Tożsamość zdrajcy

Wszystko zaczyna się w Londynie. Tam pracuje Alice Racine – urzędniczka ds. imigracji. Ale tak naprawdę jest wycofaną z terenu agentką CIA, zbierającą informacje o planowanych zamachach terrorystycznych. Tylko, że teraz zostaje poproszona o przesłuchanie kuriera, mającego przekazać wiadomość dla komórki terrorystycznej. Cały jednak myk polega na tym, że dostaje telefon z prośbą o pomoc… od Langley w sprawie przesłuchania kuriera. Nie trzeba być specjalnie bystrym, by zauważyć, że coś tu jest nie tak. Kobiecie udaje się uciec, ale zaczyna się polowanie. Ktoś zdradził i planuje atak na amerykański obiekt w stolicy Brytanii.

tozsamosc_zdrajcy1

Michael Apted to jeden z bardziej doświadczonych reżyserów brytyjskich, który ostatnio pracował dla telewizji. Powrót po wielu latach do kina mógł być dużym sukcesem albo ogromną porażką. „Tożsamość zdrajcy” to klasyczne kino sensacyjno-szpiegowskie, gdzie pojawiają się klasyczne elementy tego gatunku: strzelaniny, pościgi, podwójni agenci i gra w zaufanie. Czas ucieka, atak ma być biologiczny, a cel do końca pozostaje tajemnicą (chociaż łatwo można się domyślić). Reżyser trafia w czas, ale jednocześnie nie jest taki czarno-biały. Zaskakuje postać imama, który nie jest fanatycznym mordercą, ale osobą próbującą powstrzymać kolejne zamachy. Problem w tym, że pewnym osobom jest to wybitnie nie na rękę.

tozsamosc_zdrajcy2

Zaskakuje tutaj bardzo powściągliwość oraz kameralność w realizacji scen akcji. Apted unika efekciarstwa, pędzącej na złamanie karku kamery z ADHD, a wszystko i tak wygląda bardzo płynnie, dynamicznie, z pulsującą muzyką w tle oraz kilkoma fabularnymi zaskoczeniami. Co równie istotne, całą opowieść ma ręce i nogi, nie obraża też inteligencji widza, co w przypadku tych produkcji zdarza się dość często. Może troszkę zakończenie zahacza o efekciarstwo, ale nie trwa to zbyt długo. Mimo przeskoków z Langley do poczynań Alice, udaje się zachować dobre tempo, intryga wciąga i jest zrealizowana tak, jak powinno się robić.

tozsamosc_zdrajcy3

I to jeszcze jest bardzo dobrze zagrane. Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Noomi Rapace. Może nie imponuje swoją posturą, ale gdy trzeba skopać dupsko, jest nie do zdarcia. Bardzo mocno widać w jej oczach nieufność oraz dręczące ją poczucie winy, mieszające się z determinacją i walką do upadłego. Drugą niespodzianką był dla mnie Orlando Bloom. Aktora uważałem do tej pory za średniego (chyba, ze grał elfa), ale tutaj pokazuje się jako troszkę bezczelny twardziel, rzucający czasem ciętymi one-linerami i wypada w nich świetnie. Z kolei drugi plan zawłaszcza Toni Collette (szefowa MI5), wyglądająca wręcz łudząco podobnie do… Annie Lennox oraz dobrze bawiący się na ekranie John Malkovich z Michaelem Douglasem.

tozsamosc_zdrajcy4

„Tożsamość szpiega” to jedna z dużych niespodzianek tego roku. Może i opowiada historie, jakich kino wałkowało już z tysiąc razy, ale potrafi przestraszyć prawdopodobieństwem takiego ataku. Poza tym jest bardzo porządnie zrealizowane, bez pójścia na łatwiznę oraz prostego podziału na dobrych i złych, co zawsze jest w cenie. Nie mam nic przeciwko sequelowi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kierowca

Noc. Idealna pora dla ludzi, dokonujących napadów, mafijnych porachunków oraz szoferów jadących na akcje. Tak jest też w przypadku głównego bohatera – kierowcy pracującego dla gangsterów. Odbiera telefony, przyjeżdża na miejsce, przywozi z punktu A do B i tyle. Tutaj też zapowiadała się kolejna taka noc. Telefon, dowiezienie ludzi pod bank, ale później szef przekazuje wiadomość: porzuć ekipę, bo Cię zabiją. Od tej pory wszystko się zaczyna sypać.

