Wyklęty

Kiedy usłyszałem o kolejnym filmie dotyczącym żołnierzy wyklętych przeraziłem się strasznie, pamiętając koszmarek jakim była „Historia Roja”. Bo spodziewałem się kompletnego dziadostwa, niechlujnie zrealizowanego, z prostym podziałem na dobro i zło (jak w komiksie) oraz tak skażona ideologią, że będzie to niestrawne. Dodatkowo całość robił debiutant Konrad Łęcki, wspierany przez producenta Michała Kondrata, co nie wróżyło niczego dobrego. Efekt jest dość zaskakujący.

Nie, „Wyklęty” to nie jest dobry film, ale ma spore ambicje pokazania czegoś więcej. Cała historia skupia się na Franciszku Józefczaku „Lolo” – młodym żołnierzu podziemia. Zdecydował się ujawnić, lecz władza ludowa nie przyjęła go dość ciepło. Bicie, tortury, przesłuchania – amnestia obiecywała coś zupełnie innego. Kiedy zostaje odbity z transportu przez partyzantów „Wiktora”, dołącza do grupy i walczy, aż w końcu wpada, ginąc. Niby nic niezwykłego w tego typu historii, ale czasami udaje się Łęckiemu coś, czego nie było wcześniej: dodane odrobiny szarości.

wyklty1

Reżyser nie unika patosu, jednak nie jest to irytujące, niestrawne, po amerykańsku wręcz. Do tego pokazuje żołnierzy wyklętych nie tylko jako walczących wojowników, czystych i nieskalanych. W przeciwieństwie do poprzedników, „Wyklęty” pokazuje ich jako ludzi wątpiących w sens walki, podatnych na głód i choroby. Ukrywanie się wywołuje zmęczenie, bezsilność, co z jednej strony dodaje realizmu, a z drugiej spowalnia tempo. Dodatkowo jeszcze wiele postaci pobocznych rysuje ciekawe tło, chociaż to tylko epizody (lekarz, więziony komendant AK czy chłop przyłapujący Lola na kradzieży). Jest też nawet delikatny wątek miłosny, zrobiony bez zadęcia i nadęcia. Także wszelkie sceny akcji są świetnie zrealizowane. Także stylowe zdjęcia (głównie te przyrodnicze z mgłą i lasem) zasługują na szczególne wyróżnienie.

wyklty2

Tylko co poszło nie tak? Dwie poważne sprawy. Po pierwsze, nadal jest ten duży podział na dobrych, prawych żołnierzy wyklętych oraz ubecką hołotę, rzucającą kurwami, chujami, bandytami i zajmującymi się mordowaniem, chlaniem. Po drugie, dorzucono wątek współczesny, gdzie zostaje oddany hołd tym wojakom, przez obecną władzę (wyjątkiem jest pani poseł z telewizji). Tutaj stosowanie łopaty przez reżysera jest wręcz szkodliwe.

wyklty3

Aktorsko jest tutaj bardzo przyzwoicie, nawet ci przerysowani ubecy (Robert Wrzosek, Janusz Chabior) dają radę. Także wcielający się w dowódcę Wiktora Marcin Kwaśny (także producent filmu) dźwiga postać niezłomnego, bezkompromisowego żołnierza. Ale największym zaskoczeniem był Wojciech Niemczyk w roli głównej. Lolo w jego wykonaniu to bardzo wycofany, powściągliwie poprowadzony, z bardzo smętnym spojrzeniem, jakby złamany. Ale kiedy zaczyna się odzywać, jego bardzo apatyczny głos potrafi odrzucić. Także drobne role Olgierda Łukaszewicza, Marka Siudyma i Leszka Teleszyńskiego dodają realizmu.

wyklty4

„Wyklęty” to kompletne zaskoczenie, chociaż dalekie od ideału. Scenariusz nie wszystko wygrywa (przyjaźń Lolo z Maćkiem czy romans), a kilka wątków można było luźno pozbyć. Spodziewałem się kompletnego gniota, a wyszedł kawałek niezłego kina. Dobry kierunek i mam nadzieję, że następni twórcy pójdą tą drogą.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Złe Psy – Duma

duma-w-iext48417129

Dla wielu nazwa Złe Psy nic może nie mówić, ale frontman Andrzej Nowak to gitarzysta ciężkogrającej kapeli TSA, a to już mówi wielu. Tym razem niezbyt lubiana przez stacje radiowe formacja wraca z trzecim materiałem, a do grupy dołączył basista Wojtek Pilichowski. Z takim wzmocnieniem twórcy poczuli “Dumę”, ale czy tylko oni?

