The Rolling Stones – On Air

The-Rolling-Stones-On-Air

Stonesi ciągle są w formie, koncertują oraz ciągle rzucają jakieś albumowe rarytasy dla swoich fanów (a to remaster, a to albumy live) i nie inaczej jest z “On Air”. Jest to kompilacja nagrań ze studia BBC z różnych audycji na  początku działalności grupy (lata 1963-65). Wygrzebano je z archiwum radia, poddano cyfrowej obróbce i wydano na kompakcie.

To czyste rock’n’rollowe granie, polane bluesowym sosem (ta harmonijka ustna!!!), pełna zarówno coverów, jak I własnych kompozycji z nieśmiertelnym “I Can’t Get No Satisfaction”. A wśród coverów takie szybkie numery jak “Come On”, “Roll Over Beethoven” (obydwa Chucha Berry’ego), “Route 66”, przepełnione harmonijką “Cops and Robbers”, lekko westernowe “It’s All Over Now” jak I także spokojniejsze numery pokroju “Memphis, Tennessee” czy bardziej melancholijne “The Last Time” I “Cry To Me”. Każda kompozycja jest dość krótka (najdłuższa ma niecałe 4 minuty), ale to wystarczy, by rozkręcić całą imprezę, a wplecione chórki (m.in. w “Mercy, Mercy”) oraz gitarowe popisy Richardsa potrafią skupić uwagę nawet dzisiaj, zaś sekcja rytmiczna zgrywa się w całości, płynąc po morzach rock’n’rollowych fal, czasem skręcając w stronę country (“Mona”).

A Mick Jagger? Cóż, mogę powiedzieć, to jeden z najbardziej wyrazistych wokalistów rockowych I to czuć już tutaj, wykorzystując swój urok. A dla fanów grupy jest jeszcze wersja deluxe z dodatkowym krążkiem z 14 utworami, utrzymującymi bardzo wysoki poziom całości. Bardzo przyjemnego, lekkiego I bezpretensjonalnego rocka, chociaż największe hity miały dopiero powstać. Tutaj jest więcej coverów, ale od czegoś trzeba było zacząć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Truman Show

Poznajcie Trumana Brubanka. To zwykły szaraczek w zwykłym świecie, mieszkający w niemal idealnym miasteczku Seahaven. Pracuje jako agent ubezpieczeniowy, ma piękną żonę-pielęgniarkę oraz kumpla. Żyje w kompletnym spokoju, aż pewnego dnia zauważa swojego ojca. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jego ojciec utonął podczas rejsu. Bo Truman nie wie, a my wiemy od początku, że nasz bohater od początku swojego istnienia jest gwiazdą reality show. I co teraz zrobić?

truman_show1

Kiedy w 1998 roku Peter Weir nakręcił ten film, zaczęły się pojawiać w telewizji programy pokroju relity show, czyli prawdziwi ludzie, prawdziwe emocje filmowane wręcz non stop. Ale na ile to wszystko było manipulacją, a ile „szczerymi” zachowaniami, to kwesta na osobny temat. Ale wizja świata, gdzie wszystko jest częścią przedstawiania, w którym absolutnie nie mamy wpływu na przebieg wydarzeń jest bardzo przerażająca. Weir z jednej strony atakuje telewizję, która kompletnie rozmywa granicę między prawdą a fikcją, jednocześnie dotykając wręcz filozoficznego aspektu naszego życia. Świat, gdzie wszystko z góry jest ustalone, a nasz los przypieczętowany, brzmi tak nieamerykańsko, że aż zastanawiam się kto dał pieniądze na ten film.

truman_show2

Chociaż wiemy, że Truman (rewelacyjny Jim Carrey) jest pionkiem w tej „idealnej” wizji świata wyglądającej niczym z filmów lat 50. (imponująca robota scenografów oraz kostiumologów), to trzymamy za niego kciuki i wierzymy, że wyjdzie z tej złotej klatki. Powoli widzimy jego walkę, determinację oraz próbę przełamania, coraz bardziej zaczyna obserwować pewne stałe zachowania oraz irracjonalne momenty (nagła blokada, zamiast radia słychać polecenia reżysera, a winda jest częścią dekoracji), zmuszające go do zadania kilku pytań o sens wszystkiego. A poczucie nierzeczywistości potęguje jeszcze znakomita praca operatorska z dziwnymi kątami, zmienną perspektywą.

