Solaris

Udane adaptacje utworów Stanisława Lema można policzyć na palcach jednej ręki, choć wielu śmiałków mierzyło się z jego dorobkiem. W 2002 roku amerykański reżyser Steven Soderbergh postanowił zaadaptować „Solaris”, w czym pomógł mu finansowo sam James Cameron. Innymi słowy, miało być ambitne kino SF bez ładowania efektami specjalnymi.

Bohaterem jest psychiatra Chris Kelvin, który dostaje poważne zadanie. Jego przyjaciel, Gibarian, prosi go o przybycie na stację kosmiczną Prometeusz. Znajduje się ona koło planety Solaris, która miała być zbadana przez naukowców. Problem w tym, że zaczęły się dziać dziwne rzeczy, a od pewnego czasu nie ma kontaktu. Na miejscu okazuje się, iż Gibarian popełnił samobójstwo, zaś pozostali naukowcy (Gordon i Snow) wydają się niezbyt rozmowni. Kiedy jednak się odzywają, słowa wydają się niejasne oraz niezrozumiałe. Po wybudzeniu się ze snu psychiatra widzi swoją żonę. Ale czy to naprawdę ona?

Reżyser ewidentnie idzie w stronę dramatu psychologicznego, gdzie cała ta kosmiczna otoczka jest tylko tłem. Jest spora, bardzo sterylna stacja wokół dziwacznej planety, która wygląda jak wodnista kula bez stałej struktury. Jakie ma właściwości i czego tak naprawdę chce? – oto jest pytanie. Tajemnica, która Soderbergha fascynuje, lecz odpowiedź wymyka się z rąk. No i pojawiają się ci goście: kim oni są? Awatarami? Doppelgengerami? Ożywionymi wspomnieniami? Projekcjami? Jakie są ich cele? Kelvin mierzy się ze zmaterializowaną Rheyą – kobietą, którą kochał i była dla niego ważna. A ona pojawia się na stacji i zachowuje się jakby była na Ziemi. O co tutaj chodzi?

Soderbergh stosuje tutaj bardzo ciekawy zabieg wizualny (w końcu sam odpowiada za zdjęcia), pokazując silne różnice między stacją kosmiczną a Ziemią. Pierwsza jest bardzo sterylna, stonowana i pełna chłodnego błękitu, z kolei ta ziemska przypomina sepijne zdjęcia, gdzie niemal wiele jest czerni. Wszystko to doprowadza do intrygującego zakończenia, choć co ono oznacza pozostawiam wam.

Zaś aktorsko jest zaskakująco solidnie. George Clooney w roli Kelvina jest bardzo wyciszony, wycofany, jakby nieobecny. Rozumiem, że chodziło o pokazanie tej postaci jako udręczonej, niepogodzonej ze stratą, jednak nie zawsze to działa. Wiele lepiej prezentuje się Natasha McElhone jako Rheya – zarówno ta pojawiająca się na Ziemi, jak i jej zmaterializowana wersja. Niby takie same, ale kompletnie różne, co widać oraz słychać. Dla mnie jednak film skradła Viola Davis, czyli paranoiczna dr Gordon z niemal przerażonymi oczami. Trudno nie zapomnieć tego sposobu mówienia, zwłaszcza jak opowiada o poradzeniu sobie ze swoim „gościem”.

Wielu zarzuca interpretacji Soderbergha spłycenie oraz zbanalizowanie głębszej, bardziej filozoficznej fabuły. Ta wizja „Solaris” bardziej przypomina formą melodramat w otoczce SF, ale też pokazuje ludzi jako niepotrafiących do nawiązania kontaktu. A skoro nie potrafimy rozmawiać sami ze sobą, to jak mamy sobie poradzić z czymś spoza naszej planety?

7/10

Radosław Ostrowski

Zaułek koszmarów

Wiele jest gatunków, które lata świetności mają dawno za sobą. Jednym z nich jest kino noir (albo jak kto woli czarny kryminał) – mroczne opowieści pełne tajemnic, morderstw, zdrad i oszustw. Wszystko przyprawione fatalistyczną atmosferą, cynicznymi twardzielami, pięknymi femme fatale oraz osadzone w męskiej dżungli, gdzie wygrywa ten, co ma więcej siły i/lub sprytu. Szczyt popularności przypadł na lata 40. i 50., by przypomnieć o sobie na przełomie lat 60. i 70. (z pewnymi modyfikacjami).

Nie oznacza jednak, że nie próbowano wrócić z tą konwencją. Czasami udanie („Tajemnice Los Angeles” czy niedawny „Osierocony Brooklyn”), a czasem nie („Czarna Dalia”). Jak do sprawy postanowił podejść Guillermo del Toro? Postanowił zmierzyć się z napisaną w 1946 roku powieścią Williama Lindsaya Greshama (oczywiście, nie czytałem jej), która skupia się na ambitnym człowieku, Stantonie Carlisle’u (Bradley Cooper). Jednak po kolei.