wheelman1

Kolejny film od Netflixa, który coraz bardziej się rozkręca. Tym razem robi bardzo minimalistyczne, ale stylowe kino sensacyjne. Wszystko skupia się jedynie na aucie, gdzie kamera jest przyklejona do każdej części auta – kół, szyby, dachu. Zupełnie jakby ktoś wyłowił zapomniane dzieło z lat 70., by je teraz przybliżyć. Sposób montażu, gdzie bardzo rzadko widzimy perspektywę spoza auta, potęguje tylko klimat tajemnicy i osaczenia. Tak samo jak nasz bohater, powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, chcąc ustalić co tu jest grane, chociaż poczucie dezorientacji trwa przez pierwsze 30-40 minut.

wheelman2

To tylko pozwala łatwo wejść w skórę kierowcy, o którym wiemy tylko tyle, ile usłyszymy w dialogach. Wszystko jeszcze podkręca pulsująca muzyka oraz bardzo dobrze zmontowane sceny pościgów, gdzie trzeba naprawdę szybko jechać. Chwil postoju i momentów, gdy nasz bohater jest poza autem nie ma zbyt wiele (chyba, że zmienia auto albo przelicza forsę), co jest zdecydowanym plusem. A im dalej w las, tym silniejsze jest napięcie, zakończone mocnym i krwawym finałem.

wheelman3

No i najmocniejszy punkt całego filmu, czyli Frank Grillo w roli głównej. O samym kierowcy wiemy nie wiele, ale jego mowa ciała oraz szorstkie spojrzenie mówi o nim więcej niż każde wypowiadane słowo. Facet zna się na swojej robocie, jest całkowicie skupiony, ale kiedy trzeba potrafi improwizować. Kiedy wszystko idzie nie tak, każde jego spojrzenie nabiera większego ciężaru, a emocje wręcz się w nim gotują. Cała reszta aktorów jest tylko wsparciem dla Grillo, ale trudno przejść obojętnie wobec Shea Wighama czy Caitlin Carmichael.

wheelman4

Sam „Kierowca” to stylowy, pięknie wyglądający akcyjniak, będący pod silnym wspływem „Drivera” Waltera Hilla. Pozornie spokojne tempo ukrywa bardzo gęstą atmosferę strachu i adrenaliny, dodającej kopa. Jak mówi tagline: Drive Fast, Think Faster.

7/10

Radosław Ostrowski

Bez snu

Główny bohater, Vincent jest gliniarzem, który ma wiele rzeczy na sumieniu. Z powodu pracy zaniedbał swoją rodzinę, z którą ma coraz słabszy kontakt. Ale gdy go poznajemy, dokonuje napadu i kranie dużo towaru. Problem w tym, że należy on do wpływowego gangstera, który w odwecie porywa jego syna. Vincent ma godzinę na dowiezienie narkotyków, lecz za nim podąża policjantka z wydziału wewnętrznego.

bez_snu1

„Bez snu” to sensacyjniak od niejakiego Barana bo Odara – szwajcarskiego filmowca, tworzącego w Niemczech. I, niestety, jest to klasyczna produkcja w iście hollywoodzkim stylu. Mamy niemal niezniszczalnego gliniarza (nawet raniony w brzuch nożem, naparza się jakby to nie było żadnym problemem), coraz bardziej gmatwaną (lecz prostą do sklejenia) intrygą, gdzie zaufanie jest wartością względną, na jaką trzeba sobie zwyczajnie zasłużyć. Jesteśmy w świecie zdegenerowanym przez skorumpowanych gliniarzy, bezwzględnych gangsterów oraz prawdziwych psychopatów, nie znających słowa lojalność. Wszystko osadzone w jednej przestrzeni, czyli kasynie działa na plus, budując klimat niepokoju. Chociaż same bijatyki wyglądają nieźle, to same strzelaniny pod koniec robią się coraz bardziej efekciarskie, zbyt widowiskowe, przez co początkowo budowany realizm trafia szlag. I jeszcze to zakończenie, gdzie wszystko musi się skończyć dobrze, chociaż ostatnia scena może sugerować ciąg dalszy (wolałbym nie).