truman_show3

Chociaż zakończenie wydaje się szczęśliwe, to jednak miałem wątpliwości, czy Truman poradzi sobie w naszym, niedoskonałym świecie. A ostatnie zdania pokazują, że silny wpływ ma telewizja. Wolimy wygodę, lenistwo oraz bycie w takie klatce, która daje bezpieczeństwo.

truman_show4

„Truman Show” jest bardzo krytycznym spojrzeniem na świat mediów, mogących wykreować niemal raj na ziemi, ale jednocześnie zmusza do zastanowienia nad sensem życia. Brzmi to prowokacyjnie, ale wizja tego świata coraz bardziej budzi przerażenie. Zwłaszcza dziś, gdy technologia tak posunęła się do przodu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Aferim!

Wołoszczyzna, rok 1835. Sierżant policji Constantin razem ze swoim synem Lonitą wyrusza, by znaleźć uciekiniera. Jest nim Cygan zbiegły z majątku bojara. Panowie ruszają w drogę, spotykając po drodze różnych ludzi i szukając informacji o zbiegu.

aferim1

Rumuński film historyczny – brzmi to co najmniej eklektycznie i być może dlatego dałem się skusić tej historii. Reżyser Radu Juhe pokazuje jak bardzo niewiele zmieniło się mentalnie na świecie, zdominowanym przez rasizm i pogardę wobec innych: Rosjan, Turków, ale przede wszystkim Cyganów, traktowanych tutaj jak czarnoskórych mieszkańców USA przez (niemal) cały XIX wiek. Są po prostu tanią i łatwą do nabycia siłą roboczą, kupowaną na targu (dzieci też), wykorzystywaną zarówno przez bogatych panów, jak i Kościół. To jeszcze są czasy feudalne, które powoli zaczynały wygasać, ale jeszcze nie do końca. Całość toczy się bardzo powoli, a klimatem przypomina wręcz western. Te bardzo tajemnicze plenery, uchwycone na czarno-białej taśmie i ojciec z synem jadący na koniu niczym kowboje z Dzikiego Zachodu. To buduje bardzo specyficzny klimat, chociaż fabuła wydaje się bardzo prościutka, a tempo więcej niż spokojne. Wszystko to okraszone jest niezłymi dialogami oraz czarnym humorem aż do bardzo gorzkiego finału.

aferim2

Zarówno dla ojca, który widział wiele, ale świat dla niego był bardzo prosty, oparty na regułach prawa i sypiącego ciągłymi aforyzmami oraz młodego, troszkę naiwnego syna, któremu przekazuje swoje spojrzenie na świat. Obaj panowie są autentyczni, a wspólne rozmowy mówią o nich więcej niż cokolwiek. Widać silną zażyłość, a kilka scen (mocny monolog księdza czy powrót do magnata) zostanie w pamięci na długo.

aferim3

To miejscami bezwzględne spojrzenie na przeszłość oraz próba rozliczenia się z demonami Rumunów. Zrealizowana bardzo oszczędnie, ale stylowo. Do tego świetnie zagrany i pewnie poprowadzony, dotykający pozornie ogranego tematu z zupełnie innej perspektywy, którą warto docenić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ikar

Rok 2014. Bryan Fogel amatorsko uczestniczy w pewnym trudnym wyścigu kolarskim, który dla amatorów jest tym, czym Tour de France dla zawodowców. I nasz bohater postanawia udowodnić, że obecny system antydopingowy jest do bani. Najpierw ukończy wyścig „czysto”, a następnie zastosuje doping w taki sposób, że żadne laboratorium tego nie wykryje. Pomaga mu w tym rekomendowany przez szefa Laboratorium Olimpijskiego szef rosyjskiego laboratorium antydopingowego, Grigorij Rodczenkow. I wszystko spokojnie idzie z planem, aż do momentu, gdy wybucha w Rosji afera dopingowa, odkryta przez niemieckich dziennikarzy.

