Stereophonics – Scream Above the Sounds

Stereophonics_-_Scream_Above_the_Sounds_%28Album_artwork%29

Darzę bardzo dużą sympatię tą walijską formację prowadzoną przez Kelly’ego Jonesa. Pozamiatali konkurencję nagranym pięć lat temu albumem “Graffiti on the Train”, doprowadzając swoich fanów do ekstazy. Następca tego dzieła “Keep the Village Alive”, spotkał się z chłodniejszym odbiorem, więc teraz pora było podnieść się do góry. Czy tak będzie ze “Scream Above The Sounds”?

Zaczyna się od niezłego, gitarowego oraz tanecznego “Caught by the Wind”, by pójść w stronę retro rocka z lat 80. w postaci “Taken a Tumble”. Można to rozpoznać po brzmieniu gitar, perkusji oraz odrobinę “podrasowanym” wokalu w refrenie. Troszkę romantycznie się robi przy “What’s All The Fuss About?” z pięknie grającą trąbką w tle oraz bardziej mechanicznym, pełnym zgrabnej elektroniki “Geronimo” z przesterowaną gitarą, finałowym szaleństwem fortepianu oraz… saksofonem. Za to ogromnym zaskoczeniem była dla mnie wyciszona, wręcz eteryczna ballada “All in One Night” inspirowana filmem “Victoria”, pokazująca łagodniejsze oblicze zespołu. W wersji deluxe tego wydawnictwa jest też w wersji unplugged, równie ładna. Mocniej I zadziorniej wybrzmiewa “Chances Are”, ale potem wchodzi grana tylko przez fortepian “Before Anyone Knew Our Name”, potrafiąca chwycić za serce nawet największego twardziela. Zdarzają się troszkę spokojniejsze skręty jak “Would You Believe?”, ale też i bardziej rockowe popisy w postaci pełnego ognia “Cryin’ In Your Beer” czy delikatnego “Elevators”.

Kelly Jones ze swoim chropowatym głosem ubarwia każdy kawałek, co zawsze jest dużym plusem. Potrafi poruszyć, chwycić za gardło i ma w sobie tyle charyzmy, że można obdzielić wielu innych wokalistów. Fani powinni też sięgnąć po wersję deluxe z dwoma utworami w wersji unplugged oraz trzy piosenki ekstra. Nie jest to może poziom “Graffiti on The Train”, ale jest lepiej od poprzednika.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sztywny Pal Azji – Szara

00002991-8499

Pamiętaci takie utwory jak “Kurort” czy “Wieża radości, wieża samotności”? Te utwory wykonywała jedna z legend lat 80., czyli Sztywny Pal Azji. Grupa kierowana przez gitarzystę Jarosława Kisińskiego, wsparta przez bardzo rozpoznawalny wokal Leszka Nowaka. Po drodze było wiele perturbacji oraz roszad (także za mikrofonem), ale cztery lata temu wyklarował się skład: Nowak, Kisiński, Paweł Nazimek (gitara basowa), Zbigniew Ciaputa (perkusja) oraz młodsza krew w postaci klawiszowca Wojciecha Wołyniaka i gitarzysty Krystiana Różyckiego. W tym właśnie składzie powstał 14 (!!!) album zespołu “Szara”.

I muszę przyznać, że zaskoczyło mnie to, iż muzycy (pozornie) stoją w miejscu, czyli czerpią garściami z czasów swojej świetności – lat 80., co czuć nawet w brzmieniu gitar. Zdziwienie może wprawić opener w postaci “Iluminacji” z recytującym Mirosławem Baką, którego się nie spodziewałem. Znacznie szybszy jest “Eskimos”, pełen gitarowego tańca oraz szybkich uderzeń perkusji. Bardziej melancholijnie robi się w oszczędnym “Pamiętniku”, by wrócić do niepokoju w “5 dni”, gdzie gitara z wiolonczelą tworzą klimat. “Wstyd” rownie dobrze mogło zagrać R.E.M., a inspiracja “Małym Księciem” wydaje się bardzo silne. Podobny ton wybrzmiewa w “5000” czy bardziej idącym ku nowej fali “Tess”. Ale nic nie jest w stanie przygotować na “Luxtorpedę” grana na ukulele, puzon oraz klarnet, delikatnie płynąc w stronę jazzu. Do tego jeszcze dziecięcy chórek w refrenie. Nawet reggae się pojawia (“17 kwietnia”) z akordeonem w tle czy powoli pędzący “Pocałunek w Rzymie”. Melancholia wraca w “Jezusie” oraz troszkę dynamicznym “Świetle”.

Nowak nadal jest w dobrej dyspozycji wokalnej, poza nim udziela się też Kisiński oraz Baka, którego melorecytacje współgrają zarówno z tekstem (“Wstyd’), jak i nastrojem poszczególnej piosenki. A tekstowo poza melancholijnymi opowieściami miłosnymi, mamy tu odrobinę wspomnień (“5 dni”), alkoholizm (“Wstyd”), śmierć (“Jezus”) czy zdradę (“czy to ty, czy to ja”), tworząc bardzo różnorodną paletę.

Wbrew tytułowi “Szara” ma w sobie więcej barw niż można byłoby podejrzewać i pokazuje, że Sztywny Pal Azji potrafi zaskoczyć. Bywa i romantyczny, jak też bardziej refleksyjny, co jest dużym plusem, chociaż jest parę nieoczywistych niespodzianek (“Luxtorpeda”). Zazdrościć formy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Morrissey – Low in High School

LOW_IN_HIGH_SCHOOL_900X900

Ostatnio o Morrisseyu zrobiło się głośno, gdy stanął w obronie Harveya Weinsteina oraz Kevina Spacey, po drodze wydał powieść. Ale postanowił przypomnieć o sobie na polu muzycznym wydając po trzech latach nowym wydawnictwem. Tylko, czy poza szumem warto sobie zawracać głowę tym wydawnictwem?

Producencko „Low in High School” wsparł Joe Chiccarelli, z którym już pracował przy poprzedniej płycie. I już okładka zapowiada, że (tekstowo) łagodnie nie będzie. A jak muzycznie? Mieszanka popu, rocka i innych stylów jest tutaj normą, a początek to odgłos słonia, szybka perkusja sklejona z marszowym rytmem, metalicznym basem oraz „pobrudzoną” gitarą „My Love, I’d Do Anything for You”. Działa to bardzo pobudzająco, czego nie są w stanie zmienić wplecione dęciaki. A potem następuje wolta w stronę taneczno-chropowatej elektroniki przy delikatnym „I Wish You Lonely” oraz odrobię mrocznym (smyczki w tle) „Jacky’s Only Happy When She’s Up On The Stage”), ocierającym się o prostego rock’n’rolla. I niech was nie zmylą dzwoneczki w „Home Is a Question Mark”, bo to bardzo smutne, melancholijne brzmienie cięższe emocjonalnie od The Smiths. Melodyjnie trafia zgrabniutki „Spent The Day in Bed”, dodając troszkę ciepła oraz bardzo trafne przesłanie, by „być dobrym dla siebie” i „przestać oglądać wiadomości”, ale niepokojąco się robi w lekko militarnym i mającym długi wstęp „I Bury the Living”, gdzie gitara brzmi niczym niebezpieczna fala, w każdej chwili mogąca eksplodować. Przygnębiający jest zdominowany przez fortepian „In Your Lap” oraz oparty lekko egzotycznym posmakiem „The Girl from Tel-Aviv Who Wouldn’t Kneel”. Ale końcówka robi się lekko nudnawa, mim prób urozmaicenia (dynamiczne flamenco „When You Open Your Legs” czy bardzo chropowate „Who Will Protect Us from Police?”)

Wokalnie Morrissey brzmi jak… Morrrissey i nie wygląda na to, że miałoby się coś zmienić na tym polu. Tekstowo Moz nadal mówi dość krytycznie o świecie, opisując zarówno ogłupiająca siłę mediów („Spent the Day in Bed”), kwestię uzależnienia od sławy („Jacky’s Only Happy When She’s Up On The Stage”), wojny („I Bury The Living”), brutalności („Who Will Protect Us from Police?”) i zmusza ciągle do myślenia.