Kiedy poznajemy naszego bohatera, wrzuca zawiązane zwłoki do zakopanego dołu w domu, a następnie podpala to miejsce. Cel: ruszyć przed siebie, zacząć nowe życie i zarobić kupę szmalu. Tylko gdzie? Jako kto? Czy posiada on jakieś umiejętności? Przypadkiem trafia do wędrownej trupy cyrkowej. Zaczyna jako fizyczny pracownik, ale szybko się uczy i obserwuje, w końcu trafia pod skrzydła małżeństwa, które opanowało czytanie w myślach. Po opanowaniu techniki decyduje się zadziałać na własną rękę i podbić świat, w czym pomaga zakochana w nim Molly – dziewczyna przewodząca prąd. W końcu trafiają do miasta i stają się sensacją śmietanki towarzyskiej, gdzie Wielki Stanton wpada w oko pani psycholog, z którą wchodzi w pewien intratny układ.

Więcej wam nie zdradzę, ale nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Historia w zasadzie dzieli się na dwie części, których granicą jest odejście Stantona z cyrku. Pierwsza część, ta jarmarczno-cyrkowa wygląda niesamowicie, w czym pomagają zarówno stylizowane zdjęcia, jak i szczegółowe odtworzenie epoki. Wesołe miasteczko nie jest wcale wesołe, gdzie jej mieszkańcy – o aparycjach charakterystycznych aktorów – to grupa outsiderów, żyjących w brudzie, smrodzie oraz scenografii przypominającej koszmar. Poznajemy ich umiejętności, troszkę przeszłości, ale też pewien rodzaj silnej więzi. Ten świat wciąga, choć nie pozbawiony jest mrocznych zdarzeń (ucieczka „świra” czy tragiczna historia telepaty Pete’a). Gdzieś w powietrzu czuć tą fatalistyczną atmosferę, a jednocześnie trudno oderwać od tego wszystkiego oczu.

Druga – miejska część – jest pełnym wejściem w świat noir, gdzie coraz bardziej napędzana ambicja, żądza pieniądza oraz niebezpieczna kobieta doprowadzają naszego bohatera prosto w przepaść. Wizualnie też jest to zaznaczone: przestrzeń wydaje się coraz większa, tempo pozornie wolne i wszystko wydaje się przytłaczające. Jakby świat zamierzał go przetrawić, przełknąć oraz wypluć. Szansa na zarobek za pomocą żerowania na naiwności bogatych, złamanych przez życie ludzi przez kontakt z duchami. Ale czy taki kant jest możliwy do zrobienia? Uda się dokonać przekrętu doskonałego? Coraz bardziej zacząłem odczuwać napięcie, mimo iż wyczuwałem jaki finał przewidział dla niego los/tarot/diabeł/jego akcje (chociaż zakończenie potrafiło uderzyć).

I jak to jest cudownie zagrane. Pierwsza część to dominacja znajomych twarzy na drugim planie – Ron Perlman, Willem Dafoe, Toni Collette i, najlepszy z tego grona, David Strathairn. Cała ta ferajna tworzy bardzo zgrany kolektyw, gdzie każdy ma szansę zawłaszczyć samą obecnością ekran. Jest jeszcze Rooney Mara, czyli bardzo delikatna oraz naiwna Molly. W drugiej połowie przebija się mroczny duet, czyli Cate Blanchett (dr Lilith Ritter) i Richard Jenkins (biznesmen Ezra Grindle). Oboje z niepokojącą przeszłością, gdzie jego dręczy śmierć żony i desperacko chce ją znowu zobaczyć (fizycznie!!!), z kolei ona chce wykorzystać wiedzę o pacjentach dla własnych celów.

No i jeszcze jest on, czyli Bradley Cooper jako Stanton. Aktor tutaj pokazuje kilka twarzy swojej postaci: z jednej strony uroczego czarusia, z drugiej przebiegłego manipulatora. I to wszystko jest wygrywane za pomocą drobnych gestów, niewypowiedzianych słów oraz spojrzeń. Jednocześnie znakomicie pokazana jest jego determinacja, a także coraz brutalniejszy upadek, łamanie kolejnych granic w jednym celu: kasa, władza, prestiż.

Wielu mówi, że „Zaułek koszmarów” to nowe rozdanie w karierze meksykańskiego reżysera, bo nie pojawiają się potwory i elementy nadnaturalne. Niby trudno się z tym nie zgodzić, ale prawda jest taka, iż monstra mają (dosłownie) ludzką twarz. Bardzo stylowe kino, mimo pewnych chwil przestoju oraz przewidywalności.

