż tak dużo, a aktor pokazuje swoje bardziej dramatyczne oblicze człowieka, który poznał śmierć aż za dobrze. Ból, rozdarcie oraz żądza zemsty są trafione w punkt, a jego przeszłość potrafi poruszyć. Jeszcze większe wrażenie robi Pierce Brosnan jako Hennessey, próbujący lawirować między stronnictwami w IRA, a jednocześnie próbuje wiele ugrać dla swoich ziomków. To bardzo skomplikowana oraz złożona postać, zapadająca mocno w pamięć.

cudzoziemiec4

„Cudzoziemiec” to powrót Martina Campbella do formy oraz bardzo inteligentnie poprowadzony thriller polityczny w stylu lat 90. Nie jest on archaiczny, ale zgrabnie balansuje między polityczną intrygą, a klasycznym kinem zemsty, tylko bardziej poważnym. Pozytywna niespodzianka tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski