Glen Hansard – Between Two Shores

0006XQFXR9XXY2CK-C122

Bardzo lubię tego irlandzkiego gitarzystę folkowego. Do tej pory nagrał dwie solowe płyty oraz masę z udziałem zespołu The Frames. Czy będzie w stanie zaskoczyć na swoim trzecim, solowym wydawnictwie czy dalej delikatnie będzie brzdąkać?

Sam początek to bardzo dynamiczny, wręcz rockowy “Roll on Slow”, gdzie mamy gitarę elektryczną, dęciaki oraz metaliczny bas. Tak rockowego oraz wręcz agresywnego Hansarda nie słyszałem nigdy, a środkowy riff robi cudowną robotę. Spokój pojawia się już w drugim utworze “Why Woman”, ale gitara elektryczna oraz trąbki zostają. Czasem wejdą organy (wzięty niemal z lat 70. “Wheels on Fire”), wskoczą skrzypce na solo (“Setting Forth”), by przypomniał o sobie stary Hansard w akustycznym “Wreckless Heart” oraz “Movin’ On”. Zaskakujące jest to, ze wszystkie utwory trzymają poziom, Hansard wokalnie jest bardziej ekspresyjny niż zwykle, a melodie są bardziej chwytliwe niż zwykle. Mógłbym rozpisywać się dalej, ale ten album potrafi tak zauroczyć swoimi dźwiękami, kojącymi niczym ciepła herbata po długim pobycie poza domem. Robi się cieplutko na sercu i nie tylko. Wielu może się zniechęcić, bo jest miejscami za spokojnie, lecz ta muzyka jest zbyt dobra, by sobie ją odpuścić. I tak dojrzale wygląda na tek okładce.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Inferno

Profesor Robert Langdon budzi się gdzieś w szpitalu z ostrym bólem głowy, osłabiony oraz nic nie pamiętając. A jeden rzut okiem zza okna wystarczy, by zauważyć, że zamiast Bostonu jest we Florencji. Jednocześnie ktoś próbuje zabić profesora, a jedynym tropem jest tajemniczy cylinder. W sprawę zamieszany jest pewien szalony miliarder Zobrist, tajemnicza firma oraz WHO. A jedynym sojusznikiem staje się lekarka, opiekująca się profesorem.

inferno1

Tak jak w poprzednich częściach, tak i w „Inferno” dostajemy mieszaninę łamigłówek, symboli oraz wskazówek mających nas doprowadzi do wirusa, mającego na celu wymordować połowę ludzkości. Bo ludzkość jest dla siebie największym wrogiem i ta idea miała w sobie spory potencjał. Ale Ron Howard bardziej skupia się na pędzącej akcji, tajemnicy oraz wątku sensacyjnym. I na początku ta aura tajemnicy działa na plus: chaotyczny, dynamiczny montaż, ostra gra świateł, sceny „wizji” naszego bohatera (efekciarskich, pełna detali), próbującego rozgryźć co się stało. Poczucie dezorientacji, chaos i zaczynamy poznawać kolejnych graczy w tej rozgrywce, a motywacje kilku postaci pozostają niejasne. Przenosimy się z miejsca na miejsce (niczym u Jamesa Bonda), zagadki są rozwiązywane dość szybko (Langdon to niemal chodząca encyklopedia), a cała intryga tak zapieprza, że nawet nie mamy czasu na pomyślunek oraz zastanowienie się, kto, co, jak (prawie jak w „Aniołach i demonach”).

inferno2

Tylko, że im dalej w las, tym mniej logika szwankuje, a całość nie angażuje tak bardzo jak w poprzedniej części. Retrospekcje sprawiają wrażenie troszkę zbędnego balastu (parę razy łopatologicznego), zaś zakończenie jest typowym tworem made in Hollywood, gdzie napięcie ma kumulować oraz trzymać za gardło. Jednak to nie zadziałało tak bardzo, jak powinno. Wydawało mi się takie mechaniczne, włącznie z woltą dotyczącą „partnerki” (tylko niezła Felicity Jones), a wyjaśnienie całej intrygi przez inne osoby – co odkrywamy dość szybko – denerwowało mnie.

inferno3

Podobnie jak wkurza niewykorzystanie potencjału obsady. Tom Hanks tym razem porządnie sobie radzi w roli Langdona, który znów musi uratować świat, ale robi to z wdziękiem. Jednak drugi plan (zwłaszcza Ben Foster i Omar Sy) są kompletnie zmarnowani, robiąc za dodatek i nie mając zbyt wiele rzeczy do roboty. Troszkę szkoda, bo można było z tego wycisnąć więcej.

