Mank

Dzisiaj sobie odświeżyłem sobie „Obywatela Kane’a” i nie była to kwestia przypadku. Podjąłem się tego, kiedy pojawiła się informacja od Netflixa. Mianowicie, że David Fincher – jeden z moich ulubionych reżyserów – podpisał 4-letnią umowę na wyłączność dla streamingowego giganta. Jednym z dzieł tej umowy jest „Mank”, czyli o pracy nad scenariuszem reżyserskiego debiutu. Film, gdzie Welles miał pełną kontrolę nad swoim dziełem, bez ingerencji studia i nakręcić na dowolny temat. Kwestia autorstwa zaś pozostaje dyskusyjna, choć w czołówce wymienieni są Orson Welles oraz Herman J. Mankiewicz – producent, dziennikarz oraz doświadczony scenarzysta.

Scenariusz do „Manka” powstał ponad 30 lat temu przez ojca Davida Finchera, Jacka (zmarł w 2003 roku), film zaś miał powstał po „Grze”, a główne role mieli zagrać Kevin Spacey i Jodie Foster. Lata mijały i dopiero dzięki Netflixowi sprawa ruszyła z kopyta. Jaki jest efekt? Cóż, może powiem po kolei.

Sama historia skupia się na Hermanie Mankiewiczu, który po wypadku samochodowym, gdzie złamał nogę, dostaje propozycję. W szpitalu od młodego filmowca, Orsona Wellesa. Ma dla niego napisać scenariusz w dwa miesiące na ranczu z dala od cywilizacji, alkoholu i hazardu. Za to z pielęgniarką oraz sekretarką przepisującą pomysły Manka. Wskutek umowy nasz bohater ma nie być wymieniony w czołówce jako scenarzysta.

Cały film pokazuje pracę Manka nad tekstem (to akurat nie zajmuje nawet 1/3 całego filmu), reakcji ludzi z najbliższego otoczenia oraz retrospekcjami z lat 30., czyli okresu aktywnej pracy scenarzysty. Praca nad „Obywatelem Kane’m” dla Manka staje się pretekstem do pewnego rodzaju rozliczenia i świadomym gwoździem do trumny wobec swojej kariery. A wszystko to w czasach moralnej degrengolady Hollywoodu – na zewnątrz Krainy Snów, gdzie wierzy się, że King Kong jest wysoki na 10 piętek, a 40-letnia aktorka jest dziewicą. Bo to leży w kwestii producentów, zaś praca przy filmie to gra zespołowa, gdzie nie ma miejsca na indywidualizm. I jeszcze jedna kwestia, czyli zbliżenia kina z polityką oraz wykorzystywanie jej do politycznych celów jak kampania wyborcza na urząd gubernatora. Oraz jaka jest cena sprzedania się do tych celów. To wszystko brzmi fascynująco, a kilka scen pozostaje mocno w głowie.

Są jednak dwie istotne sprawy, o których musicie wiedzieć przed obejrzeniem „Manka”. Po pierwsze, musicie znać „Obywatela Kane’a”, bo Fincher mocno się do niego odwołuje. I nie chodzi tu tylko o czarno-białe zdjęcia (fantastyczna robota Erica Messerschmitta – solidna, niemiecka marka 😉) czy utrzymaną w jazzowym tonie, inspirowaną Bernardem Herrmannem muzyką. Ale też chodzi o skupienie na detale, konstrukcję scenariusza (praca Manka przeplatana jest retrospekcjami) oraz wiele podobnych – nie identycznych – scen. No i druga sprawa: bez znajomości historii, zwłaszcza historii kina lat 30. nawet nie podchodźcie. Bo Fincher nie będzie niczego tłumaczył, prowadząc za rączkę, tylko rzuci na głęboką wodę. Pojawia się masa nazwisk i postaci – Mayer, Thalberg, Hearst, Joseph Mankiewicz, Upton Sinclair – oraz odniesień do epoki, literatury, kultury, że bez tej wiedzy nie odnajdziecie się. To najbardziej hermetyczny i niewygodny dla widza film. Być może też dlatego miałem takie wrażenie, jakby oglądał film przez szybę.

Trudno mi się realizacyjnie do czegokolwiek przyczepić – ten film wygląda i brzmi zachwycająco. Nawet dźwięk brzmi jak z kina lat 40. Takiej imitacji nie widziałem od czasu „Artysty” oraz „Dobrego Niemca”. Zagrane jest to pierwszorzędnie – Gary Oldman to klasa sama w sobie, zaskakuje bardzo pozytywnie Amanda Seyfried jako dziewczyna/żona Hearsta, a przebogaty drugi plan prowadzony przez Charlesa Dance’a (Hearst) bywa wręcz oślepiający.

Niemniej „Mank” nie jest filmem, w którym zakochacie się od razu. Jestem więcej niż pewny, że z kolejnymi seansami ten film będzie rósł w moich oczach. Ale na chwilę obecną to „tylko” bardzo dobre kino, pokazujące skupioną na detalach pracę Finchera. Szanuję, podziwiam, lecz „jeszcze” nie wielbię, a ocena końca jest naciągana. Troszkę.