Morrissey ciągle utrzymuje formę, mimo kilku potknięć blisko mety. Na szczęście nie są w stanie zepsuć tego dobrego wrażenia obcowania z ciekawym dziełem, prowokującym do refleksji oraz na tyle urozmaiconym dźwiękowo, by nie czuć znużenia.

7/10

Radosław Ostrowski

De Press – Product (remaster)

product-kscd-17-front

Pamiętacie taką piosenkę “Bo jo cie kochom”? Aż trudno mi było uwierzyć, ze ten energetyczny kawałek, będący rockową wersją góralskiej pieśni powstał w 1981 (!!!!) roku, stając się największym (i jedynym) hitem zespołu De Press. Grupie od początku przewodzi Andrej Nebb, czyli Andrzej Dziubek ostatnio tworzący albo płyty z pieśniami o żołnierzach wyklętych, albo ważnych wydarzeniach historycznych. Ale na początku, gdy poza wokalistą grupę była składem polsko-norweskim (gitarzysta Jorn Christensen oraz perkusista Ola Snortheim), czuli w sobie ducha punk rocka spod samiuśkich Tater. I o tym przypomina wznowiony w zeszłym roku drugi album tria “Product” z 1982 roku, który wreszcie został wydany na kompakcie.

Album ten wyprodukował John Leckie, który potem współpracował z takimi kapelami jak XTC, The Stone Roses czy Radiohead. To punk polany nowofalowym sosem, co czuć już w otwierającym całość chłodnym, choć szybkim „The Fatal Day” z obowiązkowym, metalicznym basem. Już tutaj mocno się czuje ducha Joy Division (symbioza między gitarą a basem są wręcz identyczne jak te duetu Hook/Summer). Troszkę spokojnie robi się w perkusyjnym wstępie „In a Position to Know”, do którego dołącza bardziej rozmarzona gitara, ale wszystko robi się takie bardziej mroczne. Skoczniej się robi przy rozpędzonym „Passages”, gdzie gitara elektryczna spotyka akustyczną, podkręcając tempo, by (niczym w przekładańcu) pozornie uspokoić sprawę w „In A Crowed Room”, znowu zapuszczając w rejony mroku (niepokojące, „organowe” klawisze, bardziej gęsta gitara) i depresji, gdzie Dziubek wręcz krzyczy w refrenie. Znacznie mocniejsze są „Signals”, gdzie riffy coraz bardziej są mięsiste, troszkę przypominający… rozpędzony Maanam, tylko bardziej punkowy. Pozornie romantyczny jest utwór tytułowy, lecz czuć niepokój, co jest zasługą dziwnie nieprzyjemnych riffów. Całość brzmi bardzo energetycznie, ale jednocześnie ma w sobie taki punkowo-chłodny posmak dający radę nawet dzisiaj.

Zaś co do samego Dziubka vel Nebba, to jego angielszczyzna wypada całkiem nieźle i zrozumiale, a to nie jest takie proste. Po polsku śpiewa tylko raz w finałowym „Świentym pokoju” (pisownia oryginalna), a to oblicze De Press bardziej do mnie przemawia. Szkoda, że frontman uważa inaczej, ale to temat na osobną historię.

8/10

Radosław Ostrowski

Dreamcar – Dreamcar

Dreamcar

Nie lubię określenia supergrupa, ale czasami pasuje do określonych formacji. Czy taką ekipą będzie Dreamcar. Zespół ten tworzą wokalista AFI Devey Havok oraz muzycy No Doubt: gitarzysta Tom Dumont, basista Tony Kanal i perkusista Adrian Young. Czyli No Doubt bez Gwen Stefani na pokładzie. Czy ta zmiana bylaby dobra dla fanów zespołu?

Od strony producenckiej wsparł ich gitarzysta Supercult Tony Pagnotta i czuć rockowego ducha pod postacią św. Punka z nowofalowymi dźwiękami klawiszy. Tak jest w otwierającym całość “After I Confessed”, pełen kopa, szybkiego tempa oraz perkusyjnych popisów. Pozornie spokojniejszy (poza refrenem) jest singlowy “Kill for Candy” oraz rozkręcający się “Born To Lie” mają wszelkie zadatki na koncertowe killer. Pozytywnie zaskakuje taneczny “On the Charts” z metalicznym basem, funkową gitarą i nowofalowymi klawiszami, rozpędzający się, skoczny “All of the Dead Girls” czy bardziej surowy, odjechany “Ever Lonely”. Wolniej robi się przy “Slip on the Moon” czy pełnym tnących gitar “Don’t Let Me Love”, jednak to tylko krótkie przystanki w tym rozpędzonym pociągu, który jest melodyjny, chwytliwy oraz przebojowy jak tylko się to da.

A jak sobie poradził Havok? Ma zaskakująco delikatny głos, bardziej przypominający brytyjskich wokalistów z lat 80. pokroju Simona Le Bon z Duran Duran, co pasuje do tej stylistyki. Intrygująca, miejscami mroczna, ale bardzo energetyczna mieszanka, dająca miejscami prawdziwego kopa. Na karnawał parę numerów będzie pasować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

ZZ Ward – The Storm

The_Storm_ZZ_Ward_Album_Cover_2017

Jedyne skojarzenie jakie mam z ZZ w muzyce, to legendarny ZZ Top. Ale pojawił się ktoś, kto również ma ZZ w nazwie i chce dołączyć do grona wielkich świata nut. To amerykańska wokalistka bluesowa Zsuzsanna Eva Ward, bardziej znana jako ZZ Ward. Glośniej się o niej zrobiło, gdy nagrała piosenkę do trzeciej części “Aut”, ale czy cała “The Storm” jest równie interesująca?

Powiedzmy, że sklejka blues rocka (nawet łagodnego) z popem i rapem to rzadka mieszanka. Początek to skoczny “Ghost” z oszczędną aranżacją (gitary, “klaskana” perkusja, wokalizy w tle), któremu bliżej do popowych gwiazdek, ale słucha się tego bezboleśnie. Troszkę lepiej jest w “Cannonball” nie tylko za sprawą silniejszej obecności gitar oraz harmonijki (i tu czuć bluesa), a udział niejakiego Fantastic Negrito wnosi ten utwór na wyższy poziom, czego nie są w stanie zepsuć “bitowa” perkusja. Dalej jest różnie, choć bardziej lightowo: szybsza “Help Me Mama”, oparta na pianinie piosenka tytułowa, pstrykane “Domino” nasycone elektroniką, smyczkami I fortepianem, próbujący łączy gitary z tłustym bitem “Let It Burn” czy przemielone dźwięki w “She Ain’t Me”. Czyli wszystko to, czego się obawiałem najbardziej.

Najlepsze wrażenie zrobiły na mnie dwa utwory: delikatna balladka “If U Stayed” oraz troszkę mocniejszy i dynamiczny “Ride”, gdzie udzielił się także Gary Clark Jr. Nawet wokal samej Ward nie wybija się specjalnie ze stanów średnich, ale nie czuć różnicy między nią a choćby taką Keshą. “The Storm” to niestety stracony czas I typowa produkcja taśmowa.

5/10

Radosław Ostrowski

Artur Rojek – Koncert w NOSPR

koncert-w-nospr-w-iext51386570

Każdy fan polskiej muzyki alternatywnej zna i kojarzy Artura Rojka. Przez wiele lat był frontmanem przebojowej grupy Myslovitz, kieruje Off Festiwalem, a potem odszedł z macierzystej formacji już jako solista. Cztery lata temu wydał swój debiut “Składam się z ciągłych powtórzeń”, a niedawno wyszedł nowy album. Tylko, że jest to płyta koncertowa, zapis nagrania z sali Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach dnia 29 listopada 2015 roku. Co z tego wyszło?

Połączenie brzmień alternatywnych z orkiestrą symfoniczną wydaje się niczym nowym, ale tutaj to naprawdę działa. Zaczyna się od spokojnego, lecz coraz bardziej niepokojącego “Pomysłu 2”. Powolne, konsekwentnie wolne uderzenia perkusji zaczynają się nasilać, a gdy dołącza perkusja I fortepiano można odnieść wrażenie, że to Nick Cave przyszedł gościnnie zaśpiewać u Rojka. Nawet ta trąbka na końcu tu idealnie pasuje, a aranżacje nie są jeden do jeden. Pojawia się chór (“Lato ‘76”), mocniej zaakcentowano gitary (skoczne “To, co będzie”, pełne elektroniki “Krótkie momenty skupienia” czy lekko westernowy “Kokon”), dorzucono niepokojące smyczki (“Czas, który pozostał”, gdzie jeszcze są przyciężkie dęciaki, “Lekkość”).

Rojek sięga nie tylko po materiał ze swojej płyty, ale mierzy się zarówno z Myslovitz (śpiewana razem z publicznością “Długość dźwięku samotności”, “Chciałbym umrzeć z miłości”), Julio Iglesiasa (“Cucurrucucu Paloma”), a nawet Lenny Valentino (“Dla taty”) i dobrze sobie radzi ze swoim głosem, a nawet drobne fałsze nie psują energii jaką czuć podczas tego występu. Nawet ta “Beksa” (bardziej ekspresyjna) nie wywoływała irytacji i pokazuje, że jest sens robienia albumów koncertowych. Cudne.

8/10

Radosław Ostrowski

Anna of the North – Lovers

37409964_350_350

Jeden z tych debiutów, który mignął mi przed uszami w roku 2017, ale nie miałem okazji zapoznać się z całym albumem. Już sam pseudonim mnie zaintrygował i nie jest on przypadkowa, bo Anna Lotterud rzeczywiście jest z Północy, bo z norweskiego Gjovik. Co mogło dać norweskie pochodzenie i popowe brzmienie?

Zaskakująco świeże i przyjemne dźwięki, pełne synthpopowych naleciałości. Zaczyna się od ciepłego, bardzo przestrzennego “Moving On”, gdzie mamy dźwięki strumyka, elektroniczną perkusję oraz gitarę. Stylówka na lata 80. znana bardziej ostatnio z płyt La Roux czy pierwszych Goldfrapp sprawdza się też tutaj, a jeszcze bardziej zaskakuje pewne przyspieszenie w drugiej części utworu. Bardziej majestatycznie oraz mocniej (co jest zasługą perkusji) czaruje “Someone” mające ogromny potencjał, by zaszaleć na dyskotekach świata, by przejść do bardziej rozmarzonego, wręcz oszczędnego “Lovers” oraz minimalistycznego “Money” z nakładającymi się głosami, który też mógłby szaleć na dyskotekach. A im dalej w las, tym bardziej muzyka staje się taka “rozmarzona”, bardziej spokojna, z eterycznymi dźwiękami syntezatorów, chociaż te wolniejsze numery troszkę przynudzają. Nie brakuje również mocnej, tanecznej perkusji (“Feels”, końcówka “Baby” czy “cykający” “Friends”), ale pod koniec czuć lekkie znużenie.

Sama Anna ma głos taki bardzo delikatny, wręcz można by rzec dziewczęcy, bardzo zaskakująco dobrze współgrający z tą dyskotekowo-taneczną muzyką, która daje jej wiele miejsca do popisu. W połączeniu z chwytliwą muzyką oraz tekstami dała do karnawałową petardę. Warto było posłuchać tej płyty teraz, a nie jesienią. Zakochacie się w niej.