inferno4

„Inferno” wobec filmowej serii o Robercie Langdonie jest gdzieś pośrodku. Nie jest aż tak dynamiczna i ekscytująca jak „Anioły i demony”, ani tak kretyńska jak „Kod da Vinci”. Nie dostarcza też tyle frajdy jak część druga. Pytanie, czy jest sens dalej ciągnąć tą serię.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Tamte dni, tamte noce

Włoskie miasteczko gdzieś na początku lat 80. To właśnie tutaj mieszka rodzina Perlmanów. On jest profesorem specjalizującym się w kulturze greko-romańskiej, ona jest tłumaczką. I jest jeszcze syn, 17-letni Elio – czytający książki, grający na fortepianie muzykę klasyczną oraz chodzącego z dziewczyną Marzią. Ale w te wakacje, jak co roku, przyjeżdża stypendysta do pomocy ojcu. Jest nim Amerykanin Oliver.

tamte_dni_noce1

Luca Guadagnino niejako powtarza klimat znany z „Nienasyconych”, czyli wakacje w Italii oraz bardzo powoli budzące się uczucia. Jednak w przeciwieństwie do poprzednika jest to letni romans w niesamowitych plenerach. Ruiny miasta, starożytne posągi oraz willa, gdzie mieszka familia – i to słońce. Sam początek jest dość powolny, a wszystko opiera się z jednej strony na masie niedopowiedzeń, spojrzeniach, zatrzymanych gestach, z drugiej reżyser (rzadko i dość delikatnie) używa łopaty. Mam tu na myśli scenę, gdy matka czyta XVI-wieczny romans, który – całkiem przypadkowo – współgra z tym, co ma się wydarzyć w życiu Elio. Sam film próbuje bardziej przemówić sfera wizualną, pełną nasyconych kolorów, reliktów przeszłości, jakbym oglądał któryś z pierwszych filmów Bertolucciego. Wszystkiego zaczyna nabierać rumieńców gdzieś w połowie, a dla Elio to całe zdarzenie będzie też odkrywaniem swojego „ja” oraz tajników miłości (jedno słowo: morela – nic już po tym nie było takie same).

tamte_dni_noce2

Ten romans jest poprowadzony tak delikatnie jak to jest możliwe i być może dlatego to wszystko tak angażuje, a finał tak boli. Tutaj płeć kochanków nie miała dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, co pokazuje jaką siłę emocjonalną ma ten tytuł, jednocześnie unikając sentymentalizmu czy kiczu, co jest zasługą pewnej ręki reżysera oraz uważnego scenariusza.

tamte_dni_noce3

Ale to nie miałoby w sobie tej siły, gdyby nie świetne aktorstwo. Uwagę zwraca zwłaszcza Timothee Chalamet, o którym na pewno jeszcze usłyszymy. Elio na początku sprawia wrażenie lekko pretensjonalnego chłopaka znającego się niemal na wszystkim (intelektualista totalny), wchodzącego w dorosłość młodzieńca, bardzo wyciszonego. Zaskoczył mnie za to Armie Hammer, czyli bardziej wyluzowany, pewny siebie Oliver, zaś chemia między nimi powoli zaczyna się rozkręcać. A swoje pięć minut ma też Michael Stuhlberg, czyli ojciec Elio (monolog pod koniec autentycznie porusza), stanowiąc solidne tło.

tamte_dni_noce4

Guadagnino powoli podkręca klimat oraz atmosferę, ale nie jest to kontrowersyjne, szokujące czy prowokujące. To tylko albo aż wakacyjny romans, klimatyczny, nastrojowy oraz działający na wszelkie zmysły. Czy zostanie w pamięci na dłużej? To już kwestia indywidualna, ale warto dać się uwieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lao Che – Wiedza o społeczeństwie

4c147c36-d36f-4793-9db9-4eb58813bdf7

To jest jeden z najbardziej wyrazistych polskich zespołów muzyki alternatywnej, który bawi się słowami oraz gatunkami muzycznymi. Kapela pod wodzą Spiętego została wzmocniona przez dołączenie Karola Goli z Pink Freud oraz wsparta przez producenta Emade postanowiła zająć się nauczaniem. Bo tylko w ten sposób jestem w stanie zrozumieć tytuł “Wiedza o społeczeństwie”.

Muzycy zapowiadali, że pójdą brzmieniowo w lata 80., przerabiając je na swoją modłę, czyli tanecznie, melodyjnie, ale I bardzo refleksyjnie. I na dzień dobry dostajemy “Kapitana Polskę”, gdzie syntezatory z gitarą dają prawdziwego kopa, by potem wskoczyć w ostatnie dokonania… Arcade Fire, polane funkową gitarą oraz trąbką. A żeby było jeszcze fajniej, drugą zwrotkę nawija Fisz (właściwie początek). A potem jest bardziej intensywne “United Colours of Armageddon”, gdzie kolory mają swoje inne znaczenie, by wskoczyć na najbardziej przebojowy oraz – pozornie – najspokojniejszy “Nie raj” z bardzo przebojowym refrenem oraz niemal funkowym basem. Czasy “Prądu stałego/prądu zmiennego” przypomina pełen przesterów i dziwadeł pokroju echa “Gott mit Lizus” oraz psychodeliczno-jazzowa “Liczba mnoga”. Do Jazzombie nawiązuje “Polak, Rusek i Niemiec”, zakręcony oraz postrzelony, gdzie saksofon może się wyszaleć, a pod koniec klawisze brzmią niczym z 8-bitowej gry. Niepokojący jest początek “Snu a’la Tren”, jakbyśmy trafili do dżungli czy pola bitwy (rozmowy przez walkie-talkie, theremin w tle), by coraz bardziej wejść w stronę reggae (ten flet w refrenie), a orientalne “Baśnie z tysiąca i jednej nocki” miażdżą nawijką Spiętego.

Lao Che potwierdza swoją nieobliczalność w tworzeniu muzyki, gdzie dalej kleją rzeczy pozornie niepasujące do siebie: od rocka, rapu przez pop aż po bardziej dancingowe klimaty (“Spółdzielnia”). Spięty w tekstach też niby nie zaskakuje, bo bawi się słowami, wieloznacznościami opowiadając o życiu, imigrantach, polskości, religii itp. A dźwiękowo jest tyle detali, ale nie ma poczucia przesytu muzyki. Jaką poznajemy wiedzę o społeczeństwie po tej płycie? Sami odkryjcie, jednak muszę ostrzec, że za pierwszym razem możecie nie załapać o co chodzi w tekstach. Dlatego warto podjąć wysiłek kolejnego, kolejnego I kolejnego odsłuchu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bonson – Postanawia umrzeć

cd_bonson_postanawia_umrzec_1

Znany i lubiany Bonson coraz bardziej przebija się do świadomości rap-gry. Ale tym razem postanowił zdecydować się na dramatyczny krok. Okładka wyglądająca niczym nagrobek, data urodzin i śmierci, litery takie jak na grobie. No i tytuł “Bonson postanawia umrzeć”. Co się stało? Dlaczego? A może to jest jednak żart?

Tym razem za bity i podkłady odpowiada KPSN. Jest mrocznie, bardzo ponuro i nieprzyjemnie (tytuł zobowiązuje), ale nie brakuje bardziej melodyjnych fragmentów. Sam początek jest bardzo nieprzyjemny, a Bonson chwyt za gardło historią swoich początków oraz przedstawia siebie jako troszkę zmęczonego i pustego w środku, robiącego dobrą minę do złej gry (“z szafki biorąc uśmiech numer 3”), zaś podkład staje się coraz mocniejszy, by uderzyć słowami “nagle postanowiłem umrzeć”. Kolejny utwory to droga ku coraz bardziej postępujemy upadkowi oraz mroczna wyprawa po najciemniejszej stronie człowieka. “Pozory” potrafią zwieść początkiem z ciepłymi klawiszami, gdzie nasz gospodarz opowiada o tym, że jest już dobrze, jak odmieniło się jego życie. Ale to wszystko okazuje się pułapką, zaczynającą się wysamplowaną, “brudną” gitarą, by dokonać oskarżenia, pokazać prawdziwe oblicze, a i bit jest bardziej bezwzględny (wypalenie, powrót do dragów, relacje na portalach społecznościowych). Także surowo-melancholijne “Razy” walą razami zadanymi przez perkusją, gdzie zaczynamy poznawać demony przeszłości: alkohol, “odziedziczony” po ojcu i narkotyki, powoli wsiąkające do życia Bonsona. Linia “W dół” niby wydaje się taka bardzo taneczna, ale to kolejna zmyłka. Tutaj mamy trójkąt emocjonalny: on-ona (z głosem Marysi Starosty)-gorzała, a finał nie może być zbyt dobry. Podobnym tropem idzie “Martwy król”, gdzie dalej widzimy te demony oraz początki drogi artystycznej, gdzie nie brakuje wnikliwej obserwacji. Pojawia się pewna refleksja (“Border”, gdzie dochodzi do pewnego rozszczepienia bohatera czy oniryczny “To tylko wstyd”, ale też bardzo mroczne, zapętlone gitarą “Moi idole nie żyją” ze wspominaniem klubem 27 oraz świetnie śpiewającym Cywinskym), nawet okraszona trapowym podkładem (“Rano”) czy bardzo wnikliwe, niemal rockowe “Chcesz mnie poznać” (tutaj szaleje Roma), ale pozostaje po ostatnim utworze pytanie: co dalej? Zwłaszcza, że ostatnim utworem jest “W dół”, gdzie tym razem słyszymy Justynę Kuśmierczyk (jej słowa są zmienione).

Sam Bonson jest bardzo, wręcz brutalnie szczery, nie pozwalając sobie na jakiekolwiek słodzenie. Nie jest to w zadnym przypadku ekshibicjonizm,ale bardzo inteligentnie poprowadzona wiwisekcja, pełna wyrazistych fraz, które zostaną w pamięci na długo. Technicznie jest bardzo mocny, silny emocjonalnie, zawsze trafiający w punkt, nawet goście są świetni (poza Justyną Kuśmierczyk, mocno odstającą od reszty), dopełniając wizji gospodarza. I pozostaje mieć nadzieję, że “Postanawia umrzeć” nie będzie ostatnim dokonaniem rapera.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pokahontaz – REset

pokahontaz-reset-okladka

Rakim i Fokus jako Pokahontaz zaskakująco dobrze trzymają fason, zachowując dobrą formę oraz grono fanów. Po trzech latach postanowili znów dać o sobie znać, tym razem wspierani przez legendarny producencki duet White House, którzy kasowali swoimi bitami na albumach z serii “Kodex”. Czyli będzie bardzo oldskulowo, ale czy należy to traktować jako wadę?

Samplowane podkłady, mocne uderzenia perkusji, czyli witamy w latach 90. A to zapowiada już świetne, bardzo agresywne z “Z buta w drzwi”, okraszone lekko “egzotycznymi” klawiszami oraz dęciakami. Bas z samplami zgrabnie się uzupełniają w melodyjnym, wręcz skocznym “Nowym rozdziale” i “B.O.” (refren, gdzie panowie skaczą), skreczowanym “Stawiam dziś” (z zapętlonym wstępem) czy funkowym “Nigdy stop”. Ale panowie parę razy zaskakują: zmieniający podkład i tempo “Me nastawienie”, naznaczone odrobinę symfonicznym patosem “Kalendarze” z mocnym, śpiewanym refrenem Tymka (zwrotka też mu zacnie wyszła). Zaskoczeniem jest tutaj “Mętlik”, gdzie czuć ducha dawnego, elektroniczno-futurystycznego Pokahontaz a w “Zerwanych ze smyczy” widać, co grupa potrafi nawet na pozornie ogranym brzmieniu. Swoje robi też pozornie wolny, lekko jazzowy numer “Krzyżówka”, gdzie panowie przerzucają się dwuzwrotkami, bardzo mroczny “Niflheim”, jakby żywcem wzięty z pierwszych “Kodexów” oraz naszpikowany energią “Czarne lustereczka”, gdzie panowie dość mocno atakują współczesny świat cyfrowy (wsparci przez Bob One’a, kradnącego kawałek), by w finale doszło nie potężnego połączenia sił, czyli “404” zagrany z Kalibrem 44. Efekt jest potężny.

Jak sobie radzą panowie? Fokus potwierdza swój techniczny warsztat (pędzący w “Z buta w drzwi” oraz “Czarnych lustereczkach”) oraz siłę panczlajnów, ale Rahim też potrafi parę razy zaskoczyć (“404”, pełen hasztagów “Kalendarze” czy “Me nastawienie”). I “Reset” nie jest w żadnym wypadku archaicznym reliktem przeszłości. To raczej nostalgiczny powrót do przeszłości, ale niepozbawiony dawnego stylu Pokahontaz. Żaden skok na kasę czy droga na łatwiznę. Czy to jest zapowiedź nowego etapu, czy jednorazowy wyskok – czas pokażę. A “Reset” jest pozytywnym impulsem po troszkę przekombinowanym “Reversalu”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Małżeńskie porachunki

Ib i Edward mieszkają w małym miasteczku Nibe, gdzie pracują jako budowlańcy. Powiedzmy, że pracują, bo bardziej to działa na zasadzie szantażu (drobnego i dyskretnego), robiąc troszkę na boku. Panowie czują się sfrustrowani, niespełnieni w sypialni, bo żony wolą salsę (oraz instruktora – szkoda, ze gej!) i wydawać ich kasę. Dlatego nasi poczciwi panowie chcą się rozwieść. Tylko, że oddanie połowy majątku (włącznie z kasą na boku) jest dość drogie. Dlatego pod wpływem alkoholu postanawiają zatrudnić wysokiej klasy specjalistę do spraw rozwodowych z Rosji – Igora Ladpolny’ego, która pomaga uszczęśliwiać ludzi.

malzenskie_porachunki1

Duńska czarna komedia z wątkiem kryminalnym – jak można przejść obojętnie wobec takiego smakowitego dania. Ole Bornedal w tej pozornie prostej historii robi wszystko, by pokazać trudności życia małżeńskiego. Czy jest jeszcze szansa na przywrócenie dawnego ognia oraz odzyskania energii? Nasze dwie małżeńskie pierdoły próbują cała sytuację odkręcić, tylko że to nie jest takie proste, zwłaszcza iż małżonki poznają ich plan. I wtedy się wszystko zaczyna pier…, znaczy się rozpada się niczym domek z kart. Jeden cyngiel, drugi cyngiel – przepraszam, specjaliści od problemów małżeńskich. Wiele rzeczy się dzieje dzięki niesamowitym splotom okoliczności, ale jak to wciąga i pokazuje, że zwyczajnie wystarczy w pełni się otworzyć i szczerze, w cztery oczy pogadać. Ale wtedy „Małżeńskie porachunki” by nie powstały.

malzenskie_porachunki2

Czasem poczucie humoru siada, idąc we wręcz „brodate” dowcipy w rodzaju przebieranek facetów w kobiety czy troszkę seksistowskich tekstów, ale to nie psuje odbioru. Ale kiedy rzuca różne zabawy stereotypami oraz siarczystymi bluzgami (scena jazdy taksówką z kierowcą-Arabem – perełka). Polane miejscami absurdem daje wręcz prawdziwego kopa oraz test dla naszych przepon (finałowa „terapia” czy wszelkie zgony), ale trzeba lubić takie miejscami smoliste żarty.

malzenskie_porachunki3

I jeszcze jak to jest zagrane. Zarówno nasz pierdołowaty duet Urlich Thomsen/Nicholas Bro, jak i bardziej zawzięte kobitki Lene Maria Christensen/Mia Lyhne, doprowadza do iskier, mocnych spięć oraz kilku ostrych tekstów. Ale to wszystko blaknie z jednego, prostego powodu – świetnego Marcina Dorocińskiego w roli Igora. Kiedy wchodzi, to tak, by wszyscy słyszeli (scena na lotnisku) i zawsze z gorzałą w ręku. I ten piękny akcent – cudownie się tego słucha.

malzenskie_porachunki4

„Małżeńskie porachunki” to typowa skandynawska czarna komedia, dająca wiele świeżości oraz frajdy w trakcie oglądania. Inteligentne, dowcipne, czasami chamskie, czasem prostackie – zawsze trafiające w punkt.

7/10

Radosław Ostrowski

Pentameron

Kilka baśni, trzy królestwa oraz opowieści pełne mroku, tajemnicy. Akcja skupia się na trzech postaciach: królowej pragnącej dziecka, monarchę pełnego chuci oraz króla mieszkającego z córką, co dba bardziej o pchłę niż o dobro swojego dziecka. Bardzo luźno te opowieści się wiążą ze sobą, które Matteo Garrone spaja ze sobą wizualnie.

pentameron1

Te trzy opowieści są zdecydowanie inne niż typowe, klasyczne baśni spod znaku Disneya. Bliżej tutaj do „Labiryntu fauna” czy opowieści braci Grimm, co Garrone wykorzystuje całkowicie. Wszystkie te wątki są bardzo luźno poprowadzone, gdzie przeskakujemy z tych wątków, by potem do niego wrócić. Tak naprawdę to bardzo tajemnicze kino, pełne mroku, surowości, czarów oraz czegoś między wystawnością a surowością. Scenografia z jednej strony robi imponujące wrażenie, ale z drugiej jest ono bardzo oszczędne, co jest dość zaskakujące. Co jest jeszcze dziwniejsze, poza inspiracjami (m.in. „Książę i żebrak” czy „Shrekiem”), to wszystko trzyma się kupy i parę razy reżyser wodzi za nos, ale jednocześnie unika osądzania bohaterów. Każda z postaci ulega swoim pragnieniom, pożądaniom (miłość, uroda, książę, dziecko) i musi za to zapłacić pewną cenę. A to jedna z dwóch brzydkich sióstr, nagle zostaje przemieniona w przepiękną kobietę, a więź między nimi zaczyna słabnąć, narodzone dziecko królowej spotyka swojego „sobowtóra” urodzonego tego samego dnia (służącej) w sposób równie „magiczny”, co on sam, zaś księżniczka marząca romantycznej miłości zostaje wydana za mąż… olbrzymowi, na skutek pewnego zadania.

pentameron2

Nawet jeśli pojawia się humor, jest on bardzo smolisty. Garrone pozwala sobie na wiele, historia jest prowadzona nieszablonowo, posiadając bardzo specyficzny klimat. Poczucie niezwykłości potęguje piękna muzyka Alexandre’a Desplata oraz wysmakowanymi zdjęciami. Niektóre kadry jak podwodna walka z morskim potworem, przypomina bardzo stare filmy przygodowe (zwłaszcza, że nasz śmiałek nosi strój przypominający… nurka głębinowego). A wszystko zostaje połączone w finale.

pentameron3

To wysmakowane kino byłoby jedynie pustą wydmuszką, gdyby nie cudownie dopasowani aktorzy. Wrażenie robi niesamowita Salma Hayek jako konsekwentna, zachwycająca i pełna majestatu monarchini, pragnąca dziecka oraz próbująca go kontrolować. Zaskakuje John C. Reilly w bardziej poważnej roli, tylko szkoda, że pojawia się tak krótko. Troszkę humoru wnosi za to niebezpiecznie „postrzelony” Toby Jones, który dość dziwnie okazuje swoje uczucia córce Violet (świetna Bebe Cave). Z kolei drugi plan jest równie wyrazisty, pełen takich postaci jak tajemniczy nekromanta (Franco Pistoni), trupa cyrkowa czy olbrzymi ogr (Guillaume Delaunay).

pentameron4

Jaki jest „Pentameron”? To baśń idąca swoją własną ścieżką, chociaż opierając się na klasycznych motywach. Surowa, brudna, brutalna i niebojąca się pokazywać krwi, z drugiej strony bardzo wyrafinowana wizualnie i zmuszającego widza do samodzielnego myślenia. Takie rzeczy to tylko w Europie.

7/10

Radosław Ostrowski

Narcos – seria 2

Druga seria zaczyna się w momencie, gdy Escobar jest otoczony przez wojsko w swoim więzieniu. Ale draniowi udaje się uciec, przez co trzeba rozpocząć polowanie od nowa. Murphy i Pena z nowym ambasadorem podejmują się kolejnych kroków, by dorwać Escobara.

narcos21

O ile pierwsza seria pokazywała wielką drogę Escobara na szczyt i potęgę jego rodzącego się imperium, to jej kontynuacja jest zapisem powolnego upadku oraz jego śmierci. Bo poza gliniarzami, do walki wkraczają konkurenci (Cali, Judy Moncado, Los Pepes), którzy też chcą jego głowy. Im dalej w las, tym więcej zdrady, policja coraz bardziej depcze po piętach, a Escobar jeszcze ma wsparcie „swoich” w Medellin. Ale nic nie trwa wiecznie – terror Escobara z wybuchami, strzelaninami oraz bardzo brutalnymi porachunkami zaczyna obracać się przeciwko niemu.

narcos22narcos23

Tutaj twórcy zaczynają inaczej rozkładać akcenty, bardziej pokazując jego życie prywatne. Relacja z żoną jest bardzo silnie zarysowana i to ona na mnie robiła większe wrażenie niż cała ta sensacyjno-kryminalna jatka i polityczne układy. Próby (niemal) do końca nawiązania aktu kapitulacji, mogą wydawać się pewną naiwnością ze strony szefa kartelu, jednak jest w tym próba wyjścia z twarzą. Ale kiedy powraca pułkownik Carillo, to już nie ma zmiłuj. A finał i poczucie takiego fatalizmu, coraz bardziej się nasila, ciągle zadając sobie pytanie: kto? Kto zabije Escobara? Konkurencja? Policja? Mściciele w postaci Los Pepes? I tutaj dochodzi do pewnego paradoksu: choć akcji i strzelania nie brakuje (rzeź na policji czy ucieczka z oblężonej siedziby), to pod koniec jest to mniej dawkowane, ale przez to ma większą siłę rażenia, tak jak finałowe starcie z Escobarem.

narcos24

Ciągle „Narcos” jest zrobione na wysokim poziomie, choć typowych tricków znanych z kina Martina Scorsese (poza narracją z offu) nie jest aż tak dużo. Klimat epoki, zgrabnie wplecione materiały archiwalne, wspomniane są bliżej nakreślone postacie poboczne, co nadal trzyma w napięciu aż do finału, jakiego wszyscy znają. I ten wręcz wyciszony finał jest w pełni satysfakcjonujący, sugerując ciąg dalszy. Różne podchody, bardzo skomplikowane relacje między handlarzami, policją, wywiadem, gdzie każdy chce coś ugrać, ma własne interesy, co musi doprowadzić do zderzeń (CIA-Cali).

narcos25

Nadal siłą napędową pozostaje charyzmatyczny Wagner Moura, który nadal ma w sobie wewnętrzną siłę, charyzmę, nawet w momentach ukrywania się. Te momenty wybuchu jego gniewu czy sytuacje, gdy próbuje znaleźć wyjście z impasu, robią piorunujące wrażenie. Wtedy odzywa się stary, bezwzględny Pablo, chociaż więcej jest tutaj w nim człowieka, walczącego do ostatku sił. Z naszej dwójki tropiących agentów, więcej pokazuje Pedro Pascal, czyli Javier Pena, który coraz bardziej zaczyna iść na niebezpieczny układ z donem Berną, co może narazić całą operację. Z kolei Boyd Holbrook staje się coraz bardziej cyniczny, ale nigdy nie przekracza granicy, nawet mając pewne pobudki (nowy dowódca oddziału specjalnego, sprawiający wrażenie bardziej opanowanego). Więcej ma też do pokazania Paulina Gaitan, czyli Tata – mieszanka dumy, wsparcia, opanowania oraz zdrowego rozsądku, a końcówka należy do niej. Jest tych postaci i ról więcej, ale każda jest godna uwagi.

narcos26

Stało się coś dziwnego – druga seria „Narcos” utrzymała i zachowała poziom oryginału, a to nie zawsze się udaje. Nadal ma w sobie siłę rażenia, chociaż inaczej rozkłada akcenty, pokazując troszkę głębszy portret jednego z największych szefów narkobiznesu. Ale walka o jego krwawy tron się zaczęła i trzeba zneutralizować kolejne zagrożenie. Umarł król, niech żyją królowie!

narcos27

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kłamstwo

Poznajcie Deborah Lipstadt – jest ona amerykańskim historykiem badającym kwestie Holocaustu. A jak wiemy, jest to fakt niepodlegający jakiemukolwiek ocenianiu czy podważaniu jak fakt, że Ziemia jest okrągła. Niemniej brytyjski historyk David Irving, który podważa istnienie Holocaustu, pozywa historyczkę o niesławienie. Proces ma się odbyć w Londynie, a nasza pani profesor podejmuje się przyjąć wyzwanie. Ale na miejscu okazuje się, że to ona będzie musiała udowodnić swoje racje, czyli wykazać, że istniał Holocaust i Irving celowo wpuszcza w maliny.

klamstwo1

Kiedy usłyszałem o czym miał opowiadać film Micka Jacksona, na początku uznałem to za kiepski, wręcz chujowy żart. Bo jak można zaprzeczać takim faktom i dlaczego sędzia ma podjąć decyzję o autentyczności wydarzeń. Nie mieściło mi się to w głowie, wydawało absurdalne i bez sensu. Ale ten proces okazuje się być bardzo potrzebny, by ostatecznie uciąć wszelkie spekulacje. Dla mnie „Kłamstwo” było z jednej strony spojrzeniem na funkcjonowanie brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości (bo jest inaczej niż myślimy), gdzie to pozwany ma udowodnić swoją rację i jest dwóch adwokatów: jeden prowadzi sprawę, drugi reprezentuje ją w sądzie. Dziwne, prawda? Wszystko toczy się pozornie spokojnym, wręcz wolnym tempem, a najważniejsza jest tutaj sprawa. Podobnie jak w „Spotlight”, postacie są bardzo delikatnie zarysowane i okraszone kilkoma cechami, zepchnięci do roli głosicieli myśli czy pewnych postaw. Początkowo pewne działania adwokatów (obrońców Lipstadt) mogą wydawać się co najmniej dziwaczne – brak świadków pamiętających Holocaust czy zakaz wypowiadania się samej bohaterki przed sądem. Ta chłodna, wręcz surowa postawa, mająca na celu wykazanie, że mając do dyspozycji same fakty, dane i materiały, prawda wybroni się sama, początkowo budzi dezorientację.

klamstwo2

Kwestia naukowa, a kwestia prawna to dwie inne rzeczy, przez co – tak jak nasza bohaterka – czujemy się zdezorientowani, zdziwieni i zaskoczeni mechanizmami. A kto się spodziewał klasycznych, hollywoodzkich klisz, może poczuć się lekko rozczarowany. Żadnego patosu, podniosłych mów czy kiczowatych scen w rodzaju zeznań świadków, tylko pojedynek między Irvingiem a adwokatami. Wtedy na ekranie są iskry, napięcie podkręcone jest do granic możliwości, a pytanie o sztukę argumentacji (początkowo sama Lipstadt mówi, że nie będzie rozmawiać z Irvingiem nigdy, bo nie uznaje jego sposobu myślenia) brzmi bardziej poważnie w czasach, gdy postprawda i fake newsy są wręcz na porządku dziennym.

klamstwo3

Reżyser bardzo przewrotnie pokazuje, że emocje (nawet w słusznej sprawie) mogą wykonać więcej zniszczeń niż sensowna, konstruktywna debata oparta na faktach, namacalnych dowodach (pisanych, rysowanych itp.), nawet z kimś, kim się nie zgadzamy. Wtedy nie byłoby takich kontrowersji wobec zaprzeczaniu Holocaustu, a inne teorie spiskowe nie miałyby racji bytu. Brzmi absurdalnie? I to wszystko jest fantastycznie zagrane. Bardzo zaskoczyła mnie Rachel Weisz, choć jej bohaterkę bardzo trudno polubić – pewna siebie, wręcz arogancka, zaciekle walcząca, zdeterminowana, wręcz kipiąca od emocji i gotowa na otwartą konfrontację. Niby słuszność jest po jej stronie, ale jest niemal zacietrzewiona w swojej postawie oraz słuszności, że potrafi odepchnąć. Bo przecież osoby mające rację muszą budzić sympatię oraz szacunek. Na tej opozycji działa David Irving w świetnej interpretacji Timothy’ego Spalla – spokojny, opanowany, kulturalny gentleman z bardzo prowokacyjnymi, kontrowersyjnymi argumentami. Mimo szczurzego, wręcz śliskiego charakteru, potrafiłby wzbudzić sympatię odbiorcy bardziej niż nerwowa, nabuzowana kobieta, bez względu na swoje poglądy, przekonania czy argumenty. Bardziej diabolicznej kombinacji nie można się było spodziewać. Ale dla mnie film kradną Andrew Scott oraz Tom Wilkinson, czyli adwokaci pani Lipstadt. Obydwu panów łączy emocjonalna powściągliwość, dla dobra sprawy, są bardzo inteligentni, zaś ten drugi wręcz surowy, chłodny, pozostając do bólu logiczni. Jest to niesamowity duet, a słuchanie Wilkinsona w sądzie, zadającego pytania czy wygłaszającego mowy to czysta przyjemność.

klamstwo4

„Kłamstwo” ma do zaoferowania więcej niż na pierwszy rzut oka może się wydawać – to bardzo skromne, powściągliwe kino o sztuce argumentacji i walce o swoje przekonania. Bez używania emocji, ale w oparciu jedynie o suche fakty, co jest trudne, ale jest jedyną szansą, by prawda mogła sama się obronić. Kto by się takiego morału spodziewał?

7/10

Radosław Ostrowski