8/10

Radosław Ostrowski

Obywatel Kane

Charles Foster Kane – kiedyś magnat i potentat prasowy z ambicjami politycznymi – teraz przebywa sam w swoim pałacu Xanadu. Umiera, upuszczając śnieżynkę, wypowiadając jedno słowo: „Różyczka”. Dziennikarze próbują ustalić, co może znaczyć to słowo, jednak zachowane materiały archiwalne nie dają żadnej odpowiedzi. Więc jeden z reporterów, Thompson, dostaje zadanie przeprowadzenia rozmów z ludźmi pamiętającymi bogacza i odnaleźć odpowiedź na to pytanie.

Czy można powiedzieć coś nowego na temat debiutu Orsona Wellesa z 1941 roku? „Obywatel Kane” był filmem idącym zupełnie innymi ścieżkami. Stosowanie retrospekcje, zabawa formą i perspektywą, oświetlenie inspirujące kino noir (scena rozmów dziennikarzy po kronice filmowej czy wizyta w archiwum Thatchera) czy płynne montażowe przejścia – znakomita robota Roberta Wise’a – nadające całości swój rytm. Całość przypomina tutaj zabawę w rozwiązanie tajemnicy. Zupełnie jakby wiara w odkrycie znaczenia ostatniego słowa może powiedzieć cokolwiek o drugim człowieku. Czyżby tak jest naprawdę? Taka koncepcja była wykorzystywana później wielokrotnie choćby w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy. Narracja kilku postaci ma pokazać portret człowieka, który stworzył wielkie imperium medialne, narzucając swoje opinie milionom ludzi, by skończyć jako samotnik w pełnym przepychu pałacu.

Ta konstrukcja przypomina mi kryminał, gdzie tajemnicą pozostaje sam Kane (rewelacyjny Orson Welles) oraz to jak bardzo mocno się zmienia. Od dziecka wychowanego przez księgowego banku (taki XIX-wieczny „Truman Show”) przez ekscentrycznego bogacza z idealistycznymi przekonaniami, ambitnego polityka z zasadami po samotnika pozbawionego bliskich i władzy. Te sprzeczne charaktery pokazuje już na początku filmu kronika filmowa (znakomicie zrealizowana), a potem potwierdzają relacje kolejnych osób: od drugiej żony przez szefa redakcji po najbliższego przyjaciela-recenzenta teatralnego. Każdy z nich opisuje Kane’a jako różną postać: ambitnego kreatora rzeczywistości, polityka trzymającego się swoich ideałów, wreszcie pragnącego miłości milionów megalomana. Sama ta narracja zachwyca tak jak nie chcąca się zestarzeć techniczna realizacja. A mówimy o filmie sprzed 80 lat (!!!), co mnie samego zaskakuje.


Choć pewnie rekwizyty mogą wydawać się archaiczne (dziś byłby to Internet i social media, zamiast prasy), to jednak sposób prowadzenia narracji przez Wellesa – oraz współodpowiedzialnego za scenariusz Hermana Mankiewicza – bronią ten film przed pokryciem go rdzą. Tak się rodziło kino autorskie, które wyznaczało nowe kierunki w kinematografii. Plus absolutnie fenomenalne aktorstwo, gdzie w większości na ekranie pojawiali się debiutanci. Imponujące.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Infernal Affairs – Piekielna gra 3

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery odnoszące się do pierwszej części, więc jeśli nie oglądałeś, czytasz na własną odpowiedzialność.

Jak się zaczęło jakiś film i powstała część druga, lepiej spiąć jest całość w części trzeciej tworząc TRYLOGIĘ. Nie inaczej stało się z trylogią kryminalno-sensacyjną „Piekielna gra”, której pierwsza część okazała się wielkim sukcesem. Jednocześnie powstała część druga i trzecia. Dwójka była prequelem skupionym na inspektorze policji i drobnym gangsterze, którzy z przyjaciół stali się wrogami. Ale trójka to bardzo dziwna hybryda, będąca jednocześnie sequelem i prequelem. Jak do cholery można coś takiego ogarnąć?

Akcja toczy się na dwóch liniach czasowych, które się ze sobą przeplatają. Pierwsza zaczyna się pół roku przed śmiercią Yana, kiedy ten dalej rozpracowywał gang Sama. Mafiozo poznaje handlarza bronią Chena, który chce z nim robić interesy. Jednocześnie Yan ze względu na bardzo gwałtowny atak przemocy w salonie masażu zostaje skierowany na terapię. Drugi wątek dotyczy działającego w wydziale wewnętrznym Minga Lau, który odciął się od swojej dawnej profesji. Ciągle jednak nawiedzają go wydarzenia z finału jedynki i nie może być pewny, że jest jedyną wtyczką mafii w strukturach policji. Dziesięć miesięcy po śmierci Yana dostaje cynk, że jeden z policjantów – inspektor Yeung – mógł współpracować z triadą. Decyduje się zbadać sprawę i zmieszać gliniarza z błotem, by odsunąć od siebie podejrzenia.

Muszę przyznać, że trójka bardzo mnie zaskoczyła, wracając do korzeni. Wątek Lau oraz Yeunga prowadzących grę w kotka i myszkę naprawdę wciąga, a retrospekcje z udziałem tego drugiego rzucają wątpliwości, co do jego prawdziwych intencji. Wraca poczucie zagrożenia oraz ciągłego niepokoju związanego z odkrywaniem kto jest kim. Pomaga w tym obecność dwóch nowych postaci – Yeunga oraz Chena. Co jednak zaskoczyło to psychologiczne dylematy ocalałego zdrajcy, którego wejście w nową skórę (Lau) okazuje się o wiele bardziej problematyczne niż mu się wydawało. Zmęczenie, ciągły niepokój, wreszcie parę schiz (scena w poczekalni) i pytanie: ile jeszcze wytrzymam? Kiedy wpadnę?

Przejścia między czasami są początkowo oznaczane, ale potem mieszają się ze sobą, co może wywoływać na początku dezorientację. To jednak nie trwa długo, a klimat niepokoju oraz tajemnicy powraca z całą mocą. Zaskakująco złapał mnie wątek terapii Yana z dr Lee, zmieniając dynamikę lekarz-pacjent w relację miłosną. Może wtedy muzyka jest za bardzo romantyczna, jednak nie psuje to bardzo dobrego wrażenia. I daje to także chwilę na złapanie oddechu. To jednak odskocznia przed mroczny światem, gdzie zaufanie jest towarem deficytowym, a zdrada jest czymś powszechnym jak oddychanie. Jest nawet scena pościgu oraz strzelanina, zaś finał daje wiele satysfakcji, ostatecznie zamykając całość.

Nadal jest świetnie zagrana, stara ekipa nadal trzyma poziom. Więcej czasu dostaje Kelly Chen (dr Lee), co działa na korzyść. Z nowych postaci zapada w pamięć bardzo powściągliwy inspektor Yeung (świetny Leon Lai) oraz groźnie wyglądający Shen (Daoming Chen po prostu błyszczy), zmieniając wiele w całej narracji. Kto jest naprawdę kim – przekonajcie się sami, więcej nie zdradzę.

Po drobnym spadku formy jakim była część druga, „Piekielna gra 3” wraca na właściwe tory, stanowiąc świetne zamknięcie trylogii. Wraca mrok oraz kwestia związania z byciem w obcej skórze. Sprytnie poprowadzona, skomplikowana intryga wsysa jak bagno. A wyjście z niego jest tylko jedno.

8/10

Radosław Ostrowski

Infernal Affairs: Piekielna gra 2

Pierwsza „Piekielna gra” była wielkim kasowym hitem oraz ogromnym zaskoczeniem dla reżyserskiego duetu Andrew Lau/Alan Mak. Panowie rok po premierze od razu zaserwowali dwie kolejne części, choć tylko część trzecia kontynuowała opowieść z oryginału. „Dwójka” jest prequelem i cofa nas o 10 lat do tyłu, kiedy to Yan zostaje wydalony ze szkoły kadetów, zaś Lau zostaje, działając jako wtyczka pracująca dla mafii.

W 1991 roku Sam nie był taką grubą rybą, a zaledwie jednym z członków gangu Ngai, jednocześnie przyjaźniąc się z inspektorem Wongiem. Yan zostaje wyrzucony ze szkoły policyjnej, ponieważ jego przyrodni brat jest członkiem triady. A jest nim… Ngai Wing-Hau, który dzięki morderstwu swojego wuja, zostaje szefem mafii. Ta decyzja zmusza Sam do umieszczenia wtyczki policji – zostaje nim Lau King Ming. Cztery lata później władza Ngaia wydaje się nienaruszona, ale gangster proponuje podział władzy między swoich czterech współpracowników, w tym Sama. Jednak cała ta akcja jest pułapką, mającą zlikwidować tych ludzi.

Już z opisu można wywnioskować, że bohaterowie poprzedniej części tak naprawdę są zepchnięci na drugi plan. „Dwójka” skupia się przede wszystkim na postaciach Wonga oraz Sama, którzy z przyjaciół stają się wrogami. Jak obaj zaczynają wspinać się w hierarchii i współpracują przeciw wspólnemu przeciwnikowi. Z tego powodu atmosfera oraz klimat mocno się zmienia, nie jest tak intensywny ani gęsty niż poprzednik. Do tego początek jest naładowany wieloma postaciami, przez co można się pogubić w tej układance. Dopiero kiedy akcja przesuwa się do roku 1994, udało mi się przestawić oraz wejść do tego brudnego świata. Jest parę mocnych scen przemocy (egzekucja czterech mafiozów, z których udaje się wyrwać Samowi czy wysadzenie samochodu), jak i wiele przewrotek, zmieniających przebieg gry.

Te ostatnie elementy bardzo przypominają ducha oryginału, o czym przypomina bardzo mocny finał, gdzie wracamy do punktu wyjścia z „jedynki”. Nadal historia potrafi wciągnąć, mimo wielu pobocznych wątków. Najciekawszym z nich jest wątek żony Sama, która samodzielnie dokonuje zemsty na wuju Ngaia. Ale jak to mówi jeden z bohaterów: „prędzej czy później, za wszystko trzeba zapłacić”. Nie ma na szczęście poczucia przesytu, a finał – pozornie przewidywalny – daje wiele satysfakcji.