bez_snu2

Zrealizowane jest to solidnie, lecz reżyser partaczy swoją robotę, osłabiając napięcie z każdą sekundą, a logika niektórych działań (żona jadąca do kasyna) zadziwia. Sytuację próbują ratować aktorzy i tworzą bardzo solidne kreacje, lecz bez jakiegoś błysku. Dotyczy to zarówno grającego główną rolę Jamiego Foxxa, jak i partnerującego mu duetu Michelle Monaghan/David Harbour (gliniarze z wewnętrznego).

bez_snu3

„Bez snu” – o czym nie wspomniałem – to remake francuskiego thrillera „Biała noc”. Nie widziałem oryginału, lecz jestem absolutnie pewny, że byłby lepszy. Klisze serwowane są aż za często, wiemy jak się to wszystko skończy, brakuje napięcia, suspensu. Hollywood znowu dało ciała, co mnie znowu boli.

5/10

Radosław Ostrowski

1922

Punktem wyjścia tej historii dziejącej się w roku 1922 była miłość. Nie do kobiety, bo ta przychodzi i odchodzi kiedy chce. Dla farmera jednak ważniejsza jest miłość do ziemi – twardej, bezwzględnej oraz wymagającej partnerki. Problem jest wtedy, kiedy obydwa te związki nie łączą się ze sobą. Ona chce wyjechać stąd i pójść do miasta, on kocha ziemię i nie widzi sensu poza nią. Więc Wilfred James postanawia rozwiązać problem za pomocą morderstwa.

1922_1

Kolejne dzieło Stephena Kinga, tym razem w formie dreszczowca w iście telewizyjnym stylu. Czy to może być przeszkodą? Nie do końca, bo ta powściągliwość pomaga w budowaniu klimatu. Skupienie się na jednym miejscu, gdzie powoli widzimy jak jedna decyzja waży na losach wszystkich postaci. Jedna zbrodnia pociąga do nieuniknionego upadku, pociągając kolejne ofiary, wyrzuty sumienia i trupy. A po tym wszystkim zaczną się zbliżać szczury, będące coraz bardziej natarczywe. Kolejne zdarzenia coraz bardziej pieczętują los bohatera, nad którym mocniej i mocniej zapętla się szyja. Czy było inne wyjście z tej sytuacji? Oczywiście, że tak, ale wniosek ten zostaje wyciągnięty za późno, gdy już nic nie da się zrobić.

1922_2

Kluczowy jest czas akcji, tuż przed rozpoczęciem Wielkiego Kryzysu, który pozbawił milionów ludzi pieniędzy, pracy, a farmy były przejmowane przez bardziej bogatych oraz banki, co tylko potęguje poczucie beznadziei. Zło ma bardzo ludzką postać, chociaż reżyser sięga po klasyczny zestaw straszenia (obecność szczurów, trzaskanie drzwi, wreszcie pojawienie się nieboszczki w formie rozpadającego się trupa). O dziwo, to potrafi parę razy przerazić, nawet gdy pojawia się krew oraz makabra. Poczucie niepokoju potęguje jeszcze sugestywna muzyka Mike’a Pattona, aczkolwiek jest to standardowy zestaw dźwięków pod kino grozy.

1922_3

Ten film byłby tylko całkiem sympatycznym średniakiem, gdyby nie kompletnie zaskakujący Thomas Jane. Aktor posiadający dość potężną posturę, tutaj musiał wcielić się w starszego, mniej sprawnego fizycznie rolnika, co widać w jego ruchach, spojrzeniu, sposobie plucia czy szorstkim spojrzeniu. Także akcent dodaje autentyzmu tej postaci, trzymającej w sobie prawdziwego demona. Reszta obsady prezentuje się solidnie (Molly Parker, Neal McDonaugh, Bryan James d’Arcy czy Dylan Schmid), stanowiąc tylko tło dla popisów Jane’a.

1922_4

„1922” nie potrzebuje dużego budżetu czy wielkiego rozmachu – to kameralna opowieść o demonach, budzących się w wyjątkowych okolicznościach. Niby nic wielkiego, ale zrobione jest to na przyzwoitym poziomie, bez poczucia żenady. Netflix kolejny raz pokazał, że nie tylko seriale robi na poziomie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gra Geralda

W tym roku Stephen King ma większe branie niż zwykle, co samo w sobie jest dużą niespodzianką. Po chłodno przyjętej „Mrocznej wieży” (może kiedyś zobaczę) oraz entuzjastycznym „To”, tym razem za dzieła mistrza grozy wziął się Netflix. I to dwa razy, ale dzisiaj jeden z tych filmów – „Gra Geralda” zrealizowana przez Mike’a Flanagana („Oculus”).

gra_geralda1

Początek to przyjazd niemłodych już małżonków do domu gdzieś na odludziu. Ma to pomóc w odbudowaniu relacji między sobą, także erotycznie. Dla urozmaicenia Jessie zgadza się skuć kajdankami, by zrealizować fantazję Geralda. Problem w tym, że podczas igraszek mężczyzna dostaje zawału i umiera, a kobieta jest zdana na siebie. Poza nią jest jeszcze szlajający się pies, gustujący w zwłokach. Jak się wydostać z uwięzienia?

gra_geralda2

Całość oparta na jednym pomieszczeniu może sprawiać wrażenie obserwowania Teatru Tv. Jednak reżyser potrafi utrzymać w napięciu, troszkę przypominając… „127 godzin”. Tylko, ze tutaj jest wredny pies, tajemnicza zjawa pojawiająca się w nocy (Śmierć?) oraz… zmarły mąż i ona sama. Ktoś powie, że doszło do obłędu i będzie miał rację. Dialogi pozwalają poznać przebieg związku, a także poznać pewną mroczną tajemnicę z życia bohaterki (pewne zaćmienie, a także postawa jej ojca – więcej nie powiem), rzucającą na nią bardzo duży cień. O dziwo, to wszystko ma ręce i nogi, a próby wyrwania się z łóżka przykuwają uwagę (zwłaszcza dotarcie do szklanki z wodą czy wręcz brutalne wyswobodzenie się). Nie sposób też zapomnieć finału, gdzie dochodzi do dość zaskakującej wolty, ale to sami się przekonacie jak wejdziecie na Netflixa.

gra_geralda3

A to wszystko działa także dzięki rewelacyjnej roli Carli Gugino. I nie tylko dlatego, że pięknie wygląda, ale bardzo wiarygodnie pokazuje swoje rozterki, zmęczenie oraz bezsilność zmieniającą się w walkę. Także w scenach konfrontacji z przeszłością, wypada bez zarzutu. Świetny jest też Bruce Greenwood jako Gerald. Pozornie idealny partner, która zna swoją kobietę na wylot, ale nie zawsze jest wsparciem dla małżonki, co jest dość zaskakujące. O to ten duet trzyma film w ryzach, dając sporo przyjemności z seansu.

gra_geralda4

„Gra Geralda” nie jest strasznie mroczna czy krwawa (choć nie brakuje krwi), lecz buduje atmosferę niepokoju za pomocą sugestywnego kadrowania, zbliżeniach na twarz bohaterki oraz dźwiękach tła. Przykład porządnego rzemiosła z bardzo mocną końcówką, która skutecznie podnosi adrenalinę.

7/10

Radosław Ostrowski

Milczenie

Nie ma chyba kinomana, który nie lubiłby Martina Scorsese. Ten bardzo uznany i szanowany reżyser przez lata wyrobił sobie reputację mistrza, specjalisty od szeroko pojętego kina gatunkowego, który ciągle szuka dla siebie wyzwania. Podobno ten film miał powstać już 25 lat temu, a tematyka szeroko pojętej wiary, towarzyszyła twórcy „Taksówkarza” niemal od początku swojej kariery. I o tym opowiada najnowsze dzieło mistrza „Milczenie”.

milczenie1

Jest XVII, w Japonii głoszone jest słowo Boże, chociaż chrześcijaństwo jest zakazane. Do Portugalii dochodzą wieści, że jeden z misjonarzy ojciec Ferreira, publicznie wyparł się Boga. Dwaj jezuici, ksiądz Rodriguez oraz Garupe, wyruszają na daleki kraj, by wybadać całą sprawę i przy okazji głosić słowo Boże. Władze jednak dość szybko się dowiadują o ich obecności, przez co zaczyna się zaciskać pętla na szyi, przez co w końcu musi dokonać bardzo trudnego wyboru: wyparcie się wiary albo śmierć.