Wybrana na singla “Prawda” to kolaż hard rockowego grania z drobnymi wejściami dęciaków, nie zmieniając ostrości. I ta wręcz punkowa energia wsparta Hammondami oraz niemal wrzaskami (“Dumny z pochodzenia” wykorzystujący archiwalne wypowiedzi), a także obowiązkowymi riffami (pozornie łagodne “Wstrzymaj konia”) czy wręcz marszowym tempem (“Czarodziejski las”). Grupa pozwala sobie na odrobinę spokoju i luzu jak w przypadku bluesowego “Polaka” czy akustycznej “Miłości moc”, a także bierze na warsztat pieśni militarno-patriotyczne (szybka “Ułańska siła” i refleksyjne “Rozkwitały pęki białych róż”), które dziwnie pasują do reszty.

Samo brzmienie Złych Psów będzie przypominać ostatnie płyty Pawła Kukiza (te przed karierą polityczną), gdzie we wszelkich możliwych przypadkach odmieniane jest słowo Polska. Tutaj na szczęście nie ma słów honor, wiara i Bóg, co byłoby dla wielu ciężkostrawne. Nowak ze swoim głosem mocno podniszczonym daje sobie radę, ale uwagę kradnie przewijająca się w tle Karo Glazer – miejscami delikatna, ale bardzo ekspresyjna. To połączenie działa więcej niż dobrze, co daje sporą frajdę.

“Duma” jest treściowo albumem patriotycznym, co dla wielu osób może od razu wprawić w konsternację, ale zespół nie przeszarżuje, nie wpada w pułapkę patosu, a to jest bardzo trudne. Ale panowie muszą czuć dumę z tego wydawnictwa, bo wstydu nie ma.

7/10

Radosław Ostrowski

Po prostu przyjaźń

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz – „Po prostu przyjaźń” to dramat z drobnymi elementami humorystycznymi skupionym na kilku postaciach. Takim głównym motorem są losy paczki przyjaciół i ich wykładowcy z liceum, którzy co roku wyjeżdżają w góry: Julia, Kamil, Grzegorz, Marian i Jadźka. Każde z nich musi się zmierzyć z własnymi problemami oraz kwestiami przyjaźni. Czym ona jest? Czy należy w jej imię oszukiwać, ukrywać czy może należy być bezwzględnie szczerym?

po_prostu_przyjazn1

I tutaj zaczynają się przeskoki także na inne postacie, które będą zmuszone podjąć trudne decyzje. Ukrywanie choroby, wybór sąsiada na dawcę spermy, pomoc koleżance w dorwaniu… guzika znanego celebryty czy duża wygrana w totolotku. Więc jest w czym wybierać, tylko że ten nadmiar postaci i wątków może wprawić w konsternację, bo nie wszystko zostało wygrane do końca, przeskakując z postaci na postać (jak w „Listach do M.”). Ale może po kolei.

po_prostu_przyjazn2

Reżyser nie próbuje na siłę rozśmieszyć, a reklamowanie tej produkcji jako komedii romantycznej to strzał w stopę. Owszem, są piosenki w tle (ale bardzo malutko) i muzyka taka bardziej poważna, a całość próbuje być taka bardziej poważna i dramatyczna, co jest pewnym zaskoczeniem. Bo szczerze spodziewałem się przesłodzonej, lukrowanej smakiem TVN-u z gwiazdkami tej stacji (to akurat jest odczuwalne), z humorem dość niskich lotów opartych na prostych gagach czy słabych dialogach. Tutaj na szczęście tak nie jest, a większy nacisk na dramat (wątek Julii czy Kamila i Grzegorza) daje emocjonalnego kopa. A jeśli chcecie się pośmiać, to najlepiej sprawdza się wątek związany z panem Szymonem i Antkiem (powoli rodząca się przyjaźń spowodowana pewnym wypadkiem) oraz Ivanki, szukającej dawcy nasienia.