7,5/10

Radosław Ostrowski

C’mon C’mon

Joaquin Phoenix to taki aktor, który bardzo lubi zaskakiwać i zadziwiać swoim wyborami. Każdy z nas się zastanawiał nad kolejną rolą tego znakomitego odtwórcy po nagrodzeniu Oscarem za „Jokera”. Nie był to wysokobudżetowy blockbuster, ale kameralna produkcja studia A24. Po kolei jednak.

W „C’mon C’mon” aktor gra Johnny’ego – prezentera radiowego, prowadzącego sondę z dziećmi/nastolatkami w różnych miastach, podczas której zadaje pytania. Są one w rodzaju: jaką chciałbyś mieć supermoc, jaką widzisz przyszłość, co myślisz o dorosłych itd. Mężczyzna mieszka sam w Nowym Jorku, nie utrzymuje relacji ze swoją siostrą po śmierci matki. Jego powolne egzystowanie zmienia się, gdy siostra do niego dzwoni. Prosi go o pomoc w zaopiekowaniu się swoim synem (Jesse), gdy będzie zajmowała się swoim mężem. Jej facet dostał pracę, ale nasiliły się pewne problemy. Johnny się zgadzać, choć chłopak nie pamięta go i jest dość dziwny.

Za film odpowiada Mike Mills, reżyser świetnych „Debiutantów”, który na ludziach się zna. Tutaj też to potwierdza, choć filmów o relacji dziecko-dorosły widzieliśmy wiele. Obaj próbują zbudować więź i lepiej się poznawać. Myk jednak polega na tym, że twórcy pozwalają naszych bohaterom rozmawiać jak ludzie. W sensie, że traktują się poważnie (choć nie zawsze), pozwalając sobie na odrobinę humoru dla balansu. Tak jak w życiu, a ich wspólne rozmowy potrafią skłonić do przemyśleń, a nawet poruszyć. Tak samo jak wykorzystanie w formie offu fragmenty różnych książek, których tytuł pojawia się na ekranie. A wszystko w bardzo niespiesznym tempie, niczym w kinie obyczajowym.

Clou są też sceny wywiadów z dzieciakami, które zostają wplecione do narracji. One bardzo pokazują, że dzieci nie powinny być traktowane jak… dzieci przez dorosłych. Czyli jak idioci, a ich głos zasługuje na wysłuchanie. Poniekąd widać to także w relacji Johnny’ego z Jessem, gdzie obaj próbują udźwignąć wiele poważnych problemów. Wszystko to brzmi bardzo naturalnie, bez żadnego skrętu w fałsz, o co byłoby bardzo łatwo (mam wrażenie, że wiele dialogów było improwizowane). To wszystko działa dzięki rewelacyjnym rolom Phoenixa oraz debiutanta Woody’ego Normana. Chemia między nimi jest namacalna, obaj się fantastycznie uzupełniają, dominując całkowicie nad resztą.

Dla tego cudownego duetu, klimatycznych (czarno-białych!!) zdjęć oraz braku emocjonalnego szantażu. Delikatne niczym rysowany kredkami obrazek, chwytający za serducho kawałek małego, lecz wielkiego filmu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mr. Mercedes – seria 1

Pierwsze skojarzenie przy nazwisku Stephen King jest dość oczywiste: horror. Najczęściej skupiony wokół postaci (głównie dziecka) posiadającego nadprzyrodzone moce, z którymi musi egzystować. Czasami jednak ten autor lubi parę razy wyjść poza swoją strefę komfortu. Taki jest właśnie „Pan Mercedes”, czyli pierwsza część trylogii detektywistycznej, gdzie mamy grę w kotka i myszkę. Cykl tak się przyjął, że adaptacja wydawała się tylko kwestią czasu. I tak powstał serial, za który odpowiada David E. Kelley – jeden z lepszych telewizyjnych twórców, kojarzonych głównie z produkcjami sądowymi jak „Ally McBeal”, „Orły z Bostonu” czy ostatnio „Goliath”.

Wszystko zaczyna się bardzo niepozornie. Późną nocą zbierają się ludzie przed targami pracy. To 2014 rok, czyli po potężnym kryzysie ekonomicznym, więc zbiera się spory tłum. Oczekiwanie, marzenia i potencjalna perspektywa szansy na lepsze jutro. Wtedy podjeżdża czarny Mercedes – nie wiadomo czego oczekiwać. Wtedy staje się najgorsze: wóz wjeżdża w sam środek tłumu, dokonując masakry. Ginie 16 osób, wóz okazuje się skradziony, a sprawca ucieka. Prowadzący sprawę detektyw Bill Hodges jest bezradny i wkrótce przechodzi na emeryturę. Wiadomo jak z takimi ludźmi: nie potrafią się odnaleźć poza pracą, która była jedynym celem w życiu.

I wydaje się, że nasz ex-glina będzie przechodził w stan wegetacji. Aż nagle dostaje wiadomość od… no właśnie. Naszego zbrodniarza, Pana Mercedesa. Koleś włamuje się do jego komputera, serwując niepokojące pliki video, od razu usuwane. Cel wydaje się być jeden i konkretny, czyli wywołać tak silne poczucie winy, by nasz gliniarz odebrał sobie życie. Paradoksalnie jednak daje mu to cel życiowy i zamierza zamknąć swoją ostatnią sprawę.

„Pan Mercedes” to w zasadzie psychologiczny thriller, gdzie obserwuje akcję z perspektywy obu antagonistów. Pozornie wygląda on zwyczajnie, na spokojnie odkrywając kolejne elementy układanki i przyglądając się życiu naszych głównych bohaterów. Nawet jeśli początkowo wydają się znajomymi typami (stary, zmęczony glina z połamanym życiem prywatnym oraz psychopatyczny morderca nie rzucający się mocno w oczy), ale z czasem zaczynami poznawać ich coraz lepiej. Przestają być znajomymi schematami, a zostają ludźmi z krwi i kości. Obaj prowadzą poważną grę, gdzie stawka jest bardzo wysoka, a gdzieś w powietrzu czuć wiszące zagrożenie. Choć panowie mają niewiele wspólnych, zaczyna się tworzyć bardzo niepokojąca więź.

Twórcy spokojnie prowadzą narrację, skupiając się zarówno na kryminalnej intrydze, jak i przede wszystkim życiu prywatnym obu panów. Hodges (absolutnie rewelacyjny Brendan Gleeson) powoli zaczyna wracać do żywych. Pomagają mu w tym zarówno sąsiedzi (energiczna Ida oraz specjalizujący się w komputerach – dodatkowo koszący trawnik Jerome), jak i poznana podczas sprawy siostrzenica właścicielki skradzionego auta, Janey Patterson (cudowna Mary-Louise Parker) oraz ekscentryczną kuzynką, Holly (kradnąca szoł Justine Lupi). Z drugiej strony mamy bardzo wycofanego Brady’ego Hartsfielda (kapitalny Harry Treadaway) – komputerowego nerda, z niepokojącą, bardzo obojętną twarzą i żyjącego w dziwacznej relacji z matką-alkoholiczną (mocna Kelly Lynch). Wszystko poprowadzone bardzo pewnie, trzymając w napięciu do bardzo mocnego finału. Ten zaś zapowiada kolejną część (w końcu King napisał trzy książki).

Każda postać jest na tyle wyraziście zarysowana, dając każdemu aktorowi szansę na wykazanie się. Tego jest zwyczajnie za dużo, by wymieniać wszystkich. Co najbardziej zaskakuje to absolutny brak elementów nadprzyrodzonych (na razie). Inną niespodzianką jest brak muzyki, oprócz wykorzystanych piosenek w wybranych scenach. Tylko i aż tyle. Pierwszy sezon jest – tak jak książka – bardzo wciąganym thrillerem w bardzo współczesnym stroju noir. Postacie są wyraziste, dialogi świetne, a napięcie budowane z wyczuciem. Przecież nie każdy serial musi być przełomową, odmieniającą reguły gry produkcją, tylko wystarczy jako dostarczyciel rozrywki. I to „Pan Mercedes” robi najlepiej – zacieram ręce przy kolejnym spotkaniu.

8/10

Radosław Ostrowski

Titane

Są takie filmy, że po ich seansie słowa nie są w stanie połączyć się w jakiekolwiek sensowne zdania. Myśli krążą po głowie z prędkością szybszą niż światło, przez co ciężko poskładać to wszystko w jakiekolwiek sensowne zdanie. Zawsze dotyczy to filmów dziwnych, tajemniczych, idących poza schematem, bardzo wymagającym od widza. Nie inaczej jest z zeszłorocznym zwycięzcą Złotej Palmy w Cannes, czyli francuskim „Titane”.

Bohaterką jest Alexia – kiedy ją widzimy pierwszy raz jest jeszcze dziewczynką. Wskutek wypadku samochodowego zostaje umieszczona w jej głowie tytanowa blaszka. Nie, jest ojcem nie jest RoboCop, ale od tego momentu wiele się zmienia. Wyrasta na piękną kobietę, ALE… coś dziwnego wokół niej zaczyna się dziać. Nawet nie chodzi o erotyczne tańce przy samochodach, lecz o… zabijanie ludzi. Podczas stosunku, choć nie zawsze jest to reguła. Po kolejnych zbrodniach decyduje się zmienić tożsamość i ukrywa się podszywając się pod zaginionego przed dekadą… syna strażaka.

To już wiecie, że Julia Ducournau idzie w różne rewiry, przez co ciężko zorientować się dokąd to wszystko zmierza. Domniemane połamanie mentalne, morderstwa, body horror w stylu Cronenberga oraz pokręcona psychologiczna relacja między „ojcem” a „synem”. Brzmi jak pokręcony kocioł i misz-masz gatunkowy, który powinien rozsypać się ze sobą. Ale reżyserka posiada jakiś magiczny klej, by to wszystko ze sobą połączyć, zaskoczyć, a nawet zszokować. Sceny przemocy są gwałtowne, niespodziewane oraz krótkie (poza drugą zbrodnią, gdzie ofiar jest kilka), pokazane w pierwszej połowie.