milczenie2

Kto inny mógłby się podjąć tej opowieści jak nie Scorsese. Punkt wyjścia mocno przypomina „Czas Apokalipsy”, czyli mamy tajemnicę związaną z jednym bohaterem, który pojawia się zaledwie w trzech scenach. A tak najważniejsze jest tutaj rozdarcie oraz walkę o duszę ojca Rodrigueza, jego „rozmowy” (w formie narracji z offu) z Bogiem, który na każde jego słowo, nie odpowiada. Nie odpowiada, bo Go nie ma? Czy może jest to próbą, którą nasz ksiądz musi podjąć? Tylko, ze razem z nim będą też cierpieć jego bracia oraz siostry w wierze. Dlaczego reżyser pokazuje tylko perspektywę naszego Rodrigueza i w ogóle „chrześcijańskiej” Europy, która nie potrafi zrozumieć mentalności Japonii. Tutaj mieszkańcy są albo wierzącymi w Boga, albo zdrajcami (przewodnik bohaterów – Kichijiro), albo zwalczają chrześcijaństwo traktując je jako zagrożenie. Dlaczego to jest niebezpieczne? Bo tak. Widzimy tylko jedną perspektywę i to wywołuje rozdrażnienie.

milczenie3

Za to nie mogłem oprzeć się pracy kamery. Z jednej strony pięknie wyglądające sceny przyrody, z drugiej bardzo surowe i naturalistyczne wręcz sceny tortur, morderstw. To zderzenie buduje poczucie zaszczucia oraz niepokoju. Choć Japonia wygląda pięknie, jest bardzo niebezpieczna. Jeszcze to dość wolne tempo czy kompletnie zbędny epilog, gdzie mamy wyłożone kawę na ławę. Do tego jeszcze narracja z offu czasem mówi więcej niż powinna, przez co średnio zaangażowany w całą historię. A szkoda, bo rozważania na temat wiary i religii miało spory potencjał. Jaka jest różnica między buddyzmem a chrześcijaństwem? Jak język może okazać się silną przeszkodą w przekazywaniu Ewangelii (jak różnie odbierane są znaczenia tych samych słów)? Szkoda, że nie do końca zostaje to wykorzystane.

milczenie4

Także aktorsko tak naprawdę z wielkich nazwisk wybija się tylko Andrew Garfield (Rodriguez), bo grał główną rolę. I wybronił się jako duchowny pozornie z silną wiarą oraz równie poważnymi wątpliwościami, targającymi nim aż do samego końca. Liam Neeson (ojciec Ferreira) ma raptem kilka scen, a partnerujący Garfieldowi Adam Driver nie ma zbyt wielkiego pola do popisu. Za to świetnie wypadają aktorzy japońscy ze szczególnym wskazaniem na Takanobu Asano (tłumacz) oraz Yosuke Kubozukę (Kichijiro, czyli japoński odpowiednik Judasza).

„Milczenie” to przykład kina niewykorzystującego w pełni swojego potencjału, co w przypadku takiego reżysera jak Scorsese jest zaskakujące. Scorsese po drodze zadaje kilka pytań, częściowo nie dając na nie odpowiedzi. Może samo milczenie jest odpowiedzią?

6/10

Radosław Ostrowski

Uciekaj!

Początek filmu zapowiada dramat albo komedię. Poznajemy parę naszych bohaterów: Rose i Chrisa. Ona jest śliczna, pięknowłosa i biała, a on jest silnie zbudowany, przystojny i czarny. Postanowili na weekend przyjechać do jej rodziców. Po to, żeby się bliżej poznać i ruszają do rezydencji z czarną służbą. Pozornie spokojnie i wydaje się naturalną familią, ale Chris nie do końca czuje się swojo. Aż do momentu, gdy nasz bohater zostaje poddany hipnozie.

uciekaj1

Debiutujący reżyser Jordan Peele postanowił zwodzić wszystkich za nos, mieszając pozornie niepasujące do siebie elementy. Początek brzmi niemal jak nowa wersja „Zgadnij, kto przyjdzie na obiad” (zderzenie białego świata z czarnym człowiekiem), by później wejść w ostrze satyry rasistowskiej. To, jak biali ludzie mówią tak, by nie pójść w stronę rasizmu to najmocniejszy punkt filmu. Rozmowy Chrisa z pozostałymi gośćmi (w większości białymi) są silnym źródłem inteligentnego humoru, co w połączeniu z postacią przyjaciela Chrisa daje prawdziwą petardę. Jednak im dalej w las, tym pewne rzeczy zaczynają się wydawać coraz dziwniejsze, jak zachowanie czarnej służby, jakby mieli w sobie mentalność i krew białego człowieka. To wszystko budzi poczucie niepokoju, a sceny hipnozy jest wręcz popisem suspensu.