ikar1

„Ikar” to przykład dokumentu, w którym życie napisało scenariusz, wywracając pierwotną koncepcję niemal do góry nogami, chociaż cel został osiągnięty. Wszystko idzie bardzo powoli i spokojnie, słyszymy rozmowy Bryana z Grigorijem o środkach, sposobach zażywania, dawkach itp. Ale kiedy dochodzi do odkrycia afery w Rosji i Rodczenkow zostaje wzięty na celownik, całość zmienia kompletnie tempo, zmieniając się wręcz w prawdziwy thriller. I wtedy widzimy gigantyczną skalę wielkiego oszustwa, w który były zamieszane najwyższe osoby w państwie. Jak od lat fałszowano próbki, niszczono pojemniki, co wydawało się nie do pomyślenia. Skala tego całego przekrętu jest niewyobrażalna, że słowa nie są w stanie tego wyrazić.

ikar2

Kolejne rozmowy z Grigorijem, jego ucieczka z Rosji, przekazanie danych do prasy i komisji antydopingowej – to wszystko trzyma w napięciu niczym rasowy thriller, gdzie poczucie zagrożenia oraz paranoi jest bardzo ogromne. Oczernianie, zaprzeczanie, wreszcie pozbywanie się osób niewygodnych dla władzy. Tylko pytanie brzmi, kto jeszcze może być tak mocno umoczony w aferę dopingową. W ilu krajach oraz ilu sportowców jeszcze próbuje grać nieczysto. Choć zachowano klasyczną formę dokumentu (gadające głowy, rysowane wstawki, fragmenty dokumentów) trudno było mi oderwać oczy z przerażenia.

ikar3

Najmocniej widać to było w postawie Rodczenkowa – człowieka dość trudna w ocenie. Z jednej strony człowiek od wielu lat uwikłany w ten brudny proceder, bardzo inteligentny i solidnie wykształcony, ale z drugiej to człowiek „skażony” przez swój kraj. Żyjąc w niemal ciągłej paranoi, niejako działa jak bohater „Rok 1984” stosując dwumyślenie. Dlaczego decyduje się ujawnić całą aferę? Z obawy o własne życie, wyrzuty sumienia? To pozostaje tajemnicą, czyniąc tą postać bardzo niejednoznaczną. Tak jako jak zakończenie – niby zakończone happy endem, jednak z pewną goryczką.

„Ikar” bardzo mocno obnaża świat sportu oraz jego bezsilność w walce z dopingiem. Jeden z bohaterów (szef Laboratorium Olimpijskiego) stwierdza: „Wszyscy biorą”. I zadanie bardzo trudne pytanie o sens imprez sportowych, które są zdominowane przez gigantyczne pieniądze, układy oraz powiązania polityki, sportu i biznesu. Nadal chcecie oglądać olimpiadę, wyścigi kolarskie czy Mistrzostwa Świata po tym filmie?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jim & Andy: The Great Beyond

Pamiętacie taki film „Człowiek z księżyca” Milosa Formana? Produkcja to zrobiła piorunujące wrażenie na widzach, których nie było zbyt wielu. Ale film inne oblicze Jima Carreya, będącego na wielkim szczycie. I o pracy tego aktora nad tym filmem opowiada ten dokument od Netflixa.