Jednocześnie ta wizualna otoczka ma coś takiego w sobie, że można tylko patrzeć, choć niektóre pomysły mogą mocno skonsternować jak choćby seks z autem (!!!) oraz skutkiem tego jest ciąża. i nie wygląda to tak ohydnie jak podpowiada wyobraźnia. Potem jednak ze zmianą tożsamości (także – symbolicznie – płci) następuje wolta tonalna oraz tematyczna. Gdzieś między wierszami poruszane są kwestie seksualności czy bycia/niebycia płcią, ale potem dostajemy dwójkę pokiereszowanych ludzi, dla których trauma jest jedynym łącznikiem. Albowiem Alexia (magnetyzująca Agathe Rousselle) ma traumę wskutek wypadku, zaś ojciec zaginionego chłopca (niesamowity Vincent Lindon) nie mogę pogodzić się z tym, że jest już facetem w wieku średnim, nie twardym macho w stanie młodych chłopaków. Ta relacja, gdzie czułem podskórne napięcie (czy oszustwo zostanie zdemaskowane) zaczyna powoli nabierać kształtów, by w finale wręcz wzruszyć.

„Titane” początkowo wydaje się brutalne i mocno inspirowane klasykami body horroru, by stać się historią o poszukiwaniu bliskości przez dwoje samotnych ludzi. Zadziwiający, początkowo bezkompromisowy, zmieniający nastrój oraz potrafiący mocno namącić w głowie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Annette

Hasło musical dla wielu narzuca jednoznaczne skojarzenia – śpiew oraz taniec, wykonany w taki sposób, by pieściło oczy i uszy. Jeśli jest to zrobione z regułami tego gatunku. Chyba, że przyjdzie Leos Carax i dokona kompletnej destrukcji, demolki, wręcz rozróby. Taka jest „Annette”, która spełnia założenia reżysera lubiącego sztuczność, eksperyment i brak reguł.

Historia stworzona przez duet muzyczny Sparks skupia się na parze ludzi z dwóch światów. Ona (Anna) jest operową diwą, on (Henry) bardzo kontrowersyjnym stand-uperem. Większego przykładu, że miłość jest ślepa nie da się znaleźć. Wydaje się, że to uczucie będzie mocne i podnoszące mocno. W końcu pojawia się w ich życiu córka Annette, która okazuje się mieć niezwykłe umiejętności. Ale dla obojga rodziców życie zawodowe zmienia się ogromnie. Ona odnosi coraz większe sukcesy, wielką widownię, prestiż i kasę, a on wręcz przeciwnie. Dla widowni staje się nieśmieszny, wulgarny, chory i odpychający. Coś wisi w powietrzu, ale czy to miłość?

Już sam początek pokazuje, że to nie będzie konwencjonalny film. Skoro w pierwszej scenie śpiewa zespół Sparks w towarzystwie aktorów oraz ekipy filmowej z kamerą pokazującą ich z przodu. Zaskoczeni? To jak zareagujecie na fakt, że dziecko naszej pary bohaterów jest… kukiełką? Sztuczność oraz rozbuchanie uderzają mocno w głowę, wszystkie (prawie) dialogi są śpiewane, zaś numery Sparks – pozornie proste i mniej rozbuchane – potrafią złapać za ucho. Fabuła wydaje się być prosta, ale czy warta trwania ponad dwie i pół godziny?

Początkowo akcja wydaje się chaotyczna, bez konkretnego kierunku. Wszystko zmienia się w momencie pojawienia się Annette, gdzie skupia się na tej parze. Ich ambicjach, frustracjach, poczuciu niespełnienia, toksycznej relacji, zazdrości oraz sławie. Pozornie wydaje się, że wszystko gra, co słychać. Ale obrazek i zachowanie sugeruje coś zupełnie przeciwnego. Czy to jest satyra na szoł-biznes? Po części – pole do interpretacji jest spore, a realizacyjnie Carax uderza swoim neobarokowym stylem. Czy to podczas tańca na statku podczas burzy (w tle obraz jest pokazany na projektorze), czy jak dyrygent prowadzi orkiestrę i odzywa się bezpośrednio do obracającej się wokół niego kamery. To jest oszałamiające wizualnie doświadczenie, zaś sam śpiew balansuje między melorecytacją a naturalnym fałszowaniem. Więc nie wszystkim się to spodoba.