po_prostu_przyjazn3

Dla mnie problemem jest przede wszystkim brak głębszego portretu postaci, przez co nie zawsze było łatwo się z nimi zidentyfikować. Ja rozumiem, że to bardziej lżejsze kino, ale pewne tło by się przydało. Drugim mocnym minusem jest bardzo otwarte zakończenie, które zamyka wątki dopiero w napisach końcowych. Czuć tutaj fundamenty pod drugą część (nie obraziłbym się, gdyby powstała).

po_prostu_przyjazn4

Mocnym punktem bywa (nie zawsze) obsada, chociaż nie wszystkie postacie są w pełni wykorzystane (dotyczy to głównie Przemysława Bluszcza i Grzegorza Damięckiego). A co najważniejsze, wszyscy grają raczej serio, bez puszczania okiem czy wygłupiania się, co wcale nie jest takie proste i łatwo przedobrzyć (niestety, tak robi Maciej Zakościelny i wypada słabo). Czysto komediowe oblicze prezentuje rozbrajająco zabawny Bartłomiej Topa (nadopiekuńczy, lecz odpowiedzialny Patryk) oraz Krzysztof Stelmaszczyk (Szymon), których obecność czasami rozsadzić ekran, wygrywając swoje wątki bez fałszu. A klasę kolejny raz potwierdza Agnieszka Więdłocha, bardzo delikatnie prowadząc swoją postać, bez popadania w (nad)ekspresję oraz bardziej wyluzowany Marcin Perchuć (Marian).

po_prostu_przyjazn5

„Po prostu przyjaźń” nie jest taką stricte komedią, do jakich w ostatnich latach przyzwyczajało nas polskie kino. To bardziej słodko-gorzka opowieść o sile przyjaźni i tym jak jest ważna dla wszystkich, chociaż parę razy balans między humorem a powagą bywa naruszony. Niemniej efekt jest zaskakująco przyzwoity i nie miałbym nic przeciwko sequelowi.

6/10

Radosław Ostrowski

Beck – Colors

BeckColors

Pamiętacie taką piosenkę “Loser”? Nagrana w połowie lat 90. pozostaje najbardziej rozpoznawalnym utworem w karierze Becka Hansena – multiinstrumentalisty, kompozytora, wokalisty i autora tekstów. Poprzednia, bardzo folkowa i wręcz wyciszona płyta “Morning Phase” z 2014 roku przyniosła aż trzy nagrody Grammy w tym za album roku. Singiel zapowiadający nowy materiał wypłynął rok później, a nowe wydawnictwo przyszło teraz. Jakie kolory są w “Colors”?

Muzyk stosuje zasadę płodozmianu, czyli jeśli poprzednik był bardzo spokojny, wolny i (miejscami) senny, nowe dzieło było jego kompletnym przeciwieństwem. Razem z producentem Gregiem Kurstinem Beck skręcił w stronę pop-rockowego grania, polanego sensownie użytą elektroniką. Tytułowy utwór otwierający całość ma w sobie szybkie tempo, imitację fletu, nakładające się głosy Becka i dużą dawkę energii. Podobnie jak czarujący przestrzennymi klawiszami “Seventh Heaven” z iście funkowym sznytem lat 70. czy mocniejszy, choć chwytliwy I miejscami rapowany (początek refrenu) “I’m So Free”, gdzie znalazło się nawet miejsce dla przerobionego cyfrowo głosu. Zaskakuje za to pianistyczny “Dead Life”, idący w niemal swingowe klimaty, poddane drobnym modyfikacjom czy bardziej żeniący łagodnego rocka z rapem “No Distraction” i “Wow” (najsłabszy z całej płyty). Ale wszelkie predyspozycje na hit ma “Dreams” (w dwóch wersjach różniących się czasem i… głośnością), które ma zarówno szybką grę gitary I sekcji rytmicznej, nośny refren oraz zmianę tempa w środku.

Beck ciągle eksperymentuje, ale całościowo “Colors” ma wszelkie zadatki, by podbić radiowe stacje oraz zaszaleć na imprezach. Wokal Becka z jednej strony jest bardzo lekki i delikatny, ale potrafi też mocno przyspieszyć, rapować oraz bawić się głosem. “Colors” są szybkie, dynamiczne, ale też bogato zaaranżowane, mimo drobnych kiksów (“Wow”, spokojne “Fix Me” I “Square One”). Aż strach pomyśleć, co Beck zrobi na następnym albumie – przerzuci się na heavy metal, rapcore, nagra album z Eminemem?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Robert Plant – Carry Fire

Robert_Plant_Carry_Fire

Tego Pana przedstawiać nie trzeba – frontman legendarnego Led Zeppelin po zakończeniu działalności kompletnie odciął się stylistycznie od macierzystej formacji I eksperymentuje z folkiem, elektroniką. Nie zapomniał o swoich rockowych korzeniach, a na nowe dzieło Planta trzeba było czekać trzy lata. Pytanie, co dostaliśmy?

Otwierająca całość “The May Queen” spokojnie mogłaby się znaleźć na poprzedniej płycie. To skoczny, wręcz folkowy numer w duchu hippisowskim z łagodną gitarą oraz perkusją. Mocniej, choć nie agresywniej dzieje się w “New World…” pełnym prostych riffów, lecz uwodzących swoim surowym klimatem. Melancholijno-nostalgiczne “Season’s Song” czaruje środkową partią pełną wokaliz, organów oraz oszczędnych riffów, podobnie jak pełen onirycznych fragmentów (wplecenie elektroniki z mocną perkusją) “Dance with You Tonight”, gdzie bardziej odzywa się gitara elektryczna. “Carving Up the World Again… A Wall and Not a Fence” troszkę tempem I brzmieniem przypomina lekko podrasowane “Rainbow”, jednak nie jest to bezczelna kalka. Bardziej trip-hopowy “A Way With Words” świetnie odnalazłby się jako podkład do filmu Davida Lyncha, a klimat zmienia dość mroczny fortepian oraz smyczki pod koniec. Największe jednak wrażenie zrobił zabarwiony orientalnymi naleciałościami utwór tytłuowy, wprowadzając w trans. Tak samo jak drugi singiel, czyli bardziej bluesowy “Bones of Saints”, ale kompletnie zaskoczyło mnie “Keep It Had”, pełne mrocznej elektroniki oraz bardziej siarczystych solówek, podobnie jak agresywny “Bluebirds Over The Mountain”, gdzie Plant pozwala sobie na troszkę więcej.

Ciągle zaskakuje to, że 69-letni Plant jest tak wokalnie powściągliwy, ale jednocześnie ten głos jest pełen emocji, co wydaje się pozornie paradoksem. Jednak wokalista wie, co robi i nie musi nikomu niczego udowadniać, ścigać się o to, czy potrafi ryknąć. Nie czuje takiej potrzeby, a ten głos współgra z tymi cudacznymi dźwiękami w tle.

Jak ja lubię taką muzykę, która atakuje swoją przestrzenią, ale jednoczenie bywa (czasami) kojąca. “Carry Fire” ma więcej gitar niż poprzednik, jednak jest to kontynuacja obranej ścieżki. Więc trzymajmy ten ogień, dając go w końcu światu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rejs

Trudno mierzyć się z filmami, które w pewnych kręgach uznawane są za pozycje kultowe. Zwłaszcza, jeśli się nie widziało ich w dniu premiery (bo nie było się wtedy na świecie) albo z powodu dużej nieświadomości kinomana. Dlatego z pewnymi obawami zmierzyłem się z (podobno) komedią Marka Piwowskiego, gdzie połowa materiału została wycięta przez cenzurę. Może to miało wpływ na status kultu czy pewnego niezrozumienia. Więc jak jest naprawdę?

rejs1

Punktem wyjścia jest moment, gdy gapowicz wchodzi na statek płynący przez Wisłę. Kapitan robi z niego specjalistę od spraw kulturalno-oświatowych (kaowiec), który próbuje zorganizować życie kulturalne. Dzień kapitana, tańce, śpiewy – wszystko to sprawia wrażenie scen improwizowanych, gdzie fabuła bardzo, bardzo luźno idzie z punktu A do B. Tylko, że fabuła praktycznie nie istnieje, gdzie humoru oparty jest z jednej strony oparty na absurdalnych dialogach, pełnych nowomowy oraz dowcipnych monologach (wypowiedź o kondycji polskiego kina i różnicach między filmem krajowym a zagranicznym – dzisiaj troszkę zdezaktualizowała, chyba), z drugiej na scenach z muzyką Kilara wyglądających jak żywcem wzięte z kina niemego (widzimy ruch ust, ale nie słyszymy słów), opartych na prostych gagach jak podczas „zniknięcia” kiełbasy przez… wędkę czy sceny surrealistycznych układów tanecznych.