jim__andy1

A przyczynkiem do realizacji tego filmu były udostępnione po 20 latach materiały osób filmujących pracę Carreya nad filmem. To w połączeniu z rozmową między Carreyem, a nową ekipą daje bardzo interesujący i nieszablonowy portret tego aktora. Owszem, jest to coś w rodzaju pomnika, ale jednocześnie pokazuje jak bardzo jedna kreacja może wywrócić całe życie do góry nogami. Carrey wybrał dość ryzykowną metodę pracy, czyli ciągłe bycie graną przez siebie postacią. Często w tych okolicznościach powtarzało się stwierdzenie: „To dziwaczne”, bo ta metoda dla wszystkich była dość problematyczna, włącznie z reżyserem. Ale kiedy Carrey zmieniał się w Tony’ego Cliftona, wszystko stawało na głowie. Bywał czasem zdrowo kopnięty (próba wejścia do biura… Stevena Spielberga, wizyta w rezydencji Hugh Hefnera), a osoby takie jak wrestler Jerry Lander miały z nim iście krzyż pański. Był ciągle prowokowany, atakowany i opluwany, chociaż jego relacja z Kaufmanem były jak najbardziej serdeczne. I te zachowania prowokują pytania o to, do jakiego stopnia aktor może czy powinien się zatracić w odgrywanej przez siebie postaci. W którym momencie jest się aktorem, a w którym postacią i jak później „wyjść” z tej roli.

jim__andy2

Ale jednocześnie widać pewne paralele między Kaufmanem i Carreyem – dwoma dość postrzelonymi komikami, którzy szli własnym szlakiem. Widać podobieństwa między nimi w scenach początków ich karier (występy sceniczne), energia oraz miejscami absurdalne poczucie humoru. Czasami zdarzało mu się, tak jak Kaufmanowi przegiąć (występ u Arsenio Hall, gdzie był kompletnie podchmielony), ale nigdy nie zmieniał masek oraz ról. Być może dlatego tak mocno poruszyły mnie sceny z ostatniego dnia planu, gdy Jim jako Clifton dziękuje wszystkim oraz Kaufmanowi.

jim__andy3

Więcej wam nie zdradzę, bo trzeba samemu przekonać się. Niesamowity portret Carreya oraz przykład tego, jak się pracuje na planie filmowym. Niesamowita robota.

8/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z księżyca

Kojarzycie takiego komika jak Andy Kaufman? To postać, która bardzo dzieliła wszystkich. Komik bardzo kontrowersyjny, uderzający w poprawność polityczną, a jego dość krótki żywot był tak interesujący, że postanowiono film o nim nakręcić.

czlowiek_z_ksiezyca1

Ale już sam początek zapowiada, że Milos Forman ma własny pomysł na to dzieło. Otóż widzimy Andy’ego Kaufmana uprzedzającego, iż wyciął z tego filmu wiele bzdur i… to już jest koniec tego tytułu. Widzimy przewijane napisy idące w rytm muzyki granej na gramofonie. Jednak to wszystko okazuje się żartem, co już daje do myślenia, że nie wszystko będzie odtworzeniem jeden do jeden życia Andy’ego oraz jego alter ego – Tony’ego Cliftona. Ta dziwna mieszanka w sposób pełen ironii oraz wręcz absurdalnego poczucia humoru pokazuje, jak Kaufman obnażał świat szołbiznesu, nasze lenistwo, głupotę i przyzwyczajenia. Ciągle szokował i potrafił wiele osób wkurzyć. Nie ważne czy mówimy o absurdalnym występie śpiewanym, czytaniu na scenie „Wielkiego Gatsby’ego”, postacią kompletnie chamskiego i aroganckiego pseudośpiewaka Cliftona czy Andy jako wrestlerem walczącym z kobietami. I jest to bardzo wnikliwy portret człowieka, który chciał ciągle zaskakiwać publiczność, grać z jej przyzwyczajeniami, co sprawiało, że wszyscy podejrzewali go o kolejne żarty i zgrywę. Nawet, gdy się okazało, że miał raka.

czlowiek_z_ksiezyca2

I to wszystko Forman pokazuje w sposób zaskakująco empatyczny. Nie szydzi z Kaufmana, nie pokazuje go w sposób groteskowy jako szaleńca, wariata czy schizofrenika, ale faceta ciągle zmieniającego twarz niczym maskę. Ale tylko na scenie, chociaż czy aby na pewno? Cały czas patrzyłem ze zdumieniem, niedowierzaniem, że to się naprawdę działo. Z kolei finał był bardzo poruszający i piękny. To trzeba samemu zobaczyć.

czlowiek_z_ksiezyca3

I jedno nie ulega wątpliwości – „Człowiek z księżyca” to prawdziwe tour de force Jima Carreya, który nie gra Kaufmana, tylko nim jest. To jak fantastycznie aktor gra ciałem, przejął gesty komika (i te oczy!), sposób mówienia na scenie zarówno jako piskliwy cudzoziemiec (taki niski głos), jak i megalomański gwiazdor Tony. We wszystkich tych grach, podchodach i sztuczkach jest całkowicie wiarygodny, ale cały czas pozostaje człowiekiem marzącym o sławie, uznaniu oraz akceptacji. Jest to absolutna petarda aktorska, jakiej po tym aktorze się nie spodziewałem. Cała reszta obsady przy nim wypada blado, ale to nie znaczy, iż są to beznadziejne role. Zarówno Danny DeVito (agent komika, George Shapiro), Paul Giamatti (przyjaciel i autor gagów, Bob Zmuda), jak i Courtney Love (Lynn) są po prostu znakomici, zdobywając swoje pięć minut.

czlowiek_z_ksiezyca4

„Człowiek z księżyca” to kolejny przykład wielkiego geniusz Formana, który bardzo uważnie, subtelnie i wnikliwie obserwuje nieprzeciętną jednostkę, wywracającą wszystko do góry nogami. Trudno się do czegokolwiek przyczepić, wchłania się to jak gąbkę, by oszołomić i zaskoczyć. Tak jak Andy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pakt Holcrofta

To, że Robert Ludlum jest jednym z najpopularniejszych pisarzy nurtu sensacyjnego nie dziwi. Piętrowe intrygi, gdzie nie brakowało politycznych wątków, terroryzmu oraz dużej dawki akcji zapewniły mu sławę. Nic dziwnego, że te bestsellery zwróciły uwagę filmowców. Nie inaczej było też z „Paktem Holcrofta”, który może się podobać. Pod warunkiem, że nie czytaliście pierwowzoru.

Punkt wyjścia był bardzo interesujący. Pod koniec wojny w 1945 roku trzej niemieccy generałowie spisali pakt, na mocy którego ich potomkowie mieli zdecydować o wykorzystaniu ogromnej sumy pieniędzy, wykradanej armii oraz hitlerowcom od lat. Cały ten ogromny majątek zostaje zdeponowany w genewskim banku i ma on zostać wykorzystany do czynienia dobra oraz rehabilitacji uznanych za zbrodniarzy wojskowych. O dokumencie zostaje poinformowany Noel Holcroft – amerykański architekt i syn inicjatora przedsięwzięcia, generała Clausena. Tylko, że nasz bohater nie wie, że jest pionkiem w całej tej układance.

pakt_holcrofta1

„Pakt” nakręcił John Frankenheimer, dla którego lata 80. były okresem dużego kryzysu twórczego i ogromnej obniżki formy. Wiele postaci oraz punkt wyjścia całej intrygi został zachowany, ale im dalej w las, tym większe odstępstwa (co samo w sobie nigdy nie jest złe). Ale w pierwowzorze cała intryga była bardziej skomplikowana i rozbudowana, akcja była dynamiczniejsza, przenosiliśmy się z miejsca na miejsce i nie do końca byliśmy pewni komu można zaufać. Był tajemniczy morderca Timanou, neonaziści marzący o stworzeniu Czwartej Rzeszy, Odessa, Wolfschanze, próby zamachów, ukrywane dzieci nazistów oraz gra wywiadów. Tego wszystkiego w filmie… nie ma. Z jednej strony rozumiem to, bo lata 80. to nie był już czas, w którym lęk przed odrodzeniem się nazizmu był tak silny, ale zastąpienie go terroryzmem wydaje mi się chybionym pomysłem.

pakt_holcrofta2

Całość toczy się dość wolno, jest masa dialogów, elementów tajemnicy (dość szybko rozwiązywanych) oraz prób zwodzenia za nos. Tylko, że brakuje tu zarówno napięcia, wiele rzeczy zostaje niedopowiedzianych, zaś wiedza bohaterów zdobywana jest poza kadrem (wyjaśnienie następuje w scenie konferencji prasowej – mocnej i poprowadzonej do dramatycznego finału). I jest to sprawnie zrobione, z czasami nietypowymi kątami ujęć, ale to troszkę za mało.

pakt_holcrofta3

Plusem na pewno jest Michael Caine, który nawet jeśli sprawia wrażenie mocno zdezorientowanego, to pozostaje przekonujący w roli człowieka wierzącego w słuszność swoich działań, chociaż też odbiega od pierwowzoru, lecz to jest jedna z nielicznych dobrych zmian. Warto też wspomnieć Victorię Tennant jako bardzo apetyczną i sprytną Helden, którą jeszcze zmieniono w femme fatale. Cała reszta jest przyzwoita, ale nie zapada zbyt mocno w pamięć.

pakt_holcrofta4

„Pakt Holcrofta” to miejscami przegadany, wykastrowany twór, który nie wytrzymuje ani porównania z oryginalnym tworem Ludluma, ani z innymi filmami sensacyjnymi z tego okresu. Brak napięcia, dziwaczna motywacja oraz sposób działania czarnych charakterów oraz bardzo nudne tempo to kilka poważnych błędów w wykonaniu Frankenheimera. Nawet kilka scen pościgów nie jest w stanie uratować tej katastrofy.

5/10

Radosław Ostrowski

Bohater

Ostatni widoczny jest trend filmów o bohaterach w dojrzałym wieku, którzy próbują poukładać swoje zabałaganione życie w pewnym krytycznym momencie. „Zapaśnik”, „Szalone serce” – to najbardziej wyraziste przykłady. W tym samym kierunku idzie też „Bohater”. Jego głównym bohaterem jest podstarzała gwiazda westernu, Lee Hayden. Obecnie on udziela głosu w reklamach, swoje najlepsze lata ma za sobą, jest po rozwodzie, z rodziną nie utrzymuje kontaktu, a jedyną rozrywką jest jaranie jointów. Ale wszystko zaczyna się zmieniać od pewnego spotkania z niejakim rakiem. Jeszcze ma wkrótce otrzymać nagrodę za całokształt twórczości i dzięki dilerowi poznaje pewną młodą kobietę, Charlotte.

bohater1

Zaskakujące i spokojne kino Bretta Haleya znowu idzie w tym samym kierunku, co wcześniej wymienione tytuły. Nie ma galopującego tempa, dynamicznej akcji, a całość skupia się na jednym człowieku, który nagle dostaje szansę. Ale czy będzie ją w stanie wykorzystać? Retrospekcje mieszają się ze snami (sceny „westernowe”), luźno wiążąc się w jedną całość, co zmusza do uważnej obserwacji. Próba pogodzenia się z córką, nowa kobieta mogąca dać kopa w cztery litery – to wszystko już znamy, ale potrafi to na swój sposób poruszyć. Oniryczne ujęcia w konwencji westernu mogą wywołać pewną dezorientację, a dość ospałe tempo może wywołać znużenie. Także dość dziwne zakończenie, które pozostaje otwarte, sprawia wrażenie jakby urwanego, niedokończonego.

bohater2

Ale te minusy nie drażnią, co jest zasługą fantastycznego Sama Elliotta, który idealnie pasuje do roli legendy westernu. Nic dziwnego, w końcu Elliot i Dziki Zachów (+ zajebiste wąsy) to zawsze idealne połączenie. Do tego jeszcze ten głęboki, niski głos tworzą wyrazista postać, która wnosi wiele życia do ogranego schematu rozliczającego się starca z drugą szansą. Ale czy ją wykorzysta? Ma kilka świetnych scen jak przesłuchanie do filmu czy przemówienie podczas gali, jednak magnetyzuje samym spojrzeniem. Intrygująca jest też Laura Prepon jako stan-uperka Charlotte – bardzo ciepła, ale jednocześnie była złośliwa, tajemnicza i daje silną motywację dla naszego herosa. Troszkę nie do końca jest wykorzystana jest Krysten Ritter jako córka Lee, choć ma jedną mocną scenę, a lekki humor dodaje Nick Offerman jako diler i sąsiad bohatera.

bohater3

„Bohater” idzie według sprawdzonej kliszy i parę razy potrafi poruszyć, co nie zawsze jest proste. Wielu na pewno odrzuci kilka onirycznych scen i wolne tempo, lecz warto dać szansę, głównie dzięki Samowi Elliotowi, którego ostatnio nie widać zbyt często. Klasyczny one man show, ale miejscami wzruszający.