To wszystko jednak w ryzach trzyma rewelacyjny duet w rolach głównych. Marion Cotillard jako Anna zachwyca swoim głosem oraz kostiumami noszącymi podczas spektakli operowych. Ale prawdziwym szołmenem jest tutaj Adam Driver i to, co on wyprawia przechodzi ludzkie pojęcie. Nieważne, czy występuje jako stand-uper, czy jest sfrustrowanym, niespełnionym „artystą”. We wszystkich tych twarzach jest bezbłędny, zarówno w bardziej ekspresyjnych, jak i tych oszczędniejszych emocjonalnie momentach. A jeszcze gdzieś nad nim skrywa się pewien nieopisany mrok, co tylko czyni go jeszcze bardziej magnetyzującym.

„Annette” to film polaryzujący wszystkich. Jedni będą zachwyceni i oczarowani, drudzy skonsternowani, zmęczeni oraz wkurzeni, że obejrzeli to dziwadło. Bez wątpienia to bardzo interesujący eksperyment dla ludzi odważnych, nie bojących się ryzyka. Ostrożnie, ale polecam.

7/10

Radosław Ostrowski

Wesele (2021)

Kolejne „Wesele” od Smarzowskiego – mniej więcej wiadomo, czego należy oczekiwać. Walenia prosto w oczy nieprzyjemnej prawdy na nasz temat. Że jesteśmy pełni nienawiści wobec siebie i innych, działamy na skróty, a najważniejsze są pozory, kłamstwa oraz dawno zakopane trupy. Czyli wszystko po staremu.

Tym razem jesteśmy na weselu organizowanym przez Ryszarda Wilka (Robert Więckiewicz) – właściciela masarni, szykującego się do dużego interesu z Niemcami. Państwo młodzi to córka Kasia (Michalina Łabacz) – ciężarna, planująca wyjechać do Irlandii, gdzie planuje prowadzić pub. Wybranek jej serca to Janek (Przemysław Przestrzelski) – piłkarz oraz nacjonalista. Wydaje się, że będzie wszystko dobrze, lecz dla Wilka pojawiają się kolejne komplikacje. Interes życia stoi pod znakiem zapytania, a jeszcze pojawia się przedstawiciel ambasady Izraela z nagrodą Sprawiedliwego wśród Narodów Świata dla dziadka rodu, Antoniego Wilka (Ryszard Ronczewski w ostatniej roli). A czy wspominałem, że to wesele jest w Jedwabnem?

Smarzowski kolejny raz pokazuje naszą mentalność w bardzo krzywym zwierciadle. Czyli kolejny przykład naszych wad przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Bez możliwości jakiejkolwiek szansy wyrwania się z tego przeklętego kręgu. Ale chyba po raz pierwszy miałem poczucie pewnego przeładowania sytuacji, postaci i wątków. Do tego bohaterowie kompletnie mnie nie obchodzili, jakby byli ledwie szkicami postaci. Wyjątkiem od tej reguły jest Antoni Wilk, dla którego obecne wesele staje się zapalnikiem, budzącym wydarzenia z przeszłości. A dokładniej z jego młodości (tą inkarnację gra Mateusz Więcławek) podczas II wojny światowej, gdzie przeżył miłość do żydowskiej dziewczyny.

Pogłębiająca się demencja powodują, że przeszłość i teraźniejszość zaczynają się przeplatać. Nie tylko za pomocą retrospekcji, ale też faktu, iż postacie z przeszłości pojawiają się teraz. Wszystko zaczyna się mieszać ze sobą, co wywołuje z jednej strony konsternację (montaż jest wręcz intensywny), ale pokazuje jedną (może zbyt oczywistą) prawdę: by móc wyciągnąć wnioski z historii, trzeba znać jej pełną wersję. Jednak czy chcemy ją znać? I czy może stanowić początek nowego etapu? Tutaj odpowiedź pozostaje w zawieszeniu, a im bliżej końca, tym mocniej uderzają kolejne wydarzenia.

Wtedy jednak dla mnie było już za późno, bo wątek przeszłości to za mało, by w pełni zaangażować. Bo wątek współczesny jest bardzo chaotyczny, bałaganiarski, gdzie nie wiadomo, na kim ma mi zależeć. Jeszcze te męczące momenty, gdy postacie zwracają się bezpośrednio do kamery (życzenia dla państwa młodych i nie tylko). Brakuje też zarysowanych relacji między członkami rodziny, przez co pozostają oni mało wyraziści, pozbawieni charakteru, mimo wielu znanych twarzy na ekranie. To bardzo boli i sprawiało, że gówno mnie to wszystko obchodziło.

Już w „Klerze” zacząłem czuć troszkę odczuwać zmęczenie formą i stylem Smarzowskiego, ale tam było trzech świetnie napisanych oraz zagranych postaci. „Wesele” to już przerost formy nad treścią, gdzie reżyser coraz bardziej zaczyna się zbliżać do… Patryka Vegi. Tylko, że idącym w przeciwną stronę. Czuję się przejedzony i mam na razie Smarzola dość.