rejs3

Wszystko to jest tylko spojrzeniem na kraj, gdzie dowódca jest zdezorientowany, a rządzą tak naprawdę drobni spryciarze, potrafiącym manipulować i kierować ludźmi przy władzy. Dla mnie problemem jest czas trwania (niecała godzina) i mocna ingerencja w bardzo poszatkowaną fabułę. Żałuję, że nie zachowało się więcej materiału, bo było tutaj naprawdę duże pole do popisu, by pewne wątki rozwinąć (śledztwo w sprawie napisu w damskiej toalecie czy rozbudowanie zgaduj-zgaduli) czy interakcji kaowca z resztą pasażerów. Jeszcze to bardzo urwane zakończenie, gdzie statek płynie dalej.

rejs2

Tylko dokąd płynie ten tańczący i bawiący się okręt (czy tylko mi to troszkę przypomina – może na siłę – chocholi taniec z „Wesela”?) przez noc? A wszystko to bardzo dobrze zagrane w sporej części przez amatorów jak Jan Himilsbach (Sidorowski) czy Andrzeja Dobosza (Filozof). A najbardziej zapada w pamieć Zdzisław Maklakiewicz jako inżynier Mamoń.

rejs4

Szkoda, że ten „Rejs” kończy się tak szybko, zwłaszcza że będący przewodnikiem w tym szaleństwie Stanisław Tym bardzo dobrze się odnajduje w postaci fałszywego kaowca. Trafny portret epoki (zakłamanie, bierność, brak jakiegokolwiek buntu) pełzający w oparach absurdu. Poczucie humoru zdecydowanie nie dla wszystkich.

7/10

Radosław Ostrowski

PolandJa

Kino nowelowe czy posiadające polifoniczną narrację nie jest niczym nowym czy zaskakującym – bez względu na gatunek czy konwencję. Na wieść o polskiej komedii składającej się z kilku wątków, podchodziłem dość sceptycznie. Zwłaszcza, że jest t dzieło debiutanta.

polandja1

O czym jest „PolandJa”? to zbiór kilku historii pokazujących Polaków portret własny, czyli opisem naszej zawiści, nienawiści, pracoholizmu, nietolerancji. Problem w tym, że kilka z tych nowelek kompletnie nie działa, a poczucie humoru oparte na rzucaniu kurew, pizd i innych wulgarnych słów. Trzeba jednak przyznać, że twórcom nie brakuje pomysłów na historyjki: ojciec jadący na spotkanie, by potem dotrzeć do córki na zawody sportowe, profesor akademicki korzystający z usług prostytutki (okazuje się ona jego… studentką), dwójkę nacjonalistów, chłopak próbujący pozbyć się węża, policjanta i bandziora gadającego o kobietach, pracownicę korporacji zwolnioną z pracy, a punktem spójnym jest budka z kebabem „Istambuł”.

polandja2

To miejsce dochodzi do finałowego zderzenia, ale to wszystko nie łączy się w jedną opowieść – brak jakiegoś wydarzenia, będącego klejem. Wszystko w oparach absurdu, a reżyser próbuje skomentować obecną sytuację kraju, mierzącego się z imigracją i „brudasami”. Bywa czasami dosadnie (rozmowa Iwo z Erykiem), nawet lekko romansowo (studentka w związku z pracownikiem budki z kebabem) czy wręcz purnonsensowo (wątek Szymona i tajemniczego kloszarda), ale to wszystko ani ciekawe, ani zabawne, czy nawet wnikliwe – wszystko ociera się o banał, wyciągając mało odkrywcze, a nawet krzywdzące wnioski (że mało Polaków w Polsce przez „brudasów” czy innych „ciapatych”).

polandja3

„PolandJa” jest miejscami topornie zrealizowana, choć zdjęcia są niezłe. Broni się też muzyka Andrzeja Smolika, dobrze pasująca do wydarzeń ekranowych, nawet zgrabnie wykorzystująca piosenki. Ale sami bohaterowie są ledwo liźnięci i pozbawieni jakiegoś wyraźnego tła czy motywacji. Czułem się wrzucony w środek historii, bez początku czy puenty, przez co miałem tak naprawdę gdzieś ich losy. Jeśli jednak ktoś wyróżnia się z tego grona postaci, to byłyby zdecydowanie role Izy Kuny (Jola), Borysa Szyca (żołnierz w ostatniej sekwencji) oraz Jerzego Radziwiłowicza (profesor). Jeszcze można wspomnieć Janusza Chabiora (menel) i Michała Żurawskiego (Eryk, czyli typowy Janusz), tworzący wyrazisty drugi plan.