6/10

Radosław Ostrowski

Better Watch Out

Święta czuć w powietrzu, śniegu jest od groma, a rodzice chcą spędzić czas z dala od dzieci tylko dla siebie. Ale nie wszyscy spędzą ten czas ze swoją rodziną. Kimś takim jest Ashley – młoda małolata, wkrótce przeprowadzająca się do Pittsburgha. Ale zamiast pomóc rodzinie w święta, musi zostać niańką  młodego chłopaka o imieniu Luke, który bardzo na nią leci. I tej nocy ktoś próbuje włamać się do domu.

better_watch_out1

Film Chris Peckovera wydaje się początkowo dreszczowcem a’la home invasion. Powoli budowane jest napięcie (otwarcie drzwi, głuche telefony, gość ze strzelbą) i to potrafi przerazić. Nawet jeśli wydaje się to ograne, ale po 30 minutach wszystko wywraca się do góry nogami. Zamiast walki z bandziorami, mamy psychopatycznego gnojka, pragnącego zaliczyć (i/lub) zabić naszą Ashley. Tego się nie spodziewaliście? Podobne przełamanie było w „Opiekunce”, która zapowiadała co innego, a po drodze wskoczono na zupełnie inne tory. Wszystko staje się szyderczą, miejscami bardzo smolistą komedią. Nie zabrakło kilku odniesień do „Kevina samego w domu” (puszka idzie w ruch czy kolędnicy), co wnosi ten film na wyższy poziom. Nie jest to może satyra na nowobogackich, którzy nie kontrolują swoich dzieci. Kolejne wolty, kłamstwa, manipulacje oraz krwawa zabawa coraz bardziej rozkręca się aż do niejednoznacznego finału. Wiele osób może się odbić od tej zaskakująco brutalnej jatki, lecz tak nieoczywistego dreszczowca nie widziałem od dawna.

better_watch_out2

Reżyser potrafi zbudować napięcie, ale największe wrażenie zrobili na mnie kompletnie nieznani aktorzy w rolach głównych. Kompletnie mnie zaskoczył Levi Miller w roli Luke’a. Początkowo sprawiał wrażenie dziwacznego, ale troszkę nieśmiałego chłopca przechodzącego pierwsze fascynacje dziewczynami. Ale potem okazuje się, że jest coraz bardziej przerażające oblicze psychopaty, nie patyczkującego się z nikim i niczym. Manipulator, kłamca, szaleniec i morderca pod obliczem niewinnego, spokojnego dzieciaka. Jestem pod dużym wrażeniem. Tak samo dobrze wypada nasza protagonistka, grana przez Olivię DeJonge, która tylko pozornie wydaje się słodką blondynką. Ale nie daje sobie w kaszę dmuchać i jak trzeba, potrafi zawalczyć.

better_watch_out3

„Better Watch Out” to całkiem przyjemna odtrutka na świąteczne, przesłodzone opowieści bożonarodzeniowe. Bywa ostry, krwawy i szokujący, ale daje wiele satysfakcji. Tylko trzeba wejść w ten pokręcony klimat, a miło spędzicie półtorej godziny.