5/10

Radosław Ostrowski

Klan Sycylijczyków

Europejskie kino sensacyjno-gangsterskie bardzo odbiega stylem od amerykańskiego stylu. Stylu pełnego blichtru, bogactwa oraz honorowego kodeksu zasad. Właśnie ten inny kierunek reprezentuje choćby francuski “Klan Sycylijczyków” w reżyserii Henri Verneuila z 1969 roku.

Bohaterem jest Robert Sartet (Alain Delon) – bandyta z Korsyki, specjalizujący się w kradzieży biżuterii. Gdy go poznajemy, jest już w rękach policji, ale nie na długo. Udaje mu się zbiec z policyjnego wozu, w czym pomaga mu włoska mafia Malanese. Nie robią tego jednak bezinteresownie, albowiem Sartet w celi poznał pewnego inżyniera. Mężczyzna siedział za zabójstwo w afekcie, a wcześniej instalował zabezpieczenia w chronionym obiekcie z cenną biżuterią. Razem przygotowują plan skoku, ale pojawiają się komplikacje. I nie chodzi tylko o ścigającego gangstera inspektora policji Le Goffa.

Reżyser bardzo powoli przedstawia wszystkie element układanki, a jednocześnie mimo oszczędności trzyma w napięciu. Dialogów jest niewiele, strzelania i pościgów też jak na lekarstwo. Bo i nie o to tu chodzi. Verneuil pokazuje przede wszystkim relacje między półświatkiem a policją. Tu jest bezwzględna walka, gdzie wszelkie środki są dozwolone. Podsłuchy, inwigilacja, wymuszanie zeznań, zdrada – policja jest równie bezwzględna i brutalna jak przestępcy. Tutaj takie wartości jak lojalność I zaufanie są bardzo mocno ograniczone, a każdy prowadzi swoją grę. A kto kogo wykiwa? Kto zdobędzie łup? Nie brakuje zarówno imponujących momentów jak porwanie samolotu czy nalot na fotografa. Nie ma tu miejsca na nude, tempo cały czas jest zachowane, zaś napięcie potrafi wybuchnąć. Atmosferę jeszcze podkreśla świetna muzyka Ennio Morricone, z niezapomnianym tematem przewodnim.

A wszystko jest rewelacyjnie rozpisane na trzech aktorów. Alain Delon jako Sartet jest jednocześnie czarujący, pociągający, jak i wyrachowany, bardzo chłodny. Ta zbitka tworzy połączenie przestępcy energicznego, a także lekkomyślnego ryzykanta. Kontrastem dla niego jest fantastyczny Jean Gabin w roli ojca chrzestnego, zachowującego opanowanie oraz przewidującego kilka kroków do przodu. Pośrodku nich jest inspector Le Goff o aparycji Lino Ventury – prawdziwy twardziel walczący nie tylko z przestępcami, ale też z paleniem papierosów. Najbardziej szorstki, działający na granicy prawa, wydaje się niczym nie różnić od tych, których ściga. Ten pojedynek wciąga niczym kosiarka trawę.

Klasycznie zrobiony, pozbawiony efekciarstwa kryminał gangsterski, gdzie czuć europejski dotyk. Większe jest skupienie na psychologii I intrydze niż na pościgach czy strzelaninach, nie wywołując w ogóle znużenia.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kartoteka 64

Seria filmów o Departamencie Q, oparta na bestsellerowym cyklu Jussi Adler-Olsena to przykład solidnych kryminałów. Paliwem tutaj nigdy nie jest sama intryga (zawsze skomplikowana oraz ciekawa), lecz relacja między głównymi bohaterami – mrocznym i poważnym Carlem Morckiem oraz trzymającym się jasnej strony Assadem. Nie inaczej jest w czwartej części, czyli „Kartotece 64”.

kartoteka 64-1

Tym razem relacja między panami się pogarsza do tego stopnia, że Assad chce się przenieść do innego wydziału. Zanim jednak do tego dojdzie, dochodzi do makabrycznego odkrycia. W jednym z mieszkań zza zamurowanej ściany zostają znalezione trzy zmumifikowane ciała. Do tego w pomieszczeniu są trzymane w słoiku organy. Do zbrodni doszło 12 lat temu, zaś właścicielka przebywa poza krajem. Kim byli ci ludzie i dlaczego zostali zabici? Trop prowadzi na dawno zamknięty ośrodek dla tzw. trudnych nastolatek.

kartoteka 64-2

Choć zmienia się reżyser, ekipa scenarzystów (Nicolaj Ancel i reżyser poprzednich części Mikkel Norgaard) pozostała bez zmian. Narracja prowadzona jest dwutorowo, gdzie współczesne dochodzenie przeplatane jest z retrospekcjami. W tym drugim wątku odkrywamy przeszłość poznanych ofiar na początku lat 60. Bo na wyspie dziewczyny były poddawane aborcji, a także… sterylizacji. Wszystko w imię chorej ideologii, którą poparłby sam Adolf Hitler. Jeśli jednak myślicie, że zamknięcie ośrodka zakończy działalność lekarza, jesteście w błędzie. Bo za cel brane są dziewczyny „obce” – imigrantki o innym kolorze skóry i wyznaniu wiary.

kartoteka 64-3

Już samo to potrafi wywołać silną wściekłość i gniew, zaś twórcy prowadzą to wszystko zadziwiająco spokojnie. Co nie znaczy, że nie ma napięcia, brudu oraz mroku. Bardzo mocno czuć to psychiczne znęcanie oraz upodlenie. Dopiero w ostatnich 30 minut czuć zagrożenie dla naszych bohaterów, a nawet pojawiają się sceny akcji. I są bardzo dobrze zrobione, zaś finał potrafi podnieść adrenalinę (tym razem jednak Morck nie obrywa zbyt mocno).

kartoteka 64-4

A jak sobie radzi duet Morck/Assad? Nadal świetnie, zaś grający ich Nikolaj Lie Kaas oraz Fares Fares tworzą mocną mieszankę. Choć ekspresja tego pierwszego (a w zasadzie jej brak) może wielu zirytować, tak samo jak jego wycofanie oraz dystans wobec reszty świata. Interakcje między nimi ciągle działają i ta chemia jest namacalna. Z drugiego planu najbardziej wybija się Nicolas Bro jako paranoiczny dozorca ośrodka, z bardzo nerwowym spojrzeniem.

To jest adaptacja czwartej części cyklu, który nie zamierza robić sobie wolnego. Autor stworzył jeszcze cztery części opowieści o Departamencie Q i nie mogę się doczekać kolejnych ekranizacji. To mówi samo za siebie.

7/10

Radosław Ostrowski

… gdziekolwiek jesteś, Panie Prezydencie…

Zmiany w narracji na temat II Rzeczpospolitej przez władze naszego kraju zmieniały się w zależności od ustroju. Za tzw. komuny II RP była określana jako siedlisko zła oraz totalnej degrengolady, z kolei po 1989 mówi się o okresie przedwojennym w niemal superlatywach. Tylko historycy wydają się zachowywać dystans, choć PRL-owska cenzura potrafiła założyć knebel. Czemu o tym mówię? To pozwala zrozumieć wiele polskich filmów historycznych z okresu PRL.

panie prezydencie1

„gdziekolwiek jesteś…” skupia się na postaci komisarza (a od 1939 roku prezydenta) miasta Warszawy, Stefana Starzyńskiego. Głównie pod koniec jego urzędowania podczas kampanii wrześniowej. Miasto znajdowało się pod ostrzałem niemal od samego początku, walka trwa do ostatków sił, zaś rząd wydaje rozkaz ewakuacji miasta oraz najważniejszych urzędów. Jednak Starzyński nie wykonuje rozkazu i pozostaje w mieście, niejako pełniąc rolę przywódcy.

panie prezydencie2

Fabuły jako takiej ta produkcja nie posiada i bardziej przypomina dokument, wręcz reportaż. Nakręcony na czarno-białej taśmie film miesza sceny fabularne z archiwaliami w taki sposób, że rozróżnienie bywa czasami wręcz niemożliwe. To tylko pokazuje niesamowite umiejętności Zygmunta Samosiuka, odpowiedzialnego za zdjęcia. Kadry pokazujące skalę zniszczeń, ofiary oraz coraz bardziej przebijające się oddziały niemieckie mówią wszystko. Z każdą minuta nasila się poczucie bezsilności wobec nieuniknionego. Kolejne scenki, narady, rozmowy, miejsca. Wszystko nagle się urywa i przechodzi dalej, przez co ciężko się w tym odnaleźć. Chaos na ekranie i chaos na zewnątrz, a finał jest łatwy do przewidzenia.

panie prezydencie3

A jednak reżyser bardzo przekonująco pokazuje całą mentalność tego brutalnego okresu, mimo wpleceniu elementów fikcyjnych. Klejem scalającym film jest Tadeusz Łomnicki w roli Starzyńskiego. Nie jest to kreacja pokazująca heroicznego, odważnego człowieka, lecz pełnego sprzeczności i bardzo wycofanego. Człowiek niejako zmuszony do wspierania mieszkańców oraz walki do ostatek sił, pozostający na stanowisku, a jednocześnie mężczyzna w żałobie, nie do końca zdecydowany, poruszający się dość ospale. Dziwaczna dychotonia, zarysowana bardzo delikatnie oraz w drobnych spojrzeniach i gestach, która fascynuje.

To nie jest łatwy film, bardziej eksperymentalne dzieło, zachwycające głównie technicznie. Poza tym trafnie przedstawia atmosferę coraz bardziej gasnącej nadziei, zaś rola Łomnickiego jest jak magnes.

7/10

Radosław Ostrowski