Joe Satriani – What Happens Next

Joe_Satriani_-_2018_-_What_Happens_Next

Dawno nie było instrumentalnej muzyki gitarowej. A ostatnim takim macherem w kasowaniu riffami konkurencji stał się legendarny Joe Satriani. Ten łysol w okularach robi z gitarą to, co niejeden facet z dziewczyną – i nie chodzi mi o picie herbaty oraz jedzenie ciasteczek. Do nowego materiału dokooptował Chada Smitha (perkusista Red Hot Chili Peppers), Glenna Hughesa (basista Deep Purple oraz wokalista Black Country Communnion) i Mike’a Frasera (producent), by zrealizował kolejny album pod tajemniczym tytułem “Co będzie dalej”. Co wyszło?

Wiadomo, ze będzie mocno, agresywnie, soczyście oraz hardkorowo. Już otwierający całość “Energy” sugeruje, czego należy się spodziewać – solówki są bardzo melodyjne, rytmiczne, a jednocześnie bardzo, bardzo ostre. Troszkę chropowate, wręcz przesterowane jest “Catbot”, gdzie bardziej wybija dziwacznie brzmiący bas, by pod koniec wejść w bardziej podniosłe tony oraz dać pole do popisu dla fortepianu. W “Thunder High on the Mountain” gitara troszkę brzmi jakby wzięta z “Thunderstrucka”, monotonny rytm wali perkusja, by po minucie kompletnie zmienić tempo, dorzucając bardziej do pieca, by wrócić do początku. Spokojniej przygrywa “Cherry Blossoms”, gdzie Satriani łagodzi tempo, w tle plumkają smyczki, a w połowie riffy stają się bardziej “płaczliwe”, podkręcając tempo do granic ostrości. Równie łagodniejsze jest “Righteous” z lżejszymi uderzeniami perkusji oraz rozpędzonymi w połowie riffami oraz bardziej zbliżone do Carlosa Santany “Smooth Soul”. Na złamanie karku rusza szybki niczym TGV “Headrush”, przyjemnie bujający “Looper” oraz długaśny energetyk w postaci “Super Funky Badass” czy bardzo hałaśliwy (na początku) “Invisible”.

Satriani może i troszkę cofnął się w czasie, ale nadal gra po prostu fantastycznie, by porwać słuchacza swoimi solówkami. Sekcja rytmiczna dotrzymuje kroku solisty, pędzącego czasami na złamanie karku. 62-letni gitarzysta budzi respekt, a jednocześnie przeraża. Bo skoro w tym wieku tak kosi, to aż strach myśleć, co się dalej wydarzy.

8/10

Radosław Ostrowski

Beth Hart & Joe Bonamassa – Black Coffee

Beth-Hart-and-Joe-Bonamassa-Black-Coffee-1-1200x1200

Ten wokalno-gitarowy duet pracował już dwa razy. Ona z głosem jak dzwon, porównywana do samej Janis Joplin, on młody, 40-letni (obecnie) mistrz gitary barwiącej całość bluesem. Jest jeszcze ten trzeci – producent Kevin Shirley, który współpracuje z tą dwójką nie od wczoraj. Ostatnie takie połączenie było 5 lat temu, więc ktoś doszedł do wniosku, że trzeba się znowu spotkać. Tak się narodziło “Black Coffee”.

Początek to soczyste riffy sklejone z dęciakami w postaci “Give It Everything You Got”, które mogłoby się spokojnie znaleźć w “Seesaw”, mimo coraz mocniejszych, szybkich, ostrych solówek. Pozornie wolniejszy, ale bardziej soczysty jest “Dam Your Eyes”, gdzie dochodzi jeszcze grające w tle fortepian, budujący klimat dawnych spelunek. Petard jest utwór tytułowy, gdzie jedynym zabarwieniem jest chórek śpiewający w tle. Pianinko w tle jeszcze będzie się przewijać jak w bardzo delikatnym “Lullaby of the Leaves”, kończące się siarczystymi riffami Joe czy  “Why Don’t You Do Right”. Nie zabrakło nawet miejsca dla skocznego rock’n’rolla w postaci rozpędzonego “Saved”, który nie gryzie się z całą bluesową ferajną. I nawet ten fortepian z dęciaki nie wywołuje zgrzytu, skoro jest to zabarwione tak ostrymi, smakowitymi popisami gitarowymi Bonamassy. Mógłbym dalej wymieniać utwory, ale to jest kompletnie bez sensu, bo wszystko stoi na wysokim poziomie.

Gitarowe popisy mistrza Joe, połączone z siarczystym, energetycznym wokalem Beth Hart tworzy bardzo mocną kombinację dla fanów blues-rockowych klimatów. Czasem zabuja, załagodzi, ale też uderzy z całej siły. Niczym tytułowa czarna kawa, która smakoszom powinna przypaść do gustu.

8/10

Radosław Ostrowski

Atak paniki

Polifoniczna narracja to nie jest coś, czego byśmy nie znali. Stosowano ją od dawna, przez co urozmaicała sposób opowiadania historii. Nie inaczej jest z „Atakiem paniki” – fabularnym debiutem Pawła Maślony. Jest to historia kilku osób, która znajdują się w pewnym krytycznym momencie, doprowadzając do ataku.

atak_paniki1

Wszystko zaczyna się od pewnego samobójstwa młodego chłopaka. Strzał w usta, rozbryzgana krew z resztkami mózgu na ścianie, przyjemna piosenka jakby z lat 60., lecą napisy. A to dopiero początek imprezy. Kogo spotykamy w tej zabawie? Małżonków wracających z Egiptu mających problem z pasażerem, neurotyczna pisarka spotykająca się z byłym partnerem, kelner uzależniony od gier komputerowych, młoda kobieta uprawiającą samogwałt przez Internet oraz trzech małolatów jarających zioło – to są nasi bohaterowie. Maślona wprowadza zamieszania, a ja próbowałem się zastanowić czy te wszystkie postacie się spotkają, czy to tylko luźno powiązane scenki. Jest to pierwsze rozwiązanie, a odkrywanie kolejnych części układanki daje sporo frajdy. Humor jest dość specyficzny, który nie wszystkim się spodoba, a zapętlenie wydarzeń może doprowadzić do stanów przerażenia, wręcz apokalipsy w skali mikro. Jednych to rozbawi, innych przerazi, a jeszcze inni uznają to za błahostkę. Ale trudno odmówić realizacyjnego sznytu. Największe wrażenie robi fenomenalny montaż, gdzie przejścia z wątku na wątek są płynne i sprawiają wrażenie spójnej całości, a nie mechanicznego działania. Podobnie tempo podkręca pulsująca, czasami psychodeliczna muzyka, jeszcze bardziej nakręcając wydarzenia (jak w „11 minut”). Ostatnie minuty to popis realizacyjny, tylko że potem cała historia jakby się urywa. „Nic już nie zostało”, padają słowa, a przed tym widzimy poród, krzyki, walkę z bagażem, fajerwerki (jakby bomba miała eksplodować), pojawia się czarny ekran, lecą napisy końcowe. To już? – przyszło mi do głowy. Bo poczucie niedosytu miałem bardzo mocne, a niektóre dialogi potrafiły strzelić w punkt.

atak_paniki2

Te drobnostki wygrywa za to fantastyczna obsada, gdzie praktycznie nie ma jakichś słabych punktów. Kompletnie zaskakuje Artur Żmijewski, obsadzony wbrew swojemu emploi, pozornie sprawiający wrażenie oazy spokoju, ale oczy i twarz zaczynają wyrażać coś innego. Fason potwierdza też niezawodny Grzegorz Damięcki (Dawid) czy Dorota Segda (Ela), mocno swoją obecność zaznaczają współautorzy scenariusza: Aleksandra Pisula (Kama – sceny niezręcznych rozmów z nieproszonymi gośćmi są rozbrajające) oraz Bartłomiej Kotschendorff (nabuzowany Miłosz). Ale na mnie największe wrażenie zrobiła fenomenalna Magdalena Popławska. Neurotyczna i ciągle gadatliwa Monika, z lekko postrzeloną fryzurą oraz zestawem tików, skupia uwagę od samego początku, ale nigdy nie jest ona przerysowaną karykaturą, o co było bardzo łatwo.

atak_paniki3

„Atak paniki” to bardziej czarna komedia, próbująca być diagnozą współczesnego świata, pełnego zakłamania, tajemnic i czegoś, co nazwałbym wrodzoną nieufnością wobec innych. Może jeden wątek sprawia na początku wrażenie doklejonego na siłę, a początek wręcz budzi dezorientację (przeskoki z bohaterów, łamana chronologia). Ale im dalej w las, tym bardziej dochodzi do eksplozji, zmuszającej postacie do wyjścia poza swoją strefę bezpieczeństwa. Co z tego wyjdzie? To już musicie sami opowiedzieć.

7/10

Radosław Ostrowski

Daniel Cavanagh – Monochrome

DanCav-Monochrome-sml

Czy są tu obecni fani Anathemy? Dorobek tej progresywnej formacji z Anglii robi ogromne wrażenie, a siłą zawsze był wokal oraz kompozytorskie umiejętności Daniela Cavanagh. Muzyk tym razem postanowił nagrać solowy album po wydanej w zeszłym roku udanej płycie “The Optimist”. Czyżby dalej było kontynuowane brzmienie progresywne?

Otwierający całość “The Exorcist” spokojnie mogłoby się znaleźć na ostatniej płycie Anathemy, chociaż jest mniej gitarowy niż by się mogło spodziewać. Delikatny fortepian, zapętlone klawisze zaznaczające lekko swoją obecność, wreszcie wchodzi gitara akustyczna bardzo niespieszna i grająca od niechcenia, z czasem jednak te instrumenty zaczynają nabierać na sile, by pod koniec strzelić mocniejsze, podniosłe solo na elektryku. Równie tajemniczo, chociaż bardziej zwarty jest “This Music” z nieco organowym tłem, pełnym krótkich wejść gitary oraz cudnym głosem Anneke Van Giersbergen. Równie podniosły jest “Soho”, który bardzo powoli rozkręca się, by w finale wyciszyć się, dając miejsce dla przestrzennej elektroniki. I wtedy wchodzi prawdziwy kolos w postaci “The Silent Flight Of The Raven Winged Hours”. Zaczyna się od gwałtownej grze na fortepian oraz skrzypce, by potem dać moment spokoju, by podkręcić aurę monotonnymi (pozornie) dźwiękami perkusji, gitary akustycznej oraz przemielonych odgłosów Mooga, zagłuszających nawarstwiające się słowa gdzieś w tle. A kiedy wydaje ci się, że zaraz zapadniesz w sen, gitara bardzo mocno świdruje uszy razem ze skrzypcami. Potem wchodzi miniaturka “Dawn”, rozpędzona niczym diabli. A na koniec dwa długie utwory: powolny oraz spokojny “Oceans of Time”, który staje się coraz bardziej podniosły, a solówka jest bardziej kojąca niż jakakolwiek kołysanka. Podobnie gra “Some Dreams Come True” z ładnym fortepianem, szumem morza, odgłosem dziecka oraz poruszającymi smyczkami.

Więcej jest tutaj kompozycji instrumentalnych, co daje sporo przestrzeni dla muzyków. Cavanagh rzadko śpiewa, ale zawsze angażuje. To zestaw pięknej muzyki, która intryguje, zaciekawia oraz daje sporo powietrza, absolutnie inna od Anathemy. Monotonna? absolutnie nie.

8/10

Radosław Ostrowski

Black Rebel Motorcycle Club – Wrong Creatures

c67480db-d724-424b-b02c-d4184c1f0211

Na początku wieków to amerykańskie trio było mega popularne, a grupa pod wodzą Roberta Levona Beena w swoim kraju otoczona jest wiernym gronem odbiorców. Ci musieli czekać pięć lat na nowe wydawnictwo, które zaspokoi ich apetyty na garażowe, grunge’owe granie. Więc powinno być brudno, ostro oraz głośno?

Początek w postaci będącego intrem “DFF” jest pełen mroku, nakładających się głosów oraz oszczędnej perkusji, przypominającej uderzenia bębnów, by przejść do środka chropowatości zmieszanego z agresywniejszym country, czyli “Spook” oraz dość mrocznie brzmiącą elektroniką w tle, pełnym przesterów “King of Bones”. Dziwnie melodyjny to utwór, ale potem wszystko spowalnia w “Haunt”, brzmiącym niczym senny koszmar, co jest spowodowane bardzo specyficzną grą gitary. Bliżej do Lou Reeda jest dziwnie eteryczne “Echo”, chociaż w refrenie odzywa się mocniejsze uderzenie perkusyjno-gitarowe. Równie melancholijne jest “Ninth Configuration”, przynajmniej na początku, by coraz bardziej się rozkręcić swoje hałaśliwe gitary. Na podobnym tonie wygrywa “Questions of Faith” oraz najbardziej oniryczny w całym zestawieniu “Calling Them All Away”. Czy to znaczy, że nie ma szybszych, bardziej żwawych numerów? Jest bardzo “pobrudzony” “Little Things Gone Wild”, z drugiej dziwaczny “Circus Bazooko” ze skoczną, niemal “cyrkową” elektroniką.

Trudno odmówić całości klimatu, pełnego mroku, brudu zmieszanego z melancholia, chociaż melodię troszkę szlag trafił. Także bardzo eteryczny, wręcz wycofany wokal Beena może wprawić w konsternację. Bliżej jest tu klimat to garażowych brzmień lat 90., a dość długi czas trwania utworów wielu może zniechęcić. Czy te kawałki nadają się do jazdy na motorze? Sami spróbujcie się przekonać.

7/10

Radosław Ostrowski

Dolores O’Riordan – No Baggage

No_Baggage_-_Dolores_O_Riordan

Minęły dwa lata, debiut rozszedł się w całkiem przyzwoitym nakładzie (350 tysięcy egzemplarzy), więc trzeba było pójść za ciosem. Składu nie zmieniono, stylistyki też nie, więc czy druga (i ostatnia) solowa płyta mogła dorównać – albo przebić – debiutowi?

Pozornie nic się nie zmieniło, chociaż otwierający całość “Switch Off the Moment” ma lekko bluesowe zacięcie (ten bas oraz perkusja). Ale gitara nadal jest mocna i hałaśliwa, a tempo chwytliwe. Pełen zadziorności jest też “Skeleton” oraz pozornie spokojny “It’s You”. Pojawiają się jednak pewne nieoczywiste element: etniczna perkusja (początek “The Journey” czy wycofany “Stupid”), mocniej wyczuwalny bas (mroczne “Be Careful”), orientalne flety (“Throw Your Arms Around Me”), nawet klawisze są takie cieplejsze (“Fly Through”). Jest też inna, bardziej rozmarzona wersja “Apple of My Eye” czy grana na fortepian “Lunatic”. Tylko, że to wszystko wylatuje z ucha szybciej niż powinno, co jest przynajmniej zagadkowe.Pozornie jest bardziej gitarowo i rockowo, ale też bardziej nijakie, więcej tu hałasu niż melodii.

Chociaż Dolores też się stara jak może, parokrotnie czarując swoim głosem, to jest za mało, by skupić uwagę na dłużej niż tylko jeden odsłuch.

5/10

Radosław Ostrowski

Dolores O’Riordan – Are You Listening?

Are_you_listening_cover

15 stycznia tego roku dotarła smutna wiadomość: zmarła Dolores O’Riordan, frontmanka bardzo popularnej w latach 90. formacji The Cranberries. Artystka pracowała nad nowym materiałem, którego raczej już nie usłyszymy. Jednak zamiast opowiedzieć o albumach zrealizowanych z macierzystą formacją, bardziej się skupię na solowych dokonaniach. Kiedy w 2003 roku, The Cranberries ogłosiło koniec działalności, wokalistka postanowiła spróbować swoich sil jako solistka I w cztery lata później światło dzienne ujrzał album “Are You Listening?”, który wyprodukowała wspólnie z Danem Brodbeckiem. Co wyszło z tego połączenia?

Chwytliwe “Ordinary Day” z melancholijną gitarą promowało całość, utrzymaną w stylu pop-rockowym. Chwytliwe, energetycznie i z pazurem. Podobnie, choć mocniej daje “When We Were Young”, gdzie gitara jest bardziej głośna. I wtedy następuje uspokojenie w postaci bardzo delikatnego “In The Garden”, z ciepłą elektroniką, smyczkami, tworzącymi wręcz bajkowy klimat, który zostaje brutalnie przerwany ostre wejście gitary elektrycznej, troszkę wybijając mnie z rownowagi. Szybki, pianistyczny “Human Spirit” okraszony jeszcze fletem przywrócił wiarę w magię, ale im dalej, tym ostrzej, wręcz grunge’owo jak w “Loser”, szybszy w refrenach “October”  czy cięższy “Stay with Me” okraszony bardzo łagodnym wstępem, ale też pojawiają się ładniejsze piosenki pokroju “Apple of My Eye”, bardziej niepokojący “Black Widow”, gdzie wokale chodzą niczym echo, a fortepian gra niczym zapętlony, by mocniej walnąć riffami czy niemal folkowy, pełen uroczych wokaliz “Accept Things”.

Dolores wokalnie pozwala sobie na więcej niż w The Cranberries, stając się bardziej ekspresyjna niż zwykle. I to mnie parę razy zaskoczyło, ale zawsze miała bardzo wyrazisty głos. I to dziwnie się zgrywa z resztą brzmienia, choć za pierwszym może to wywołać konsternację. Czy jest to udana płyta? Tak, z przyzwoitą muzyką do słuchania (czasami) we dwoje, chociaż ma więcej ognia spod znaku gitarowych solówek. Co nie musi przeszkadzać, więc posłuchacie?

7/10

Radosław Ostrowski

Mike Oldfield – Five Miles Out

Mike_oldfield_five_miles_out_album_cover

Dla fanów bardziej ambitnej muzyki Mike Oldfield na zawsze pozostanie twórcą legendarnego “Tubular Bells”. Jednak ten multiinstrumentalista próbował – z mniejszym lub większym skutkiem – podbijać światowe listy przebojów tworząc chwytliwe, pop-rockowe kawałki takie jak “Moonlight Shadow” czy “To France”. Nie inaczej było w przypadku pochodzącej z 1982 roku płyty “Five Miles Out”.

I tak jak w tym okresie, maestro zaczyna całość od potężnej suity, tutaj nazwanej “Taurus II”. Tutaj mamy grany motyw wykorzystany w tytułowym utworze, grany na gitarze. Sama kompozycja to dźwiękowy kolaż, mieszający rocka, folk z elektroniką, zmieniając kompletnie tempo, aranżację, nastrój, skupiając się na jednym motywie oraz dając ogromne pole do popisu dla Oldfielda (a także dla śpiewającej Maggie Reilly), który większy nacisk dał na rocka i elektronice. I ta druga dominuje przy “Family Man”, pełniąc role tła dla wokalu Szkotki, bardziej rock’n’rollowych solówek Mike’a oraz perkusyjnym uderzeń. Spokój wraca w niemal baśniowym “Orabidoo”, zaczynającym się cudnymi dźwiękami niczym z małych cymbałków i gitary, do którego dołącza perkusja oraz przemielony przez vocodera głos samego Oldfielda, który – na moje nieszczęście – brzmi kompletnie niezrozumiale. Pod koniec nagle fortepian, klawisze oraz gitara dostają totalnego przyspieszenia, by wejść w bardziej podniosły, wręcz przygnębiający nastrój, wracając do melodii z początku. Bardziej “orientalnie” za to wypada zanurzony w elektronice “Mount Teidi”, by zaatakować utworem tytułowym, gdzie nie brakuje porywających solówek gitar, mocnych uderzeń perkusji (także elektronicznej), ciepłego głosu Reilly oraz bardziej zrozumiałego, choć przemielonego cyfrowo Oldfielda. A na sam koniec dostajemy zgrabną, ładną miniaturkę w postaci “Wldberg (The Peak)” oraz wersję demo “Five Miles Out”, gdzie przewodzi wokal Reilly, wnosząc całość na wyższy poziom.

Ale, ale w 2013 roku wyszedł remaster ten płyty, nie tylko z cyfrowo przerobionym dźwiękiem, lecz dodatkowym CD z zapisem koncertu Oldfielda w Kolonii podczas trasy promującej płytę. Poza utworami z tej płyty, usłyszano m.in. “Tubular Bells” (w troszkę innej aranżacji, zabarwione nawet lekko orientalnymi wstawkami w postaci fletów, gdzie pod koniec zostaje przedstawione skład) czy “Mirage”, co tylko podnosi wartość wydawnictwa.

I muszę przyznać, że po latach “Five Miles Out” ciągle się broni swoim brzmieniem, chociaż troszkę czuć lekką naftalinę (elektronika zawsze się szybko starzeje). Oldfield daje poruszającą muzykę, niepozbawioną potencjału komercyjnego (w dobrym znaczeniu tego słowa). Już tutaj widać pewien potencjał do robienia hitów, pozostając jednak w duchu progresywnego rocka.

8/10

Radosław Ostrowski

Steve Nash & Turntable Orchestra – Out of Fade

out-of-fade-b-iext48875983

Czy jest dzisiaj możliwe tworzenie czegoś nowego, świeżego oraz kreatywnego? Jak się okazuje, Steve Nash ma taki pomysł. Jego Turntable Orkiestra to połączenie klasycznej orkiestry z elektroniką grana na… gramofonach oraz żywych instrumentach. Tego muzyka wspiera 7 DJ-ów oraz kameralna orkiestra. Z tego pomieszania powstał debiutancki album „Out of Fade”.

Zaczyna się delikatnym „Mazurkiem” z drobnymi plumkaniami smyczków, wejścia skrzypiec oraz fortepianu. Najbardziej zaskakuje to, ze słychać gdzie został użyty gramofon, a sklejenie tego z bitami robi porażające wrażenie, jeszcze bardziej podkręcając rytm tego wariackiego eksperymentu. Delikatne instrumenty w połączeniu z bardziej żywiołowym i współczesnym podkładem musiało wystrzelić, mimo śladowego udziału gości wokalnych jak Bisz, Joe Kickass i O.S.T.R. Podniosły, chociaż jednocześnie płynny „America”, bardzo rozbudowany aranżacyjnie „Epic”, który brzmi… epicko (a jakże by inaczej!), przepięknie wygrywający fortepian zmieszany z klasycznym bitem („Karimuticz” z kapitalnymi skreczami) oraz solem skrzypiec na końcu, bardzo mroczne „Źródło”, gdzie zapętlony fortepian budzi niepokój, przyspieszający walc miesza się z jazzem („Celebration”), mieszamy sample, strzały, smyczki, perkusyjne popisy, skrecze („Fuga”), do tego jeszcze przemielone głosy (ciepły „Summertime”). Muzyka jest tak bogata aranżacyjnie, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać, a Nash potwierdza niesamowity zmysł aranżacyjno-muzyczny.

„Out of Fade” po prostu się wciąga niczym najlepszy towar u dilera, gdzie dochodzi do dość nieoczywistych połączeń. Jeszcze nie słyszałem, by ktoś spoza środowiska hip-hopowego wykorzystywał gramofony jako instrument. Absolutnie warto sięgnąć po tą nieoczywistą muzykę, działającą niemal na wszystkie zmysły.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stereophonics – Scream Above the Sounds

Stereophonics_-_Scream_Above_the_Sounds_%28Album_artwork%29

Darzę bardzo dużą sympatię tą walijską formację prowadzoną przez Kelly’ego Jonesa. Pozamiatali konkurencję nagranym pięć lat temu albumem “Graffiti on the Train”, doprowadzając swoich fanów do ekstazy. Następca tego dzieła “Keep the Village Alive”, spotkał się z chłodniejszym odbiorem, więc teraz pora było podnieść się do góry. Czy tak będzie ze “Scream Above The Sounds”?

Zaczyna się od niezłego, gitarowego oraz tanecznego “Caught by the Wind”, by pójść w stronę retro rocka z lat 80. w postaci “Taken a Tumble”. Można to rozpoznać po brzmieniu gitar, perkusji oraz odrobinę “podrasowanym” wokalu w refrenie. Troszkę romantycznie się robi przy “What’s All The Fuss About?” z pięknie grającą trąbką w tle oraz bardziej mechanicznym, pełnym zgrabnej elektroniki “Geronimo” z przesterowaną gitarą, finałowym szaleństwem fortepianu oraz… saksofonem. Za to ogromnym zaskoczeniem była dla mnie wyciszona, wręcz eteryczna ballada “All in One Night” inspirowana filmem “Victoria”, pokazująca łagodniejsze oblicze zespołu. W wersji deluxe tego wydawnictwa jest też w wersji unplugged, równie ładna. Mocniej I zadziorniej wybrzmiewa “Chances Are”, ale potem wchodzi grana tylko przez fortepian “Before Anyone Knew Our Name”, potrafiąca chwycić za serce nawet największego twardziela. Zdarzają się troszkę spokojniejsze skręty jak “Would You Believe?”, ale też i bardziej rockowe popisy w postaci pełnego ognia “Cryin’ In Your Beer” czy delikatnego “Elevators”.

Kelly Jones ze swoim chropowatym głosem ubarwia każdy kawałek, co zawsze jest dużym plusem. Potrafi poruszyć, chwycić za gardło i ma w sobie tyle charyzmy, że można obdzielić wielu innych wokalistów. Fani powinni też sięgnąć po wersję deluxe z dwoma utworami w wersji unplugged oraz trzy piosenki ekstra. Nie jest to może poziom “Graffiti on The Train”, ale jest lepiej od poprzednika.

7,5/10

Radosław Ostrowski