7/10

Radosław Ostrowski

Legion samobójców

Tytułowy oddział samobójców to zbieranina wyjętych spod prawa, paru psychopatów kierowanych i sterowanych przez Amandę Waller oraz wojskowego podwładnego, Ricka Flaga. Dlaczego zostali stworzeni? Śmierć Supermana zmusza do zastanowienia się jak powstrzymać Zło nie z tego świata. Czemu ci najgorsi? Bo w razie wpadki można zrzucić na nich winę. Deadshot, Harley Quinn, El Diablo i spółka wyruszają zrobić porządek w mieście, gdyż coś się dzieje i trzeba wyruszyć.

legion_samobojcow1

David Ayer, czyli specjalista od kina policyjnego, dostał szansę od Warnera, by zrealizować film superbohaterski. Ale później studio się wpieprzyło w pracę, przemontowano całość i zrobiła się totalna zadyma. I to niestety widać. Sam początek, czyli ekspozycja postaci parta na szybkim montażu, wpadających w ucho (chociaż ogranych do bólu) kawałkach – od Black Sabbath przez Queen, Dusty Springfield aż do Ricka Rossa – jest w tym, czasami dochodzi do ironicznych złośliwości oraz tarć między postaciami. I to jest fajne, zabawne, lekkie i wnosi troszkę świeżości do schematów kina o super czy antybohaterach. Ale w momencie, gdy trzeba uruchomić całą intrygę, wszystko sypie się niczym domek z kart. Potem wchodzą czary mary, paskudnie wyglądający sługusy do likwidacji, czarna charaktery bez jaj i z żądzą rozwalenia wszystkiego w pizdu, że brak kreatywności aż boli. Mimo mordowni oraz ilości trupów, film jest pozbawiony mroku, krwi, przemoc jest umowna i pozbawiona ciężaru. Wszystko staje się takie ograne i schematyczne, a do tego jeszcze efekty specjalne wyglądają tak tragiczne (na co poszedł ten cały hajs?), że powinno być to zabronione.

legion_samobojcow3

Jest jeszcze jedna scena w barze, gdzie bohaterowie zaczynają troszkę bardziej zbliżać (a nawet poznajemy przeszłość jednego z nich – El Diablo). I tutaj bije serducho tego filmu – szkoda, że tych scen jest tak mało. Także fakt, że niektórych postaci jak Killer Croc czy Katana nie poznajemy zbyt dokładnie (brakuje historii) też boli. Nawet ta więź tworząca się między zbirami tworzącymi wielką rodzinę, jest przedstawiona troszkę za szybko i po łebkach. Co za bajzel!

legion_samobojcow2

Aktorsko jest całkiem nieźle, ale – jak wspomniałem – nie wszystko otrzymali po równo czasu, by zbudować swoja postać i lepiej ją poznać. Nie zawodzi Will Smith jako zabijaka Deadshot, utrzymując typowy dla siebie poziom. Pozytywnie też zaskakuje Joel Kinnemann (służbista Rick Flag) oraz Jai Courtney (zdrowo pizgnięty Kapitan Boomerang), ale i tak szoł wszystkim kradnie Margot Robbie, czyli Harley Quinn. Ta wariatka nie tylko rzuca sucharami, lecz jest świadoma swojego porąbanego charakteru, co jest intrygujące. I jeszcze zakochana w tym porąbanym Jokerze (zaskakujący Jared Leto), którego jest zdecydowanie za mało – raptem kilka minut to za mało, by zbudować postać (reszta w montażu została wyrzucona). Z kolei nasi przeciwnicy, czyli Enchantress (Cara Delavigne) oraz jej brat to jakaś katastrofa – bez polotu, pomysłu i nijacy. Sytuację próbuje ratować Viola Davis, czyli zimna, bezwzględna Amanda Waller, będąca mózgiem całego projektu zebrania łotrów. Ale nie ona jest bad guyem w tym cyrku.

legion_samobojcow4

„Legion samobójców” to film mający tak ogromny potencjał, ze aż żal. Gdyby twórcy bardziej podkręcili klimat i postawili na większą interakcję plus ostrą przemoc, to pozamiatałby tak samo jak „Deadpool”. Ale producenci wcisnęli hamulec i postanowili pożenić to wszystko w stylu Marvela, ale na poziomie wizualnym. Wersji reżyserskiej raczej nie będzie, ale chciałbym bardziej wejść w ten świat. Może w części drugiej będzie lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski