John Wick 2

Kiedy w 2014 roku pojawił się cyngiel o nazwisku John Wick, nikt nie wiedział do czego zdolna jest ta postać. Po wyrżnięciu Ruskich oraz odzyskaniu swojego auta, Wick już może spokojnie przejść na emeryturę. To jednak byłby błąd, bo przychodzi po niego pewien dawny znajomy – Santino D’Antonio. Bo dawno temu Wick poprosił go o przysługę i na mocy Signum (przysięga krwi) musi spłacić swój dług, inaczej zginie. Więc nasz kiler z nowym pieskiem wyrusza do Rzymu, by zabić jego siostrę – szefową Kamorry.

john_wick_21

Pierwsza część „Johna Wicka” była jedną z większych niespodzianek roku 2014. Stylowe kino akcji z komiksową fabułą oraz ciekawą wizją półświatka mafijnego była na tyle interesująca, że chciano bliżej poznać to uniwersum. I druga część z tego zadania wywiązuje się świetnie – wracamy do sprawdzonego hotelu, gdzie nie można załatwiać interesów. Mamy tu jeszcze przysięgę krwi, sposób przekazywania zleceń, tajemniczy Wielki Stół oraz poboczni gangsterzy, działający na poboczu wielkich ryb, a nawet krawców czy sprzedawców broni o elegancji dżentelmena. Te wszystkie smaczki nie tylko wnoszą odrobinę humoru, ale wzbogacają ten intrygujący świat. Świat, do którego policja czy zwykli szaraczkowie jak ja czy wy, nie mają kompletnie wstępu. Motywacja bohatera wplątanego (wbrew sobie) w mafijne porachunki jest jasna, bohaterowie nadal są wyraziści, a sceny akcji zrobione są po prostu fantastycznie.

john_wick_22

Ostro, krwawo, brutalnie, podkręcone podnoszącą adrenalinę muzyką. I to zarówno na początku (odzyskanie auta) aż po strzelaninę w katakumbach aż do efekciarskiego finału w muzeum niemal żywcem wziętego z „Wejścia smoka”. Kamera tutaj nie ma żadnego ADHD, każdy strzał i cios jest bardzo dobrze widoczny, a robota kaskaderska budzi szacunek.

john_wick_23

Zdarzają się pewne momenty spowolnienia, pozwalające złapać oddech czy wybrzmieć bardziej dramatycznym momentów (potyczka Wicka z ochroniarzem, zakończona… w hotelu, przy barze), a rozbudowana świata zbrodni jeszcze bardziej intryguje. Wszystko to wygląda jak fragment większej całości, która może by i pasowała bardziej do serialu telewizyjnego, ale twórcy konsekwentnie budują tą wizję. A otwarte zakończenie sugeruje ciąg dalszy.

john_wick_24

Keanu Reeves idealnie pasuje do roli małomównego, opanowanego twardziela, który może zabić przeciwnika wszystkim, co ma: pistolet, karabin, strzelba, nóż, pięści czy… ołówek. Mimo, ze o nim samym niewiele wiemy, to czyny mówią o nim wszystko. Tak samo fason zachowuje Ian McShane jako kierownik hotelu w Nowym Jorku, Winston oraz pojawiający się w epizodzie John Leguizamo (mechanik Aurelio). Ale największą niespodziankę zrobił Riccardo Scamarcio w roli bezwzględnego, upartego sukinsyna Santino oraz pojawiający się Laurence Fishbourne (król Bowery), wnosząc odrobinę humoru.

Drugi „John Wick” mimo pewnych klisz (prawie nieśmiertelny heros z kodem na idealny strzał w łeb), to nadal zachowuje bardzo mroczny klimat, jest świetnie wykonanym, stylowym akcyjniakiem, rozbudowującym swoje uniwersum, z miejscami obłędnie zrobionymi scenami strzelanin oraz bijatyk. Chcę się takich filmów jak najwięcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Król polki

Jest rok 1990, kiedy Polska od niedawna stała się w pełni niepodległym krajem. Ale nie o tym opowiada ten film, lecz o pewnym imigrancie z kraju nad Wisłą, co chciał spełnić amerykański sen. Kimś takim jest Jan Lewan – właściciel sklepu z pamiątkami oraz szefem orkiestry, specjalizującej się w polce. Wszystko idzie dość powoli, są długi i małe zyski, aż w końcu wpada na pewien prosty pomysł – inwestowanie w niego, a w zamian 12% zysków.