polandja4

Tylko, że to wszystko nie wystarcza, bo „PolandJa” nie daje ani dobrej (lub co najmniej przyzwoitej) rozrywki, ani jakiejś trafnej obserwacji rzeczywistości (nieudolne próby pozbycia się węża czy próba wysadzenia kebabu) lub solidnej realizacji. Poza aktorami nie ma tu zbyt wiele do pokazania, co mocno smuci.

polandja5

4/10

Radosław Ostrowski

Szczęście świata

Rok 1939. Mieszkający w Warszawie dziennikarz Sobański dostaje zadanie przeprowadzenia wywiadu z autorem bestsellerowego przewodnika po świecie. Jedynym tropem jest poczta, z której autor odbiera honorarium gdzieś na Śląsku. Bohater wyrusza tam i zamieszkuje w kamienicy, gdzie przebywa jego kochanka – Róża. Poza nią mieszka tam galeria dość intrygujących postaci, która będzie miała decydującą rolę przed najgorszym okresem.

szczcie_wiata1

Michał Rosa jest dla mnie niezbyt znanym reżyserem, tzn. słyszałem o jego filmach niż je widziałem. „Szczęście świata” to nietypowa mieszanka dramatu, komedii i… realizmu magicznego. Całość wygląda bardzo bajkowo, wręcz nierealistycznie, a jednocześnie to wszystko wydaje się prawdopodobne. Sam wątek poszukiwań pisarza zostaje porzucony na rzecz mieszkańców tej kamienicy: botanika hodującego opuncje, portiera z pasją matematyka, Niemkę wychowującą syna i mającą obsesję na punkcie czystości czy pracownika poczty Jana. Film wygląda bardzo plastycznie, pełen silnych barw, jakby żywcem wzięte z filmów Wesa Andersona (bez tej symetryczności kadrów) czy Jean-Pierre’a Jeuneta, tworząc niesamowity klimat czegoś między snem a jawą. Także imponuje praca scenografów, czaruje piękna akordeonowa muzyka. Problem w tym, że sama historia nie porywa i jest mocno podzielona na scenki, w których dochodzi do interakcji mieszkańców z Różą – tym kolorowym ptakiem, wnoszącym coś więcej do ich prostego, banalnego życia. A potem wybucha wojna, kobieta znika i trafiamy do początków lat 50., widząc jak nieobecność tej osoby zostawia pustkę. Tylko, że dochodzi do tego za szybko i nie pozwala wybrzmieć. Nadzieję daje zakończenie, które wyjaśnia główną tajemnicę, ale to troszkę za mało, by uznać całość za świetną.

szczcie_wiata2

Rosa za to świetnie prowadzi aktorów, którzy tworzą bardzo intrygujące postacie. Nie zawodzi ani Krzysztof Stroiński (botanik Tomasz), Agata Kulesza (Gertruda) czy Przemysław Bluszcz (Jan), chociaż ten ostatni nie zostaje w pełni wykorzystany. Ale tak naprawdę liczy się tylko Karolina Gruszka – mieszanka niewinności, delikatności, ale też magnetyzującego erotyzmu. Nie da się przejść obojętnie wobec rudowłosej kobiety, opisującą siebie jako „szczęście świata” i dla niej należy obejrzeć ten film.

szczcie_wiata4

Dzieło Rosy to dziwaczna efemeryda, która z jednej strony uwodzi świetną estetyką i realizacją, lecz scenariuszowo zostawia wiele do życzenia. Do realizmu magicznego znanego choćby z wczesnych filmów Kolskiego brakuje sporo, ale trudno oderwać oczy od takiego pięknego kwiatka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Amarok – Hunt

rec_hunt_0593ce7c903113

Kolejny przykład polskiego progresywnego rocka, tym razem jest to solowy projekt multiinstrumentalisty Michała Wojtas. Amarok wraca i to nie tylko w postaci zremasterowanej dyskografii z początku drogi, ale także z nowym materiałem, nagranym po 13 latach. Pytanie, czy tak długa przerwa nie osłabiła Wojtasa?

To nadal rock progresywny polany sosem elektroniczno-ambientowym czy wręcz trip-hopu spod znaku Massive Attack czy Tangerine Dream. Już otwierające całość pulsujące “Anonymous” zachwyca niepokojącym tłem, gdzie mamy szczekanie psa, nerwową elektroniką, soczystą solówką na gitarze i wykorzystaniem stuletniego (!!!) indyjskiego harmonium. Bardziej wyciszony jest przepiękny, wybrany na singla “Idyll”, gdzie słyszymy Mariusza Dudę z Riverside, gdzie powoli dochodzą kolejne instrumenty, z wszelkiej maści gitarami. Bardziej eksperymentalny jest “Distorted Sould”, gdzie agresywna elektronika przeplata się z riffami a’la David Gilmour, cudnymi smykami oraz… thereminem czy niemal polany etnicznym sosen (duduk) instrumentalny “Two Sides”. Tajemniczy jest “Winding Stairs”, pełen elektronicznych ubariweń, wspartych przez delikatną gitarę, podobnie jak mieszający agresywne riffy z ambientem “In Closeness” oraz “Unreal”, po raz kolejny skręcając w dokonania Mandarynkowego Snu. Równie minimalistyczny “Nuke” z Colinem Bass (Camel) porywa swoim klimatem. A największym dla mnie był ponad 17-minutowy utwór tytułowy z chropowatą elektroniką, angielskim lektorem w tle, coraz bardziej dodawanymi instrumentami )gitara, klawisze, theremin), ale melodia jest niemal taka sama.

Za to Wojtas grający na wszystkich instrumentach jest w niesamowitej formie. Także ze swoim bardzo eterycznym wokalem, przypominającym troszkę Mariusza Dudę, co nie jest żadną wadą. Także goście wokalnie nie zawiedli, dodając wiele do tekstów opisujących życie we współczesnym, wirtualnym świecie. “Hunt” to jedna z najładniejszych płyt polskiego prog-rocka, która powinna trafić w swój czas. Kto się z nią spotka, nie przejdzie obojętnie. Warto upolować to dzieło.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Julia Holter – In The Same Room

Juliaholterinthesameroom

Ta amerykańska wokalistka sceny alternatywnej, coraz intensywniej zaczęła nagrywać. Po poprzednim albumie “Have You In My Wilderness” oraz stworzeniu muzyki do filmu “Opłacone krwią” (o tym opowiem wkrótce), Julia Holter nagrała pierwszą płytę koncertową. O tyle nietypową, że są to piosenki nagrane w londyńskim RAK Studios w ramach projektu wytwórni “Domino Documents”, pokazujących pracę nad materiałem. Czy w ogóle warto jest nagrywać takie albumy? ”In The Same Room” daje na to odpowiedź.

Pierwsze, co uderza to silniejsza obecność wokalu Holter i przesunięcie go na pierwszy plan, a w tle słyszymy fortepiano, oszczędne smyczki i perkusja. Czuć to od bardzo rozedrganego “Horns Surrounding Me”, czaruje “So Lillies” z nakładające się głosami oraz klawesynem, by zaraz zawrócić w stronę eleganckiego jazzu pod postacią poruszającego “Silhouette”, by wejść w niemal melancholijny nastrój (smyczki w “How Long?”). Klawesyn wraca do dynamicznego, eterycznego “Feel You”, a prawdziwa magia pojawia się w niemal onirycznym “Lucette Stranded on the Island”, gdzie czarują perkusjonalia zmieszane z fortepianem oraz smyczkami, a także wspartym na basie rozbrykanym “In the Green Wild” czy powoli snującym się “City Appearing”. Także “Vasquez” z długim środkiem instrumentalnym potrafi oczarować.

Pięknie zaaranżowane piosenki wsparte przez niesamowity, pełen emocji, chociaż bardzo delikatny, wręcz dziewczęcy. Nowe brzmienie piosenek w studio robi jeszcze większe wrażenie niż na studyjnych płytach, co nie zdarza się często. Holter kolejny raz potwierdza klasę, a stare piosenki nabrały nowego koloru. Więc jest sens nagrywania płyt w wersji live.

8/10

Radosław Ostrowski