8/10

Radosław Ostrowski

Van Morrison – Roll with the Punches

Van_Morrison_Roll_with_the_Punches

Pochodzący z Irlandii Północnej soulowy wokalista Van Morrison nagrywa i śpiewa od połowy lat 60. Mimo, że nie był w stanie przebić swojego pierwszego hitu “Brown Eyes Girl”, to jednak sprawia mu to sporo frajdy. W zeszłym roku wydał aż dwie płyty i tą pierwszą postanowiłem wziąć na pierwszy odstrzał, czyli “Roll with The Punches”.

Na płytę pozapraszał kilku dobrych muzyków (m.in. gitarzystę Jeffa Becka, harmonijkarza Paula Jonesa czy klawiszowca George’a Fame’a) I znowu sięga po cudze kompozycje. Na szczęście, jest kilka własnych dzieł jak utwór tytułowy, naznaczony bluesowym sznytem, chwytliwym Hammondem oraz mocną perkusją, by dać moment na wyciszenie w delikatnym “Transformation”, nabierającym pod koniec prawdziwego rozpędu. Po drodze zahaczymy o rytmicznego rock’n’rolla (“I Can Tell” z cudnymi chórkami), klasycznego bluesa (sklejka “Stormy Monday/Lonely Avenue” czy “Fame”), mocno pozwala zaszaleć harmonijce (“Goin’ To Chicago”, “Automobile Blues”) czy przyprawić szczyptą jazzu (dęciaki w “Too Much Trouble” czy brawurowy fortepian w “How far from God”). Czasem pozwala sobie na odrobinę melancholii (“Bring It On Home to Me”), by zaraz po tym przyjemnie pobujać (“Teardrops from My Eyes”) oraz rozkręcić wszystkich (“Benediction” czy gitarowe “Ride On Josephine”).

Morrison nadal jest w dobrej wokalnej dyspozycji, śpiewa z takim luzem, jakby nikomu już niczego nie musi udowadniać. Czuć wielką frajdę, dystans oraz wyczucie, a wszystko zrobione fachowo, różnorodnie oraz na bogato. Aż dziwne, że Van Morrison ciągle jest w wielkiej formie. Pozazdrościć.

8/10

Radosław Ostrowski

Alvvays – Antisocialites

Antisocialites_-_Alvvays_%28Band%29_Album_Cover

Kanada coraz bardziej przebija się do muzycznej świadomości wielu słuchaczy. Z młodego pokolenia muzyków do tego grona rozpoznawalnych kapel próbuje się przebić zespół Alvvays. Cztery lata temu wydali swój debiutancki album nazwany po prostu “Alvvays”. Po trzech zdecydowali się przypomnieć o sobie I grupa z czarującą wokalistką Kerri MacLellan wskoczyła z nowym materiałem.

“Antisocialites” tym razem wyprodukował gitarzysta formacji Alex O’Hanley, a wszystko nadal idzie w stronę indie popu. Dużo jest tutaj inspiracji popem lat 80., pełnym elektronicznego pasażu (otwierające całość rozmarzone “In Undertow” z lekko punkową gitarą w tle) i ten kierunek utrzymany jest aż do samego końca. Czasem tempo się uspokaja jak w przeplatanym nakładającym się wokalem “Dreams Tonite”, czasem przyspiesza jak w pełnym gitar, nie pozbawionym liryzmu punkowym “Plimsoll Punks”, a nawet galopuje jak w “brudnym” i dynamicznym “Your Type”, chropowatym “Hey” czy rozpędzonym “Lollipop (Ode to Jim)”. Jednak te drobne zmiany podtrzymują lekko romantyczny, wręcz oniryczny klimat tak jak mieszający gitary z klawiszami a’la Air “Not My Baby” czy z dziwacznie przesterowanymi riffami “Already Gone”.

I do tego wszystkiego bardzo delikatny, wręcz dziewczęcy głos MacLellan odnajdujący się w tym całym pokręconym brzmieniu między popem, elektroniką a punkiem. Wszystko to jest w odpowiednio wyważonych proporcjach i troszkę szkoda, że jest tylko 10 piosenek. Aż chciałoby się dłużej pobyć z Alvvays, bo tak lekkiego, bezpretensjonalnego grania, pełnego energii nigdy dość.

7,5/10

Radosław Ostrowski