krol_polki1

Netflix po raz kolejny przedstawić interesującą fabułę, która potrafi parę razy zaskoczyć. Tym razem jest to prawdziwa historia finansowego przekrętu zrealizowanego przez Polaka. I są typowe dla naszego kraju elementy jak wódka, bursztyn, stroje ludowe czy kiełbasa. Wszystko to, co widzimy wydaje się wręcz nieprawdopodobne, kolejny raz mając na celu piętnowanie ludzkiej chciwości. Wszelkie próby wyjścia na czysto z tarapatów wydają się szalone – trasy koncertowe, płyty, radio, telewizja, wreszcie wycieczki do Watykanu oraz wybory Miss Pensylwanii. Ale w końcu to wszystko musiało doprowadzić do katastrofy, jednak to wszystko potraktowano w sposób dość lekki, wręcz komediowy. Być może dlatego te bardziej dramatyczne akcenty nie wybrzmiewają z taką mocą, jak powinny (wypadek autobusu z zespołem czy wredna teściowa), jednak reżyserka woli pokazywać naszego bohatera z sympatią, życzliwością niż wrogością.

krol_polki2

To wszystko nie byłoby tak sympatyczną produkcją, gdyby nie tytułowy bohater grany przez świetnego Jacka Blacka. Aktor bardzo przekonująco pokazuje bohatera jako człowieka chcącego odnieść duży sukces i osiągnięcia swojego amerykańskiego snu. Jednak trudno pochwalić metodę opartą na tworzeniu piramidy finansowej. Paradoksalnie jednak kibicowałem temu człowiekowi, licząc na wykaraskanie się z tarapatów. Black zdominował cały film, chociaż drugi plan pod wodzą Jacki Weaver (twardo stąpająca po ziemi teściowa) oraz Jasona Schwartzmana (klarnecista Mickey) ma swoje chwile chwały.

krol_polki3

„Król polki” na pewno nie do końca wykorzystuje potencjał opowieści o „poczciwym” krętaczu, próbującemu osiągnąć sukces. To sympatyczne, lekkie i czasami zaskakujące losy człowieka, aż wprawiające w zakłopotanie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że troszkę ten bohater został wybielony i pewne rzeczy przemilczano. Z drugiej strony, jak nie polubić Lewana?

6/10

Radosław Ostrowski

Rachel Platten – Waves

Rachel_Platten_-_Waves

Kolejny przykład popu zza Wielkiej Wody, gdzie niby mamy uzdolnioną wokalistkę oraz songwriterkę wspartą przez sztab producentów pod wodzą Ryana Teddera i pytanie: Czy jest szansa na stworzenie czegoś godnego uwagi? Miałem wątpliwości.

A pierwsze dźwięki „Perfect for You” wywołały we mnie wstręt, z typowym zestawem w postaci odbijającego się niczym echo perkusji, pstryknięć, cykaczy. Ale kiedy wszedł dyskotekowy bas niczym z dawnych lat, przez chwilkę czułem się lepiej niż myślałem. Także oparty na „pozytywkowych” klawiszach „Whole Heart” wypadł całkiem nieźle. Ale im dalej w las, tym bardziej jest zgodnie ze współczesnym, taśmowym stylem produkcji. Cykający „Collide” z refrenem, gdzie mamy przerobiony głos, pełen poplątanych dźwięków quasi-minimalistyczny „Keep Up” z rapowaną koncówką, przyprawiającą o ból głowy czy oparty na echu „Broken Glass”. Do tego jeszcze te wszechobecne wokalizy i niby fajne takie „zacięcia” wokalne, mające przykuć uszy na dłużej, a wywołują jedynie rozdrażnienie. Poruszyć potrafiłmnie tylko delikatny „Hands” oparty na fortepianie czy troszkę podniosły „Grace”, ale to troszkę mało, by zawracać sobie tym głowę.

Nawet jest taki sobie, bez jakiegoś wielkiego wstydu, ale i zachwycić się też nie bardzo jest czym. To esencja nijakości, którą po odsłuchu zostawiasz oraz nie wracasz. Te fale nie porwały mnie absolutnie.

4/10

Radosław Ostrowski

Paulina Przybysz – Chodź tu

paulina-przybysz-chodz-tu-cover

Pamiętacie taki zespół Sistars? Siotry Przbyszy miały wtedy prawdziwą siłę rażenia, chociaż obecnie mówi się o idącej rockową ścieżką Natalii. Druga siostra, pozostała wierna “czarnym” brzmieniom spod znaku r’n’b oraz rapu. Teraz postanowiła przypomnieć o sobie na trzecim solowym albumie. Podszedlem i…

Poczułem się lekko zaskoczony, gdyż całość leci mieszanką elektronicznych bitów z samplami i/lub instrumentami. Tykająca “Saliva” z harfą oraz basem zapowiada nieuniknione, tworzy poczucie uciekającego czasu. Oszczędna, ale pełna retro-elektroniki “Papadamy” potrafi pobujać, choć organy w połowie utworu połączone z melorecytującą Kasią Nosowską tworzy petardę. Mieszankę jazzowo-orientalno-soulową tworzy “Buy Me a Song” z bardzo delikatnym wokalem w zwrotkach oraz przyspieszonym tempem po minucie (te solo smyczków w tle!!), by wskoczyć do minimalistycznych “Dzielnych kobiet”, okraszonych wręcz orientalnymi wstawkami w podśpiewywanym refrenie. Podobnie, choć łagodniej buzuje “Drewno” z bardzo fajnie grającą perkusją, wybrany na singla klasyczny “Pirx” z nawijanym finałem czy lekko “japoński” w brzmieniu “Kumoi”. Takie egzotyczne naleciałości przewijają się także w zabarwionym jazzem “No Entrance”, a “System” uderza swoim futurystycznym tłem.

Paulina wokalnie tutaj lawiruje między delikatnym śpiewem, a rapowaniem oraz między językami polskim i angielskim. Ale ku mojemu zdumieniu robi to tak płynnie, że nie jestem w stanie wyjść ze zdumienia. Tak samo lawiruje między tematami (rodzina, kobiecość, codzienność), przez co jest absolutnie nieobliczalnie, a muzyka daje jej dużo pola do popisów. Podejdziecie i zechcecie posłuchać?

8/10

Radosław Ostrowski

Czas próby

Jest rok 1951. Poznajcie niejakiego Berniego. To bardzo nieśmiały, młody marynarz Straży Wybrzeża. Wiecie, to nie jest łatwa fucha dla takiego służbisty, ale gdy go poznajemy ma iść na randkę z kobietą, która zna tylko telefonicznie. Ale związek się rozwija i jest ślub w planach. Lecz parę miesięcy dochodzi do sztormu, podczas którego tankowiec rozpada się na dwie części. Załoga pozbawiona kapitana jest zdana tylko na siebie. Mogą się jedynie modlić o pomoc, bo szansę na wyjście cało są niewielkie.

czas_proby1

Tą prawdziwą historię postanowił opowiedzieć Craig Gillespie – typowy rzemieślnik, który wypłynął na szerokie wody niezależnym debiutem „Miłość Larsa”. Potem pojawiły się większe budżety, bardziej znane twarze na pierwszym planie i… nagle czegoś zabrakło w tych filmach. „Czas próby” to taki klasyczny dramat, gdzie mamy dwóch ludzi, co nie chcą, ale muszą. Muszą stanąć na czele ludzi i podjąć się ocalenia. Całość toczy się dwutorowo – z perspektywy ratowników oraz ocalonych marynarzy pod wodzą wycofanego mechanika, co jeszcze bardziej ma podkręcić napięcie. Sceny, gdy mamy pokazaną bezwzględną siłę natury, wyglądają wręcz obłędnie (zwłaszcza te kadry „podwodne”), aż można poczuć wodę na twarzy. I można było te sceny pokazać choćby w IMAX. Poza tymi ujęciami, realizacja jest bardzo klasyczna, pełne delikatnych, wręcz pastelowych kolorów, udanie rekonstruując realia epoki. Ale udaje się uniknąć nadmiernej dawki patosu, bez łopoczącej flagi oraz bardzo, bardzo podniosłych słów.

czas_proby2

Niby wszystko jest tam, gdzie trzeba, jednak film nie angażuje za bardzo. Dlaczego? Może dlatego, że postacie są ledwo zarysowane w oparciu tylko o jedną cechę charakteru: doświadczonego weterana wątpiącego, niedoświadczonego wilka, narzeczoną czekającą na chłopaka, służbistę, dowódcę. Mamy tylko wycinek z życia bohaterów w tytułowej chwili próby.

czas_proby3

A to jest pewien poważny minus. Chociaż zaczynamy lubić te postacie, jest to zasługą aktorów. Skoro mamy Chrisa Pine’a (Bernie Webber), Bena Fostera (Livesey) czy Erica Banę (dowódca Cluff), to nie może być słabo. Dla mnie największą wartością jest Casey Affleck w roli mechanika Syverta. Bardzo wyciszony, ale jako jedyny mający plan do działania, staje się przywódcą rozbitków. I jest w tej postaci – podobnie jak u Berniego – pewna tajemnica, mieszanka solidności, opanowania, walki oraz determinacji. Obydwaj są po prostu fachowcami, znającymi się na swojej profesji, co w takich sytuacjach zawsze jest potrzebne.

„Czas próby” miał wszelkie predyspozycje na dramatyczny, poruszający dramat zmieszany z dreszczowcem. Niby jest suspens, czuć stawkę tej gry, realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, aktorsko też. Ale to wszystko nie angażuje, pozostaje letnie, choć ogląda się to przyjemnie.

6/10

Radosław Ostrowski

Blade Runner 2049

UWAGA!
Tekst może zawierać spojlery, więc czytacie na własne ryzyko.

Pamiętacie taki film, w którym nasz bohater tropił androidy – humanoidalne maszyny, pracujące poza Ziemią, ze względu na swoją siłę fizyczną i wytrzymałość. Tak wyglądał świat AD 2019. 30 lat później ten świat nie wygląda lepiej: upadek korporacji Tyrella, zaćmienie doprowadzające do skasowania danych komputerowych, brak naturalnej żywności oraz replikanty będące całkowicie posłuszne. Jednym z nich jest K. – nowy oficer policji. Ścigając jednego ze starszych modeli androidów, trafia na pewną rzecz, która może doprowadzić do zachwiania równowagi. Otóż K. znajduje szczątki kobiety, która urodziła dziecko. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jest ona… replikantem.

blade_runner_20491

Jeśli bierzesz się za kontynuację takiego dzieła jak „Blade Runner”, to musisz być bardzo pewny siebie albo wielkim geniuszem. Kim w tej sytuacji jest Denis Villeneuve? Kontynuacja jednego z największych filmów SF była zadaniem karkołomnym, lecz reżyser ze scenarzystami coraz bardziej rozszerzają to uniwersum poza deszczono-neonowo-cyberpunkowe Los Angeles spowite mrokiem oraz światem do cna zepsutym, gdzie wszyscy ludzie dbają tylko o siebie. Sama intryga jest bardzo zagmatwana i razem z K. próbujemy ustalić kim jest to dziecko, o którego los toczy się cała stawka. Świat wygląda niczym postapokaliptyczny koszmar i powtórzone są pytania z oryginału o sens człowieczeństwa. A po drodze odwiedzimy takie miejsca jak sierociniec, gdzie dzieci zmuszane są do pracy czy skażone promieniowaniem pozostałości po Las Vegas.

blade_runner_20494

Jestem pod ogromnym wrażeniem strony wizualnej, tworzącej niesamowity świat. I nie chodzi tylko o mocne nasycenie kolorów, ale wizję świata. Od dziennej mgły przez siedzibę Wallace’a (ta odbijająca się woda), złomowisko aż do pustyni pełnej dużych pozostałości po kasynach. Wizja tego świata budzi przerażenie, a człowiek jeszcze tak blisko bycia Bogiem. Stworzenie replikanta zdolnego do spłodzenia jest bardzo intrygującym rozwiązaniem i daje furtkę do ciągu dalszego, chociaż ten wątek – oraz pewnych rebeliantów – wydaje się troszkę na siłę wciśnięty. Podobnie jak wątek związany z prawą ręką Wallace’a, czyli Luv, będąca bardziej wkurwioną wersją Terminatora, przekonaną o swojej wyjątkowości. To było zbyt efekciarskie, jak dla mnie. Podobnie jak sceny, będące repetycjami pewnych dialogów, jakby wiara w inteligencję widza była zachwiana.

blade_runner_20492

I do tego jak świetnie jest to zagrane. Najbardziej zaskakuje tutaj Ryan Gosling jako K. – posłuszny, chłodny replikant. Ale obecne śledztwo staje się dla niego wędrówką dla siebie, zmuszając go do postawienia pytania: kim jestem? Te wątpliwości i rozterki przedstawione za pomocą jedynie oczu czy mowy ciała, dając prawdziwego ognia. Drugą niespodzianką jest „dziewczyna” naszego bohatera, czyli Joi (zjawiskowa Ana de Armas), będąca… hologramem, istotą równie sztuczną jak K. i ta relacja między nimi parę razy zaskakuje. Jest nawet scena podobna z „Ona”, co zaskakuje. Jednak wszyscy tak naprawdę czekaliśmy na Harrisona Forda, czyli Ricka Deckarda. Zmęczonego, starego i niepozbawionego sprytu twardziela, pełnego energii. A co tu robi Jared Leto? Pojawia się raptem w trzech scenach, ale potrafi zbudować bardzo mroczną postać geniusza, dążącego do udoskonalenia swojego dzieła. Nawet te filozoficzne gadki nie drażniły, co jest bardzo łatwe do spieprzenia.

blade_runner_20493

Jak sobie poradził z legendą kultowego dzieła Ridleya Scotta filmowiec z Kanady? Zachwyca wizualnie, dalej prowokuje do myślenia i powtarza pytanie o bycie człowiekiem w świecie, gdzie ludzkość nie kwapi się do swojego zadania. Owszem, jest fabularnie zagmatwany i wymaga wiele skupienia, ale wysiłek jest w pełni satysfakcjonujący.

8/10

Radosław Ostrowski

Maynard Ferguson – Body and Soul

41X9DZS6GYL

Jazz śpiewany, a jazz instrumentalny to dwie różne półki. Popisy instrumentalne różnych muzyków dla słuchaczy mogą być dość męczące. Ale nawet na tym polu zdarzają się wyjątki jak kanadyjski trębacz Maynard Ferguson. W 1986 roku nagrał album „Body and Soul”, a dwa lata temu wznowiono to wydawnictwo. Czy po latach się potrafi obronić?

Fergusona wsparli koledzy, m.in.: trębacz Wayne Bergeron, klawiszowiec Todd Carlon, basista Dave Carpenter, gitarzysta Michael Higgins oraz perkusista Steve Fisher. Na początek dostajemy energetyczne „Espresso”, pokazujące jak wielką siłę potrafi mieć kawa po wypiciu: pędzące na złamanie karku popisy trąbki z saksofonem, „strzały” dęciaków, łagodzące klawisze to wszystko tworzy mieszankę wybuchową. Bardziej rozmarzony jest utwór tytułowy, z mocniej zaznaczonym basem oraz dużo silniejszą solówką Maynarda. Przy „M.O.T.” bardziej czuć rockowy posmak, a także większą obecność klawiszy, co dodaje klimatu. Także bardziej egzotyczna samba „Mira Mira” przyjemnie buja, tak samo jak taneczny „Last Dive”. Chwilę spokoju daje nam lekko „orientalny” „Beautiful Hearts” z bardzo przyjemnym fortepianem oraz pięknym fletem, by znów porwać do tańca w funkowym „Central Park” oraz bardziej soft-rockowemu „Flight 108”.

Najbardziej zaskakuje fakt, że pomimo 30 (nawet więcej) lat na karku, „Body and Soul” ma w sobie wiele energii oraz świeżości. Czuć brzmienie epoki (klawisze), ale to wszystko ma w sobie wiele mocy, energii oraz pazura. Ferguson na trąbce potrafi uwieść, gra z pazurem, zaś muzyka przyjemnie buja i chce się więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

One – Świat świętych krów

swiat-swietych-krow-b-iext36412030

Czasem zdarza się tak, że bardzo młodzi wykonawcy grają bardzo starą muzykę. Tak postanowił zrobić gitarzysta Adam Malicki, który swoją pierwszą płytę nagrał w wieku 16 lat! Takie były początki One, który trzy lata temu rzucił swoim fanom drugi materiał. Tym razem muzyka wsparli wokalista Adam Wolski (Golden Life), perkusista Jeff Bowders (Joe Satriani), gitarzysta Paul Gilbert (Mr. Big), a jakością brzmienia zajął się Jun Murakawa (współpraca m.in. z Nine Inch Nails oraz Soundgarden). Z takim składem to musiało wypalić.

Brzmi to surowo, prosto, ale też bardzo energetycznie, co czuć już w utworze tytułowym. Mocne uderzenia perkusji, siarczyste riffy, czasami diablo rozpędzone, godne takich klasyków jak AC/DC czy Def Leppard (hard rockowe „Bramy nieba”). Bywa też i mroczniej jak w powolnym „Sezamie mój”, który zmienia tempo w połowie, ale to rzadkie chwile spokoju. Najważniejsze jest tutaj mocne, siarczyste granie Malickiego, brzmiącego niczym prawdziwy zawodowiec. Nie ważne czy to stadionowa „Krew mojego miasta”, niemal purplowskie „Cesarstwo zła”, bardziej funkujący „Hołd”, gdzie bardziej wokalista rapuje niż śpiewa czy soczystego bluesa w postaci „Wezwania”. A chcecie sprawdzić jak brzmią na żywo? Wystarczy włączyć rock’n’rollowy „Po prostu my”.

Taki staroświecki rock nadal jest w cenie, a popisy gitarowe Malickiego czynią go jednego z najmłodszych rockmanów w naszym kraju. Wokal Wolskiego świetnie pasuje do takiego ciężkiego grana, chociaż czasami teksty nie powalają na kolana. Niemniej warto zwrócić uwagę na tą formację, która zaznacza swoją obecność na rockowym panteonie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maleo Reggae Rockers – Wake Up!

0004U1IBJ1HFMWQW-C122

Rzadko słucham muzyki reggae. Nie dlatego, ze mi się nie podoba, ale wszyscy wykonawcy zlewają mi się w jedno. Niemal wszystko brzmi tak samo, jeśli chodzi o instrumentarium, jak też o tempo. Ale są tacy, którzy próbują iść swoją ścieżką, wykorzystując element tego brzmienia po swojemu. Tak próbuje działać Darek Majelonek z formacją Maleo Reggae Rockers na swojej ostatniej płycie z 2015 roku “Wake Up!”. Czyżby miało nastąpić przebudzenie?

Początek jest spokojny, by nie rzec klasyczny w konwencji, czyli przyjemnie bujający “Oh Wicked Man”. A dalej jest jak Pan Bóg przykazał czy raczej Haile Selasje. Spokojne tempo perkusji, “ciachająca” gitarka, czasem ubarwione perkusjonaliami (“Więcej światła” czy oszczędne “Niech ogień płonie”), smyczkami (“Muszę iść”), Hammondem (klasycznie “Nie tak”), solówką trąbki (“Niech ogień płonie”) czy troszkę pędzącą gitarą (“Dziewczyna ze stali”). Bardziej w tym gatunku liczy się pozytywny przekaz, refleksyjne teksty oraz wokalna charyzma. O sile miłości, korzystaniu z życia, zgniłym świecie, karmie itp.

Sam Majelonek śpiewa tak, jakby urodził się na Jamajce i jest to zaleta. Mimo, że “Wake Up!” nie wymyśla prochu od nowa, to jednak słuchanie “Wake Up” dało sporo frajdy oraz energetycznego kopa. Czasami to wystarczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Lisbeth Scott – Bird

Bird_cover_art

Ta uzdolniona wokalistka i autorka tekstów znana jest z tego, że wielokrotnie śpiewała piosenki tworzone do filmów, współpracując z takimi kompozytorami jak John Williams, James Newton Howard czy Harry Gregson-Williams. Sporadycznie te utwory są też wydawane na albumach, których wyszło sporo od lat 90. Trzy lata temu powstała ostatnia płyta tej artystki “Bird”. Jak się lata?

To mieszanka spokojnego popu, ku kontemplacji. Taki jest delikatny, idący ku folkowi oraz country “Beautiful Disaster”, przepełniony gitarami jak tylko się da, a jednocześnie bardzo lekki. Bardziej rockowy jest “Good to Me”, mieszając wręcz eteryczne brzmienie z bardziej wyraźnymi riffami. Ale dominuje tutaj spokój oraz bardziej subtelne dźwięki: lekko westernowe “One Last Time”, roztańczony fortepian w lirycznym “Just Like Rain” czy pełnym akustycznej gitary “Let It All Go”. Nie mówiąc o mandolinowym, skocznym “So In Love” oraz mieszającym chórki z folkiem “Spare Me”. Wszystko zwiewne, urocze i śliczne, czasami nawet rozpędzone (początek “Still Feel Fine”), ale bez przesady.

Podobnie delikatny jest wokal pani Scott, rzadko pozwalający sobie na momenty ekspresji (finałowe “Hallelujah” Leonarda Cohena, zaskakująco nijakie). Czy ta ptaszyna będzie w stanie się wzbić wyżej? Nie jestem tego pewny, a czas można spędzić przy słuchaniu innych albumów.

6/10

Radosław Ostrowski