uciekaj2

Tylko, że potem następuje bardzo mocna wolta w postaci sceny bingo oraz, by nie za mocno spoilerować, uwięzienia naszego protagonisty. Wtedy poznajemy przyczyny całego zamieszania oraz motywacje, by wpaść w konsternację oraz trafić na zupełnie inne tory. Wszystko staje się takie krwawe, brutalne, wzięte z innego filmu. Paradoksalnie to się nie gryzie ze sobą, chociaż zakończenie mnie rozczarowało swoją dosadnością. Liczyłem na bardziej inteligentne rozegranie.

uciekaj3

Poza jednak reżyserską dyscypliną oraz pomieszaniem konwencji warto też pochwalić realizację ze świetnymi zdjęciami, skupionymi na zbliżeniach, a także pokręconą muzyką, bardzo nieoczywistą jak na tego typu kino. Aktorsko jest tu całkiem przyzwoicie, a głównego bohatera (dobry Daniel Kaluuya) lubi się od razu i kibicuje do samego końca. Dodatkowo ta postać zachowuje się racjonalnie, co w przypadku filmów z dreszczykiem nie zdarza się często. Ale największą niespodzianką była dla mnie Catherine Keener jako przyszła teściowa, posiadająca umiejętność hipnozy oraz bardziej mroczne oblicze.

uciekaj4

„Uciekaj!” jest odświeżającym w obecnych czasach miksem dreszczowca, horroru i komedii. Bardziej stawia tutaj na nastrój oraz robi sobie jaja z białych, co jest zaskakujące. Czuję mocno w kościach, że powstanie jeszcze kilka podobnych filmów.

7/10

Radosław Ostrowski

Najlepszy

Kiedy poznajemy Jerzego Górskiego, jest końcówka lat 70. Kiedyś był naprawdę zdolnym sportowcem, ale potem pojawiły się narkotyki. Kumple, dziewczyna (córka komendanta MO), kumple, meliny, ucieczki przed milicją. Zszedł on na samo dno, ciąża, śmierć przyjaciela, wreszcie nieudane samobójstwo. Czy w ogóle jest szansa wyjścia na prostą?

najlepszy1

Ostatnio coraz bardziej widoczny jest trend realizacji biografii obsadzonych w realiach PRL-u. Po „Bogach” i „Sztuce kochania” tym razem przyszła kolej na „Najlepszego”. Tym razem historia opowiedziana przez Łukasza Palkowskiego, tym razem przedstawia losy człowieka, o którym mało kto słyszał (przynajmniej przed filmem). Jest to mieszanka dramatu, kina sportowego oraz odrobinę komedii. I jak zawsze udało się wiernie odtworzyć realia epoki – wrażenie robi scenografia, ze szczególnym wskazaniem na melinę oraz ośrodek Monaru. Surowa faktura, meble, sprzęt szpitalny czy kostiumy tworzą klimat tamtego okresu, bez wywoływania zgrzytu. Dialogi też są zrozumiałe i niepozbawione błysku, a gdy dodamy świetną, rockową muzykę Bartosza Chajdeckiego, to wszelkie zmysły są zaspokojone. „Najlepszy” trzyma w napięciu, mimo sięgania po sprawdzone klisze kina sportowego (szybki montaż a’la „Rocky”, trener będący mentorem czy nowa kobieta wspierająca bohatera), co nie jest wcale takie proste. Na pewno pomaga w tym wiele humoru (pierwsze próby pływania pod okiem trenera czy nauka tanga – perełki) oraz pewna ręka reżysera.

najlepszy3

Żeby nie było tak słodko, to są dwie mocne łyżki dziegciu. Po pierwsze, czuć pewną skrótowość i uproszczenia w historii. Głównie podczas scen odwyku oraz przygotowań, aż chciałoby się wejść głębiej. Drugim problemem (chociaż nie dla mnie) mogą być sceny „rozmów” bohatera z samym sobą przed lustrem, pokazujące jego mroczną stronę. Dla wielu takie sceny mogą być zbyt dosłowne i łopatologiczne (chociaż w finale potrafi to zbudować suspens), chociaż nie każdemu będą one przeszkadzały.

najlepszy2

Jednak to wszystko jest kapitalnie zagrane. Do wielkiej formy wraca Jakub Gierszał, który ostatnio pogubił się lekko, ale tutaj jest wręcz znakomity, przechodząc bardzo dużo zarówno fizycznie (sceny sportowe oraz „głodu”), jak i psychicznie. Zagubienie, gniew, poczucie bezsensu, determinacja, wreszcie walka. To wszystko jest przedstawione przez aktora bezbłędnie, przez co chciałem kibicować Górskiemu. Ale za to drugi plan jest wręcz gwiazdorski (jak na hollywoodzkie kino przystało). Na mnie największe wrażenie zrobił niezawodny Arkadiusz Jakubik (kierownik basenu, przyszły trener), świetny Janusz Gajos (Marek Kotański, scena rozmowy w samochodzie – klasa), opanowany Szymon Piotr Warszawski (Paweł, kierownik ośrodka) oraz w drobnym epizodzie Mateusz Kościukiewicz (kumpel Andrzej) i Mirosław Haniszewski (instruktor tańca). Muszę też wspomnieć debiutującą Kamilę Kamińska jako pielęgniarkę Ewę – nie tylko wyglądającą naturalnie i uroczo, ale też odgrywającą kluczową rolę w całości.

najlepszy4

Powiedzmy sobie to od razu: „Najlepszy” to nie jest najlepszy polski film, jaki widziałem w tym roku. To jest przykład dobrego, miejscami nawet bardzo dobrego kina, przeszczepiającego hollywoodzki styl na nasze podwórko. Palkowski wyrasta na rzemieślnika z wysokiej półki i powiem tylko jedno: chcę więcej takiego kina na poziomie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Kryptonim HHhH

Pamiętacie taki film „Operacja Anthropoid”? Wydawałoby się, że już wszystko opowiedziano o zamachu na Reinharda Heydricha – protektora Czech i Moraw. Fanatyczny wyznawca nazizmu, wcześniej oficer marynarki wojennej wydalony za romans. Tym razem tą historię postanowili opowiedzieć spece z Hollywood, więc należało spodziewać się najgorszego.

hhhh1

Cedric Jimenez postanowił cała historię opowieść dwutorowo. Pierwsza część to historia Heydricha, z kolei druga część to przygotowanie do zamachu z perspektywy zamachowców. Sam pomysł na ten sposób opowieści wydawał się fantastyczny, gdzie rozbicie perspektywy dawało spory potencjał na wciągającą opowieść. Niestety, wszystko jest zrobione tutaj bardzo płytko. Historia Heydricha jest zbiorem przypadkowo rzuconych scenek, które (na siłę) można jakoś powiązać w pewną całość. Mamy wyrzucenie z marynarki i sąd wojskowy, by po paru minutach przenieść się na farmę Himmlera, który proponuje Heydrichowi kierowanie nową komórką wywiadowczą. A następna scena to likwidacja komórki komunistycznej, szantaż na generale, wreszcie atak na Polskę. Skaczemy z wątków na wątek niczym z kwiatka na kwiatek, a najciekawsze (czyli prywatne życie Heydricha oraz jego drogi ku ideologii) zostaje tylko liźnięte. Na szczęście Heydrich nie jest traktowany jako komiksowy, przerysowany czarny charakter, ale brakuje jakiegoś głębszego portretu psychologicznego.

hhhh2

Taki sam mam problem ze scenami przygotowań do zamachu. Po pierwsze dlatego, że widziałem wspomnianą wcześniej „Operację Anthropoid”, skupioną tylko na tym wątku (świetnie poprowadzony i trzymający w napięciu). Sprawiło to, że ten wątek wydawał mi się bardzo skrótowy, a zamachowców (Kubis i Gabcik) też potraktowano tylko jako papierowy schemat – młodzi patrioci, ale też normalni chłopcy z marzeniami. Scena zamachu i tuż po nie potrafiły mnie już utrzymać w napięciu.

hhhh3

Sytuację (poza naprawdę ładnymi zdjęciami oraz sugestywną muzyką) próbują ratować aktorzy. I dobrze wywiązują się ze swoich zadań. Pochwalić trzeba przede wszystkim Jasona Clarke’a w roli Heydricha, czyli mieszanka opanowana i czułości z bezwzględnym posłuszeństwem wobec ideologii. Co czasem doprowadza do krótkiego spięcia z żona (solidna Rosamond Pike), ale to zostaje tylko w jednej scenie. Reszta aktorów po prostu jest, chociaż może Mia Wasikowska jako ukrywająca jednego z zamachowców kobieta oraz kompletnie zaskakujący Stephen Graham w roli Himmlera zapadają w pamięć

hhhh4

Wszystko tutaj wydaje się takie mechaniczne, pozbawione emocji i zaangażowania. Przez co „Kryptonim HHhH” jest kompletnie nieangażujący, nudny oraz nieciekawy. Kolejny przykład zmarnowanego potencjału świetnego tematu.

5/10

Radosław Ostrowski

The Circle. Krąg

Czym jest tytułowy Krąg? To duża korporacja, która tworzy aplikacje pomagające ludziom. Chyba, bo mamy urządzenie do mierzenia zdrowia czy kamery wbudowane niemal wszędzie i aplikacja pozwalająca na pełną transparentność (znaczy się pełną inwigilację). I to tam dostaje pracę Mae Holland, a to dzięki swojej przyjaciółce, a kariera nabiera przyspieszenia. Ale zaczyna dostrzegać, że coś nie tak.

krg1

Powieść Dave’a Eggersa była niemal skrojonym materiałem na film, jednak musieli pojawić się goście z Hollywood i wszystko spieprzyć. A zadania ekranizacji podjął się James Ponsoldt, czyli specjalista od kina niezależnego („Cudowne tu i teraz”, „Koniec trasy”). Powinno być dobrze, ale kompletnie nic tu nie pasuje. Nawet to ostrzeżenie przed współczesną technologią, która może służyć do inwigilacji oraz kontroli w imię poprawy naszego życia. Ale w zamian za to musimy zrezygnować z życia prywatnego, a jeśli będziemy przeciwko nie będzie dobrze (przykład pani senator). Problem jednak w tym, że kompletnie mnie to nie obchodziło, a nie to było celem. Nawet sceny pozornie mające trzymać w napięciu (pościg za przestępczynią czy ucieczka byłego chłopaka zakończona wypadkiem) kompletnie nie interesują, a wnioski wyciągane z filmu są bardzo banalne. Wszystko jest tak czarno-białe (owszem, książka była taka, lecz pewne wątki wyrzucone w filmie jak aplikacja pozwalająca poznać swoich przodków czy kompletnie zmieniony finał), zrealizowane sterylnie i bezpiecznie. Brakuje konfliktu, wyrazistych bohaterów oraz emocji. I nie wiem, co poszło nie tak.

krg2

Ale czasami nawet słabe postaci można zbudować, jeśli odpowiednio poprowadzi się aktorów. Tylko trzeba im dać pole do popisu. Niestety, tutaj zmarnowano potencjał obsady, tak jak wszystko. Grająca protagonistkę Emma Watson jest bardzo przezroczysta, niemal ślepo zapatrzona w działalność Kręgu. Tylko, że potem następuje przemiana, chociaż nie jestem tego pewny. Za to strzałem w stopę było obsadzenie Toma Hanksa jako szefa Kręgu, Baileya. Niby facet w stylu Steve’a Jobsa, czyli wizjoner, wyluzowany i zdystansowany. Tylko, że ma być demoniczny i straszny, ale kompletnie mu nie wychodzi. Jedynymi wartymi uwagi postaciami są rodzice Mae (Glenne Headey oraz nieodżałowany Bill Paxton), ale oni mają za mało czasu.

krg3

W rozmowie do Kręgu na pytanie czego się boi, odpowiada: zmarnowanego potencjału. Tutaj zepsuto niemal wszystko, co się dało: brakuje fajnych postaci, intryga jest prowadzona ślamazarnie i bez polotu, aktorsko jest średnio. Nawet lęk przed Internetem wywołuje znużenie, a tym miało uderzyć. Z tego Kręgu będziecie się chcieli wypisać.

4/10

Radosław Ostrowski