Stara aktorska wiara powraca, tym razem dając większe pole do popisu dla Anthony’ego Wonga oraz Erica Tsanga. Młodsze inkarnacje bohaterów „jedynki” (Shawn Yue i Edison Chen – obecni także w poprzedniej części) dają radę, choć więcej czasu dostaje ten pierwszy. Z nowych postaci największe wrażenie robi Francis Ng jako bardzo opanowany, elegancki Ning. Wydaje się spokojny, wręcz pozbawiony emocji, przewidujący każdy ruch przeciwnika, ale kiedy działa jest skuteczny jak diabli. Warto też wspomnieć wyrazistą Carinę Lau jako żonę Sama.

Druga część „Piekielnej gry” nie jest aż tak waląca po oczach, intensywnym thrillerem sensacyjnym jak pierwsza część. Mimo to potrafi dać wiele satysfakcji, ma wiele mocnych scen akcji oraz nadal wyraziste postacie. Nie mogę się doczekać finału, który najmocniej podzielił fanów.

7/10

Radosław Ostrowski

Infernal Affairs – Piekielna gra

Ile już na ekranie widzieliśmy zabaw w policjantów i złodziei? Gdzie obie strony próbuja nawzajem się podejść, zyskać przewagę do pokonania tych drugich? A metod jest wiele: od prowokacji i obserwacji po umieszczanie wtyczek. I ten ostatni element pokazuje sensacyjniak z Hong Kongu – “Infernal Affairs”. Po naszemu “Piekielna gra”. Stara dobra polska szkoła tłumaczeniowa, ale nie o to chodzi.

Historia ma tutaj banalie prostą koncepcję: mamy dwóch tajniaków działajacych po dwóch Stronach barykady. Yan jest policjantem działającym pod przykrywką jako członek triady od 10 lat. Jedyną osobą znającą jego tożsamość jest nadkomisarz Wong, trzymający dane zabezpieczone hasłem. Po drugiej stronie jest inspector Yen, będącym jedną z wtyczek szefa mafii Sama. Obaj nie wiedzą o swoim istnieniu aż do momentu pewnej ważnej transkacji, zakończonej mała wpadką. Panowie dostają od swoich szefów zadanie namierzenia zdrajcy w szeregach.

Brzmi znajomo? Jeśli wam się kojarzy z “Infiltracją” Martina Scorsese, to jest to właściwy trop. “Piekielna gra” jest oryginalną wersją powstałą cztery lata przed oscarowym dziełem mistrza z USA. Ale duet Andrew Lau i Alan Mak idzie w zupełnie inną stronę. Bo na hasło kino sensacyjne z Hong Kongu raczej należy się spodziewać czegoś w rodzaju Johna Woo, prawda? Czyli przeładowanej akcją rozpierduchy z wszechobecnym slow-motion, wiadrami krwi, gołębiami. Cóż, nie tym razem. Bliżej temu filmowi do thrillera psychologicznego, opartego na zabawie w kotka i myszkę. Nawet skojarzyło mi się to z… kinem szpiegowskim. Niby wiemy kto jest kim, ale z czasem granica mędzy tym kto jest dobry z naszych bohaterów zaciera się. Yan chce wrócić do dawnego życia jako policjant, z kolei Lau dostaje szansę na rozpoczęcie nowego etapu. Tylko kto wytrzyma nerwowo tą konfrontację, a kto zginie. Bo nie ma tutaj szansy na szczęśliwe zakończenie dla obu bohaterów.

Sama ekspozycja trwa kilka minut i jest bardzo szybko poprowadzona, za pomocą dynamicznego montażu oraz krótkich scenek. Następnie zostajemy rzuceni w środek operacji, gdzie napięcie zaczyna sięgać zenitu. Wizualnie troszkę jest bliżej do kina Michaela Manna, gdzie większość akcji toczy się nocą. Zdarzają się podnoszące adrenaline momenty jak rozmowa komisarza z Yanem, kiedy zbliża się do nich ekipa gangsterów czy kiedy Yan obserwuje Lau po rozmowie z Samem w kinie. Ryzyko wpadki może się zdarzyć w każdej, a jeden nie wie o drugim nic. Aż do momentu konfrontacji zakończonej nagle i gwałtownie, gdzie finał naprawdę mnie zaskoczył.

Jest także świetnie zagrane i dajcie sobie wmówić, że wszyscy azjatyccy aktorzy wyglądają tak samo. Bo nie. Błyszczą szczególnie grający główne role Tony Cheung i Andy Lau jako szukający siebie nawzajem krety. Obaj maja wiele do pokazania, zwłaszcza Cheung zmęczony działaniem pod przykrywką, znakomicie się uzupełniając. Wspierają ich równie błyszczący Anthony Wong (nadkomisarz Wong) oraz Eric Tsang (gangster Sam), tworząc bardzo mocny drugi plan.

“Piekielna gra” po raz kolejny pokazuje, że azjatyckie kino gatunkowe jest o wiele ciekawsze niż opierające bardziej na szablonach kino z USA. Jest bardziej spokojne i mniej efekciarskie niż można się było spodziewać, zaś klimat i suspens działa aż do samego końca. Atmosferę wręcz można kroić nożem. O wiele lepsze od remake’u Scorsesego.

8/10

Radosław Ostrowski

Chance – seria 2

Dr Eldon Chance już nie prowadzi prywatnej praktyki lekarskiej, tylko pracuje w szpitalu, zajmując się ofiarami przemocy fizycznej. W tajemnicy przed szefową, razem ze swoim kumplem D neutralizuje źródła tych problemów. Poza tym, zostaje poproszony o przysługę przez detektywa Kevina Hynesa. Gliniarz ma obsesję na punkcie bogatego mistrza branży elektronicznej – Ryana Wintera, którego podejrzewa o seryjne zabijanie kobiet (poderżnięcie gardła). A jakby tego było mało, ma haka na doktorka, więc Chance – chcąc nie chcąc – decyduje mu się pomóc. Zaczynając od poturbowania bogacza, dzięki czemu trafia do jego oddziału.

Drugi sezon „Chance’a” nie ma już tej noirowej otoczki, ale nadal jest to mieszanka kryminału i thrillera psychologicznego. Twórcy ciągle balansują między skupieniem się na kryminalnej intrydze a wątkami obyczajowymi. Obydwa łączy postać doktora Chance’a – neuropsychiatrę z mroczną, brutalną przeszłością, pełnego empatii oraz miejscami wręcz impulsywnego. Podobnie zachowuje się jego córka Nicole, próbująca zacząć nowe życie w nowej szkole. Co oczywiście się nie udaje, bo plotki rozchodzą się szybko i konfrontacja jest nieunikniona. Do tego cały czas prowadzona jest gra między Chance’m a Winterem, gdzie nie wiadomo kto kogo podchodzi. I co tak naprawdę wie ta druga osoba. Wszelkie podchody, niedopowiedzenia oraz próba dojścia do prawdy – kolejne przeszkody, nieprzyjemne tajemnice i… jest ktoś trzeci w tym duecie. Więcej wam nie zdradzę, bo odkrywanie tych zagadek jest bardzo dużą frajdą. Nawet kiedy tajemnica zostaje wyjaśniona (odcinek 7), nadal opowieść wciąga, dając kolejne komplikacje. Wraca też wiele starych wątków jak poszukiwania przez rodzinę D czy pogłębiające się problemy Nicole, dzięki czemu zachowuje się ciągłość narracyjną.

Również realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić – od szybkich przebitek montażowych po sceny, gdzie rozmowa jest czasem prowadzona z offu. Pojawia się troszkę akcji oraz scen przemocy, ale są raczej tylko dodatkiem niż głównym daniem. Pod koniec serialu akcja też przenosi się poza San Francisco, co troszkę uatrakcyjnia całość. Wszystko podbite pulsującą muzyką i mrocznymi zdjęciami. Nawet jeśli czasami zdarzają się momenty przestoju, nie wybijają z rytmu oraz pozwalają złapać chwilę oddechu przed nerwową konfrontacją. Satysfakcjonuje za to zakończenie, zamykające wszystkie wątki i w zasadzie nie dające furtki na ciąg dalszy (co widać także w decyzji Hulu o kasacji serialu).

To, co nadal działa w serialu to relacja między Chance’m a D. Hugh Laurie oraz Ethan Suplee są po prostu fenomenalni, pozornie różni, lecz mający zaskakująco wiele wspólnego. Każdy z nich też działa w scenach, gdzie grają osobno od siebie. Równie błyszczy Brian Goodman jako zdeterminowany, obsesyjny wręcz detektyw Hynes, nigdy nie przekraczający granicy etycznej. A jak nowy antagonista, czyli Ryan Winter. W tej roli świetny Paul Schneider, balansujący między nerwowością, opanowaniem a udręczeniem. I to bez popadania w przerysowanie czy karykaturę, o co było łatwo.

Drugi sezon „Chance’a” jest równie udany, a nawet miejscami przebija pierwszą serię. Ma nadal swój mroczny klimat tajemnicy, świetne dialogi oraz aktorstwo tworzą jeden z lepszych (choć przeoczonych) seriali gatunkowych w starym, dobrym stylu. Czuję jednak pewien żal, że to już koniec i więcej odcinków nie będzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Sukcesja – seria 2

Kolejny sezon medialnej „Gry o tron” można uznać za zakończony, czyli medialne imperium Royów ma bardzo poważne kłopoty. Wszystko przez „niedźwiedzi uścisk”, czyli próbę przejęcia przez wrogów firmy z wsparciem Kendala. Ten ostatni wycofał się z powodu pewnego skandalu podczas wesela siostry, aferka jednak została zatuszowana przez ojca. Teraz mężczyzna jest na odwyku i wszystko zaczyna się w momencie powrotu do domu. Zagrożenie jednak ciągle istnieje, a reszta rodziny szuka sposobu na rozwiązanie sytuacji. Czyżby próba kupna innej firmy medialnej z tradycjami okaże się wyjściem z sytuacji?

Drugi sezon kontynuuje opowieść o toksycznych bogaczach, którym wolno więcej. A przynajmniej w to wierzą, ale zamiast poznawania ich jestem rzuceni w siatkę intryg oraz wewnętrznych rozgrywek. Bo nadal toczy się tutaj walka o sukcesję, a twórca rozwiązania może być potencjalnym zwycięzcą tej rozgrywki. I zabawa zaczyna się od nowa, zaś potencjalni kandydaci (bardzo ambitna Shiv, prymitywno-prostacki Roman, niemal wycofany Kendall wydaje się nie liczyć) dwoją się oraz troją nad sposobem. Nadal serial pozostaje czarną komedią i satyrą nie tyle na medialnych magnatów, co na reprezentujący ich kapitalizm, skupiony na maksymalizowaniu zysków oraz zasobów. Człowiek jest albo tylko ograniczony do przynoszenia zysków, a kiedy staje się balastem, trzeba się go pozbyć. Nie ma tutaj miejsca na bycie, a każdy ma swoją maskę (albo kilka).

Kiedy wydaje się, że sprawa zostanie rozwiązana, pojawiają się kolejne przeszkody i to pomaga w budowaniu napięcia. No tak, „Sukcesja” ma wiele z thrillera, gdzie nie do końca wiemy komu zaufać czy kibicować. A nad wszystkim czuwa bardzo bezwzględny Logan „Fuck off” Roy (wyborny Brian Cox), będący wręcz tyranem oraz manipulatorem, którego intencje i myśli niemal cały czas są nieodgadnione. I lubi rozstawiać wszystkich po kątach („dzik na podłodze”) – niby starzec, ale ciągle walczący, działający podstępem, walący prosto z mostu. Bo w tej walce miejsca na etykę nie ma, liczy się skuteczność, bez względu na więzy krwi, przyjaźnie czy lojalność. O dziwo, nadal jest parę chwil, w których możemy obserwować bohaterów albo będących w samotności (Kendall), jak w otoczeniu bliskich, co pozwala na pokazanie im innej twarzy niż brutalnych harpii.

Czy aby jednak na pewno? To pytanie dotyczy głównie Shiv (nadal zjawiskowa Sarah Snook) z jej mężem Tomem (rozbrajający Matthew Macfadyen), będącym diaboliczną mieszanką ambicji, głupoty i niekompetencji. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jemu bardziej zależało na wpływach oraz pozycji niż na swojej żonie, czego chyba ona nie dostrzega (albo nie chce dostrzec). Jest jeszcze najbardziej cyniczny, wręcz hedonistyczny Ronan (fenomenalny Kieran Culkin), pokazujący, iż jest w stanie poradzić sobie z trudną sytuacją (próba zdobycia funduszy w Turcji, gdzie hotel był otoczony uzbrojonymi ochroniarzami), a także pozornie pierdołowaty kuzyn Greg (świetny Nicholas Braun), będący asystentem Toma. Ale to chyba nie do końca prawda? Najstarszy syn Connor, w ogóle nie liczy się w tej grze i sprawia wrażenie najbardziej oderwanego od rzeczywistości z ambicjami prezydenckimi. To daje duże pole komediowe, wykorzystane bezwzględnie przez twórców.

No i jest też kilka nowych postaci: działająca w tajemnicy przed swoją rodziną Rhea Jarrell (niezawodna Holly Hunter), wspierający radą prawnik Laird (solidny Danny Huston) czy trzymająca się tradycji Nan Pierce, mająca być potencjalnym wyjściem z sytuacji (mocna Cherry Jones). Każda z nich jest bardzo solidnym wsparciem dla całej skomplikowanej opowieści, odnajdując się tutaj jak ryba w wodzie.

Drugi sezon bije poprzedni na głowę. Bardziej zwarty scenariusz, cudowna realizacja z nerwową kamerą oraz elegancką muzyką w tle trzyma jeszcze bardziej w napięciu, jednocześnie dając sporo humoru (ironicznego, czarnego, smolistego). A wszystko kończy się przewrotnym cliffhangerem oraz enigmatycznym uśmiechem Logana. Jak dalej potoczy się walka? Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chłopcy z Brazylii

UWAGA!
Tekst może zawierać treści uznane za spojlery, więc jeśli nie oglądaliście filmu, nie czytajcie.

Nikt tak nie sprawdza się w roli czarnych charakterów jak naziści. Żądni władzy nad światem psychopaci opętani okultyzmem oraz złem, że już bardziej się nie dało. Pojawiali się w filmach nawet w latach 70-tych, osadzonych współcześnie („Akta Odessy” czy „Maratończyk”) czy podczas II wojny światowej („Bękarty wojny” czy ostatnio „Operacja Overlord”). O grach komputerowych nawet nie wspominam. Jednak czynienie z nich złoli w czasach osadzonych współcześnie jest dość ryzykowne, bo czy mogą nadal wzbudzić jakąkolwiek grozę czy lęk? Nawet w latach 70-tych taka koncepcja początkowo wydawała się czymś świeżym. Ale czy pod koniec tej dekady to jeszcze działało? Postanowił to sprawdzić reżyser Franklin J. Schaffner w opartym na powieści Iry Levina „Chłopców z Brazylii”.

Film – znany w naszym kraju także jako „Synowie III Rzeszy” – zaczyna się w Paragwaju, gdzie młody syjonista obserwuje jednego z ukrywających się nazistowskich zbrodniach. Przypadkowo trafia na samego doktora Josefa Mengele, organizującego poważną intrygę. Jej celem jest zamordowanie 94 mężczyzn w wieku 65 lat w ciągu dwóch i pół roku. Niestety, nasz niedoszły łowca nazistów zostaje schwytany podczas przekazywania informacji legendarnemu łowcy nazistów – Ezry Liebermana. Ten postanawia wybadać sprawę, zdany tylko na siebie.

chlopcy z brazylii1

Reżyser nie serwuje wszystkich informacji od razu, bo inaczej ten thriller nie zadziałałby. „Chłopcy z Brazylii” są staroszkolnym dreszczowcem, spokojnie odkrywającym wszystkie karty, co buduje klimat tajemnicy oraz podskórnego niepokoju. Napięcie potrafi podkręcić bardzo ekspresyjna muzyka Jerry’ego Goldsmitha w połączeniu z miejscami użytym montażem równoległym (kapitalna scena, gdy Mengele przechodzi po ruinach dawnego szpitala). A wszystko w czasach, kiedy nazistowskie zbrodnie wydają się pieśnią przeszłości. Nie nadając się nawet na wzmiankę w prasie, co jest dzisiaj bardzo smutne. Jedynie starzy ludzie pokroju Liebermana i Mengele jeszcze są w stanie walczyć, mając masę czasu oraz determinacji. Pierwszy może liczyć tylko na wsparcie młodych idealistów, drugi na swoich zwierzchników (do pewnego stopnia). Konfrontacja jest nieunikniona, ale nie będzie tu brawurowych pościgów czy rozpierduchy, choć przenosimy się z miejsca na miejsce.

chlopcy z brazylii2

Schaffner pewną ręką prowadzi całą opowieść, nawet jeśli zacząłem domyślać się o co tak naprawdę chodzi. Bo nie chodzi o pochodzenie ojców, tylko o dzieci, które są… klonami Adolfa Hitlera. Więc jak zwykle chodzi o panowanie nad światem. Chłopcy wyglądają tak samo (są grani przez tego samego aktora – Jeremy’ego Blacka), są rozpuszczeni i… co z nimi zrobić? Ocalić ich w nadziei, że niczego nie zbroją, a geny zostaną stłumione? Czy może ich wytropić i zamordować? Ten dylemat zostaje szybko rozwiązany (niestety), ale konsekwencje pozostają tajemnicą. Rzadko spotykana przemoc potrafi uderzyć, choć krwi nie ma zbyt wiele – może poza konfrontacją dwójki bohaterów z udziałem psów. Jednak potrafi uderzyć, bo zło od nazistów wywołuje ponadczasowy strach.

chlopcy z brazylii3

I to wszystko jest wykonane przez fantastycznie dobrany duet aktorski, zmuszony do konfrontacji. Laurence Olivier jako Lieberman (postać wzorowana na Szymonie Wiesenthalu) jest wystarczająco pocieszny, pełnego empatii, determinacji. Ma być tym dobrym i ma to wręcz wypisane na czole. Ale prawdziwym zaskoczeniem oraz gwiazdą tego filmu jest Gregory Peck. Aktor gra doktora Mengele i robi to bardzo sugestywnie. Aktor drugi raz w swojej karierze zagrał postać negatywną (wcześniej był kapitanem Ahabem w „Moby Dicku” Johna Hustona), ale tutaj wchodzi na o wiele wyższy poziom. Samo spojrzenie może budzić grozę, tak jak niemiecki akcent oraz wyczuwalny gniew i szaleństwo, bez popadania w przerysowanie czy groteskę. To ten duet nakręca ten film, choć nie brakuje w nim znanych twarzy na drugim i trzecim planie (m.in. James Mason, Denholm Elliott czy – będący na początku kariery – Steve Guttenberg).

Powiem szczerze, że nie do końca wiedziałem, czego oczekiwać po „Chłopcach z Brazylii”. Dostałem efektywny, staroświecki (lecz nie archaiczny), trzymający w napięciu thriller. I dowód na to, że naziści nadal potrafią straszyć. Nawet po tylu latach.

8/10

Radosław Ostrowski

Biały, biały dzień

Islandia, zimny kraj pełen zimnych ludzi, tłumiących gorące namiętności. Tutaj przyszło żyć niejakiemu Ingimundurowi – policjantowi, który stracił żonę, remontuje dom, a jedyna osobą trzymającą go przy życiu jest wnuczka. Jeszcze też chodzi na terapię, choć nic mu nie daje. Odkrywając rzeczy zmarłej żony odkrywa, że nie wiedział o niej wszystkiego. I że przyprawiała mu rogi.

Kino skandynawskie znane jest z tego, że pozornie wydaje się chłodne, jednak jak się bliżej przyjrzeć, to aż się gotuje. Takie jest też dzieło Hlynura Palmassona, robiący kino gatunkowe w arthouse’owym stylu. Czuć to od pierwszej sceny wypadku we mgle, nakręconej w jednym ujęciu. Wiele będzie takich nietypowych kadrów czy mastershotów, co dodaje mu charakteru. Same zdjęcia, jeśli pokazują bohaterów to albo z bardzo bliska (pierwsza scena wizyty u terapeuty), albo przez szyby z daleka. I to wszystko służy pokazaniu portretu człowieka niepogodzonego ze stratą najbliższej osoby. Tylko jak sobie z tym poradzić? Z tym żalem, wściekłością oraz coraz bardziej wzbierającym gniewem. W końcu musi dojść do eksplozji i konfrontacji, jednak droga do niej jest bardzo powolna. Napięcie zaś jest podskórnie obecne przez cały czas, nie do końca dając jakiekolwiek wskazówki co dalej.

W zasadzie jest to dramat psychologiczny, miejscami polany gwałtownymi scenami agresji (wybuch podczas terapii prowadzonej online), zaś kulminacją jest konfrontacja z kochankiem na świeżo wykopanym dole. Wtedy reżyser pokazuje pewien moment przebudzenia Ingimundura (znakomity Ingvar Sigurdsson), który od wypadku wydaje się bardziej chłodny i wycofany niż Skandynawowie przyzwyczaili. Bo tak naprawdę przez cały czas odczuwa tylko ból oraz pustkę, którą chce w jakiś sposób zapełnić. A wspólne sceny z wnuczką (cudowna Ida Mekkin Hlynsdottir) wnoszą odrobinę światła do tego dość ponurego świata. I ta dynamika działa najmocniej.

Kto się spodziewał kina zemsty w stylu amerykańskich akcyjniaków lub przynajmniej „Trzech billboardów…”, to będzie rozczarowany. Dzieło Palmassona jest bardziej stonowane i pod koniec zaczyna eksplodować, czyniąc film satysfakcjonującym. Głębokie wejście w umysł człowieka niepogodzonego ze stratą oraz zemsta zrobiona w mniej oczywisty sposób. Wciągające, ale nieoczywiste kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Złote dziecko

Tytułowe Złote dziecko to pochodzący z Tybetu chłopiec, mający ocalić świat. Jednak zostaje on porwany przez tajemniczego Sardo Numpsy’ego, by został zgładzony. Problem w tym, że chłopiec nie jest w stanie ulec siłom zła, nawet jeśli jest przez nich otoczony. Uratować go może tylko Wybraniec. Ma nim być amerykański działacz społeczny, Chandler Jarrell, specjalizujący się w poszukiwaniu zaginionych dzieci. Problem w tym, że nie wierzy w całą tą historię oraz nadprzyrodzone moce.

Michael Ritchie jako reżyser specjalizował się w komediach oraz okraszonym humorem kinie sportowym. „Złote dziecko” ma być w założeniu hybrydą komedii, kryminału z elementami fantasy, czyli troszkę inny rewir. Sama historia wydaje się być prosta i balansująca między komedią a dramatem. Na papierze wydaje się wszystko działać, a sam początek (świetnie zrobiona scena porwania) obiecuje wielką przygodę. Niestety, coś poszło nie tak. intryga jest w zasadzie pozbawiona pazura, a przejście między scenami sprawia wrażenie gwałtownego. Zupełnie jakby parę scen zostało wyciętych, by zmieścić się w czasie. Tak samo rozmach ucinany przez zdjęcia, a dokładniej format obrazu jakby to był film telewizyjny (bardzo wąski 4:3). Antagonista nie ma zbyt wiele czasu na ekranie i brzmi jak wielu innych tego typu postaci (zmarnowany talent Charlesa Dance’a), sceny akcji są szybko ucinane, co pozbawia ich czytelności. Same elementy fantastyczne w zderzeniu z komedią wywołują silny zgrzyt, jakby jednego było za mało, drugiego za dużo i w dodatku nietrafionego.

Nie oznacza to jednak, że „Złote dziecko” to pełny niewypał. Ma kilka autentycznie zabawnych momentów (próba przemycenia sztyletu na lotnisku czy sen bohatera, gdzie mierzy się z antagonistą w formie telewizyjnego show), efekty specjalne nadal trzymają wysoki poziom, zaś scena zdobycia sztyletu potrafi trzymać w napięciu. Jednak kompletnie o „Złotym dziecku” bym zapomniał, gdyby nie świetny Eddie Murphy. W roli bardzo zdystansowanego do sprawy Jarrella autentycznie bawi, podnosząc całość na odrobinę wyższym poziomie. Kiedy on się pojawia na ekranie, robi się ciekawie oraz ogląda się to z przyjemnością. Jak go nie ma, film się robi nudny i pozbawiony duszy.

Strasznie zmieszany się czuje. „Złote dziecko” to pierwsza artystyczna wtopa w dorobku Eddie’ego Murphy’ego (w jednym z wywiadów nazwał film „kupą gówna”), lecz sama opowieść nie porywa. Brakuje tutaj lepszego, bardziej rozwiniętego scenariusza oraz wyrazistszych aktorów na dalszym planie. Z tego złota nie dało się stworzyć.

6/10

Radosław Ostrowski